Ósma Fruzi (i matki) pielgrzymka do ojczyzny (3): O strajku (i to wcale nie Fruzinym)

Pamiętam bardzo wyraźnie jak wiele lat temu jedna z koleżanek po fachu opowiadała o krótkiej nauczycielskiej wymianie z jednym ze skandynawskich krajów. Sama spędziła tam kilka dni na obserwacji pracy w przeciętnej placówce oświatowej, a potem z zachwytem wzdychała do własnych wspomnień.
- Dziewczyny, mówię wam, to jest praca! Owszem, w szkole spędza się więcej czasu, ale t a k to ja też bym mogła. Oni tam mają własne stanowiska pracy, własne biurka, komputery, szafy, tablice interaktywne, nieograniczony dostęp do wszelkich materiałów, ksero, drukarki... Testy sprawdzają w szkole i nikt nie targa książek i prac do sprawdzenia w domu na weekend, ferie i święta. Ja też bym tak chciała!

A ja zazdrościłam koleżance, że widziała na własne oczy coś, co mnie wówczas wydawało się baśniową nie-rzeczywistością. U nas wyglądało to wtedy zupełnie inaczej - po niemal każdej lekcji zbierałam manele i pędziłam do innej klasy. Kserowałam testy za własne pieniądze, bo przydzielonego papieru (ryza na cały rok) wystarczało mi zwykle na pierwszy miesiąc pracy, a kserokopiarka szkolna albo się psuła, albo brakowało tonera. W pokoju nauczycielskim czasem nie wiedziałam, gdzie się podziać. Szafki (ups, półeczki) nie miałam, bo przecież przyszłam tam tylko na rok, na zastępstwo. Do dyspozycji nie miałam co prawda czarnej tablicy, kredy ani śmierdzącej, ociekającej brudną wodą gąbki, miałam za to piękne, białe tablice, do których wciąż musiałam dokupować z własnej kieszeni markery. O tablicach interaktywnych miałam pojęcie, bo kiedyś takie widziałam. Z trzeciego rzędu na jakimś szkoleniu.

A tymczasem kilka lat temu znalazłam się w tej rzeczywistości, której wizję kiedyś nakreśliła mi koleżanka, i do której tęskniłam przez dziewięć lat pracy nauczycielskiej w Polsce. W Krainie Deszczu mam swoje biurko, szafę, komputer i słuchawki, żeby nie zakłócać pracy innych nauczycieli w ogromnym biurze, które dzielimy. Do dyspozycji mojej i jednej koleżanki jest klasa, w której co prawda nie mam wszystkich zajęć, ale nie biegam co godzinę między piętrami, żeby zlokalizować swoich uczniów. To nasza wspólna sala, którą dzielimy się logicznie i sprawiedliwie, w której znajduje się wszystko to, co jest na potrzebne do pracy - papier, markery, foldery dla uczniów, przyrządy matematyczne, słowniki, książki, mapy. Drukarkę i kserokopiarkę mam tuż za drzwiami, dostęp do papieru jest nieograniczony, co nie powinno dziwić, skoro materiały do zajęć dobieram sobie sama, a nasi kursanci nie mają podręczników. Jeśli czegoś nam brakuje, zgłaszam to szefowi. Nie, nie dostanę wszystkiego, co tylko sobie wymyślę i na pewno nie następnego dnia, ale podstawowe narzędzia pracy otrzymam na pewno. Nie pracuję na cały etat, jedynie na trzy czwarte, ale w ramach tego fragmentu mam godziny administracyjne przeznaczone na papierkowe sprawy. Nie, nie wystarcza mi tych godzin, czasem zostaję w pracy dłużej, a czasem zabieram testy do domu, choć staram się tego nie robić zbyt często. W trakcie roku szkolnego organizuje się kilkudniowe Staff Development Days, w trakcie których nie prowadzimy zajęć, ale szkolimy się, nadganiamy papierkologię, mamy szansę wymienić się doświadczeniami z innymi nauczycielami, których nie zawsze widujemy na co dzień. I wiecie co? Tu też narzekamy. Bo coś nie działa, jakiś papier jest tylko papierem i nie ma większego sensu, choć musimy go wypełniać, a sam system nie jest doskonały. Ale kiedy zsumuję pensję, mój wkład w niesienie kaganka oświaty, warunki pracy i społeczny odbiór mojego zawodu, nie mam poczucia, że ktoś mnie tu robi w balona.

