O tym, że w pewnym wieku już nie wypada

sobota, marca 02, 2019

Już nie wypada mi tyle o nich pisać.

Ona za chwilę będzie licealistką, on już nawet według słownika Cambridge jest nastolatkiem. Gwiazda i Diabeł już nie urosną; tam, gdzie oni sami nie sięgają pamięcią, już na zawsze będą moimi malutkimi szkrabami, płaczącymi w kinie do mamy, bo bajka jednak za długa. Przechowuję ich obrazy wyrzeźbione w mojej pamięci, pieczołowicie zapakowane w papierki po słodkich wspomnieniach. Jej, kilkumiesięcznej, w niebieskiej czapeczce i błękitnym polarze, wywijającej nóżkami na rogówce w moim dawnym pokoju. Jego, w czapce z daszkiem, leżącego w nosidle ustawionym na schodku prowadzącym do drzwi Ranczerskiego domu. Było lato, opijaliśmy moje magisterium przy wiekowym stole ustawionym na podwórku. Biegałam wtedy od stołu do piaskownicy, od piaskownicy do nosidełka, oszołomiona słońcem, promilami i beztroską.

Pamiętam, kiedy dowiedziałam się, że będzie ona. Bratowa zdradziła mi kiedyś przy winie, że się starają, ucieszyłam się jak dzika, a potem przyszedł sms, że jest, że lekarz powiedział jej, że będzie mamą. Boże, cóż to była za radość! Od początku wiedziałam, że ten mały ktoś będzie moim oczkiem w głowie, klamka zapadła, nie było odwrotu. W maju na bibliotecznym korytarzu, który raz w tygodniu udawał również koledżowy, opowiadałam każdemu, kto chciał (i nie chciał) słuchać, że zostałam ciocią. Taką prawdziwą, najprawdziwszą, rozumiecie, nie żadną przyszywaną ani samozwańczą. Potem stałam przy kasie w supermarkecie i kupowałam jej pierwsze ciuszki od chrzestnej mamy.

Kiedy urodził się on, przyjęliśmy to tak naturalnie, jakby to dziecko było w tej rodzinie od zawsze. To teraz będę miała ich dwoje, myślałam po prostu, kupując paczkę pampersów. Rozsądek i chyba dobre wychowanie kazały zamilknąć w kwestii tych przywłaszczeń. Wiem, wiem, nie jestem jedyna na świecie, przytakiwałam Mamie, ale w duchu postanowiłam, że on też będzie mój, nawet jeśli tylko w mojej głowie. A jednak na papierze też naprawdę jest mój. Mój, moja, moje. Nastoletnie dzieci zaborczej matki chrzestnej.

A teraz stoją przede mną, angielskobrzmiący Dominic i Husia z nie wiedzieć czemu hiszpańskim akcentem Fruzi, oboje prawie mojego wzrostu. Wykłócają się o swoje, słusznie i niesłusznie, pokazują kawałek swojego świata, puentują przydługie wywody jednym krótkim hasłem. Można z nimi pogadać o muzyce, o zdrowym odżywianiu, o sporcie, o świecie i o tym, kogo lubi Dziadek Dyrektor. Ale już nie wypada pisać o nich tutaj tak jak kiedyś, kiedy Husia jako mała Gwiazda po raz pierwszym doniosła smsem, że czytała w kościele.

Żadne z nich nie lubi rodzinnych dykteryjek. O tym, jak to "dzidzia się jeba" z łóżka, na przykład. (Przepraszam, Husiu. Musiałam!) Jeszcze.  Jeszcze nie lubią. Mnie też w ich wieku irytowały powtarzane jak zdarta płyta anegdotki o tym, jak to w wieku trzech lat rozwiązałam siostrzano-braterski konflikt o nożyczki w akcie desperacji odgryzając Wielkiemu kawałek pleców, albo te wszystkie przyklejane mi etykiety nieśmiałego i spokojnego dziecka, którym rzeczywiście byłam, a przecież nie chciałam, więc przypominanie mi o tym nie pchało mojego życia do przodu ani o cal. Dziś to wszystko ma inny wymiar. Bawią mnie legendy z serii 'jak kiedyś, a jak dziś', sama dokładam swoją cegiełkę do konserwowania tych dopiero co powstających. Jeśli nie tu, to na papierze.

Nic Wam nie ujdzie na sucho, Fruziu, Husiu i Dominicu.

Wasza matka od liter z czarnym notesem w dłoni czuwa.

You Might Also Like

5 komentarze

  1. Kiedyś będą ci wdzięczni:)
    Ale dopiero kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie spieszy mi się :-) Niech jeszcze pobędą tacy.

      Usuń
  2. Mysle, ze za jakies 20 lat to docenia. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Docenią ale tak jak napisałaś, jeszcze nie dziś, bo dziś jest za wcześnie ;)

    OdpowiedzUsuń