O tym, że uwielbiam, kiedy szumi i szeleści

Z tym jej polskim mam trochę tak, jak Mamuśka kiedyś z finansami. Pamiętam jak czasem mówiła, że kiedy była w dołku finansowym i już naprawdę zaczynała zastanawiać się, co tu zrobić, żeby budżet się domykał, właśnie wtedy okazywało się, że pojawiał się jakiś nieoczekiwany zwrot podatku, ktoś jej oddał dług, o którym ona sama zapomniała, na konto wpływało jakieś zaległe wyrównanie pensji i sytuacja była opanowana. U nas jest podobnie - po okresach wzmożonej aktywności polskiego, przychodzi spadek jej i naszej formy, doba się kurczy, a ja zaczynam myśleć, że moglibyśmy więcej, bardziej i w ogóle. I choć przecież rozmawiamy codziennie w naszym języku, godzina po godzinie, minuta po minucie, bo od tej jednej reguły nie ma wyjątku, to czasem sumienie zaczyna podgryzać, zaczynam się martwić, że za mało, że może źle, może powinno być inaczej. I wtedy najczęściej Fruzia przemawia, lejąc strumienie miodu na duszę matki polki językowej.

- Play hide-and-seek? - proponuje ona przynajmniej co drugi dzień.
- W chowanego? - pytam jak zawsze, do znudzenia i obrzydzenia. - Dobra. Liczysz.
Fruzia zaczyna:
- One, two, three... Ready or not! I'm coming!
Chwilę później ja na upartego:
- Jeden, dwa, trzy... Szuuuukam!
I łażę po mieszkaniu, udając, że nie widzę tych wystających spod koca girek i trzęsącego się brzucha.
- Gdzie ta Fruzia się schowała??? Aaaaa! Tutaj jesteś!

Wczoraj znów nakazała mi się schować. Przycupnęłam przy lodówce i myślę o tym kawałku batonika, którego schowałam sobie na wieczór. Zdążę czy nie? Nagle bardzo wyraźnie dociera do mnie głos Fruzi:
- ... czy, tery, pieć, siede, ooosiem, dziefeć... Szuuukaaaam!
Nie wytrzymałam i wyskoczyłam zza lodówki wrzeszcząc radośnie, że tak pięknie po polsku powiedziała, że taka mądra i w ogóle, na co ona ze śmiechem:
- Tutaj, mummy!

Tego samego dnia w ogródku zapytałam ją, co robi Rudolf, któremu znudziło się obwąchiwanie trawnika i postanowił trochę się powydzierać na okolicę, jak to Rudolf. Fruzia, zamiast jak zwykle powiedzieć, że Rudolf woof woof, nagle po prostu oznajmiła, że szczeka. Piękne sz i cz, piękna całość i każdy dźwięk z osobna. I niby wiem, że Rudolfy szczekają, ale nie wiedziałam, że ona wie!

Gdyby ktoś mi powiedział jeszcze trzy lata temu, że tak się będę ekscytować każdym polskim słowem, które wypowie sama z siebie, postukałabym się głowę.

Lifelong learning.

O niedzielnych porankach

Jak zawsze budzi nas Fruzine wołanie:
- Mummy, come my bed!
Albo daddy, w zależności od nastroju, prawej lub lewej nogi. Dziś padło na mnie.
Boże drogi, dlaczego?
Idę. Po drodze szybko kalkuluję.
- Fruziu - mówię, nie rozklejając do końca powiek. - Weźmiemy kołderkę i poduszkę, i pójdziemy do dużego łóżka, do taty.
Nie daję jej czasu na protesty. Łapię za poduszkę, jej blankie, i już jestem z powrotem w cieplutkiej pościeli. Wiem, że jeśli zalegnę w jej łóżku, zaraz zacznie się czytanie, tysiąc zabawek wyląduje na mojej głowie... A ja zdecydowanie nie jestem jeszcze na to gotowa. W naszej sypialni jest - maleńki, ale zawsze - cień nadziei na krótkie dospanie.
- Noooo! - krzyczy ona po chwili pauzy, wciąż ze swojej sypialni. - You come my beeeed!

