O zaskoczeniach

Coś tam czasem zakłuje, pociągnie, da znać, że jeszcze się goi, ale gdybym siedziała tyłkiem na sofce cały dzień oglądając filmy, naprawdę mogłabym zapomnieć, że wciąż mam szwy na brzuchu. Sprzątam więc, wędruję z Fruzią do i z Różowej, ścielę łóżka, pakuję naczynia do zmywarki. Wciąż ostrożnie, bez forsowania się, ale jednak czasem muszę się schylić, podnieść, machnąć tu i tam... A potem, zdziwiona, padam bez sił na łóżko i czuję, że już więcej nie mogę, nie dam rady i właściwie to co ja sobie myślałam?
Fruzia też zapomina.
- Mummy, you pick me! - podnosi ręce do góry, chcąc, żebym wyciągnęła ją z wanny.
- Poczekaj, zawołam tatę, bo ja nie mogę - przypominam jej.
- Why not?
- Bo wciąż mam plastry na brzuchu, pamiętasz?
- Oh! Silly me! - śmieje się Tasman.
Nie zapomina jednak, dlaczego mam te plastry. Asystuje mi rano przy zmianie opatrunków, wie, że miałam dziurki w brzuchu, bo lekarz musiał mi go naprawić. Chyba nie ma żadnej związanej z tym traumy, bo z radością opowiada naokoło, jak to odbierała mnie z tatą ze szpitala i wciąż ogląda drobną kropeczkę po wenflonie na moim nadgarstku. Czasem to ja irytuję się wewnętrznie na całą tą endo-historię, na to, że do Fruzinych skojarzeń z mamą należy również to, że mama ma chory brzuch. Staramy się utrzymać to w spokojnym tonie, mała nigdy nie widziała mnie złożonej prawdziwym bólem, bywa, że tłumaczę jej luźno, że trochę nie najlepiej się czuję, ale położę się i na pewno mi przejdzie. Bawi się wtedy obok mnie na łóżku, czytamy, oglądamy obrazki. Nie wiem, co z tego wszystkiego koduje jej głowa, ale wiem, że niektóre momenty takiej szczerości są dobrym kapitałem na przyszłość.

To było tuż przed zabiegiem. Wędrowałyśmy z Rudolfem na boisko, kiedy znów wyskoczyłam z jedną z tych 'rozmów o życiu', które uskuteczniam spontanicznie, bez planu, ot, kiedy mi się przypomni i okoliczności nam sprzyjają. Zdarza się, że na ulicy.
- Okey, mądralo ty moja - zagadałam raptem, bo Fruzi włączył się monolog o wszystkim i sądziłam, że już nigdy nie uda mi się wtrącić słowa. - A czy ty pamiętasz Fostersów? Napiszemy do nich list, żeby opowiedzieć im, jaka jesteś już duża.
Fruzia lekko zwolniła chód i słowotok.
- Why, mama?
- Bo kiedyś mieszkałaś z nimi, jak byłaś takim małym bejbikiem i czekałaś na mamę i tatę. Bo ja...
Ale nie dane mi było skończyć.
Fruzia raptem rozpromieniła się, jak ktoś wywołany do tablicy, komu nagle przypomina się prawidłowa odpowiedź.
- I know, I know, not mummy tummy, 'cause mummy tummy poorly! - wręcz wykrzyknęła na całą ulicę.
Nie byłam w brzuchu mamy, bo brzuch mamy jest chory.
- Tak, dokładnie, jesteś bardzo mądrą dziewczynką! - uśmiechnęłam się promiennie, przybijając jej piątkę. - To co, napiszemy do nich list?
- Aha - przytaknęła Tasman.

Wygląda na to, że to ona zaskakuje nas w tej historii. Nie odwrotnie.

O Mamuśce, która skraca, konstruuje i wychodzi z siebie

Ze szpitala wróciłam wieczorem, w samochodzie odpowiadając dwieście razy na pytanie, dlaczego "your tummy hurts", a już następnego dnia ostrożnie przytulałam się do jasnego futra Mamuśki.
- Moje biedactwo! - rozczulała się nade mną Rodzicielka. - Jaka ty bledziutka jesteś!
Pomyślałam wtedy, że nawet dziury w brzuchu mają swoją jasną stronę, skoro przywożą człowiekowi Mamę niemal z innej planety. Bo dla Mamy ta samotna podróż była niczym lot w kosmos, wyjście z siebie, przekroczenie własnych granic, oddalenie się od strefy komfortu o mile świetlne i co tam jeszcze kołcze od motywacji mówią.
- Jesteś najdzielniejszą Mamuśką w kosmosie! - mówiłam jej więc przez równo osiem dni.
- Jestem, to prawda - przyznawała ona skromnie. - Ale ty też dla swojej Fruzi zrobiłabyś wszystko.

Te mamy to jednak często mają rację.

Rytm dnia wyznaczały nam wyjścia i powroty Fruzi z przedszkola, która to Fruzia z dumą i pełną powagą oprowadzała Babcię Mamuśkę po Różowych włościach, a czas odliczałyśmy liczbą moich spacerów po Piątej Chatce.
- Idę się przejść - mówiłam, niezgrabnie podnosząc się z miękkiej sofki.
Sofka i kocyk aż kusiły, żeby w nich pozostać bez ruchu przynajmniej do końca tygodnia, wtulić się w puchatość wełny, pozwolić Mamie podłączyć do łóżka taśmę produkcyjną, po której kołowałyby kubki z gorącą herbatą na zmianę z pomidorową. Rozum, na szczęście, wygrywał ze zmęczeniem.
- Idę się przejść, bo jak się tak pozrastam w pozycji embrionalnej, to będę mogła służyć jedynie jako manekin w szkole rodzenia.
I szłam. Najpierw tylko do kuchni, do łazienki, do sypialni, do salonu i od nowa. Pokój Fruzi omijaliśmy wszyscy jak tylko się dało, gdyż przez osiem dni nie było szans na postawienie w nim stopy bez konieczności zakasania rękawów i odklockowania pasa dla pieszych. Rudolf, kilka razy z nadzieją stojąc w progu najmniejszego pokoju, w końcu odwracał się zrezygnowany i zniechęcony wizją lokowania aż czterech łap w nielicznych szczelinach plastikowego dywanu. Nawet Mamuśka po prostu zamknęła oczy i na ten wyjątkowy czas mianowała sypialnię wnuczki graciarnią, opatrując ją mentalną notką 'Nie Ruszać Bez Potrzeby'.
Na początku te spacery dywanowe wystarczyły, żebym po dwudziestu minutach zwykłego dreptania padała na kanapę jak wymęczony śledź. Mamuśka śmiała się, że niczym Dulski wydeptuję trasę na Kopiec Kościuszki, Ojciec Dyrektor zaś dodawał otuchy przez Skype'a, przypominając nam swój wyczyn z okresu żałoby po woreczku żółciowym, a mianowicie pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Również po dywanie.
- Według moich wyliczeń, zrobiłem 350 km - chełpił się. - Czyli dotarłem na Jasną Górę.
- A powrót? - zapytałam uprzejmie.
Ojciec machnął w powietrzu dłonią na znak, że to mało istotne.
- Złapałem autobus.
Jego wyliczenia nie zgadzały się jednak z Mamuśkowymi, gdyż wedle Rodzicielki, Ojciec "nieuczciwie wydłużył sobie krok."
- No przecież metrowego nie ma!
Kiedy zamilkłam, rażona tym bardzo osobistym wyznaniem, Mama dokończyła:
- Kroku, głupolu, takiego jak wtedy, kiedy stąpasz!
(No przecież wiedziałam!)
- I obcięła mi 70 km! - dodał Dyrektor.

