O tym, że zrobiło się gorąco

Rudolf został oskarżony o napaść. Według oskarżyciela, nastąpiła ona w okolicach siódmej pi em, kiedy to Rudolf spał sobie smacznie na kanapie pod naszym czułym, rodzicielskim okiem. Zawsze wiedziałam, że Rudolf coś przed nami ukrywa, teraz okazuje się, że istnieje w dwóch równoległych rzeczywistościach. Zastanawia mnie jedynie, w jakiej rzeczywistości przebywał wówczas sam oskarżyciel.

Napisaliśmy dyktando. Dyrektorka naszej polskiej szkoły jednym zgrabnym ruchem zgarnęła do sali gimnastycznej wszystkich, których wyłapało jej oko w promieniu dwustu jardów, wręczyła zdumionym właścicielom opadniętych żuchw papier, wcisnęła w trzęsące się dłonie długopisy i nakazała pisać. Do dziś nie potrafimy z Inżynierem dojść do porozumienia w kwestii użycia dużych i małych liter.

Torbiel, zwana przed nas pieszczotliwie czekoladowym jajem, została kilkukrotnie wycięta przez doktor Fruzię żółtym plastikowym skalpelem. Doktor F. usunęła również lody tułające się samotnie po moich trzewiach, a następnie rozniosła po pre-school informację, że mummy jest not well. Dotąd czułam się całkiem well - przetrwałam breaking news o jaju w ojczyźnie, wizytę u GP, nie do końca wiedzącej jak postąpić z wynikami polskich badań, które postanowiłam upstrzyć na marginesach tłumaczeniami poczynionymi ołówkiem; przetrwałam kolejny skan w szpitalu, który przywołał tyle wspomnień, że aż uznałam to za znak, że musi być dobrze. Przetrwać taki skan to nie lada wyzwanie dla schizujących (Kocur, pozdrawiam!), gdyż grobowa, angielska cisza panująca w przyciemnionym gabinecie podsuwa chore (nomen omen) wizje. Może to te wycięte lody sprawiły, że poczułam się jakoś dziwnie pusta i schorowana, a może dzisiejszy telefon z przychodni, że już nie muszę przychodzić znów do GP, że mam już skierowanie na wizytę u specjalisty czekające na mnie w recepcji - nie wiem, które to z nich, ale dziś poczułam się not well. Skoro już nawet Kraina Deszczu uważa, że jestem pilnym przypadkiem, to może czas zacząć się bać? Może ja tu sobie spokojnie świergolę z Mamuśką do słuchawki, nieświadoma czyhającego na mnie zabiegu tuż za chwilkę, już za momencik...? Może powinnam jednak dać się ponieść szpitalnym lękom i fobiom??

Eeee...

Poczekam jeszcze trochę.

O tym, że Śnięty nie przyniesie nam ekspresu do kawy

Drudzy Rodzice kupili sobie ekspres do kawy. Taki wielki, buczący, ale serwujący latte i cappuccino z taką śmietanką, że mogłabym z nimi zdradzić herbatę już na dobre.
- Ale ci zazdroszczę, że lecisz! - powtarzał on tuż przed half-termem. - Będziesz sobie piła do woli!
Myślałby kto, że o napoju bogów tak prawi.
Ekspres rzeczywiście zabuczał zaraz po przylocie, potem po południu, wieczorem, następnego dnia... Był z nami w nocy, kiedy z Wielką Szwagierką i Tym Jej Właściwym zagryzaliśmy pomelo czerwonym winem i kawą. (Pyszny zestaw, gdyby ktoś pytał.) W poniedziałek rano szeptałam mu prosto w filtry, że za kilka dni jeszcze wracam, że spędzimy ze sobą jeszcze jedną noc, i och, cóż to za noc będzie, więc niech zbiera siły.

I pognałam do Town.

Jeszcze w samochodzie Wielkiego Brata wciąż wydawało mi się, że jadę do Rodzinnego Town, potem, że jestem w hotelu, a nie w bloku, bo te płytki, ten taras i ta duża łazienka, ale zanim zjadłam obiad, już byłam u nich. Znaczy - u siebie.
- Naprawdę? Naprawdę? - cieszyła się Mamuśka.
Naprawdę. Gdzie oni, tam mój dom. Reszta to tylko ściany.