Nagle zmienia tonację na rozpaczliwą.
- Mouse, mooouuuuuseeeee!
Aż się dobudzam gwałtownie. Mouse? Ostatnio wszędzie widzi pająki, ale żeby myszy? Idę do niej, w tym czasie on też otwiera już oczy.
- Co? - pyta zdziwiony.
Fruzia stoi przy łóżku i dramatyzuje. Coś mi tłumaczy przez łzy, ale rozumiem tylko, że 'can't find, mummy!' i 'where mouse?' i 'chicken'. Patrzę to na łóżko, to na nią, to na żółtego kurczaka, którego przyniosła z urodzinowej imprezy poprzedniego dnia. Znów na łóżko, znów na nią i na kurczaka. Jaka mysz, do cholery?
- Mouth? - łapię wreszcie. - Buzia kurczaka? Zgubiłaś buzię kurczaka?

Witamy w Wyższej Szkole Kalamburów.

Żółty balon-kurczak przybył do nas z naklejonymi ustami, oczami i nosem. Fruzia postanowiła z nim spać, ale w nocy usta odpadły i zawieruszyły się w pościeli.
- Yes - mówi ona, już spokojnie, choć wciąż przez łzy. Pewnie czuje, że skoro zrozumiałam, to już połowa sukcesu.
Wygrzebujemy sflaczałe wargi kurczaka spod kołdry, chicken przechodzi operację plastyczną, wszyscy żyją. Wracam do łóżka.
- Come playing! - ponagla ona zza ściany.
- Pójdę do niej - mówi on.
Jest niedziela, więc to zwykle on ogarnia ją z rana. Dla niego to już żadne spanie po takiej pobudce, dośpi po południu. Dla mnie nie istnieją popołudniowe drzemki, więc dosypiam rano. Taki nieformalny układ.

Tym razem nie zasypiam, ale z przyjemnością zamykam oczy i wklejam się w poduszkę. Słyszę jak za ścianą ona próbuje przekonać go do jakiejś dzikiej aktywności w piżamach. On stawia na powolny rozruch:
- Fruziu, poczytajmy. Zobacz, ty czytasz swoje bajki, a daddy swoje.
- What you reading? - chce wiedzieć ona.
- Czytam. Powiedz 'czytam'.
- Citam. What you reading?
- To takie bajki dla taty. Plastic moulding injection.
Uff, dobrze, że tylko takie!
Poduszka tłumi moje parsknięcie. Jak odkryją, że nie śpię, szczególnie to młode, to zaraz będzie atak.
Lepiej nie prowokować.
- Ha? - pyta ona po chwili.
- Plastic moulding injection.
- Pardon?
Nie mogę ich słuchać, bo mi zaburzają spokój przepony.

Słyszę jak myją zęby. Najpierw on. Potem ona szczotkuje, a on przychodzi, siada na brzegu łóżka i wywraca komicznie oczami. Nie udaję już, że śpię, za bardzo się śmiałam. Z łazienki znów dobiega nas rozpaczliwe wołanie.
- Wait me, daddy, wait meeee!
Jeszcze chwila, a usłyszmy jak tupie nogą.
Przybiega wzburzona.
- You wait me, daddy, I said!
- Poczekaj. Poczekaj, tata - mówię tylko.
Od razu łapie, o co mi chodzi. Nieustająca lekcja polskiego.
- Ciekaj, tata, I said - tłumaczy Fruzia.
Inżynier sadza ją sobie na kolanach i zaczyna łaskotać.
- Słuchaj, szaleńcu. Ja na ciebie ciągle czekam, rozumiesz? Ciąg-le. Jeszcze cię na świecie nie było, a już czekałem. Z dziesięć lat będzie, jak tak czekam i czekam!
Fruzia chichocze od tych łaskotek, krzyczy, żeby 'stop, daddy, stop!', ale kiedy on przestaje, nadstawia się do kolejnej porcji wygłupów.
- Czubki jesteście - mówię, odwracając się na drugi bok.
- Mummy, you silly! - obdarza mnie komplementem córka.
Pewnie żebym sobie za dużo nie myślała.