(On sobie wydłuża, ona mu obcina. Moja rodzina.)

Mamuśka nadzorowała również moje nieśmiałe spacery do kosza na śmieci przed domem, do ogródka, a wreszcie do Różowej. Gotowała. Lekko, strawnie i przyjemnie. Lepiła z Fruzią bałwana (tak, w Krainie Deszczu!). Prała. Zmywała. A także - a jakże! - sprzątała.
- Kochanie, gdzie masz mopa? - krzyknęła któregoś dnia z kuchni.
- Nie mam!
- Gdzieeee?
- NIE MAM!
Mamuśka wetknęła głowę do pokoju.
- Jak to NIE MASZ?
To tak jak z tymi firankami dawno temu. Jak to nie masz firanek? No teraz już mam.
- Wiesz, Mamuśko, bo nam się jeden cztery lata temu połamał, a że ja głównie odkurzam, a podłogę ścieram tak wiesz, na kolanach, bo mało tej podłogi mamy... - czułam całym swoim oplastrowanym brzuchem, że wkraczam na grząski grunt.
- A czym tym tę podłogę ścierasz w takim razie? - Mama przypatrywała mi się z rosnącym zainteresowaniem oraz jeszcze większą podejrzliwością.
Poprawiłam się na kanapie. Oho, moje pięć minut nadeszło.
- Ja mam taki patent, Mamuśko - zaczęłam. - Panele nie lubią wody, ja nie cierpię wszelkich mopów i ścier, więc ja sobie wymyśliłam, że będę ścierać podłogę chusteczkami nawilżającymi. Tadam!
Czekałam na oklaski.
- CZYM?
- Chusteczkami do bejbikowych tyłków. Jedna paczka i podłogi mi błyszczy! - wypięłam dumnie klatę.
Mama wyraźnie się zmartwiła.
- Dziecko, ty na głowę upadłaś! Jest tyle fajnych urządzeń w sklepach, a ty chusteczkami Fruzi wycierasz panele? W jakiej erze ty się zatrzymałaś?

W sumie dobre pytanie, bo czasem sama je sobie zadaję.

- Gdzie Inżynier trzyma swoje narzędzia? - zapytała Rodzicielka po krótkiej pauzie.
- W tych shedach na zewnątrz.
- GDZIE?
- Znaczy w tych szopkach, o tam - wskazałam palcem przez okno.
- Daj mi klucze.
Mamuśka miała wizję, wiedziałam to, więc bez szemrania podałam jej to, o co prosiła.
- Ale tam nic nie znajdziesz... - uprzedziłam ją jeszcze.
Niezbyt przekonująco, to prawda, ale chciałam mieć przynajmniej czyste sumienie.

Nie było jej może pięć minut. Wróciła, triumfalnie dzierżąc w dłoniach wielką jak traktor szczotę z ryżowym włosem, której nie widziałam... od czasów piekarni? A może nawet nigdy. Pomachała mi nią przed nosem, wielce z siebie zadowolona, po czym zakomenderowała:
- A teraz koszula szpitalna.
- CO?
- Dawaj tę koszulę, no chyba nie będziesz w niej spała ani wiozła jej z powrotem?
No nie, na pewno nie zamierzałam w niej spać! (Ale może to Inżynier miał jakieś fantazje, skoro to on spakował ją do mojej torby w szpitalu?)
Kilka zgrabnych ruchów kogoś, kto fach krawiecki ma w genach, i z jednej koszuli zrobiły się raptem dwie.
- To schowaj na później, a to - Mama chwyciła jedną połówkę materiału - to będzie twój mop. Nie żadne chusteczki dla bejbików!

Dwa dni później na nową drogę życia Chujowej Pani Domu otrzymałam od Mamuśki zwykłą, szarą szczotkę, która teraz właśnie, kiedy jeszcze nie mogę tańczyć z naszym dziwnym odkurzaczem, ratuje nas od stąpania po dywanach z sierści labradora.

Te mamy to jednak często mają rację.

Traktat o szczęściu

- To twój pokój, rozgość się, niebawem odwiedzi cię lekarz - powiedziała recepcjonistka, wprowadzając mnie do sali numer dziewięć i znikając z niej równie szybko jak się w niej znalazłyśmy.
Stanęłam przy łóżku i rozejrzałam się jakoś tak bezradnie. Nie byłam pewna, czy make yourself comfortable obejmowało skok pod kołdrę, duże cappuccino i lody z solonym karmelem na pocieszenie, czy też może oznaczało natychmiastowe odzianie się w gustowną szpitalną koszulę odkrywającą cały tył oraz zgniłozielone pończochy przeciwzakrzepowe, więc dla bezpieczeństwa (to pierwsze) i komfortu psychicznego (to drugie i trzecie) zrezygnowałam ze wszystkich opcji. Mój skromny pakunek ze szlafrokiem i kapciami z Morrisons'a położyłam na podłodze (- Błagam, powiedz, że to jednorazowe wdzianko! - zatrwożył się Inżynier jeszcze w supermarkecie), usiadłam w fotelu, chwilowo ignorując łóżko, stopy oparłam na niewielkim stołeczku i otworzyłam Zwierciadło.
Do końca dnia nie przeczytałam ani jednego artykułu.

