O tym, że Śnięty nie przyniesie nam ekspresu do kawy

środa, listopada 07, 2018

Drudzy Rodzice kupili sobie ekspres do kawy. Taki wielki, buczący, ale serwujący latte i cappuccino z taką śmietanką, że mogłabym z nimi zdradzić herbatę już na dobre.
- Ale ci zazdroszczę, że lecisz! - powtarzał on tuż przed half-termem. - Będziesz sobie piła do woli!
Myślałby kto, że o napoju bogów tak prawi.
Ekspres rzeczywiście zabuczał zaraz po przylocie, potem po południu, wieczorem, następnego dnia... Był z nami w nocy, kiedy z Wielką Szwagierką i Tym Jej Właściwym zagryzaliśmy pomelo czerwonym winem i kawą. (Pyszny zestaw, gdyby ktoś pytał.) W poniedziałek rano szeptałam mu prosto w filtry, że za kilka dni jeszcze wracam, że spędzimy ze sobą jeszcze jedną noc, i och, cóż to za noc będzie, więc niech zbiera siły.

I pognałam do Town.

Jeszcze w samochodzie Wielkiego Brata wciąż wydawało mi się, że jadę do Rodzinnego Town, potem, że jestem w hotelu, a nie w bloku, bo te płytki, ten taras i ta duża łazienka, ale zanim zjadłam obiad, już byłam u nich. Znaczy - u siebie.
- Naprawdę? Naprawdę? - cieszyła się Mamuśka.
Naprawdę. Gdzie oni, tam mój dom. Reszta to tylko ściany.

Na pierwszej wizycie pani doktor zajrzała mi w oczy. Tak głęboko, że dna sięgnęła, ale na dnie cisza. Ten piasek pod powiekami, z którym czasem się budzę, i który sprawia, że toczę się po domu jak pijana ćma, to tylko pamiątkowe zadrapki po dwóch niefortunnych uszkodzeniach rogówki. Nic, czego nie da się zalać dobrym alkoholem. To znaczy kroplami. Kroplami zalać.

Na drugiej wizycie pani doktor zajrzała mi...

No. Zajrzała.

- Na ostatnim skanie były jakieś małe torbielki, ale w Krainie Deszczu nikt nie interesuje się moją endometriozą - zaczęłam.
- No - przytaknęła powoli pani doktor, która 11 lat temu oświeciła mnie, że coś takiego jak endometrioza w ogóle istnieje. - Ja tu widzę jedną, ale nie taką znowu małą.
I przekręciła ekran usg w moją stronę, żebym miała lepszą widoczność na swoje wnętrzności. Większość moich koleżanek dzieci sobie ogląda w taki sposób, a ja wielkie cysterny wypełnione - o ironio! - czekoladową zawartością.
Poczułam, jak krew odpływa mi z mózgu w przestrzeń kosmiczną.

Wyszłam z gabinetu i usiadłam obok Mamuśki. Jednym gestem powstrzymałam ją przed sięgnięciem po płaszcz.
- My tu sobie jeszcze posiedzimy - powiedziałam, wskazując na butelkę wody mineralnej. Miałam ją wypić, a potem wracać na kozetkę.
Pokazałam mamie skierowanie do szpitala i zaczęłam opowiadać, zatrzymując się chwilami, żeby uspokoić rozbawioną powłokę ziemską.
- Ale  ty głupia jesteś! - Mama spojrzała na mnie jak na wariatkę. - Z czego ty się właściwie śmiejesz?
Uwielbiam, jak mówi, że jestem głupia. W tym słowie jest wszystko, a najwięcej tam tego, że bardzo mnie kocha. Dziwne, co?
- Bo mi ręce opadły. A poza tym wolałabyś, żebym płakała? - zapytałam.
Rodzicielka jeszcze raz upewniła się, że nie doznałam trwałego uszkodzenia mózgu, po czym się poddała.
- No nie, nie wolałabym.

Czasem zmartwienia da się odłożyć na półkę, na potem. Miałam przed sobą jeszcze ponad pięć dni z rodziną, nie miałam ochoty na myślenie o tym, co i gdzie mi wytną, czego nie, jak długo będę czekać na zabieg i czy w tym roku znów pojedziemy do Polski na Święta. Te jedenaście lat przygód z medycyną polsko-angielską czegoś mnie jednak nauczyły. Przypomniałam też sobie, że pierwsza myśl o Fruzi - wtedy jeszcze bardzo ogólna, nieśmiała myśl o jakimkolwiek dziecku - zaczęła się od diagnozy, że to endo. Może Drugi też musi pojawić się w bólach? Może taka karma?

Albo życie, po prostu.

Więc śmiałam się, dużo się śmiałam, bo wiedziałam, że to jedyny dobry i sprawdzony sposób na szare wizje. Młodszy Kuzyn, który do swojego bogatego cv aktualnie wpisał pracę listonosza, miał swój niebagatelny udział we wprawianiu czekoladowej torbieli w radosne bujanie i bulgotanie. Dzięki niemu wiemy już, co należy zrobić, kiedy grupa lokalsów napadnie Młodszego w celu zrabowania rent i emerytur, jak się jeździ Corsą rocznik 1994 bez hamulca ręcznego (- Ja poczekam z małą w aucie, bo zasnęła - powiedziałam. Młodszy wysiadł z auta, a ja poczułam, że dalej jedziemy. Wprost na ulicę i bramę cmentarną. - Wraaaaacaaaaj!) oraz kto ma najbrudniejsze auto na świecie (długo sądziłam, że ja, a tymczasem odpadam w przedbiegach). Jusia Husia nie mogła ukryć żalu z powodu niedoszłego spotkania z przeszłością swej chrzestnej, bo ona bardzo, ale to bardzo chciała ją zobaczyć gdzieś pomiędzy grobowcami - cóż za urocza analogia. Diabeł produkował ze mną schabowe i doprawdy oboje czuliśmy się jak pracownicy roku przy taśmie produkcyjnej. I nawet zapach nowych perfum od Bratowej nie był w stanie zatuszować odoru surowego mięsa i przypalonej kaczki w czarninie.

