Latoś

niedziela, października 07, 2018

Wczesną wiosną Babcia zaczynała snuć plany na nadchodzące miesiące.
- Latoś, jak Bóg zdrowie da i zrobi się cieplej, posprząta się na cmentarzu. Od Wszystkich Świętych jeszcze nikt tam porządków nie robił, wszystko to to zabiegane, gdyby tak człowiek sam mógł iść i wszystko zrobić, ale zdrowie już nie to. Pójdziemy razem i posprzątamy, ty jesteś dobry dzieciak, na tych luntrusów nie mam co liczyć.
Długo nazywałam ją Latoś. To było jedno z tych słów, które mnie rozśmieszało, a które kojarzyłam tylko z nią. Postawiłam je na półce obok tych jej ukochanych luntrusów, szarańczy i statków. Statki myła w dwóch wielkich misach ustawionych na krzesłach jedna obok drugiej. W pierwszej woda z płynem, w której topiły się wszystkie brudy, blee, nie mogłam na to patrzeć, choć nigdy nic nie powiedziałam, ja, miastowe dziecko, przyzwyczajone do mycia garów pod bieżącą woda - szybko, czysto i estetycznie. W drugiej już bez chemii, tam opłukane naczynia odzyskiwały względny blask. Na końcu któraś z nas ze ścierką do polerowania.
Chodziłyśmy na ten cmentarz co jakiś czas tylko, wczesnym wieczorem, kiedy słońce wędrowało w dół ku linii horyzontu. Babcia wręczała mi metalową konewkę, do reklamówki wrzucałyśmy małe grabki, szufelkę, jakiś znicz, pudełko zapałek, czasem kwiaty ścięte w ogródku, odurzające intensywnym zapachem, jakby mieszaniną lata i kościelnych ołtarzy. Miotła z brzozowych witek ciasno przewiązanych w kilku miejscach sznurkiem czekała przy pomniku, choć bywało, że i nie, Babcia nie mogła tego pojąć, że z cmentarza tak można, bez wstydu. Tymi miotłami odkurzałam też w dużym pokoju dziadków -  od środka dywanu ku brzegom, pas po pasie, i ku podłodze, z której potem wymiatało się wszystko zwykłą szczotką. Szłyśmy na ten cmentarz tym dłużej, im więcej kumoszek Babci spotykałyśmy po drodze. A czyja ona? Średniej? Niemożliwe! Tak urosła, tak urosła, pannica już jaka! A dobrze się uczysz? Uśmiechałam się lekko, odpowiadałam zapytana, niepytana milczałam i ochoczo biegłam do studni po wodę do wielkich wazonów i donic. Albo wynosiłam całe torby zwiędłych, zalatujących zgnilizną kwiatów na malownicze śmietnisko usypane niedaleko głównej bramy. Robiłam porządny zamach i rzucałam reklamówkę z brudami wysoko i daleko, na sam szczyt tej spleśniałej góry, a przynajmniej tak mi się wydawało że na szczyt, a potem uciekałam w popłochu przed muchami, zapachami i całym tym syfem, który dziś miałby szansę znaleźć się w uzasadnieniu głównej nagrody w prestiżowym konkursie fotograficznym. Jeszcze tylko trzeba było pozamiatać, grabkami wyznaczyć szlaczek wokół pomnika, znak, że się było i dopilnowało, krótka modlitwa, westchnienie Babci i ruszałyśmy w drogę powrotną. Babcia szczęśliwa, będzie mogła spać spokojnie. Jeszcze tylko dwie kumoszki w drodze do domu. A ty czyja jesteś? Od średniej czy najmłodszej?
- Babcia, a ja ją znam?
- No pewnie, ona od Kamińszczaków jest, znasz jej córkę, wiesz, ta co...