Pierwszy w moich skromnych progach stanął anestezjolog. Wysoki, chudy, bardzo energiczny i niosący nadzieję facet. Upewnił się, że wiem, po co tam jestem, podchwytliwie zapytał, co jadłam na śniadanie, machnął mi przed nosem jakimiś papierami rzekomo z moim autografem, po czym zostawił mnie z wątpliwościami, czy nie podpisałam cyrografu z diabłem. Następnie zjawił się doktor Mruk. I nie wiem doprawdy, czy to on łagodnieje tuż przed wbijaniem różnych narzędzi w ludzkie ciała, czy to ja rozpaczliwie chwytałam się każdej czulszej nuty w jego głosie w godzinie zero, faktem jest jednak, że nawet wieści, które mi wówczas przekazał - takie z serii 'jeśli x i y, to niebawem widzimy się ponownie na tradycyjnym cięciu' - nie sprawiły, że spadłam z fotela, a jedynie ufnie poddałam się melodii jego słów, iż ma nadzieję, że to nie będzie potrzebne. Po jego wyjściu wydeptałam kilka kilometrów na trasie łóżko-fotel-okno-toaleta, ciesząc się, że jednak zdecydowaliśmy się rozstać z Inżynierem i Fruzią w samochodzie, pod szpitalem. - Bawcie się dobrze! - rzuciłam do nich wesołym głosem. - Bye, mummy! - pomachała mi uśmiechnięta Fruzia. - Trzymaj się, kochamy cię! - powiedział on całkiem, całkiem serio.
Potem zaczęły schodzić się pielęgniarki. Pytały o rzeczy trywialne (- Jak mam cię nazywać? - zapytała Mercy. Przedstawiłam się. - Dobrze, wiem już jak masz na imię, ale jak lubisz, żeby cię nazywać?), a także o te bardzo mądre i bardzo poważne (- Czy jest jakakolwiek szansa na to, że możesz być w ciąży? - Nie, nie ma najmniejszej. - A skąd wiesz? - siostra miłosierdzia spojrzała na mnie uważnie. Przysięgam, że nie mogłam powstrzymać parsknięcia.) Ta, która opięła mój nadgarstek dwiema bransoletkami, poleciła wskoczyć w koszulę zabiegową i zielone zgniłki. Ostatnia, która zapukała do mojego pokoju, weszła do niego z niepewną miną.
- Proszę, powiedz, że teraz moja kolej! - zeskoczyłam energicznie z łóżka.
- Tak, twoja, jesteś piątą pacjentką - uśmiechnęła się Fioletowowłosa.
Piąta z jedenastu na ten sobotni poranek. Doktor Mruk musi mieć nerwy ze stali.
- Nareszcie, inaczej bym osiwiała! - zamknęłam z trzaskiem Zwierciadło, w które gapiłam się bezmyślnie od jakiejś dłuższej chwili, narzuciłam na siebie szlafrok i oświadczyłam, że jestem gotowa.

(Na salę operacyjną idzie się na własnych nogach - to niby całkiem logiczne, jeśli potrafisz i możesz chodzić, ale jednak lekko trąci surrealizmem. Przynajmniej wtedy, kiedy to ty masz za chwilę położyć się na stole. Idziesz sobie długim korytarzem, myśląc o tym, że od strony recepcji wcale nie wydawał się taki długi, potem jedziesz windą, następnie znów wędrujesz długim korytarzem, aż wreszcie trafiasz do ... przechowalni łóżek z recepcją. A przynajmniej tak to wygląda, choć z krótkiej rozmowy personelu przez komórkę dowiadujesz się, że to Holding Bay. Boszeeee i Karmo, myślisz sobie. Jak uroczo! W Holding Bay czekasz trzy minutki, aż Sala Narkotyczna będzie gotowa na twoją wizytę. Tam kładziesz się wygodnie na łóżku, przemiła Fioletowowłosa okrywa cię nagrzanym niczym termofor kocykiem, a potem jeszcze jednym, po czym zauważasz, że leżysz nogami do drzwi sali operacyjnej i produkujesz myśl, że może przynajmniej wywiozą cię z niej głową do przodu. Sala Narkotyczna to miłe miejsce, bo wiesz, że kres twoich mąk przedoperacyjnych jest już bliski. Tym, co potem, nie zawracasz sobie na razie głowy, są pilniejsze sprawy. Na przykład ta, że ktoś ci się właśnie źle wbił w żyłę, boli, ale zamiast na bólu, skupiasz się na pocieszaniu spanikowanego sprawcy, że no worries, naprawdę od tego się nie umiera, w przeciwieństwie do tego, co zaraz mają mi zrobić, choć serio, mam nadzieję, że się obudzę. Prowadzisz jeszcze rozmowę o życiu z Fioletowowłosą, która zaczyna się od - Masz dzieci?, żartujesz z anestezjologiem, że liczysz na kolorowe sny, więc niech lepiej da ci coś dobrego, czujesz jeszcze niezbyt przyjemne mrowienie w okolicach karku, mówisz wszystkim "see you later"... A chwilę później się budzisz.)

Otworzyłam oczy i doznałam olśnienia. A właściwie kilku olśnień, bo nie trzęsłam się z zimna, nie byłam zamroczona, nie chciało mi się spać, a przy tym natychmiast pomyślałam, że potrzebny mi doktor Mruk, bo ja muszę wiedzieć. Skupiłam się jednak na odhaczeniu pierwszego punktu na mojej krótkiej liście spraw nie cierpiących zwłoki.
1. Obudzić się.  
- Jak się czujesz? - zapytała siostra miłosierdzia.
- Ok - uśmiechnęłam się.
... zważywszy okoliczności.
- W skali od 0 do 10, na ile oceniasz ból?
To jedno z tych pytań, które nadaje się do medytacji. Wolałabym jakiś wzór, do którego mogłabym podstawić twarde dane, a nie opierać się na chwiejnych podszeptach ciała wysmaganego narkotykami i ostrymi narzędziami, ale coś wypadało odpowiedzieć.
- Cztery.
Może przesadziłam, pomyślałam od razu. Coś tam boli, ale bez jaj, grzebali mi w brzuchu, poza tym z tą maską to nawet całkiem normalnie oddycham... (Aaaaaaleeeee,  może jednak nie przesadzam!)
- W takim razie dam ci morfinę. Naszym celem jest zredukować ból przynajmniej do dwójki.
Zanim dobroczynne fale odurzacza na dobre rozpłynęły się po ciele, przy moim łóżku stanął doktor Mruk, mój Wybawca, Pocieszyciel i Największy Przyjaciel. Kto mu w ogóle nadał taki nieadekwatny przydomek??
Pozwoliłam mu w dwóch zdaniach opisać przebieg zabiegu, po czym równie krótko, bo szybko się uczę, zapytałam:
- Czy będzie potrzebna kolejna operacja?
- Nie.
Endo wciąż jest, ale na dzień dzisiejszy nie planują kolejnych cięć budżetowych. Poczułam, że Coelho mi sprzyja.
2. Uniknąć drugiej operacji.  ✔ 
3. Zredukować ból do minimum. 
- I jak się teraz czujesz? Trochę lepiej?
- Wspaniale! Właściwie to już niczego nie potrzebuję, bo rozmawiałam z doktorem!
Siostra miłosierdzia wybuchnęła gromkim śmiechem.
- Słyszycie, dziewczyny? To dlatego ona tak nagle pojaśniała!

Przysięgam, że byłam najszczęśliwszą pacjentką w sali pooperacyjnej.

Fakt, że jedyną przytomną, nie miał tu nic do rzeczy.