Snuję się po kuchni w piżamie, kiedy oni pilnie pracują w ogródku. Inżynier wysypuje kwiatom nowe podłoże, Fruzia ujeżdża rower biegowy. Robię właśnie kawę, kiedy stają w drzwiach. Ona pokryta trawą i mokrą ziemią od butów po szyję.
- Mummy, I bump! - oświadcza młoda entuzjastycznie.
- Tak, mummy, cała prawda, był mały wypadek na rowerze - potwierdza on jej wersję.
Patrzą na mnie z minami sugerującymi, że tylko udają skruchę.
- Ściągaj z siebie wszystko i wrzuć do pralki, ty mały gangsterze - mówię do Fruzi.
Młodzież ochoczo zaczyna się rozbierać, a ja patrzę na zegar.

Jest dziesiąta rano.

Ciekawe, ile kurczaków i Fruzinych ubrań jeszcze dziś uratuję.

O gruncie rzeczy

Na balkonie obok mnie kobieta, mniej więcej rówieśniczka. Obie opieramy się o barierkę, choć ja od czasu do czasu odrywam się od niej, sięgam do stolika po kubek z kawą i po trzech łykach odstawiam go z powrotem. Mam wrażenie, że ten czerwony napis ostrzegawczy ciągnący się kilkukrotnie przez całą długość balkonu skierowany jest właśnie do takich jak ja, takich, co to czasem gubią głowę przed południem i zanim pomyślą, dobudzą się gorącą kofeiną wstrzykniętą dogardłowo nad głowami wchodzących do sali spóźnionych rodziców i dzieci. Do mnie on. Choć i tak jestem na tyle przytomna, żeby znów go zauważyć.
Zerkam na nią ukradkiem i myślę sobie, że to chyba jej pierwszy lub jeden z pierwszych razów na balkonie. Stoi tam tylko fizycznie, bo tak naprawdę całą sobą jest na dole przy swoim Feliksie. Lokalizuję go bezbłędnie po dwóch pierwszych minutach. Trochę młodszy od Fruzi, trochę rozkojarzony i bardzo wyluzowany toddler.
- Do zielonej... do zielonej teraz ... - mówi ona do niego.
Szeptem najpierw, zupełnie jakby jej się wyrwało tylko, ale za chwilę słyszę ją już całkiem wyraźnie. Ja i zdecydowana większość balkonowiczów.
- Zapomniałeś o czerwonej... Feliks! Czerwona... czer...
Mały, zupełnie nieświadomy instrukcji rodzicielki - za wysoko i zbyt daleko do nich - najpierw stoi na środku sali, jakby nie wiedząc, co dalej, ale zanim instruktorka zdąży zareagować, już pędzi do reszty grupy, łapie za czerwoną torebkę i rzuca nią niedbale na czerwoną część materaca. Zupełnie jak Fruzia, która chwilę po nim wali torebkami bez zastanowienia, z miną 'to zadanie to chyba dla bejbików, phi!'
Mama Feliksa aż sie uśmiecha, widzę to kątem oka. Potem łapię jej spojrzenie i też się uśmiecham.
- Roztrzepany jakiś jest dzisiaj - mówi, usprawiedliwiając się trochę.
Nie ma powodu, myślę, ale nic nie odpowiadam, bo sama nie wiem, czy ona to do mnie, do kogoś obok, czy w przestrzeń.
Dobrze, bo chyba jednak nie do mnie.
Młode pokonują na dole swój tor przeszkód. Fruzia wędruje pewnie po ławeczce opartej pod niewielkim kątem o gruby materac. U góry czeka na instruktorkę, a potem z jej pomocą wchodzi na równoważnię i przemierza całą jej długość. Na końcu zatrzymuje się, słucha wskazówek trenerki. Ta pomaga utrzymać jej postawę, a potem lekko tylko asekurując ją po bokach, każe skakać. Fruzia skacze. Więcej w tym entuzjazmu niż techniki, ale ląduje na dwóch zamiast na czterech, dalszą postawę ma głęboko gdzieś, macha rękami na boki na odwal, jakby chciała odbębnić jakieś nudne zadanie domowe i pędzi do następnego ćwiczenia. Cała ona. Tak mnie ten widok rozbawia, że zanim się obejrzę, a już prycham w kubek z kawą, to dziecko jest komiczne i zupełnie nie przeszkadza mi trzeźwa myśl, że być może tylko dla mnie i dla niego. I może jeszcze dla reszty rodzinki.pl.
- Feliks... Feliks! - trochę niepewnie woła kobieta obok mnie. Lekko wychyla się za barierkę. Widzę, że wolałaby tego nie robić, ale nie może za siebie, no nie może i już.
- Feliks... ominąłeś jedno ćwiczenie!
Też to miałam. Niby nie do końca wyartykułowane, ale miałam, jasne, że tak. Może to to nauczycielskie sumienie, które podpowiadało mi, że jako trenerka wolałabym, aby rodzice nie udzielali się z tego balkonu, ale wiem, jakie to czasem trudne. Z tej początkowej ekscytacji też chciałam krzyknąć jej, że Fruziu, tam miałaś zrobić przewrót w przód, a nie kraul na sucho po materacu!, ale na szczęście w tych pierwszych momentach miałam przy sobie Husię, przy której mogłam wywracać oczami i bezkarnie zachwycać się swym niezmiernie utalentowanym dzieckiem bez wydawania jej instrukcji z rodzicielskiego szczytu.
Śmiać mi się chce, bo Feliks jest dziś na absolutnie innej planecie. Wędruje sobie od stacji do stacji luzackim krokiem właściciela wszystkich siłowni w okolicy, tu coś rzuci, tam popełznie, gdzie indziej zrobi ćwiczenie po swojemu, podczas gdy instruktorka cierpliwie sprowadza go na właściwy tor wydarzeń. Mama Feliksa powoli się wycisza i już tylko śmieje się do siebie cicho. W zasadzie obie się śmiejemy, bo Fruzia ma dziś misję. Ma podskoczyć trzy razy na miękkim materacu, a po trzecim skoku wrzucić całą swą postać do basenu z gąbkami. Instruktorka pokazuje jej, jak wykonać poprawny skok, Fruzia niby słucha, ale widzę, że aż się pali do akcji, wreszcie ląduje w basenie. Gramoli się do wyjścia, pędzi do następnej przeszkody, a kiedy kilka minut później dociera do tego samego miejsca, zdecydowanym gestem odpycha rękę trenerki. Niemal słyszę jak mówi do niej - myself! Chyba dziś skonam przy tej barierce.