Codziennie pod wieczór posyłała któreś z nas do cioci Jadzi po mleko. Najczęściej mnie, bo luntrusy latali. Ciocia Jadzia mieszkała na rogu tej samej ulicy - co ja opowiadam, mieszka nadal. Żadna to wyprawa, trzydzieści metrów i już otwierało się wielką, brązową furtkę, od której do werandy prowadził długi betonowy chodnik. Szłam chętnie, przyniesienie mleka było rodzajem misji, chociaż nigdy nie byłam pewna, co zastanę u cioci na podwórku. Ciocia miała przy budzie dużego psa stróża, czasem po zmierzchu biegającego samopas po części gospodarczej, tuż przy oborze. Od chodnika oddzielała go siatka, ale matko boska, jak ja się go bałam, kiedy musiałam wędrować wzdłuż tego płotu, podczas gdy skaczący i ujadający po drugiej stronie  wilczur odprowadzał mnie głośnym szczekiem do samych schodów! Kiedy ciocia albo wujek otwierali mi drzwi, oddychałam z ulgą.
Mleka nie lubiłam, szczególną niechęcią darząc właśnie to, które niosłam do domu w kance - świeże, ciepłe, prosto od krowy. Cały dom cioci pachniał tym mlekiem właśnie, mlekiem z kożuchem i tymi krowami. Kożuch przyprawiał mnie o odruch zwrotny, krowy napawały mnie lękiem, bo ja z tych bojaźliwych, co to później naprzeciw wszystkim swoim strachom wychodzą, bo ileż można się w życiu bać. Obserwowałam je więc z niejaką fascynacją, kiedy wracały pod koniec dnia z pastwiska, prowadzone ulicami Rancza tuż pod naszymi oknami. Kroczyły leniwie i dostojnie po kocich łbach, co jakiś czas odganiając ogonami natrętne owady. Ich pochód na tle granatowo-różowego nieba zwiastowało głośne muczenie i charakterystyczny dźwięk dzwonków noszonych przez krasule na zwalistych szyjach.
- Napij się - mówiła czasem Babcia, nalewając mi mleka do dużego kubka. - Spróbuj przynajmniej.
Natychmiast zaciskałam usta w ciup, zakrywałam buzię dłońmi i odwracałam głowę. Czasem dałam się namówić na kakao.

Dopóki byliśmy mali, szorowała nas po wakacyjnym intensywnym dniu w wielkiej balii. Trzeba było nagrzać kilka garów wody, dopełnić wrzątek zimną, namydlić delikwenta mydłem i spłukać kolejnym garem letniej wody. Lubiła sobie pogderać, że Pedro i Młodszy Kuzyn to jakby się w węglu wytarzali, każdego wieczoru to samo. Jak ta szarańcza pójdzie do szkoły, to sobie odpocznę, powtarzała całkiem głośno. Szarańcza tylko chichotała, nie przejmując się tym jej marudzeniem ani trochę. A potem, kiedy we wrześniu rozjeżdżaliśmy się do swoich domów, zaczynała tęsknić jeszcze tego samego dnia.

Wieczorem modliła się w kuchni, przy zgaszonym świetle. Rzadko śpiewała, choć głos miała piękny, a przed moją erą należała do chóru kościelnego. Na palcach jednej dłoni mogłabym zliczyć te obrazy, ale mam je, podkradzione i zapamiętane, kiedy wydawało mi się, że nie widzi, nie wie. Śpiewała chyba tylko w chwilach jakiegoś szczególnego odśrodkowego poruszenia, którego wtedy nie rozumiałam, choć podskórnie wyczuwałam. Zastygała najpierw na brzegu łóżka, zgięta w pół, lekko wychylona do przodu, zgarbiona, z łokciami podpartymi na kolanach, ze wzrokiem utkwionym tam, dokąd żadne z nas nie miało dostępu. Zdarzyło mi się widzieć jak płakała. Miałam wrażenie, że to wspomnienia tak ją poruszają, a może tęsknota. Zastanawiałam się czasem, czy tęskni za swoją mamą, bo wtedy - i dziś, i zawsze - życie bez mamy było dla mnie czymś totalnie niewyobrażalnym. Nawet jeśli się było już czyjąś babcią. Wtedy właśnie śpiewała. "Madonno, Czarna Madonno, jak dobrze twym dzieckiem być..." Znałam to na pamięć. Nie miałam głowy do nazwisk, twarzy i koligacji rodzinnych, ale do jej pieśni kościelnych i dziadkowych żołnierskich miałam najlepsze ucho w rodzinie. Kiedyś zabrała mnie na pielgrzymkę do Lichenia organizowaną przez jej parafię. Byłam chyba jedynym dzieckiem w tym towarzystwie, powinnam była się wynudzić, ale nie, ten jej świat mnie trochę intrygował. Po dziecięcemu zazdrościłam jej tej wiary, bo moja zawsze była chwiejna. I tego, że nic sobie nie robiła z dzieci, tych jej i tych przybranych, którym zdarzało się wywracać oczami na wieść o czekającej ich porannej mszy. To była zresztą jedyna zbrodnia, której się wobec niej dopuszczano. Bo jak Babcia kazała iść, to szli wszyscy - córki i syn, zięciowie i synowa, dzieciarnia - nawet jeśli panowie niecierpliwie opuszczali ławki przed końcem kazania, bo mecz. Jak się chciała modlić wieczorem, to kazali się dzieciarni uciszyć. Jak którego łajała, to  ten natychmiast się kajał. Jak była chora, to wszyscy złazili się na kupę i zapominali, o co pokłócili się przedwczoraj.