I właśnie dlatego wahałam się tylko chwilę, i to tylko dlatego, że nie chciałam zostać zrozumiana opacznie. Nie chciałam być łamistrajkiem, a jedynie wesprzeć strajkujących na jedyny możliwy sposób jaki podsunął mi los całkiem przypadkiem. Bo przypadkiem przyjechałyśmy z Fruzią do ojczyzny dwa dni przed rozpoczęciem ogólnopolskiego strajku nauczycieli. Przypadkiem wtedy, kiedy nasza Husia podchodziła do egzaminu gimnazjalnego w szkole, której - oczywiście przypadkiem - dyrektorem jest jest własny dziadek, a mój Osobisty Ojciec Dyrektor. Dziadek i Ojciec Nasz głowił się tamtego pamiętnego poniedziałku nad kwestią komisji egzaminacyjnych. Wspierał swoich strajkujących nauczycieli, a jednocześnie chciał przeprowadzić egzamin jedynej klasy gimnazjalnej, która została mu w jego placówce.
- To będzie jakiś dramat, jeśli egzaminy się nie odbędą - martwiła się Husia. - Nawet jeśli dostaniemy drugi termin, to przy rekrutacji do wybranych szkół będziemy na straconej pozycji.
Ojczulo musiał powołać zaledwie dwie komisje, każda miała być złożona z trzech osób, a niestrajkujących nauczycieli miał zaledwie troje. Potrzebował jeszcze jednej trójki.
- Zgodnie z przepisami, nawet ja, jako emerytowana nauczycielka, mogłabym zasiąść w komisji - powiedziała nagle Mamuśka. - Ale oczywiście nie zrobię tego, bo gdybym jeszcze pracowała, strajkowałabym razem z nimi.
- Ja też - zgodziłam się z Mamą.
Po czym zażartowałam sobie:
- Ale żeby uchronić Husię przed odwołanym egzaminem i wspomóc tych, którzy nie chcą przerywać strajku, ja chętnie zasiadłabym w komisji.
Bardzo nas to rozbawiło, bo wszyscy w rodzinie pamiętamy obfitujący w wydarzenia rok 2009, kiedy miesiąc przez ślubem z Inżynierem powołano mnie do komisji maturalnej jako członka zewnętrznego w szkole Przyszłej Wielkiej Szwagierki. I też całkiem przypadkiem zasiadłam akurat w jej komisji i akurat mnie przypadło w udziale egzaminować z angielskiego narzecza siostrę mojego już-za-chwilę męża.
- To już byłaby historia, gdybyś jeszcze znalazła się na moim egzaminie! - śmiała się Husia.

Następnego dnia rano Ojczulo zadzwonił do mnie z pracy.
- Mówiłaś poważnie z tą komisją?
Zaskoczył mnie. Ale nie straciłam rezonu.
- Tak, pod warunkiem, że dasz mi plakietkę strajkujących, bo ja to robię dla uczniów, a ze strajkiem bardzo się identyfikuję.
- Dobra. Już dzwoniłem do kuratorium, żeby upewnić się, że wszystko jest zgodne z prawem.

W środę rano Fruzia spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Mummy, where you going?
- Do pracy, kochanie. Dziś pracuję u Dziadka w szkole, wiesz?
Fruzia wybałuszyła oczy. Nawet ona czuła, że coś tu jest nie halo.
- Why?? - zapytała.
- Bo ktoś musi pracować, żeby ktoś inny mógł strajkować - wyjaśniłam filozoficznie młodzieży zgodnie z zasadą, żeby dzieciom mówić prawdę.
- Oh - podsumowała Fruzia.
A potem dodała na do widzenia, zupełnie jak co dzień rano, kiedy mówi do Inżyniera:
- Bab się dobze.