Rozglądam się. Cały balkon to tak naprawdę kawiarnia. Kilka stolików, krzesełka, przemiły pan, który na moje entuzjastyczne yes, please! zawsze dosypuje do cappuccino podwójną porcję czekolady. Jakaś mama przy jednym ze stolików karmi piersią niemowlę. Jakiś ojciec czyta gazetę. Reszta rodziców, głównie mam, popija swoje kawy - właśnie to do mnie dociera - przy barierce, opierając się o nie tyłkami, plecami, biodrem lub dłonią. Stoją samotnie, parami lub w małych grupkach. Rozmawiają o dzieciach, o pracy, obgadują sąsiadów, grzebią w telefonach. Jedni szepczą, inni rozprawiają półgłosem, czasem wybuchając śmiechem. Ale wszyscy, absolutnie wszyscy z tych barierkowiczów co jakiś czas machają ukradkiem do swoich dzieci, po cichu komentują  to, co dzieje się na dole, coś komuś pokazują palcem.

Może też mieli kiedyś plan. Może któreś z nich kupiło kiedyś różowy notes do spisywania tego wszystkiego, czego nie ma kiedy spisać, sądząc, że razem z lekcjami gimnastyki dla potomka, kupili sobie czterdzieści pięć minut na myślenie tylko o sobie. A może nie mieli planu, bo już wiedzieli, że zamiast siedzieć przy stoliku, będą podpierali barierkę. Ja przestałam zabierać ze sobą różowy notes, bo też już wiem.

Ależ jesteśmy do siebie podobni.

