O niedzielnych porankach

środa, października 24, 2018

Jak zawsze budzi nas Fruzine wołanie:
- Mummy, come my bed!
Albo daddy, w zależności od nastroju, prawej lub lewej nogi. Dziś padło na mnie.
Boże drogi, dlaczego?
Idę. Po drodze szybko kalkuluję.
- Fruziu - mówię, nie rozklejając do końca powiek. - Weźmiemy kołderkę i poduszkę, i pójdziemy do dużego łóżka, do taty.
Nie daję jej czasu na protesty. Łapię za poduszkę, jej blankie, i już jestem z powrotem w cieplutkiej pościeli. Wiem, że jeśli zalegnę w jej łóżku, zaraz zacznie się czytanie, tysiąc zabawek wyląduje na mojej głowie... A ja zdecydowanie nie jestem jeszcze na to gotowa. W naszej sypialni jest - maleńki, ale zawsze - cień nadziei na krótkie dospanie.
- Noooo! - krzyczy ona po chwili pauzy, wciąż ze swojej sypialni. - You come my beeeed!

Nagle zmienia tonację na rozpaczliwą.
- Mouse, mooouuuuuseeeee!
Aż się dobudzam gwałtownie. Mouse? Ostatnio wszędzie widzi pająki, ale żeby myszy? Idę do niej, w tym czasie on też otwiera już oczy.
- Co? - pyta zdziwiony.
Fruzia stoi przy łóżku i dramatyzuje. Coś mi tłumaczy przez łzy, ale rozumiem tylko, że 'can't find, mummy!' i 'where mouse?' i 'chicken'. Patrzę to na łóżko, to na nią, to na żółtego kurczaka, którego przyniosła z urodzinowej imprezy poprzedniego dnia. Znów na łóżko, znów na nią i na kurczaka. Jaka mysz, do cholery?
- Mouth? - łapię wreszcie. - Buzia kurczaka? Zgubiłaś buzię kurczaka?

Witamy w Wyższej Szkole Kalamburów.

Żółty balon-kurczak przybył do nas z naklejonymi ustami, oczami i nosem. Fruzia postanowiła z nim spać, ale w nocy usta odpadły i zawieruszyły się w pościeli.
- Yes - mówi ona, już spokojnie, choć wciąż przez łzy. Pewnie czuje, że skoro zrozumiałam, to już połowa sukcesu.
Wygrzebujemy sflaczałe wargi kurczaka spod kołdry, chicken przechodzi operację plastyczną, wszyscy żyją. Wracam do łóżka.
- Come playing! - ponagla ona zza ściany.
- Pójdę do niej - mówi on.
Jest niedziela, więc to zwykle on ogarnia ją z rana. Dla niego to już żadne spanie po takiej pobudce, dośpi po południu. Dla mnie nie istnieją popołudniowe drzemki, więc dosypiam rano. Taki nieformalny układ.

Tym razem nie zasypiam, ale z przyjemnością zamykam oczy i wklejam się w poduszkę. Słyszę jak za ścianą ona próbuje przekonać go do jakiejś dzikiej aktywności w piżamach. On stawia na powolny rozruch:
- Fruziu, poczytajmy. Zobacz, ty czytasz swoje bajki, a daddy swoje.
- What you reading? - chce wiedzieć ona.
- Czytam. Powiedz 'czytam'.
- Citam. What you reading?
- To takie bajki dla taty. Plastic moulding injection.
Uff, dobrze, że tylko takie!
Poduszka tłumi moje parsknięcie. Jak odkryją, że nie śpię, szczególnie to młode, to zaraz będzie atak.
Lepiej nie prowokować.
- Ha? - pyta ona po chwili.
- Plastic moulding injection.
- Pardon?
Nie mogę ich słuchać, bo mi zaburzają spokój przepony.

Słyszę jak myją zęby. Najpierw on. Potem ona szczotkuje, a on przychodzi, siada na brzegu łóżka i wywraca komicznie oczami. Nie udaję już, że śpię, za bardzo się śmiałam. Z łazienki znów dobiega nas rozpaczliwe wołanie.
- Wait me, daddy, wait meeee!
Jeszcze chwila, a usłyszmy jak tupie nogą.
Przybiega wzburzona.
- You wait me, daddy, I said!
- Poczekaj. Poczekaj, tata - mówię tylko.
Od razu łapie, o co mi chodzi. Nieustająca lekcja polskiego.
- Ciekaj, tata, I said - tłumaczy Fruzia.
Inżynier sadza ją sobie na kolanach i zaczyna łaskotać.
- Słuchaj, szaleńcu. Ja na ciebie ciągle czekam, rozumiesz? Ciąg-le. Jeszcze cię na świecie nie było, a już czekałem. Z dziesięć lat będzie, jak tak czekam i czekam!
Fruzia chichocze od tych łaskotek, krzyczy, żeby 'stop, daddy, stop!', ale kiedy on przestaje, nadstawia się do kolejnej porcji wygłupów.
- Czubki jesteście - mówię, odwracając się na drugi bok.
- Mummy, you silly! - obdarza mnie komplementem córka.
Pewnie żebym sobie za dużo nie myślała.

Snuję się po kuchni w piżamie, kiedy oni pilnie pracują w ogródku. Inżynier wysypuje kwiatom nowe podłoże, Fruzia ujeżdża rower biegowy. Robię właśnie kawę, kiedy stają w drzwiach. Ona pokryta trawą i mokrą ziemią od butów po szyję.
- Mummy, I bump! - oświadcza młoda entuzjastycznie.
- Tak, mummy, cała prawda, był mały wypadek na rowerze - potwierdza on jej wersję.
Patrzą na mnie z minami sugerującymi, że tylko udają skruchę.
- Ściągaj z siebie wszystko i wrzuć do pralki, ty mały gangsterze - mówię do Fruzi.
Młodzież ochoczo zaczyna się rozbierać, a ja patrzę na zegar.

Jest dziesiąta rano.

Ciekawe, ile kurczaków i Fruzinych ubrań jeszcze dziś uratuję.

You Might Also Like

4 komentarze

  1. Uwielbiam to... te poranki kiedy młodzież bezceremonialnie wpada do nas do łóżka i podnosi "na siłę" powieki rechocząc się przy tym do rozpuku...:-))))) Gajowa z Was Trójca a raczej kwartet bo jeszcze Rudy :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ps miało być fajowa* nie gajowa :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale mnie się gajowa rodzinka bardzo podoba! :-)))

      Nicole - i to dlatego mamy potem zmarszczki ... ;-)

      Usuń
  3. O tak! A ja myślałam że to starość te zmarszczki:-D:-D:-D;-))))))))

    OdpowiedzUsuń