O tak, kochani. Strajk w tym kraju to przednia zabawa.

Ósma Fruzi (i matki) pielgrzymka do ojczyzny (2): Jak wyzwolić język

Mamuśka stoi przy suszarce, składając nasze świeżo wyprane ubrania. Fruzia postanowiła spektakularnie powitać ojczystą ziemię i kiedy wysiadła z samochodu przed domem Stryja, wyhaftowała mi nowy wzór na bluzce, na dekolcie, w staniku, na spodniach i butach. Teoria o chorobie lokomocyjnej upadła, zanim ktoś dokończył ją werbalizować, choć ta o parówkach i sokach pomarańczowych w podróży wciąż trzyma się mocno. Nic to jednak, bo Fruzia nie zamierzała podupadać na duchu, a Mamuśka, gdybym tylko jej na to pozwoliła, kupiłaby nam calutką walizkę nowych outfitów na cały rok, choć pocieszyła się praniem i zaopatrzeniem Fruzi - na spółę z Drugą Babcią - w nową kolekcję Holiday Girl wiosna-lato. Teraz stoi, składa pranie i obserwuje skaczącą na jednej nodze wnuczkę.
- Fruziu - zagaja wreszcie z figlikiem w oczach.
W ręku trzyma różowe majtki Tasmana.
- Zobacz, jakie ładne gacie! Ciekawe, czyje... Takie różowe i ogromne to pewnie dziadka, tak, to na pewno gacie dziadka!
Fruzia przestaje skakać. Przez chwilę patrzy na Babcię Mamuśkę, jakby ta straciła rozum, no bo przecież jak mogła pomyśleć, że to majtki Dziadka Dyrektora, ale kiedy załapuje, że Babcia się z nią tylko  droczy, natychmiast zaczyna krzyczeć na całe gardło, zaśmiewając się do rozpuku:
- Nie! Moje gacie! MOJE! MOJE GACIE!

Piękne, wyraźne, polskie gacie.

To niesamowite, że wystarczy im intuicja, żeby wiedzieć, co jest co.Tym dzieciom znaczy, tym wszystkim dzieciom trzeciej kultury, żyjącym gdzieś pomiędzy ich własną ojczyzną, a ziemią ojców. Mimo że w domu mówimy po prostu majtki, dla Fruzi to wciąż raczej pants niż cokolwiek innego. A jednak wystarczy jej intuicja i figlik w oczach, żeby niektóre słowa zapamiętywały się i produkowały szybciej, łatwiej i zdecydowanie trwalej. Szczególnie w Polsce, którą teraz kocham jakby jeszcze bardziej za aktywowanie tych obszarów jej umysłu, których my tutaj nie jesteśmy w stanie ruszyć, bo zanurzenie odbywa się tylko w czterech ścianach jej własnego domu. A potem jeszcze wie, Tasman jeden, w jakim kontekście te najfajniejsze nabierają największej mocy. Zupełnie jak wtedy, kiedy wybrała się z Dziadkiem do Żabki po lody. (Szli tak sobie w słoneczny dzień, całkiem postawny Dziadek i drobna, biała pchełka, dla której ten pierwszy, wbrew swej naturze, zwolnił kroku do poziomu dreptania, a my stałyśmy w oknie i rzeźbiłyśmy ten obraz w głowach.) Poszli, wrócili, Babcia Mamuśka pyta kontrolnie, choć przecież nie musi, bo Młoda całą sobą koncentruje się na lodowym patyku:
- Dziadek kupił ci loda?
- Mhm - odmrukuje Fruzia, niespecjalnie zainteresowana konwersacją.
Ale sekundę później coś jej się przestawia w głowie, wyraźnie słyszę trzask otwierającej się klapki, Fruzia patrzy na nas, uśmiecha się szelmowsko i dodaje:
- Loda and pifko!

Zapomniałam uprzedzić Ojczula, że jeśli chodzi o sekrety, to te zdradza jednakowo dobrze w obu narzeczach.