Latoś

Wczesną wiosną Babcia zaczynała snuć plany na nadchodzące miesiące.
- Latoś, jak Bóg zdrowie da i zrobi się cieplej, posprząta się na cmentarzu. Od Wszystkich Świętych jeszcze nikt tam porządków nie robił, wszystko to to zabiegane, gdyby tak człowiek sam mógł iść i wszystko zrobić, ale zdrowie już nie to. Pójdziemy razem i posprzątamy, ty jesteś dobry dzieciak, na tych luntrusów nie mam co liczyć.
Długo nazywałam ją Latoś. To było jedno z tych słów, które mnie rozśmieszało, a które kojarzyłam tylko z nią. Postawiłam je na półce obok tych jej ukochanych luntrusów, szarańczy i statków. Statki myła w dwóch wielkich misach ustawionych na krzesłach jedna obok drugiej. W pierwszej woda z płynem, w której topiły się wszystkie brudy, blee, nie mogłam na to patrzeć, choć nigdy nic nie powiedziałam, ja, miastowe dziecko, przyzwyczajone do mycia garów pod bieżącą woda - szybko, czysto i estetycznie. W drugiej już bez chemii, tam opłukane naczynia odzyskiwały względny blask. Na końcu któraś z nas ze ścierką do polerowania.
Chodziłyśmy na ten cmentarz co jakiś czas tylko, wczesnym wieczorem, kiedy słońce wędrowało w dół ku linii horyzontu. Babcia wręczała mi metalową konewkę, do reklamówki wrzucałyśmy małe grabki, szufelkę, jakiś znicz, pudełko zapałek, czasem kwiaty ścięte w ogródku, odurzające intensywnym zapachem, jakby mieszaniną lata i kościelnych ołtarzy. Miotła z brzozowych witek ciasno przewiązanych w kilku miejscach sznurkiem czekała przy pomniku, choć bywało, że i nie, Babcia nie mogła tego pojąć, że z cmentarza tak można, bez wstydu. Tymi miotłami odkurzałam też w dużym pokoju dziadków -  od środka dywanu ku brzegom, pas po pasie, i ku podłodze, z której potem wymiatało się wszystko zwykłą szczotką. Szłyśmy na ten cmentarz tym dłużej, im więcej kumoszek Babci spotykałyśmy po drodze. A czyja ona? Średniej? Niemożliwe! Tak urosła, tak urosła, pannica już jaka! A dobrze się uczysz? Uśmiechałam się lekko, odpowiadałam zapytana, niepytana milczałam i ochoczo biegłam do studni po wodę do wielkich wazonów i donic. Albo wynosiłam całe torby zwiędłych, zalatujących zgnilizną kwiatów na malownicze śmietnisko usypane niedaleko głównej bramy. Robiłam porządny zamach i rzucałam reklamówkę z brudami wysoko i daleko, na sam szczyt tej spleśniałej góry, a przynajmniej tak mi się wydawało że na szczyt, a potem uciekałam w popłochu przed muchami, zapachami i całym tym syfem, który dziś miałby szansę znaleźć się w uzasadnieniu głównej nagrody w prestiżowym konkursie fotograficznym. Jeszcze tylko trzeba było pozamiatać, grabkami wyznaczyć szlaczek wokół pomnika, znak, że się było i dopilnowało, krótka modlitwa, westchnienie Babci i ruszałyśmy w drogę powrotną. Babcia szczęśliwa, będzie mogła spać spokojnie. Jeszcze tylko dwie kumoszki w drodze do domu. A ty czyja jesteś? Od średniej czy najmłodszej?
- Babcia, a ja ją znam?
- No pewnie, ona od Kamińszczaków jest, znasz jej córkę, wiesz, ta co...

Codziennie pod wieczór posyłała któreś z nas do cioci Jadzi po mleko. Najczęściej mnie, bo luntrusy latali. Ciocia Jadzia mieszkała na rogu tej samej ulicy - co ja opowiadam, mieszka nadal. Żadna to wyprawa, trzydzieści metrów i już otwierało się wielką, brązową furtkę, od której do werandy prowadził długi betonowy chodnik. Szłam chętnie, przyniesienie mleka było rodzajem misji, chociaż nigdy nie byłam pewna, co zastanę u cioci na podwórku. Ciocia miała przy budzie dużego psa stróża, czasem po zmierzchu biegającego samopas po części gospodarczej, tuż przy oborze. Od chodnika oddzielała go siatka, ale matko boska, jak ja się go bałam, kiedy musiałam wędrować wzdłuż tego płotu, podczas gdy skaczący i ujadający po drugiej stronie  wilczur odprowadzał mnie głośnym szczekiem do samych schodów! Kiedy ciocia albo wujek otwierali mi drzwi, oddychałam z ulgą.
Mleka nie lubiłam, szczególną niechęcią darząc właśnie to, które niosłam do domu w kance - świeże, ciepłe, prosto od krowy. Cały dom cioci pachniał tym mlekiem właśnie, mlekiem z kożuchem i tymi krowami. Kożuch przyprawiał mnie o odruch zwrotny, krowy napawały mnie lękiem, bo ja z tych bojaźliwych, co to później naprzeciw wszystkim swoim strachom wychodzą, bo ileż można się w życiu bać. Obserwowałam je więc z niejaką fascynacją, kiedy wracały pod koniec dnia z pastwiska, prowadzone ulicami Rancza tuż pod naszymi oknami. Kroczyły leniwie i dostojnie po kocich łbach, co jakiś czas odganiając ogonami natrętne owady. Ich pochód na tle granatowo-różowego nieba zwiastowało głośne muczenie i charakterystyczny dźwięk dzwonków noszonych przez krasule na zwalistych szyjach.
- Napij się - mówiła czasem Babcia, nalewając mi mleka do dużego kubka. - Spróbuj przynajmniej.
Natychmiast zaciskałam usta w ciup, zakrywałam buzię dłońmi i odwracałam głowę. Czasem dałam się namówić na kakao.