Na pierwszej wizycie pani doktor zajrzała mi w oczy. Tak głęboko, że dna sięgnęła, ale na dnie cisza. Ten piasek pod powiekami, z którym czasem się budzę, i który sprawia, że toczę się po domu jak pijana ćma, to tylko pamiątkowe zadrapki po dwóch niefortunnych uszkodzeniach rogówki. Nic, czego nie da się zalać dobrym alkoholem. To znaczy kroplami. Kroplami zalać.

Na drugiej wizycie pani doktor zajrzała mi...

No. Zajrzała.

- Na ostatnim skanie były jakieś małe torbielki, ale w Krainie Deszczu nikt nie interesuje się moją endometriozą - zaczęłam.
- No - przytaknęła powoli pani doktor, która 11 lat temu oświeciła mnie, że coś takiego jak endometrioza w ogóle istnieje. - Ja tu widzę jedną, ale nie taką znowu małą.
I przekręciła ekran usg w moją stronę, żebym miała lepszą widoczność na swoje wnętrzności. Większość moich koleżanek dzieci sobie ogląda w taki sposób, a ja wielkie cysterny wypełnione - o ironio! - czekoladową zawartością.
Poczułam, jak krew odpływa mi z mózgu w przestrzeń kosmiczną.

Wyszłam z gabinetu i usiadłam obok Mamuśki. Jednym gestem powstrzymałam ją przed sięgnięciem po płaszcz.
- My tu sobie jeszcze posiedzimy - powiedziałam, wskazując na butelkę wody mineralnej. Miałam ją wypić, a potem wracać na kozetkę.
Pokazałam mamie skierowanie do szpitala i zaczęłam opowiadać, zatrzymując się chwilami, żeby uspokoić rozbawioną powłokę ziemską.
- Ale  ty głupia jesteś! - Mama spojrzała na mnie jak na wariatkę. - Z czego ty się właściwie śmiejesz?
Uwielbiam, jak mówi, że jestem głupia. W tym słowie jest wszystko, a najwięcej tam tego, że bardzo mnie kocha. Dziwne, co?
- Bo mi ręce opadły. A poza tym wolałabyś, żebym płakała? - zapytałam.
Rodzicielka jeszcze raz upewniła się, że nie doznałam trwałego uszkodzenia mózgu, po czym się poddała.
- No nie, nie wolałabym.

Czasem zmartwienia da się odłożyć na półkę, na potem. Miałam przed sobą jeszcze ponad pięć dni z rodziną, nie miałam ochoty na myślenie o tym, co i gdzie mi wytną, czego nie, jak długo będę czekać na zabieg i czy w tym roku znów pojedziemy do Polski na Święta. Te jedenaście lat przygód z medycyną polsko-angielską czegoś mnie jednak nauczyły. Przypomniałam też sobie, że pierwsza myśl o Fruzi - wtedy jeszcze bardzo ogólna, nieśmiała myśl o jakimkolwiek dziecku - zaczęła się od diagnozy, że to endo. Może Drugi też musi pojawić się w bólach? Może taka karma?

Albo życie, po prostu.

Więc śmiałam się, dużo się śmiałam, bo wiedziałam, że to jedyny dobry i sprawdzony sposób na szare wizje. Młodszy Kuzyn, który do swojego bogatego cv aktualnie wpisał pracę listonosza, miał swój niebagatelny udział we wprawianiu czekoladowej torbieli w radosne bujanie i bulgotanie. Dzięki niemu wiemy już, co należy zrobić, kiedy grupa lokalsów napadnie Młodszego w celu zrabowania rent i emerytur, jak się jeździ Corsą rocznik 1994 bez hamulca ręcznego (- Ja poczekam z małą w aucie, bo zasnęła - powiedziałam. Młodszy wysiadł z auta, a ja poczułam, że dalej jedziemy. Wprost na ulicę i bramę cmentarną. - Wraaaaacaaaaj!) oraz kto ma najbrudniejsze auto na świecie (długo sądziłam, że ja, a tymczasem odpadam w przedbiegach). Jusia Husia nie mogła ukryć żalu z powodu niedoszłego spotkania z przeszłością swej chrzestnej, bo ona bardzo, ale to bardzo chciała ją zobaczyć gdzieś pomiędzy grobowcami - cóż za urocza analogia. Diabeł produkował ze mną schabowe i doprawdy oboje czuliśmy się jak pracownicy roku przy taśmie produkcyjnej. I nawet zapach nowych perfum od Bratowej nie był w stanie zatuszować odoru surowego mięsa i przypalonej kaczki w czarninie.