Ósma Fruzi (i matki) pielgrzymka do ojczyzny (1): Czego boją się rodzice

Są tematy, które chciałabym zepchnąć na dno mojego jestestwa i nie musieć o nich nigdy myśleć ani, co gorsza, mówić. Problem w tym, że o większości z nich trzeba mówić głośno, bo od samego spychania na dno one nie znikną. Nie staną się też ani trochę mniej realne.

Przełykam więc gorzką gulę w gardle i dzień przed odlotem zagajam:
- Fruziu, a wiesz, że będziemy jutro na lotnisku?
- Aha.
Zajęta jest.
- I tam zawsze jest bardzo dużo ludzi.
- Aha.
Kucam. Bardzo staram się nadać swemu głosowi neutralne brzmienie.
- Więc ja cię będę bardzo pilnować, żebyśmy się nie zgubiły, ok?
- Ok - Fruzia w końcu na mnie patrzy.
- Będę cię trzymać za rękę, ale ty też musisz się postarać - będziesz trzymała się blisko mnie, żadnego uciekania, ok?
Kiedyś, właśnie na lotnisku, schowała się za półkę z książkami w WH Smith. Byliśmy w trójkę, nie spuszczaliśmy jej z oka, ale udało jej się niepostrzeżenie wejść za jeden regał, a wyjść zza drugiego. Trwało to najwyżej kilka sekund, ale serce zdążyło przyspieszyć, kiedy nie zareagowała na nasze przywołanie.
- Ok, mummy. Why?
Boszeeee. Moja wyobraźnia galopuje z obrazami, których bardzo nie chcę oglądać.
- Bo możemy się zgubić.
Fruzia wciąż patrzy na mnie wyczekująco.
- Nie zgubimy się, bo będę cię pilnować, ale gdyby kiedyś tak się zdarzyło, że nie będziesz widziała mamy albo taty, to najpierw krzyknij głośno 'mummy! daddy!', a potem - wiesz, co trzeba zrobić? Trzeba podejść do kogoś dorosłego i powiedzieć...
Galop. Galop. Cwał. Prędkość światła. Wizja goni wizję. Zatłoczone supermarkety, wesołe miasteczka, plaże. I lotniska. I ten dorosły... (naprawdę nie chcę o tym myśleć, ale już nie ma odwrotu)... oby zawsze to była właściwa osoba. Oddychaj spokojnie. Oddychaj.
- I'm Fruzia Fruzińska. I lost my mummy.

Patrzę na nią zdumiona. Mam gęsią skórkę na całym ciele. Jestem pewna, że to robota Różowej, dużo się tam dzieje - wizyty policjantów, rozmowy o bezpieczeństwie, nauka przechodzenia przez ulicę. I'm Fruzia Fruzińska, I lost my mummy, dźwięczy mi w głowie. Ale na głos mówię tylko to, co zawsze:
- Właśnie tak trzeba powiedzieć, jesteś bardzo mądrą dziewczynką.

Pocieszam się, że ta wiedza to jak ubezpieczenie na życie.

(...)

(Ale co ja Wam tutaj w ten słoneczny dzień o horrorach rodzicielstwa! Silly me!)

O tym, że czas kupować mundurek

Odebrałam ją dziś z Różowej i nie mogłam się powstrzymać od mimowolnego uśmiechu, kiedy pędem ruszyła w kierunku uwiązanego przy płocie Rudolfa. Zdarza mi się przyjechać po nią prosto z pracy, bez sierściucha, a wtedy zawsze o niego dopytuje, bo why? why Rudy not pick up me? Dzisiaj był ze mną, więc czułościom nie było końca, potem oczywiście się poczubili, bo on ją niechcący trącił i miłość się skończyła. Szła do domu wyluzowana, niedbale i beztrosko machając papierową torbą, którą udziergała dzisiaj na zajęciach. Na głowie miała ogromne nauszniki Myszki Miki, poprzekręcane dziwnie na boki; spod puchatej opaski i czarnych, włochatych uszu wystawały białe kosmyki blond włosów. Kitka się zdeformowała, getry wisiały na chudym tyłku, buty były uwalane od ziemi. Muszą jakiś podkop robić do ogródka toddlerów, bo całoroczna kolekcja obuwnicza Fruzi od podeszew do samych czubków jest zwyczajnie czarna. I to bynajmniej nie z powodu ustawień domyślnych.