Dopóki byliśmy mali, szorowała nas po wakacyjnym intensywnym dniu w wielkiej balii. Trzeba było nagrzać kilka garów wody, dopełnić wrzątek zimną, namydlić delikwenta mydłem i spłukać kolejnym garem letniej wody. Lubiła sobie pogderać, że Pedro i Młodszy Kuzyn to jakby się w węglu wytarzali, każdego wieczoru to samo. Jak ta szarańcza pójdzie do szkoły, to sobie odpocznę, powtarzała całkiem głośno. Szarańcza tylko chichotała, nie przejmując się tym jej marudzeniem ani trochę. A potem, kiedy we wrześniu rozjeżdżaliśmy się do swoich domów, zaczynała tęsknić jeszcze tego samego dnia.

Wieczorem modliła się w kuchni, przy zgaszonym świetle. Rzadko śpiewała, choć głos miała piękny, a przed moją erą należała do chóru kościelnego. Na palcach jednej dłoni mogłabym zliczyć te obrazy, ale mam je, podkradzione i zapamiętane, kiedy wydawało mi się, że nie widzi, nie wie. Śpiewała chyba tylko w chwilach jakiegoś szczególnego odśrodkowego poruszenia, którego wtedy nie rozumiałam, choć podskórnie wyczuwałam. Zastygała najpierw na brzegu łóżka, zgięta w pół, lekko wychylona do przodu, zgarbiona, z łokciami podpartymi na kolanach, ze wzrokiem utkwionym tam, dokąd żadne z nas nie miało dostępu. Zdarzyło mi się widzieć jak płakała. Miałam wrażenie, że to wspomnienia tak ją poruszają, a może tęsknota. Zastanawiałam się czasem, czy tęskni za swoją mamą, bo wtedy - i dziś, i zawsze - życie bez mamy było dla mnie czymś totalnie niewyobrażalnym. Nawet jeśli się było już czyjąś babcią. Wtedy właśnie śpiewała. "Madonno, Czarna Madonno, jak dobrze twym dzieckiem być..." Znałam to na pamięć. Nie miałam głowy do nazwisk, twarzy i koligacji rodzinnych, ale do jej pieśni kościelnych i dziadkowych żołnierskich miałam najlepsze ucho w rodzinie. Kiedyś zabrała mnie na pielgrzymkę do Lichenia organizowaną przez jej parafię. Byłam chyba jedynym dzieckiem w tym towarzystwie, powinnam była się wynudzić, ale nie, ten jej świat mnie trochę intrygował. Po dziecięcemu zazdrościłam jej tej wiary, bo moja zawsze była chwiejna. I tego, że nic sobie nie robiła z dzieci, tych jej i tych przybranych, którym zdarzało się wywracać oczami na wieść o czekającej ich porannej mszy. To była zresztą jedyna zbrodnia, której się wobec niej dopuszczano. Bo jak Babcia kazała iść, to szli wszyscy - córki i syn, zięciowie i synowa, dzieciarnia - nawet jeśli panowie niecierpliwie opuszczali ławki przed końcem kazania, bo mecz. Jak się chciała modlić wieczorem, to kazali się dzieciarni uciszyć. Jak którego łajała, to  ten natychmiast się kajał. Jak była chora, to wszyscy złazili się na kupę i zapominali, o co pokłócili się przedwczoraj.