Fruzia spotkała się z tyloma ciociami, że wszystko jej się pomyliło. Nie wiedziała już, czy Ala jest od cioci Megi, a Bartek od cioci Sefii, i gdzie właściwie jest ta ciocia Kocur, która miała przybyć w komplecie z ciocią Agą... Nie przeszkadzało jej to jednak rozpaczać, kiedy ciocia Sefia zabrała swojego bejbika do domu albo kiedy rozstawały się z Alą na parkingu przed blokiem Dziadków. Cóż to był za dramat - wiedzą tylko nowi sąsiedzi Mamuśki i Ojca Dyrektora. Ala szybko przywiązała się do myśli, że Fruzia jest jest siostrzyczką, co natychmiast przywołało jedno wspomnienie z dzieciństwa. To było tak dawno temu, że nie mam prawa tego pamiętać, pamiętam jednak. Ktoś zapytał mnie, czy znam Pedra.
- Tak, to mój brat - odpowiedziałam.
- Nie, ja pytam o Pedra - usłyszałam ponownie.
- No tak, to mój brat - potwierdziłam.
Tak się u nas mówiło - brat cioteczny. Nie żaden kuzyn, jak dzisiaj. Brat cioteczny to tak jak brat, koniec śpiewki.
Chłopak popatrzył na mnie jak na wariatkę.
- Aaaaa! - zajarzyłam wreszcie. - No wiesz, to tak jakby mój brat, brat od ciotki.
Chyba nie zrobiłam na nim piorunującego wrażenia.

Dziadków jednak nie myliła. Doskonale wiedziała, który dziadek jest od której babci, który jest od wizyt u Szelki, a który od poskramiania pająków.
- Dziadzia, spider! - wrzasnęła któregoś poranka.
Ojciec Dyrektor pomknął z Fruzią do łazienki, w głowie dokonując błyskawicznych działań skojarzeniowo-translacyjnych.
- Ha! - pogrążył się później w zadumie. - Dramatyzowałem, że kompletnie jej nie rozumiem, a tymczasem rozumiem!
Nie trzeba zaraz zostawać Spidermanem, żeby móc uratować świat własnej wnuczki.

Noce były głównie nieprzespane. Ona spała na mnie, na Husi, na Babci Mamuśce, albo na zdychającym materacu, ale grunt, że spała. Nieważne, że czasem dopiero od północy. Ja miałam spać, ale nie szło mi, bo albo gadałam z Husią, albo ze Szwagierką, z Warszawianką, Mamuśką... Albo trzeba było już wstawać, bo samolot zaraz. No nie dało się. Czytać też nie, ani tych stu pięćdziesięciu książek od Warszawianki, która została dealerką literatury, ani nawet tego historycznego Zwierciadła z moim imieniem, choć bez nazwiska (- Ja nadal nie mam pewności, że to Ty - droczy się ze mną on.) Udało mi się jednak dopchnąć pięć książek i sześć audiobooków do wypchanego po brzegi bagażu podręcznego. Tuż obok sera z dziurami dla Inżyniera i parówek z kurczaka dla Fruzi.

- To co, napijemy się kawuni? - zapytała z nadzieją w głosie Druga Mama.
To było rankiem tuż przed lotem powrotnym.
- Napijemy się, oczywiście - przytaknęłam chętnie.
Pogłaskałam z czułością buczącą maszynę do latte.
- Chyba jednak nie poprosimy Śniętego o Ciebie, bo uzależniasz - szepnęłam mu do filtra.
(- A ja, kurwa mać, nie powinnam wlewać w endo tyle kofeiny! - dodałam na boku.)
- Ale w moim sercu zawsze będziesz miał specjalne miejsce.
Musnęłam go opuszkiem palca po guziku do cappuccino i wyszłam.

Oddam torbiel czekoladową w dobre ręce. Może być za ekspres do kawy.