O trudnościach w nauce

poniedziałek, kwietnia 15, 2019

 Na początku była czekolada. Mleczna z orzechami.

- Fruziu, nie nosimy jedzenia do przedszkola, pamiętasz? - zapytałam retorycznie po raz kolejny. Nie miałam siły ciągnąć tej dyskusji; zresztą od początku czułam, że przegrałam z samą sobą.
- But I want, mummy - powiedziała ona żałośnie.
I natychmiast dodała, podnosząc brodę do góry i błagalnie wlepiając we mnie te swoje ślepia, którymi mami nas oboje częściej niż byśmy chcieli:
- Pliiiiiis!
Westchnęłam. (W końcu to czekolada. Mleczna z orzechami!)
- Ale obiecaj mi, że nie wyjmiesz jej z torby, dopóki nie przyjdę po ciebie - wymamrotałam, dopijając szybko herbatę.
- Yes, yes, I eat it you pick up me! - świergotała Fruzia, skacząc na jednej nodze niebezpiecznie blisko krawędzi stołu.
Parsknęłam. Ta jej gramatyka skutecznie robi mi dzień.
Niczym świstak zaczęłam zawijać rządek czekolady w sreberko, zastanawiając się, jak daleko można zaufać czterolatce w kwestii nietykania czekolady, skoro samej sobie nie mogę wierzyć. Ulokowałam mały pakunek na dnie różowego plecaka, pod stertą ubrań na zmianę, zupełnie jakby miały one magiczną moc trzymania Fruzi z dala od czekoladowego raju, po czym westchnęłam raz jeszcze.
- Obiecałaś, pamiętaj.

Przed odbiorem Fruzi odebrałam z Różowej maila. Uprzejmie prosimy o nieprzynoszenie jedzenia... alergie...  z poważaniem. Trzy lata w Różowej, m o j e trzy lata, najwyraźniej nie nauczyły mnie niczego. Oczywiście, że Fruzia postanowiła zjeść czekoladę, oczywiście, że poczęstowała cała grupę (ooooch! potrafi się dzielić!), i oczywiście, że czekoladę skonfiskowano. Skrzywiłam się na swoją lekkomyślność. Przeprosiłam osobiście, skruszyłam się, posypałam głowę popiołem i obiecałam poprawę. W domu wyjadłam resztę czekoladowych zapasów. Żeby nie kusić losu.

Fruzia niczego nie obiecywała, więc jakiś czas później było ciastko ryżowe.
- Fruziu, nie nosimy jedzenia do przedszkola, pamiętasz? - zapytałam retorycznie po raz kolejny. - Pamiętasz czekoladową aferę?
- But I want, mummy, pliiiiiis!
Tym razem byłam uosobieniem konsekwencji.
- Nie, kochanie, nie nosimy jedzenia do przedszkola - oznajmiłam, cała dumna ze swej postawy. - Ale możesz zjeść to ciastko w drodze.
- Oł-kej... - zgodziła się niezadowolona Fruzia.
Dłubała w tym ciastku całą trzyminutową drogę. Kiedy stanęłyśmy w progu pre-school zorientowałam się, że jest dopiero w połowie.
- I keep it in my bag, mummy, and not take it out - przekonywała gorąco, pakując rozmemłany suchy ryż do plecaka.
Nie wiem, co jest w tych pracowych porankach, że o świcie to ja się z rozsądkiem mijam bez słowa w drzwiach. Ale najpierw spojrzałam na ciastko (zero orzechów lub innych alergenów), potem na zegarek (zdecydowanie późno), a następnie machnęłam ręką.
- Ale proszę, nie wyjmuj go z torby dopóki nie przyjdę - powiedziało uosobienie konsekwencji.
- Ok, mummy!

Z późniejszej relacji dowiedziałam się, że mniej więcej w połowie dnia Wendy zaniepokoiło podejrzanie zgodne kółko przedszkolaków debatujących nad czymś przyciszonymi głosami na dywanie. Nasza rzeczniczka prasowa postanowiła dyskretnie obserwować tę konspirację. Długo nie musiała czekać na efekty; szybko okazało się, że prowodyrką podziemnej działalności jest Fruzia, a przedmiotem pożądania Lucasów nadgniecione i nadgryzione do połowy ciastko ryżowe. Tajne zgromadzenie rozpędzono, a Fruzi nakazano bezzwłocznie schować ciastko do szuflady i nie zbliżać się do niego do mojego powrotu, co też Fruzia rzeczywiście uczyniła. To znaczy dostosowała się tylko do pierwszej połowy nakazu - ciastko wylądowało w szufladzie, gdzieś pomiędzy pięcioma kilogramami makulatury i trzema kilogramami kleju przyczepionego do wszystkiego. Nie minęło dużo czasu, a Fruzię znów przyłapano. Tym razem, przyczajona w okolicach szuflady, palcem wskazującym werbowała ochotników do nielegalnego pobierania ryżowych okruchów.
- Niestety, musiałam poprosić Fruzię o złożenie ciastka w koszu na śmieci - dokończyła Wendy poważnym tonem, choć widziałam te błyski w jej oku, które świadczyły o tym, że ona też dobrze się bawiła.
Fruzia stała pomiędzy nami, przyklejona do mojej nogi, na zmianę skanując to moją, to Wendy twarz. Nie była pewna, czy to faktycznie prawdziwa bura, czy będę zła, czy może ujdzie jej na sucho.
- Bardzo cię przepraszam, Wendy, to ja powinnam być mądrzejsza, ale rano się spieszyłam i pomyślałam, że jednak wymemłane ciastko ryżowe nie ma takich samych pociągających i uczulających właściwości co czekolada z orzechami... - tłumaczyłam się pół żartem, pół serio.
- W porządku, rozumiem - Wendy uśmiechnęła się pokrzepiająco - ale mówiąc szczerze, mamy w przedszkolu dziecko uczulone na ryż.

Ups.

Następnego dnia w progu Różowej nieproszona otworzyłam plecak Fruzi i okazałam jego zawartość.
- Posłusznie melduję, że nie ma w nim żadnego jedzenia - zaraportowałam.

Tak na wypadek gdyby rebeliancka natura Fruzi zaczęła żyć własnym życiem.

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Fruzinek o dużym serduchu kochane, szczere dziecko!te alergie.. jak kiedyś my żylismy? Jedliśmy wszystko, grasowalismy całe dnie na dworze .. 😲 🤓 PS dodałam coś pod poprzednim postem

    OdpowiedzUsuń