W głowie mi się nie mieściło, że można spojrzeć na człowieka i już wiedzieć, w czym będzie dobrze wyglądał, a potem tak po prostu to uszyć. Ja widziałam tylko fragmenty materiałów ciętych wzdłuż przerywanych kredowych linii, ona miała już w głowie całość. Jej klientki mogły przyjść z własną wizją, z niemieckim katalogiem domu mody w ręku, bądź zdesperowane, bo ani jednego ani drugiego, a za tydzień wesele kuzyna, pani Heleno, pani ratuje! Mierzyła więc, mówiła, czego na pewno nie zrobi, bo będzie źle wyglądało, kazała stawić się do przymiarki za dwa dni, a sama rozkładała materiał na stole, kreśliła, docinała, fastrygowała. Centymetr nosiła na szyi, naparstek w kieszeni długiego, zapinanego z przodu na guziki fartucha. Szpilki i igły zawsze powbijane w poduszki, które namiętnie szyliśmy dla niej - nawet chłopaczyska luntrusy - na wszystkie okazje na zajęciach technicznych w szkole. Żadnej nie zignorowała, zawsze wiedziała, która od kogo. Leżały przy maszynie, Predom Łucznik z ciemnobrązową szafką, szyte na okrętkę mocno niewprawną dłonią, można by przypuszczać, że ich żywot nie będzie z tych najdłuższych, a tymczasem one trwały, znajdowane gdzieś w jej pomocnikach i przybornikach długo po tym, jak przestała szyć, bo już wzrok i zdrowie odmawiały jej współpracy. Ja też kiedyś szyłam razem z nią. Buszowałam w wielkich workach wypełnionych skrawkami najrozmaitszych materiałów, ach, czegóż tam nie było! Futerka, cekiny, tafty, nylony, jedwabie, popeliny... Nie rozróżniałam tkanin, do dziś nie rozróżniam, ale znałam nazwy. Mogłam przebierać w kawałkach, skrawkach i paseczkach, stroić swoje lalki w najwymyślniejsze, awangardowe stylizacje. Dziś wciąż szyję tak jak wtedy - jak dziecko - ale jak naprawdę trzeba, to zaszyję Fruzi dziurę w wózku albo, choć strasznie staroświecko to zabrzmi, zaceruję niewielką dziurkę w getrach. Tak jak uczyła mnie Babcia - gęstą siateczką, nić przy nici, nić przy nici, a potem na krzyż, górą i dołem, górą i dołem.

Przez dom dziadków zawsze przewijał się tabun ludzi. Drzwi zamykano na ciężkie zasuwy w zasadzie tylko na noc. Od wiosny do wczesnej jesieni dom był otwarty na oścież. Przychodziły klientki do miary, ciotki na plotki, koleżanki Mamuśki i Handziuka, babeczka od jajek, babeczka od kur na rosół, wciąż ktoś i coś, od rana do wieczora. Przychodziły i dorosłe luntrusy, kiedy już desperacja ich dopadła, pani Heleno, ratuj! A Babcia ratowała. Czasem posłała takiemu jednemu z drugim przykre słowo, pomarudziła, ale ratowała każdego, pijaków też. I psy, wszystkie przybłędy albo zniesione przez nas do domu, bo szczeniaczki takie fajne, a potem one nocowały raz u Babci, bo wakacje, potem drugi raz, bo jakiś wyjazd, aż one wszystkie wolały u Babci mieszkać niż z nami, bo tam wolność i swoboda i dom w jednym. I nikt nie marudzi rano, że trzeba z czwartego piętra zejść, żeby wyprowadzić piszczącego sierściucha. Babcia wypuszczała je na rozległe podwórko, kazała wracać o przyzwoitej porze, a jak zwiały na wieś, czekała na nie przy bramie, w dłoni trzymając źdźbło słomy.
- Poczekaj, cholero, ja ci dam za to, żeś uciekł, poczekaj!
Z samego końca ulicy ją widziały i wiedziały już, że trzeba się pokajać. Szedł taki jeden z drugim kundlem, spuszczał ogon i łeb, przemykał chyłkiem obok Babci nóg, ona udawała, że mu baty tą słomą spuszcza, a kiedy zamknęła bramę, przedstawienie dobiegało końca.
- No chodź, chodź, jeść ci dam, bo nic w pysku nie miałeś od rana.
A one szły za nią wiernie, zmęczone i zadowolone, bo szczerze kochane pomimo wielu przewinień.
I one wszystkie Babci bardziej były niż nasze, taka prawda. Od początku uważałam, że Rudolf to moja szansa na rehabilitację.