W głowie mi się nie mieściło, że można spojrzeć na człowieka i już wiedzieć, w czym będzie dobrze wyglądał, a potem tak po prostu to uszyć. Ja widziałam tylko fragmenty materiałów ciętych wzdłuż przerywanych kredowych linii, ona miała już w głowie całość. Jej klientki mogły przyjść z własną wizją, z niemieckim katalogiem domu mody w ręku, bądź zdesperowane, bo ani jednego ani drugiego, a za tydzień wesele kuzyna, pani Heleno, pani ratuje! Mierzyła więc, mówiła, czego na pewno nie zrobi, bo będzie źle wyglądało, kazała stawić się do przymiarki za dwa dni, a sama rozkładała materiał na stole, kreśliła, docinała, fastrygowała. Centymetr nosiła na szyi, naparstek w kieszeni długiego, zapinanego z przodu na guziki fartucha. Szpilki i igły zawsze powbijane w poduszki, które namiętnie szyliśmy dla niej - nawet chłopaczyska luntrusy - na wszystkie okazje na zajęciach technicznych w szkole. Żadnej nie zignorowała, zawsze wiedziała, która od kogo. Leżały przy maszynie, Predom Łucznik z ciemnobrązową szafką, szyte na okrętkę mocno niewprawną dłonią, można by przypuszczać, że ich żywot nie będzie z tych najdłuższych, a tymczasem one trwały, znajdowane gdzieś w jej pomocnikach i przybornikach długo po tym, jak przestała szyć, bo już wzrok i zdrowie odmawiały jej współpracy. Ja też kiedyś szyłam razem z nią. Buszowałam w wielkich workach wypełnionych skrawkami najrozmaitszych materiałów, ach, czegóż tam nie było! Futerka, cekiny, tafty, nylony, jedwabie, popeliny... Nie rozróżniałam tkanin, do dziś nie rozróżniam, ale znałam nazwy. Mogłam przebierać w kawałkach, skrawkach i paseczkach, stroić swoje lalki w najwymyślniejsze, awangardowe stylizacje. Dziś wciąż szyję tak jak wtedy - jak dziecko - ale jak naprawdę trzeba, to zaszyję Fruzi dziurę w wózku albo, choć strasznie staroświecko to zabrzmi, zaceruję niewielką dziurkę w getrach. Tak jak uczyła mnie Babcia - gęstą siateczką, nić przy nici, nić przy nici, a potem na krzyż, górą i dołem, górą i dołem.