Fruzia spotkała się z tyloma ciociami, że wszystko jej się pomyliło. Nie wiedziała już, czy Ala jest od cioci Megi, a Bartek od cioci Sefii, i gdzie właściwie jest ta ciocia Kocur, która miała przybyć w komplecie z ciocią Agą... Nie przeszkadzało jej to jednak rozpaczać, kiedy ciocia Sefia zabrała swojego bejbika do domu albo kiedy rozstawały się z Alą na parkingu przed blokiem Dziadków. Cóż to był za dramat - wiedzą tylko nowi sąsiedzi Mamuśki i Ojca Dyrektora. Ala szybko przywiązała się do myśli, że Fruzia jest jest siostrzyczką, co natychmiast przywołało jedno wspomnienie z dzieciństwa. To było tak dawno temu, że nie mam prawa tego pamiętać, pamiętam jednak. Ktoś zapytał mnie, czy znam Pedra.
- Tak, to mój brat - odpowiedziałam.
- Nie, ja pytam o Pedra - usłyszałam ponownie.
- No tak, to mój brat - potwierdziłam.
Tak się u nas mówiło - brat cioteczny. Nie żaden kuzyn, jak dzisiaj. Brat cioteczny to tak jak brat, koniec śpiewki.
Chłopak popatrzył na mnie jak na wariatkę.
- Aaaaa! - zajarzyłam wreszcie. - No wiesz, to tak jakby mój brat, brat od ciotki.
Chyba nie zrobiłam na nim piorunującego wrażenia.

Dziadków jednak nie myliła. Doskonale wiedziała, który dziadek jest od której babci, który jest od wizyt u Szelki, a który od poskramiania pająków.
- Dziadzia, spider! - wrzasnęła któregoś poranka.
Ojciec Dyrektor pomknął z Fruzią do łazienki, w głowie dokonując błyskawicznych działań skojarzeniowo-translacyjnych.
- Ha! - pogrążył się później w zadumie. - Dramatyzowałem, że kompletnie jej nie rozumiem, a tymczasem rozumiem!
Nie trzeba zaraz zostawać Spidermanem, żeby móc uratować świat własnej wnuczki.

Noce były głównie nieprzespane. Ona spała na mnie, na Husi, na Babci Mamuśce, albo na zdychającym materacu, ale grunt, że spała. Nieważne, że czasem dopiero od północy. Ja miałam spać, ale nie szło mi, bo albo gadałam z Husią, albo ze Szwagierką, z Warszawianką, Mamuśką... Albo trzeba było już wstawać, bo samolot zaraz. No nie dało się. Czytać też nie, ani tych stu pięćdziesięciu książek od Warszawianki, która została dealerką literatury, ani nawet tego historycznego Zwierciadła z moim imieniem, choć bez nazwiska (- Ja nadal nie mam pewności, że to Ty - droczy się ze mną on.) Udało mi się jednak dopchnąć pięć książek i sześć audiobooków do wypchanego po brzegi bagażu podręcznego. Tuż obok sera z dziurami dla Inżyniera i parówek z kurczaka dla Fruzi.

- To co, napijemy się kawuni? - zapytała z nadzieją w głosie Druga Mama.
To było rankiem tuż przed lotem powrotnym.
- Napijemy się, oczywiście - przytaknęłam chętnie.
Pogłaskałam z czułością buczącą maszynę do latte.
- Chyba jednak nie poprosimy Śniętego o Ciebie, bo uzależniasz - szepnęłam mu do filtra.
(- A ja, kurwa mać, nie powinnam wlewać w endo tyle kofeiny! - dodałam na boku.)
- Ale w moim sercu zawsze będziesz miał specjalne miejsce.
Musnęłam go opuszkiem palca po guziku do cappuccino i wyszłam.

Oddam torbiel czekoladową w dobre ręce. Może być za ekspres do kawy.

You Might Also Like

10 komentarze

  1. Niech wytną jak ma być dobrze. Zdrówka!

    OdpowiedzUsuń
  2. Za taki ekspres też oddam swoje torbielki czekoladowe Wszystkie! Zdrówka kochana ucałowania dla Fruziaka:* uściski dla Was i pogłaskania dla Rudego

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzymam kciuki :) Będzie dobrze ;) A taki duży i buczący ekspres też mi się marzy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, im bardziej taki buczy, tym lepszą kawę robi! (Teoria własna autorki. Dodam jeszcze, że dotąd widziałam w życiu może dwa ekspresy do kawy.)

      Usuń
  4. Ach, zamarzyl mi sie taki ekspres... :)

    Niech wytna co trzeba, jesli trzeba! ;)

    U nas tez mowilo sie "brat cioteczny". I tez mialam takiego, o rok mlodszego, brata. Jako dzieci, dwa nierozlaczne blondasy, bylismy rzeczywiscie jak brat i siostra. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, tyle, że oni tutaj to zanim się zabiorą do wycinania... Czuję, że prędzej Drugiego urodzę! :-)

      Usuń