O tym, kto i co jest do przodu

Doktor Mruk nie zrobił na mnie najlepszego pierwszego wrażenia, ale po namyśle doszłam do optymistycznego wniosku, bo ja zawsze staram się do takich dotrzeć, że pewnikiem to jego milczenie to oznaka profesjonalizmu, nawet jeśli ten profesjonalizm wywołał u mnie coś w rodzaju lęku przed wydawaniem z siebie zbędnych słów.
- Masz dzieci? - zapytał.
- Mam.
(Powiedzieć, że jedno, czy czekać aż znów zapyta?)
- Ile?
- Jedno.
Doktor Mruk zapisał. Ja podjęłam szybką decyzję.
- Ale nigdy nie rodziłam.
Doktor poświęcił mi jedno spojrzenie.
- Dziecko partnera?
- Nie, adoptowane.
Szybka adnotacja w formularzu.
- Nie mogłaś zajść w ciążę?
- Nie.
(A więc da się streścić tę historię w kilku krótkich zdaniach i pojedynczych słowach . Dotąd sądziłam, że to niemożliwe.)

List z NHS-u był równie treściwy. Z przyjemnością zapraszamy na wizytę przedzabiegową oraz na zabieg pod dyrygenturą Doktora Mruka. Życzymy miłego pobytu. Aż mi się ciepło na sercu zrobiło. Może ten zabieg to jak wczasy w Ciechocinku? Borowinka, masaż, mimochodem usuniemy jajo i co tam się nam nawinie pod skalpel, ale tak, żebyś nie zauważyła, a dwa dni później fajfy na parkiecie?

Aż tak bardzo chyba się nie mylę w tych wizjach, skoro przemiła piguła, na pytanie, kiedy mnie wypiszą, oświadczyła, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, to dwie godziny po zabiegu.
- Ile? - aż się zakrztusiłam powietrzem, choć dotąd siedziałam na krześle bardzo zrelaksowana.
Chwilę wcześniej to ona uznała, że jestem okazem zdrowia, z czym radośnie się zgodziłam, oraz najspokojniejszym pacjentem, jakiego miała w ostatnim czasie. Cóż. Wraz z wiekiem człowiek nabiera do pewnych spraw dystansu i kiedy postanawia zacząć się bać minutę przed godziną zero, to żyje mu się zdecydowanie przyjemniej.
- Dwie godziny - powtórzyła. - Pod warunkiem oczywiście, że będziesz w stanie przejść parę kroków sama, coś zjesz, wypijesz i wszystko się przyjmie.
Patrzyłam na nią osłupiała.
- A czemu się dziwisz? - teraz to ona nie rozumiała mnie. - Sądziłaś, że szybciej?
Szybciej? Na Boga i Karmę!
- Nie, ale wiesz, ja już miałam taki zabieg i pamiętam, że pierwsze godziny przeleżałam w sali pooperacyjnej średnio przytomna, chodzić zaczęłam tego samego dnia, ale nie miałam siły na nic więcej niż łazienkę, a jadłam dopiero po 24 godzinach...
- A kiedy miałaś ten zabieg?
- 11 lat temu.
Siostra miłosierdzia uśmiechnęła się.
- Wiesz, przez te lata medycyna poszła do przodu.
- Ale to też była laparoskopia...
- Tak, ale jednak 11 lat temu.

Chwała jej za to, że nie dodała - ... w Polsce.

Mąż Mój był równie skołowany, kiedy po powrocie do domu oznajmiłam, że wieczorem po laparo idziemy na clubbing.
- Ale przecież ja cię pamiętam po tamtym zabiegu... - powiedział niepewnie.
- Ależ kochanie, to było 11 lat temu! - przypomniałam mu. - Medycyna poszła do przodu!
Inżynier popatrzył na mnie uważnie.
- A ciało ludzkie też?

Może. Może teraz jestem młodsza i mam więcej sił niż kiedyś?

Siódma Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny

Tydzień przed wyjazdem pokłóciłam się z Mamuśką, co samo w sobie jest już warte odnotowania w annałach rodzinnych. Ledwie zdążyłam oznajmić, że Plan Korpusu Dyplomatycznego mają na mailu, a Mama już rozpoczęła tyradę, jak to ona z góry dobrze wie, że znów będziemy włóczyć się po krewnych i znajomych królika zamiast siedzieć na tyłkach w domu jak Bozia przykazała, ja wzburzyłam się, że jeszcze nie czytała, a już jojczy, ona na to, że zna nas przecież jak zły szeląg i te nasze obietnice, że ten czas to dla nich głównie, to sobie można między Fruzine baśnie włożyć, ja, że to przecież chyba dobrze, że jeszcze mamy kogo, oprócz nich, odwiedzać w kraju... No, a potem to się rozłączyłyśmy w wielkiej urazie.
- ... i naprawdę się pogniewałyśmy - dokończyłam opowiadać Inżynierowi późnym popołudniem, gdyż ten miał takiego pecha, że akurat spał podczas naszej historycznej awantury.
- Niesamowite - skwitował tak jakoś ... płasko.
Jak na moje, mógłby wykazać trochę więcej prawdziwego zaangażowania, ale niech mu będzie.
 - To znaczy, że nie rozmawiacie ze sobą?
- Nie, no już teraz rozmawiamy - obruszyłam się. - Przecież już się pogodziłyśmy.
I dodałam dla podkreślenia powagi sytuacji:
- Ale było ostro!
Inżynier raptem zainteresował się tematem:
- To jak długo nie rozmawiałyście?
Zamyśliłam się.
- Dobre dwie godziny.
Mój ty Boże, jak człowiek życie marnuje, pomyślałam filozoficznie.
- Aha - pokiwał głową Mąż Mój.
Daję sobie rękę uciąć, że wtedy to już się przejął.

To była pierwsza Wigilia od 7 lat, którą spędziliśmy z Mamuśką, Ojcem Dyrektorem i Rodziną Wielkich. Zupełnie jak kiedyś. Przez te wszystkie dotychczasowe lata emigracji bywaliśmy w Polandii na Święta, ale Wigilie układały się zawsze, z praktycznych względów, po stronie Drugich Rodziców. I choć z Drugimi jest zawsze pięknie, to ten opłatek był bardzo wyczekany. I strasznie głośny, zupełnie jak kiedyś. Wielki Brat od progu oznajmił, jakiś pierdyliard razy, że długo nie zostaną, Fruzia paplała, już od października, o Sancie i domku Peppy, Mamuśka próbowała zorientować się, która góra żarcia znajduje się na którym balkonie, ja tarzałam pstrąga w panierce, Inżynier próbował go nie spalić, Wielka Bratowa zastanawiała się, czy ta sukienka, w której przyszła, nadaje się na Sylwestra, Husia i Diabeł usiłowali zachować zimną krew, choć po fakcie okazało się, że też myśleli o Sancie, ale z racji wieku nie wypadało się przyznać, Lesiu naprawdę zachowywał zimną krew, a Ojciec Dyrektor szczodrze rozdawał bon moty. Na szczęście nie na temat panierowania i smażenia ryb. Następnie ryby się spaliły, Mamuśka się popłakała, ale nie z powodu ryb, a z powodu Kolędy dla Nieobecnych, którą przeczytałyśmy we dwie, bo Rodzicielka wymiękła w trzeciej linijce, opłatek się podzielił, Ojciec Nasz wygłosił przemowę, a ja, jak zwykle w takich chwilach, pomyślałam, że strasznie ich wszystkich kocham. I że może za rok o tej porze będziemy już z Drugim. I że może on gdzieś już też z kimś jest i oby ten ktoś miał dla niego choć kawałek serca.