Uśmiechnęłam się na ten widok, bo tradycyjnie nie wiem kiedy to zleciało, a przecież wydawało się, że 'dopóki nie zaaklimatyzuje się w szkole' to jakiś bliżej nieokreślony termin jest, że skazywanie nas na takie czekanie jest nieludzkie, że przecież do tego czasu już trójkę moglibyśmy dopisać do tej rodziny, a ona wciąż jeszcze byłaby malutka. A tymczasem ta malutka idzie w kosmicznie dużych nausznikach, ja do niej, że zobacz, tu, drzwi obok, będziesz chodzić do szkoły, a ona wywraca oczami do nieba i śmiejąc się pobłażliwie stwierdza po raz kolejny, że wie. No wie i już.
- I know, mummy.

Powinnam coś epickiego napisać. Chwilowo jednak nie potrafię nic ponad to, że Fruzia została przyjęta do szkoły. Do szkoły. Fruzia. Myślałam, że klikam w aplikację online bez większego przejęcia, wszak dziecko mamy z wyjątkowej puli Premium, zdziwienia nie powinno być, nawet nie pokusiliśmy się o drugi lub trzeci wybór. Zanim Fruzia pojawiła się w naszym życiu, ba, zanim jeszcze znalazła się w nie-moim-brzuchu, my już wiedzieliśmy, że trafi do syjamskiej siostry Różowej Chmurki. Sklejone bokiem, odgrodzone jedynie drzwiami na kod, wyglądają jak jedno, choć przecież to dwa oddzielne organizmy. Offered. Tyle mówi dziś jej status online tuż pod nazwą szkoły. Żadnych gratulacji ani czułego słówka dla matki, która oddaje swoje pierworodne pod skrzydła poważnej edukacji. A przecież to, że wydawało mi się, że kliknęłam bez większego przejęcia, nie oznacza, że się nie przejęłam jak już zobaczyłam. Ejże, bezduszny systemie, wydusiłbyś z siebie coś na kształt pocieszenia. Powiedziałbyś, że wszystko będzie dobrze i że w Syjamskiej będzie jej równie ciepło jak w Różowej, może tylko odcień różu się zmieni.

Powinni nam od razu powiedzieć, że Drugi, proszę państwa, to dopiero jak się zaaklimatyzujecie w szkole. Ze szczególnym uwzględnieniem matki. Wtedy od razu bym zrozumiała.

O trudnościach w nauce

 Na początku była czekolada. Mleczna z orzechami.

- Fruziu, nie nosimy jedzenia do przedszkola, pamiętasz? - zapytałam retorycznie po raz kolejny. Nie miałam siły ciągnąć tej dyskusji; zresztą od początku czułam, że przegrałam z samą sobą.
- But I want, mummy - powiedziała ona żałośnie.
I natychmiast dodała, podnosząc brodę do góry i błagalnie wlepiając we mnie te swoje ślepia, którymi mami nas oboje częściej niż byśmy chcieli:
- Pliiiiiis!
Westchnęłam. (W końcu to czekolada. Mleczna z orzechami!)
- Ale obiecaj mi, że nie wyjmiesz jej z torby, dopóki nie przyjdę po ciebie - wymamrotałam, dopijając szybko herbatę.
- Yes, yes, I eat it you pick up me! - świergotała Fruzia, skacząc na jednej nodze niebezpiecznie blisko krawędzi stołu.
Parsknęłam. Ta jej gramatyka skutecznie robi mi dzień.
Niczym świstak zaczęłam zawijać rządek czekolady w sreberko, zastanawiając się, jak daleko można zaufać czterolatce w kwestii nietykania czekolady, skoro samej sobie nie mogę wierzyć. Ulokowałam mały pakunek na dnie różowego plecaka, pod stertą ubrań na zmianę, zupełnie jakby miały one magiczną moc trzymania Fruzi z dala od czekoladowego raju, po czym westchnęłam raz jeszcze.
- Obiecałaś, pamiętaj.