Przez dom dziadków zawsze przewijał się tabun ludzi. Drzwi zamykano na ciężkie zasuwy w zasadzie tylko na noc. Od wiosny do wczesnej jesieni dom był otwarty na oścież. Przychodziły klientki do miary, ciotki na plotki, koleżanki Mamuśki i Handziuka, babeczka od jajek, babeczka od kur na rosół, wciąż ktoś i coś, od rana do wieczora. Przychodziły i dorosłe luntrusy, kiedy już desperacja ich dopadła, pani Heleno, ratuj! A Babcia ratowała. Czasem posłała takiemu jednemu z drugim przykre słowo, pomarudziła, ale ratowała każdego, pijaków też. I psy, wszystkie przybłędy albo zniesione przez nas do domu, bo szczeniaczki takie fajne, a potem one nocowały raz u Babci, bo wakacje, potem drugi raz, bo jakiś wyjazd, aż one wszystkie wolały u Babci mieszkać niż z nami, bo tam wolność i swoboda i dom w jednym. I nikt nie marudzi rano, że trzeba z czwartego piętra zejść, żeby wyprowadzić piszczącego sierściucha. Babcia wypuszczała je na rozległe podwórko, kazała wracać o przyzwoitej porze, a jak zwiały na wieś, czekała na nie przy bramie, w dłoni trzymając źdźbło słomy.
- Poczekaj, cholero, ja ci dam za to, żeś uciekł, poczekaj!
Z samego końca ulicy ją widziały i wiedziały już, że trzeba się pokajać. Szedł taki jeden z drugim kundlem, spuszczał ogon i łeb, przemykał chyłkiem obok Babci nóg, ona udawała, że mu baty tą słomą spuszcza, a kiedy zamknęła bramę, przedstawienie dobiegało końca.
- No chodź, chodź, jeść ci dam, bo nic w pysku nie miałeś od rana.
A one szły za nią wiernie, zmęczone i zadowolone, bo szczerze kochane pomimo wielu przewinień.
I one wszystkie Babci bardziej były niż nasze, taka prawda. Od początku uważałam, że Rudolf to moja szansa na rehabilitację.

Kiedy podrosłam i moje życie weszło w fazę, z której już nigdy nie wyszło - och, Babciu, jaka ja zabiegana jestem! - jeździłam do niej na weekendy z torbą pełną książek. Nie robiłyśmy nic wielkiego, ona gotowała obiad, ja rozkładałam notatki na starym drewnianym stole przykrytym ceratą bądź lnianym obrusem i spędzałam popołudnie na nauce. Mama mnie tego nauczyła. Jedź do niej, jedź z tymi książkami, możesz się uczyć cały dzień, ona będzie szczęśliwa, że jesteś. Była. Była tak szczęśliwa, że wszystkie jej kumoszki wiedziały, że przyjechała wnuczka, dużo nauki ma, ale przyjeżdża uczyć się do babci. Przyjmowała wszystkich kumpli Wielkiego Brata i Pedra, a czasem mnie i Warszawiankę, którzy notorycznie spali u niej na materacach i wszystkich dostępnych łóżkach po powrocie z Ranczerskiej dyskoteki. Robiła im obiad i herbatę, nauczyła się ich ksywek, a w okolicach czwartku pytała, czy Wielki przyjeżdża i z kim, bo ona musi wiedzieć, jak spanie naszykować. Tyle potrzebowała do szczęścia. Obecności.

Najintensywniej myślę o niej jesienią. Unosząca się nad ziemią mgła w coraz chłodniejsze poranki zawsze przywołuje wspomnienie odpustu na Ranczo, kiedy zapach mokrych liści i dymu z palonych na własnych podwórkach ognisk mieszał się z zapachem orzechów włoskich, wyłupywanych najpierw z zielonej skórki, a potem twardej łupiny, na gazecie, z pomocą młotka lub czegokolwiek co się nadawało do tłuczenia. Odpust był wydarzeniem, bo przyjeżdżaliśmy wszyscy na rosół i czarninę, na kieliszek czegoś mocniejszego, dzieciarnia - żeby puścić trochę kasy na kapiszony, korki, obwarzanki i plastikowe pierścionki. Robiliśmy wszyscy dużo hałasu, wnosiliśmy tonę mokrego piachu do domu, wprowadzaliśmy zamęt i sialiśmy spustoszenie. Ale to było wydarzenie, na które Babcia czekała od końca wakacji, kiedy szarańcza rozjeżdżała się do swoich domów. Czekała, bo znów chciała, żebyśmy byli wszyscy razem. Tak po prostu.