Santa, nie uwierzycie!, przyszedł akurat w momencie, kiedy Fruzia i faceci poszli szukać go przed blokiem, gdyż doszły nas słuchy, że jest problem z miejscami parkingowymi, szczególnie jeśli ktoś zajeżdża na osiedle reniferami. Santa wpadł balkonowymi drzwiami jak po ogień i równie szybko wypadł, tłumacząc się napiętym grafikiem, zaś renifery uprzejmie podziękowały za marchewkę, tłumacząc się napiętymi od tych wszystkich świątecznych wizyt brzuchami i tyle ich widziano. Żeby nie narażać Fruzi na przykrość z powodu reniferskiej odmowy oraz dla dobra sprawy i ogółu postanowiliśmy przetransportować marchew w jakieś sekretne miejsce, coby je później z niego ewakuować do kosza. A ponieważ Fruzia już nadciągała, ponaglana moimi ekstatycznymi okrzykami, że był! był! BYŁ!, marchew wylądowała na szafie. Po tygodniu faktycznie nadawała się już tylko do kosza.

Był, i to wiele razy. Tylko urocza trumna na dachu Czarnego uratowała nas przed darciem szat i dylematami z serii zostawić bigos, czarninę, czy może raczej Rudolfa? Bo przecież to oczywiste, że nie domek Peppy, nie tablicę z Peppą, ani książeczki z Peppą. Od nadmiaru tego wszystkiego, a już najbardziej to soków, powłoka ziemska Fruzi oszalała, a sama Fruzia postanowiła pójść drogą na skróty i dać nam tylko jedno ostrzeżenie:
- Mummy, my tummy hurts - oznajmiła pogodnie w Boże Narodzenie w drodze do Drugich Rodziców.
- Serio? Czy znów ci się nudzi i chcesz naszej uwagi? - zapytałam.
Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli własnemu dziecku. Ja musiałam zobaczyć.
Kolejnego dnia w Nowym Rodzinnym Town Fruzię odwiedzili nawet koledzy Wielkiego Brata. Lekko spanikowana Mamuśka nie dała się odwieść od pomysłu wezwania posiłków, paramedycy stanęli w drzwiach, Fruzia stanęła we łzach i och, działo się!
- Możecie im zaufać - oznajmił Wielki Brat przez komórkę. - Dobra ekipa przyjechała. Ale ja sam się zestresowałem faktem, że moja druga córka ma problemy życiowe!
Zresztą nie ona jedna. Potem to już poszło lawinowo i wszyscy po kolei wpadli w życiowy dołek, choć nie każdy od nadmiaru soków (żołądkowych) i nie każdy w tak samo głęboki. Nawet Rudolf wrócił do Krainy Deszczu z podejrzaną naroślą na łapie, być może w ramach kampanii Solidarni z Czekoladowym Jajem, i czeka nas kolejna wizyta u gina. Tfu, u weta! (Żebym ich tylko nie pomyliła!)

Rodzinny zlot ponownie odblokował Fruzi część aparatu mowy odpowiedzialną za szeleszczenie i świszczenie. Oczywiście najchętniej szeleści się Fruzi w trybie rozkazującym, ale to akurat ma wspólne z tutejszym narzeczem.
- You play me - nakazywała wszystkim razem i każdemu z osobna.
- Fruziu, w porządku, pobawię się z tobą, ale najpierw wysuszę włosy.
- What, mama? - dopytywało dziecię, patrząc na mnie uważnie.
- Włosy, włosy najpierw wysuszę, a potem się z tobą pobawię - powtarzałam.
- OK, mama! - krzyczała radośnie. - You susz, and you play me!

W drodze z jednego do drugiego (oraz trzeciego, czwartego, itp.) punktu na mapie wizyt Korpusu Dyplomatycznego pilotowała Inżyniera.
- Agi, zerknij, czy jest czysto z lewej - prosił mnie Mąż Mój zza angielskiej kierownicy na polskich drogach.
Młodzież ochoczo mnie wyręczała:
- Not czysto, it's dirty!

U Drugich Dziadków wyliczała rodzinny skład, skrupulatnie studiując własne palce:
- Siasia, I have three babas and three dziadzias!
- Trzech dziadków i trzy babcie? Jesteś pewna?
- Yeahe! - zapewniła Fruzia przekonująco.
Yeahe zaraz obok no way to aktualne Tasmańskie sztandary.
Wielka Szwagierka spojrzała na mnie rozbawiona.
- Kto wie - wyjaśniłam enigmatycznie. - Może ma przecieki z rodziny biologicznej?

U ciotki Megi i wujka Pedra przez chwilę nie mogły znaleźć z kuzynką wspólnego języka.
- Mamo, ona mnie w ogóle nie słucha - przychodziła z oświadczeniem Ala.
- Mummy, Ala not play me - skarżyła Fruzia.
- Mamo, ja jej w ogóle nie rozumiem.
- Mummy, Ala not listen me!
Dzieci kochane, gdybyście wy wiedziały, że my was akurat też nie słuchamy wcale a wcale!
Zjednoczyło ich playdough, co tylko potwierdziło moją osobistą teorię, że to jedno z największych osiągnięć cywilizacyjnych. Zaraz obok klocków Lego.

Dziadkowie zresztą też mieli problemy ze zrozumieniem.
- Aguś, ja nie wiem, co ona mówi, tłumacz! - prosiła zdesperowana Mama.
- Fruziu, a co powiedziałaś?
- Sieg pada, mama - krzyczała podekscytowana Fruźka.
Rodzicielka popatrzyła pytająco.
- Mamuśko, ale to jest po polsku przecież - odpaliłam niepewnie.
Bo już sama nie wiedziałam. Może ja po angielsku myślę i już nie rozróżniam?
- A widzisz - uśmiechnęła się zadowolona Mama. - To znaczy, że ja po prostu głucha jestem!