Przed odbiorem Fruzi odebrałam z Różowej maila. Uprzejmie prosimy o nieprzynoszenie jedzenia... alergie...  z poważaniem. Trzy lata w Różowej, m o j e trzy lata, najwyraźniej nie nauczyły mnie niczego. Oczywiście, że Fruzia postanowiła zjeść czekoladę, oczywiście, że poczęstowała cała grupę (ooooch! potrafi się dzielić!), i oczywiście, że czekoladę skonfiskowano. Skrzywiłam się na swoją lekkomyślność. Przeprosiłam osobiście, skruszyłam się, posypałam głowę popiołem i obiecałam poprawę. W domu wyjadłam resztę czekoladowych zapasów. Żeby nie kusić losu.

Fruzia niczego nie obiecywała, więc jakiś czas później było ciastko ryżowe.
- Fruziu, nie nosimy jedzenia do przedszkola, pamiętasz? - zapytałam retorycznie po raz kolejny. - Pamiętasz czekoladową aferę?
- But I want, mummy, pliiiiiis!
Tym razem byłam uosobieniem konsekwencji.
- Nie, kochanie, nie nosimy jedzenia do przedszkola - oznajmiłam, cała dumna ze swej postawy. - Ale możesz zjeść to ciastko w drodze.
- Oł-kej... - zgodziła się niezadowolona Fruzia.
Dłubała w tym ciastku całą trzyminutową drogę. Kiedy stanęłyśmy w progu pre-school zorientowałam się, że jest dopiero w połowie.
- I keep it in my bag, mummy, and not take it out - przekonywała gorąco, pakując rozmemłany suchy ryż do plecaka.
Nie wiem, co jest w tych pracowych porankach, że o świcie to ja się z rozsądkiem mijam bez słowa w drzwiach. Ale najpierw spojrzałam na ciastko (zero orzechów lub innych alergenów), potem na zegarek (zdecydowanie późno), a następnie machnęłam ręką.
- Ale proszę, nie wyjmuj go z torby dopóki nie przyjdę - powiedziało uosobienie konsekwencji.
- Ok, mummy!

Z późniejszej relacji dowiedziałam się, że mniej więcej w połowie dnia Wendy zaniepokoiło podejrzanie zgodne kółko przedszkolaków debatujących nad czymś przyciszonymi głosami na dywanie. Nasza rzeczniczka prasowa postanowiła dyskretnie obserwować tę konspirację. Długo nie musiała czekać na efekty; szybko okazało się, że prowodyrką podziemnej działalności jest Fruzia, a przedmiotem pożądania Lucasów nadgniecione i nadgryzione do połowy ciastko ryżowe. Tajne zgromadzenie rozpędzono, a Fruzi nakazano bezzwłocznie schować ciastko do szuflady i nie zbliżać się do niego do mojego powrotu, co też Fruzia rzeczywiście uczyniła. To znaczy dostosowała się tylko do pierwszej połowy nakazu - ciastko wylądowało w szufladzie, gdzieś pomiędzy pięcioma kilogramami makulatury i trzema kilogramami kleju przyczepionego do wszystkiego. Nie minęło dużo czasu, a Fruzię znów przyłapano. Tym razem, przyczajona w okolicach szuflady, palcem wskazującym werbowała ochotników do nielegalnego pobierania ryżowych okruchów.
- Niestety, musiałam poprosić Fruzię o złożenie ciastka w koszu na śmieci - dokończyła Wendy poważnym tonem, choć widziałam te błyski w jej oku, które świadczyły o tym, że ona też dobrze się bawiła.
Fruzia stała pomiędzy nami, przyklejona do mojej nogi, na zmianę skanując to moją, to Wendy twarz. Nie była pewna, czy to faktycznie prawdziwa bura, czy będę zła, czy może ujdzie jej na sucho.
- Bardzo cię przepraszam, Wendy, to ja powinnam być mądrzejsza, ale rano się spieszyłam i pomyślałam, że jednak wymemłane ciastko ryżowe nie ma takich samych pociągających i uczulających właściwości co czekolada z orzechami... - tłumaczyłam się pół żartem, pół serio.
- W porządku, rozumiem - Wendy uśmiechnęła się pokrzepiająco - ale mówiąc szczerze, mamy w przedszkolu dziecko uczulone na ryż.