Kiedy podrosłam i moje życie weszło w fazę, z której już nigdy nie wyszło - och, Babciu, jaka ja zabiegana jestem! - jeździłam do niej na weekendy z torbą pełną książek. Nie robiłyśmy nic wielkiego, ona gotowała obiad, ja rozkładałam notatki na starym drewnianym stole przykrytym ceratą bądź lnianym obrusem i spędzałam popołudnie na nauce. Mama mnie tego nauczyła. Jedź do niej, jedź z tymi książkami, możesz się uczyć cały dzień, ona będzie szczęśliwa, że jesteś. Była. Była tak szczęśliwa, że wszystkie jej kumoszki wiedziały, że przyjechała wnuczka, dużo nauki ma, ale przyjeżdża uczyć się do babci. Przyjmowała wszystkich kumpli Wielkiego Brata i Pedra, a czasem mnie i Warszawiankę, którzy notorycznie spali u niej na materacach i wszystkich dostępnych łóżkach po powrocie z Ranczerskiej dyskoteki. Robiła im obiad i herbatę, nauczyła się ich ksywek, a w okolicach czwartku pytała, czy Wielki przyjeżdża i z kim, bo ona musi wiedzieć, jak spanie naszykować. Tyle potrzebowała do szczęścia. Obecności.

Najintensywniej myślę o niej jesienią. Unosząca się nad ziemią mgła w coraz chłodniejsze poranki zawsze przywołuje wspomnienie odpustu na Ranczo, kiedy zapach mokrych liści i dymu z palonych na własnych podwórkach ognisk mieszał się z zapachem orzechów włoskich, wyłupywanych najpierw z zielonej skórki, a potem twardej łupiny, na gazecie, z pomocą młotka lub czegokolwiek co się nadawało do tłuczenia. Odpust był wydarzeniem, bo przyjeżdżaliśmy wszyscy na rosół i czarninę, na kieliszek czegoś mocniejszego, dzieciarnia - żeby puścić trochę kasy na kapiszony, korki, obwarzanki i plastikowe pierścionki. Robiliśmy wszyscy dużo hałasu, wnosiliśmy tonę mokrego piachu do domu, wprowadzaliśmy zamęt i sialiśmy spustoszenie. Ale to było wydarzenie, na które Babcia czekała od końca wakacji, kiedy szarańcza rozjeżdżała się do swoich domów. Czekała, bo znów chciała, żebyśmy byli wszyscy razem. Tak po prostu.

O gangu

Nasz rzecznik prasowy twierdzi, że torowała sobie do nich drogę kroczek po kroczku, łokieć po łokciu. Niestrudzenie i bez najmniejszego uszczerbku na poczuciu własnej wartości. Oni do niej, że baby, ona, że 'sam jesteś baby'. Oni ją jak powietrze, ona uparcie drążyła skałę. No i wydrążyła. Oficjalnie należy do trzyosobowego - pardon, już cztero-, hermetycznego gangu najwyższych, najstarszych i najbardziej charyzmatycznych. Plus Fruzia oczywiście. Wszak wiadomo, że każdy gang potrzebuje specjalisty od spraw niemożliwych.

O oficjalnej akceptacji świadczą zaproszenia od Charyzmatycznego i Najwyższej na urodzinowe party, tydzień po tygodniu. Najstarsza wyłamała się z konwencji, czego Fruzia nie omieszkała wypomnieć jej w przedszkolnym ogródku już po fakcie. Wendy twierdzi, że Najstarsza wyraźnie nie była przygotowana na konfrontację, zaś Fruzia powiedziała, co miała do powiedzenia, po czym w podskokach wróciła do swych gangsterskich spraw. Atmosfera oczyszczona, the show must go on.

Inżynier, nie wiedzieć czemu, po wyjściu z Różowej machnął pięścią w powietrzu i entuzjastycznie wypalił:
- Jak to dobrze, że ona nie jest taka jak my!

Coś wyraźnie nie gra w tym naszym parentingu.
  • poniedziałek, października 01, 2018
  • 6 Comments