Poza tym było jak zawsze.
- Zupełnie jakbyś nigdy nie wyjeżdżała - to sztandary Kocura.
Nawet to Nowe Rodzinne Town nie przeszkodziło w wygłoszeniu złotej myśli. Dobrze, spójrzmy prawdzie w oczy, trochę jednak przeszkodziło, bo zamiast widzieć się osiemdziesiąt trzy razy na klatce / pod klatką / pod sklepem / w sklepie / w oknie oraz tak normalnie, w mieszkaniach, to widziałyśmy się tylko raz. Raz! Kocur wygrażała, że rozmówi się z Mamuśką i Ojcem Dyrektorem w sprawie tej nieprzemyślanej przeprowadzki, bo teraz już raczej nie wyskoczę do niej w kapciach i bez skarpet "na minutę, przysięgam, Mamuśko!", ale w porę przypomniało jej się, że ostatecznie to nie ich wina. W końcu to nie oni wyprowadzili się za Kanał, tylko ja. A ja, jak pamiętacie - "zupełnie jakbym nigdy nie wyjeżdżała". Nie było więc na kogo się złościć. Tym bardziej, że kosmiczne pokrewieństwo dusz czuje Kocur również z Mężem Mym Wspaniałym. O, wszechświecie, jak oni się wspierają duchowo!
- Chuda jak patyk jesteś! - mówi jej on.
I ma to większą siłę rażenie niż wtedy, kiedy mówię to ja. Ale rozumiem. Ja mówię to od niepamiętnych czasów. Nuda.
- Ty też! - chwali ona. - Ty pewnie nic a nic nie podjadasz, szczupaku!
- Ja nie podjadam? Ja? - kryguje się on. - Zapytaj Agę, ile zjadłem wtedy kanapek o północy! No, Aga, powiedz jej!
- 12 - posłusznie odpowiadam.
Prawdę mówię. W 1984, tuż przed wojną, zjadł tyle.
Listy sobie nawet ślą. Od nocnego podjadacza kanapek do nocnej podjadaczki. I chociaż ja pochłaniam czekoladę twenty-four seven, jakoś nie uznają mnie za równą sobie w tym klubie. Snoby.

(Zaś Warszawianka wyprawia wesele. Nie wiadomo jeszcze kiedy dokładnie, trochę chyba wiadomo z kim, ale nie uprzedzajmy faktów, jedno natomiast jest pewne - będziemy druhnami. Same sobie przyznałyśmy ten zaszczyt, Warszawianka niespecjalnie oponuje, więc Projekt Druhna wszedł w fazę planowania pierwszego dnia Anno Domini 2019.)

Zdążyliśmy ulepić bałana. Dokładnie trzy godziny przed wyjazdem, mniej więcej trzydziestocentymetrowego, ale za to ze wszystkimi niezbędnymi atrybutami. Choć nie, pewnych organów to on miał więcej niż niejeden homo sapiens. I tym razem nie mam na myśli tego, o czym ty myślisz, Warszawianko! (Hey, I'm not judging! - powiedziałby Joey.)

Ostatni spektakularny haft dokonał się na promie (oraz na mnie) i tym symbolicznym akcentem zakończyliśmy część świąteczną oraz oficjalnie rozpoczęliśmy część codzienną naszej rzeczywistości. Wracaliśmy naładowani pozytywną energią, ale też polską kuchnią, w związku z czym z ulgą (Mamuśko, ja się z tego wytłumaczę!) powróciliśmy do kanapek z sałatą  i ryżu z warzywami. Świadomość wiszącej w grafiku kwietniowej wizyty w Polandii oraz lutowej wizyty Wielkich dodawała otuchy.

Kto by wówczas pomyślał, że z Mamuśką zobaczymy się jeszcze w tym miesiącu! Tak sobie rozmawialiśmy... Przyjedziesz się mną zaopiekować?, napomknęłam w smsie po lekturze przemiłego listu z NHS. Kochanie, odpowiedź może być tylko jedna, odpisała natychmiast.

No przecież wiedziałam.

O noworocznych jajach

Świergoliłam właśnie z koleżanką na koledżowym korytarzu, a właściwie to ja świergoliłam, taka pełna energii i entuzjazmu, bo czysta biała kartka przed nami, a w zasadzie to czysta pięćdziesiąt ileś tam białych kartek skoro dopiero siódmy był, koleżanka raczej pojękiwała, jakoś mojego entuzjazmu nie podzielając, ale ona z tych, co to rzadko się cieszą, choć bardzo urocza jest w tym braku; no więc my tu sobie small talki, każda w swoim stylu, a tu raptem Szefowa wybiła obcasami dwa takty i z charakterystycznym uśmieszkiem i mrugnięciem oka oznajmiła:
- Och, bardzo ekscytujący czas przed tobą!
Miałam wrażenie, że w ostatniej chwili powstrzymała się przed stuknięciem mnie łokciem w żebro, jak to mieliśmy w zwyczaju w zamierzchłych, nieopierzonych czasach szkoły podstawowej.
Niewiele myśląc, wypaliłam tym swoim noworocznym szczebiotem:
- Bardzo, jestem gotowa na nowe wyzwania!
Wtedy Szefowa chyba doszła do wniosku, że może pociągnęła zbyt osobisty wątek przy osobie trzeciej i natychmiast sprostowała:
- Mam oczywiście na myśli służbowe obowiązki.
- Ja też nie pomyślałam o niczym innym - uściśliłam, szczerząc się do niej, do pojękującej koleżanki oraz mijających nas uczniów.

No doprawdy.

Czekoladowe jajo wciąż ze mną. Stage Two na tapecie. Kilka tomów autobiografii do napisania (patrz: Stage Two). Materializacja Drugiego (hopefully, jak mawiają tubylcy.) Aplikacja do szkoły złożona (że jak? że to już??)

No doprawdy.

Służbowe obowiązki jawią mi się jako nader ekscytujący czas.

Czego i Wam życzę, Kochani! A jeśli chodzi o jaja, to tylko ekscytujących Kinder Niespodzianek!

O dwóch chwilach chwały

Coś mnie ścisnęło w dołku, kiedy zobaczyłam, jak wychodzi na scenę. Najpierw tłoczyli się za zamkniętymi drzwiami z prostokątną szybą, każda para oczu wypatrująca wśród widowni swojego kawałka rodziny, potem niepewnym krokiem, zachęcani przez personel, wchodzili do sali. Wciąż wypatrując. To ten moment najbardziej utkwił mi w pamięci. Stworzyłam trzy plany awaryjne, żeby tamtego przedpołudnia być tam z nią, bo on nie mógł.  Kiedy zobaczyłam jej speszoną minkę, małą łapkę wepchniętą w buzię na znak, że to jedna z tych sytuacji spoza jej strefy komfortu, odetchnęłam z ulgą, że jeden z tych awaryjnych wypalił. Już nie chodziło o to, co ja mogłabym przegapić, ale o to, żeby ona wiedziała.

Zobaczyła mnie. Pomachałam jej entuzjastycznie, na odległość usiłując dodać otuchy. Uśmiechnęła się stremowanym uśmiechem. Potem odmachała i weszła na scenę.