Ups.

Następnego dnia w progu Różowej nieproszona otworzyłam plecak Fruzi i okazałam jego zawartość.
- Posłusznie melduję, że nie ma w nim żadnego jedzenia - zaraportowałam.

Tak na wypadek gdyby rebeliancka natura Fruzi zaczęła żyć własnym życiem.

O tym, że muszę wiedzieć, choć zupełnie nie wiem, po co mi ta wiedza

Miałyśmy kiedyś z Kocurem patent na schizowanie. Ona większy; oddaję jej laur zwycięstwa bez poczucia niesprawiedliwości, bo Kocur naprawdę jest mistrzynią olimpijską w tej dziedzinie. W podstawówce przed każdym wuefem dzwoniła do mnie rano z pytaniem, czy sądzę, że tego dnia będziemy stać na rękach, czy też nie, gdyż stanie na rękach było jej szkolną zmorą. Z jasnowidzeniem mam generalnie mało wspólnego, ale jakiś dziwnym trafem zawsze miałam przeczucie, że nie będziemy stać w ogóle na niczym, albowiem będziemy biegać "na stawach", co z kolei było moim dramatem, bowiem oprócz wizji na życzenie Kocura miałam również przypuszczenie skonstruowane na własny użytek, że nie dożyję liceum z powodu rozlanego wyrostka robaczkowego i tragicznej śmierci "na stawach". W dodatku umrę w obciachowych, przewiewnych spodenkach, które kazała nam nosić wuefistka zamiast niezdrowych legginsów.
Schizowanie weszło w fazę krytyczną, kiedy skierowano mnie na Pierwszą Laparoskopię. (Czuję, że Pierwsza Laparoskopia potrzebuje dużych liter, skoro w mojej głowie urosła ona do rozmiarów życiowej ery / ważnego rozdziału / momentu-od-którego-zaczęło-się-wszystko.) Nie wiedziałam wtedy, co to w ogóle jest ta endometrioza, ta laparoskopia, i czy czasem znów nie wkraczam na ścieżkę prowadzącą bezpośrednio do śmierci, czułam więc wewnętrzny przymus przeczesywania sieci wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czy już umieram i ile cierpienia mnie czeka, zanim dokona się mój żywot. Kocur też schizowała. To znaczy nie w tym samym czasie, o nie, dwie schizujące to byłoby zbyt wiele; na szczęście życie tak układa nasze losy, żeby ta druga mogła się oprzeć w potrzebie na tej chwilowo normalniejszej połowie. Kocur schizowała w chorobach, w ciąży i kiedy wyskoczył jej pieprz. I zawsze, ale to zawsze towarzyszył nam w tych schizach internet. Oprócz podstawówki, bo wówczas musiała wystarczyć nam wyobraźnia. (Och, cóż to był za czas - nie mieć internetu i nie znać statystyk dotyczących śmierci z powodu wyrostka robaczkowego "na stawach"!)
Aż wreszcie poszłyśmy po rozum do głowy.
- Nie czytaj nic w sieci! - przestrzegałyśmy siebie nawzajem.
- Nie czytam - odpowiadałyśmy. - Tylko raz zerknęłam, przysięgam!
No, może dwa.