You Might Also Like

15 komentarze

  1. Piękne wspomnienia ...ja też myślę o babci, którą znam tylko z opowieści mamy, też szyla piękne rzeczy mama zawsze mówiła ( jak byłam mała) że gdyby żyła miałabym ubrania jak księżniczka. I wreszcie,ta moja ukochaną babcie co piekła najpyszniejsze drożdżówki na świecie.. która odeszła kiedy byłam mała... Myślę jeszcze o mojej ukochanych Ciociach jedna była siostrą babci a druga to siostra taty - była bez pamięci zakochana w moich dzieciach... Aleś mu wspomnienia przywołała aż mi łezka się zakręciła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczęściary z nas, że je mamy - te wspomnienia.

      A wiesz, moja uszyła mi sukienkę do Pierwszej Komunii. Miałam jedyną w swoim rodzaju. Odziedziczyłaś po babci talent do igły albo drożdżówek?

      Usuń
    2. Niestety do szycia mam dwie lewe ręce :-( a drożdżówka czaaasem mi wyjdzie;-)

      Usuń
    3. Ps: już sobie wyobrażam tę suknie komunijna musialas wyglądac pięknie

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Moja też szyła:)
    Piękne wspomnienia. Też moje przechowuję w sercu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te nasze babcie jakieś wszystkie takie podobne... :-)

      Usuń
  3. O mój Boże, jak Ty pięknie opisujesz piękne wspomnienia...Też mi pomokrzało w oczach.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie opisane... wróciły i moje wspomnienia, też mam podobne, u babci praktycznie mieliśmy swój drugi dom.
    aż się łzy zakręciły...
    Moja Babcia wciąż żyje - skończyła 89lat. Tylko teraz widujemy ją raz w roku i za każdym razem boję się, że to już ostatni :(
    Od kiedy nie ma Twojej Babci?
    Pozdrawiam cieplutko z Pomorza :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, mojej Babci nie ma już prawie 16 lat, sama w to nie wierzę, że tak długo.

      Tul swoją tak często jak możesz, póki jest. ❤️

      Usuń
  5. Ja nie wiem jak to jest, że Ty moje wspomnienia opisujesz :) Moja Babcia nadal ma maszynę Łucznik, składaną do stolika, po bokach szuflady, w nich wstążki, gumki, szpilki, guziki i haftki, koronki... I ona też na nas narzekała i zawsze czekała. Jutro do niej jadę ❤❤❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że ją wyściskałaś za mnie i za siebie :-)

      Usuń
  6. Masz piekne wspomnienia... :)

    Moja jedna babcia to byla DAMA... ;) Wlosy zawsze ulozone w loki, policzki pociagniete rozem, elegancko ubrana... Nie pamietam, zeby rozpieszczala nas - wnuki domowym obiadem, ale za to dla kazdego miala cieple slowo i serdeczny uscisk. :)

    Druga babcia za to, to byla taka "prawdziwa" babcia. :) Zawsze podsuwajaca pod nos ulubione kaski, piekaca wysmienite torty (teraz zaluje, ze kiedy zyla nie podpatrzylam tego czy owego...), robila na drutach czapki, swetry i ulubione kapcioszki, w ktorych mozna sie bylo slizgac na parkiecie. Dzieki niej polki w piwnicy zawsze pelne byly domowych dzemow, powidek oraz ogorkow kiszonych. Odziedziczylam po niej pragnienie posiadania wlasnego warzywnika, szkoda tylko, ze nie odziedziczylam zaciecia do robienia przetworow. ;)
    Strasznie zaluje, ze Potworki nigdy nie poznaja ani jednej ani drugiej. I ze ich wlasne babcie sa tak daleko, ze nigdy nie beda mieli z nimi takiej zazylosci jak ja z moimi. :(

    OdpowiedzUsuń
  7. Agata, posiadanie tak różnych, a jednocześnie tak podobnych babć musiało być ciekawe - do jednej na lekcje makijażu, a do drugiej po przepisy na ciasteczka :-)

    Ja najbardziej żałuję, że moja Babcia nie poznała Inżyniera - znała jednego z moich chłopaków i wiem, że skrycie była załamana, natomiast Inżyniera kochałaby całym sercem. Chociaż Mamuśka twierdzi, że to ona mi go zesłała :-)))

    OdpowiedzUsuń