Rozkręcała się powoli, ale systematycznie. Najpierw skupiona na rogach renifera, które w założeniu miały być zapasem dla innych z zaprzęgu, na wypadek gdyby. Fruzia postanowiła, że przezorny zawsze ubezpieczony, więc będą zapasem dla niej, przy czym nie mogła się zdecydować, czy włożyć te przyszyte do kostiumu, smętnie zwisające jej na plecach razem z nosem i oczami, czy te drugie, na zbyt luźnej opasce, która co i rusz opadała jej na czoło. Pokazywała to na jedną parę, to na drugą, czekając na moją podpowiedź z widowni, a ponieważ matka była otwarta na każdą opcję, Fruzia  korzystała z obu na zmianę - i albo poprawiała je sobie na włosach, albo podnosiła z podłogi, albo siłowała się z grawitacją tych na plecach. Jednocześnie usiłowała być na bieżąco z akcją. Tupała, kiedy inni tupali, śpiewała, solidarnie pociągała nosem z przeziębionym Rudolfem... I od czasu do czasu machała do zachwyconej matki.

To było światowej klasy aktorstwo. A scenariusz miał drugie i nawet trzecie dno. Głębię taką, znaczy.

Na pierwszy rzut ucha Santa zaciął się przy Ho Ho Ho!, wobec czego narrator podążył mu z pomocą, choć wprawne oko krytyka teatralnego nie miało wątpliwości, iż był to przemyślany zabieg odtwórcy roli. Ja też nie rozumiałam, po co komu tyle Ho. Jedno w zupełności powinno było wystarczyć.
Elfy doskonale oddały aktualną sytuację pracowników bez kontraktów w angielskich fabrykach - kilka z nich nie miało sił ustać na nogach, no ale ja ich nie winię; ileż można stać przy taśmie po godzinach!?, więc zaległy z prawej strony sceny i niewiele sobie robiły z powagi sytuacji. Jedno elfiątko nawet się rozpłakało od tego natłoku obowiązków, chwytając za serca nienawykłego do takich emocji zwykłego odbiorcę.
Rudolf, popierając strajk Elfów, chyba trochę ściemniał z tą chorobą, czerwonym nosem próbując wziąć Szefa na litość, ale serio - jak on miał gdziekolwiek lecieć, kiedy renifery wciąż poprawiały sobie rogi? No i Ralph! Ralph, kochani, to nawet chyba stepować umiał, elokwencją zabił całą widownię, ale zanim odleciał, w porę przypomniał sobie, że latać to jednak nie potrafi.

Zaprawdę powiadam Wam, nie wiem, jak udało mi się poprowadzić zajęcia po takim spektaklu. Wiem za to, że tamtego wieczoru długo nie mogłam zasnąć.

Drugie wyjście na scenę było już wspólne, choć w przełamywaniu tremy pomogło tylko trochę. Nam obu. Tym razem tłoczyłam się przed salą razem z nimi.
- Złapcie się za łapki, za łapki! - upominałyśmy wężyk naszych przedszkolaków w naszej ulubionej polskiej szkole.
Otwierałyśmy z Fruzią ten uroczysty pochód aniołków i Mikołajów, z których ci ostatni pogubili czapki jeszcze przed wejściem na scenę.
I to ja wypatrywałam teraz naszego kawałka rodziny. Siedział w pierwszym rzędzie, po swej prawicy miał Burmistrza Dużego Miasta i jego Małżonkę. Nasz daddy, nasz Inżynier, a chwilowo - tłumacz i towarzysz oficjalnych gości. Niczym Fruzia przy pierwszym występie, od czasu do czasu łapałam jego rozbawiony wzrok, kiedy razem z zastępem przedszkolanek usiłowałyśmy rozbujać przedszkolaki.
No brakuje tylko tego, żebym w tych obcasach spektakularnie wyrżnęła się na schodach, myślałam.

Mikołaje chyba były w zmowie z Elfami, bo też im się odechciało, ale ich strajk miał zdecydowanie większą siłę rażenia. Jeden siedział na środku sceny tyłem do widowni. Przez chwilę nawet zastanawiałam się, co na to protokół dyplomatyczny, z którym Inżynier jest w tej chwili na bieżąco, ale tempo wydarzeń nie pozwoliło na pociągnięcie tej myśli dalej. Inny Mikołaj wciąż pytał mnie, gdzie jest jego mama, a kiedy już ją zlokalizował, wciąż informował mnie, że mam się nie martwić, bo już jest. Ktoś zwiał nam  do rodziców. Fruzia weszła na scenę, odtuptała dwie linijki, po czym zeszła dwa stopnie niżej, gdzie stałam jako jeden z dyrygentów, przytuliła się do mojej nogi i tak została przez większość występu. Chwila chwały nadeszła dla nas w drugiej pieśni, kiedy wydarzenia następujące po sobie lawinowo nie pozostawiały złudzeń - albo dołączę do nich, albo stracimy kolejną część obsady. Weszłyśmy obie. Spojrzałam na widownię z punktu, z którego patrzyli oni i natychmiast pożałowałam tego parcia na szkło.

Zeszłyśmy zaraz po tym, jak udało mi się złapać dwa uciekające ogony.

- Dzieci są cudowne, takie naturalne w swoich zachowaniach na scenie - powiedział Burmistrz.
- Zupełnie nie przejmują się okolicznościami - zaśmiała się jego Małżonka.

Uff. Protokół chyba nie obejmował czterolatków. 

Na granicy prawa. Odcinek 1: Ten, w którym zostaję zatrzymana

Sunę Blaszakiem niemalże pustymi ulicami naszego hrabstwa. Jest deszczowy, późny wieczór, rozpoczynam właśnie weekend. Jeszcze tylko wizyta na ulubionej stacji benzynowej, ciekawe, kto ma dziś zmianę, jeszcze tylko głask po Rudolfowym grzbiecie, dotulenie śpiącej Fruzi i już będę w cieplutkiej pościeli - motyw przewodni każdego czwartkowego powrotu, lekkiego pomimo zmęczenia. Prawie każdego, bo jednak nie dzisiaj. Dziś po głowie kołacze się myśl, że boki kłują, to z jednej, to z drugiej strony, coś mi nie najlepiej ostatnio z czekoladową towarzyszką życia, oby do trzeciego, już niedaleko, ale w zasadzie to mogę zaraz zemdleć, o matko, co wtedy, zdążę się zatrzymać, czy raczej w coś przydzwonię, zdążę o czymś pomyśleć, czy może w mgnieniu oka zasnę i obudzę się dwa dni później, przy odrobinie szczęścia z naprawionym wnętrzem, gotowa do pieczenia pierniczków? Odruchowo zwalniam. Jedną ręką trzymam kierownicę, drugą odczyniam jakieś pogańskie rytuały przywołujące opiekę wszystkich bóstw i bocianów nad moją potłuczoną osobą. Bocianów też, bo jeszcze sporo dzieci chcę wychować, zanim któreś z bóstw poważy się cokolwiek, gdziekolwiek. Jadę przepisowo, a przynajmniej tak mi się wydaje, droga upstrzona jest ograniczeniami, dziurami, złym oświetleniem i rowerzystami widmami. Jadę. Za mną dwa, trzy samochody, pas po prawej wolny.
- Jedź - ponaglam półgłosem tego, co za mną. - No jedź.
Trzymam się lewej krawędzi szosy, ustępuję miejsca. Światła za mną ani drgną. Żadnego migacza, żadnej inicjatywy ani chęci współpracy. Pewnie się wiezie na moich światłach, mądrala jeden. Albo też zmęczony jak ja.