Przed Drugą Laparoskopią (duża litera - wiadomo) naprawdę nie czytałam. No, może raz albo dwa. Nie czytałam, bo zdałam sobie sprawę, że abym dotrwała do Zabiegu we względnym stanie psychicznym, nie mogę wiedzieć nic ponad to, co już wiem. Inna sprawa, że nie czytałam, bo mam Fruzię. (Serdecznie polecam mieć dzieci przed ważnymi życiowymi momentami. Dzieci gwarantują brak czasu na zbytnie roztrząsanie możliwych scenariuszy.) Byłam z siebie dumna. Nie dałam się schizie nawet wtedy, kiedy nacięcie w pępku zaczęło się paprać i boleć, nie dałam się, kiedy piguła ściągała mi nierozpuszczone rozpuszczalne szwy, ani wtedy kiedy rozpoczęłam drugi tydzień nieustającego bólu głowy. Łykałam ibuprofen i trzymałam się z dala od sieci. Pękłam dopiero któregoś dnia w pracy, kiedy zorientowałam się, że nikt oprócz mnie nie odczuwa żadnych gwałtownych skoków temperatury, a moja klasa nadal jest Kołem Podbiegunowym Kampusu B, i że to ja produkuję te skoki jedynie wewnątrz własnej powłoki ziemskiej. I powiem Wam, że mnie ta myśl zmroziła. A potem oczywiście znów zrobiło mi się gorąco, wiecie, jak wtedy, kiedy się czegoś gwałtownie przestraszysz, np. natykając się na któregoś ze swoich dawnych chłopaków w supermarkecie, kiedy wyskoczyłaś tylko na chwilę w kapciach i wczorajszych włosach po skrzynkę piwa i czekolady, bo oboje macie kryzys. I przypomniała mi się Mamuśka Moja Osobista wymachująca dłońmi jak wachlarzem pięć centymetrów od swojej twarzy, z kropelkami potu na czole, a czasem z wkurwem wymalowanym na licu, który zupełnie nie współgrał z jej tłumaczącym głosem, że wkurwia ją to, jak bardzo wszystko ją wkurwia, i że niech się to wreszcie skończy, bo ona się wykończy. Mnie ta myśl zmroziła i zagotowała jednocześnie, bo Mamuśka była wtedy spokojną dekadę starsza ode mnie obecnej.

No i teraz to ja już muszę wiedzieć na pewno, więc oczywiście czytam. Bywa, że czytam w nocy, kiedy zimny /gorący pot każe mi się przykryć /odkryć, a potem przez godzinę nie mogę zasnąć. Googluję zioła i wrzucam w przestrzeń internetową dziwne hasła w stylu "czy pół jajnika chroni przed przedwczesną menopauzą", "menokurwapauza przed czterdziestką" oraz "dlaczego mnie to spotyka". Przestrzeń odpowiada równie głupio, podsyłając artykuły z podejrzanych źródeł. Jak na przykład ten o Brytyjce (bo gdyby o Hiszpance, to bym olała, wszak to nie mój klimat, a klimat też wpływa na klimakterium), która kilka miesięcy po usunięciu macicy postarzała się nagle o dziesięć lat, wypadły jej cztery zęby, a włosy przypominają mopa po dobrze spełnionej służbie. Nadal nie wiem, co mają wspólnego jej brak macicy i mój brak Lewego, no ale prawda, że brzmi to strasznie?  I dodam, że ja owszem, w planach zawsze miałam godne starzenie się, ale zamierzałam się zabrać za godność dopiero za jakąś dekadę, a za starzenie za ... dw...trzy? Na litość boską, ja nawet kremu 35+ jeszcze nie kupiłam! I nie zdążyłam założyć aparatu na zęby!

Doktor Mruk zapewniał mnie, że Prawy da radę pociągnąć ten hormonalny wózek jeszcze przez "jakiś czas". Uwierzyłam mu, bo to było chwilę przed Zabiegiem, a wtedy uwierzyłabym we wszystko. Nie zastanowiłam się, jak Doktor Mruk definiuje "jakiś czas". Może więc "mój czas" już minął i pora kupić sobie wachlarz oraz przygotować rodzinę na nadciągającego wkurwa. Ale najbiedniejszy i tak będzie Drugi. Jeśli Prawy nie da rady, istnieje ryzyko, że Drugi pozna mnie jedynie od tej ciemnej, wkurwionej strony.

Drugie dzieci. Zawsze najgorzej.