Wreszcie drgnął.

Włączył.

Światła policyjne.

Znów ustępuję, lewe koła mam już niemalże na poboczu, wyminie, czy nie?
- No dalej, jedź - mówię znów do siebie, choć już mniej pewnie.

W odpowiedzi do świateł dołącza syrena. Na chwilę tylko, ale już wiem, że to do mnie.

Przed oczami przelatuje mi całe życie kierowcy. Dwuletnie tylko, ale ile wzruszeń! Ile łez! Ile o-matko-było-blisko! Ile klaksonów, wskazujących palców pukających się po skroniach, ile zamarzniętych szyb i brudnych chodniczków od Fruzinych biszkoptów! Ile...
- O fuck! Nie mam gaśnicy. Nie wiem, czy mam trójkąt. Nic w sumie nie wiem i zrobię z siebie durnia - oświadczam. Wciąż do siebie samej. Zabawne, że w tym momencie zupełnie nic mnie nie kłuje i nie zapowiada się, że zaraz spektakularnie zemdleję, a może warto by było.
Pomna wskazówek nie-wiem-czyich, nie wysiadam. Okna też nie uchylam, bo chwilowo cierpię na zaćmienie umysłu i nie wiem, jak się je otwiera. Uchylam drzwi. Policyjna głowa zagląda do wnętrza Blaszaka.
- Good evening.
- Good evening.
- Just want to ask if everything is OK? Are you feeling all right? - pyta zatroskany głos.

Yyy.

- Tak, wszystko w porządku - odpowiadam.
(W języku tubylców. Aż tak mnie nie ścięło z wrażenia.)
- Jestem tylko strasznie zmęczona, bo wracam po całym dniu pracy do domu - dodaję na wszelki wypadek, no bo przecież bez powodu mnie nie zatrzymali.
- A czy możesz mi powiedzieć, jaka na tej drodze jest dozwolona prędkość?

Mhm... Yyy...

Zaćmienie mózgu numer dwa. Przecież tu same ograniczenia są. Przecież nie jechałam szybko. Przecież nigdy nie jeżdżę szybko. Tym bardziej w taką pogodę. Przecież te trzy wozy za mną. Przecież... Cholera, to niemożliwe...
- Yyy - mówię inteligentnie. - Czterdzieści?
- Nie. Na tym odcinku 60 - słyszę. - A wiesz, ile jechałaś?
Patrzę na niego i nie kumam. No przecież nie jechałam 70! Nic nie mówię, bo nic nie rozumiem.
- Chyba jeździsz od niedawna, co? - pyta jeszcze Mr Officer.
Z pewnością nawet w tych egipskich ciemnościach nie umknęło mu moje 'P' jak Prawie Potrafię Prowadzić.
- To prawda - odpowiadam. - Od dwóch lat.
Facet krztusi się powietrzem.
- Od DWÓCH???
Wiem, że nikt na tym świecie nie woził 'P' tak długo na masce wozu, ale ja je lubię, ja się przywiązałam, ja je czyszczę z kurzu i klepię czule po zaokrągleniach. Czy w dzisiejszym świecie już nikt nie rozumie jak ważny jest attachment?
Chwila niezręcznej ciszy.
- Ekhm, to ile jechałam?
- 25 - słyszę.
Muszę mieć naprawdę głupią minę, bo jak żyję, nie słyszałam większej bzdury. 25 mil na godzinę, to ja jechałam ostatnio na zakręcie, po starcie z jedynki, 25 to może dwa lata temu, w epoce autobusów i nóg własnych, 25 to może..
- Naprawdę? - mówię głupio.
O, elokwencjo, którą miewam tylko w snach! O, cięta riposto, która przychodzisz zwykle trzy minuty za późno! O, blokado mózgu!

Jak ja Was szczerze nie cierpię!

- Naprawdę. Doceniam fakt, że nie chcesz stanowić zagrożenia, ale powodowanie korków też nie jest przepisową jazdą.

Korków. Czy on powiedział korków?

Czy on miał na myśli te trzy (TRZY) samochody sunące za mną przy poza tym pustej (słownie: PUSTEJ) szosie w promieniu trzydziestu mil? Które uparcie nie chciały mnie wyprzedzić?

Zaczynam się śmiać.
- Nie zdawałam sobie sprawy, sorry. Naprawdę jestem zmęczona, ale czuję się dobrze i obiecuję, że dojadę do domu bez powodowania 'korków', zgoda?
Myślę sobie, że jeśli przyznam się do pogańskich rytuałów i czekoladowego wnętrza, niechybnie dotrę do domu w towarzystwie angielskich kogutów. I to niekoniecznie policyjnych.
- W porządku, szerokiej drogi.
(Albo coś w tym guście.)

(...)
Moja ulubiona zmiana za ladą. Ten chłopak już wie, że przyjadę i wie, co kupię.
- Wiesz, za co dostałam przed chwilą policyjne pouczenie? - pytam ze śmiechem.

Przynajmniej mam przyjaciół na stacji benzynowej.

Pamiętacie? Jest Robótka! Po raz dziewiąty!

Za Komitetem DezOrganizacyjnym:

"Komitet DezOrganizacyjny (czyli kaczka Kierowniczka i Woźna Bebe) już tu stoi, jak co roku, z wirtualnym pierniczkiem pod wirtualną jemiołą, by ciąć wstęgę rozpoczynającą nową edycję tego szalonego,  spontanicznego dobroczynienia!

CIACH!
Wstęga przecięta!

CIACH!
Woźna ściąga prześcieradło ze sztalugi i odsłania sztandar, na którym jeszcze nie wyschły wszystkie piksele!


Dmą puzony, piskają wuwuzele, kaczka gra na trójkącie, orkiestra symfoniczna uderza w Odę do Radości, zebrani podrzucają pod sufit siebie, czapki, konfetti, ryż, fajerwerki, meksykańska fala wylewa się bokami, Woźna tańczy na stole, fado miesza się z "Jesteś szaaaaaaaaaalona!", Justin Bieber nam zazdrości!


Po raz DZIEWIĄTY (a niechże nas ktoś uszczypnie! To już prawie dekada!) zbieramy się tutaj wszyscy, aby uszczęśliwiać. Z górką i po czapki."

Po resztę, Kochani, zapraszam tutaj:




Fruziak zaczyna działać w ten weekend, moi koledżowi kursanci już wkrótce!


Do dzieła!!