Gadki Fruzi

piątek, września 21, 2018

Noga za nogą, łapa za łapą. Skręcając gwałtownie na boki, ciągnąc na smyczy, za smycz i za rękę,  zatrzymując się w pół kroku, przysiadując to tu, to tam, a niektórzy obsikując przydrożne krzaki, wędrujemy do parku. I gadamy, całą drogę gadamy.
- Bus, mummy, bus! - wykrzykuje nagle Fruzia.
- No rzeczywiście, autobus! - podnoszę głos do poziomu pożądanej przez nią ekscytacji. - Ciekawe dokąd jedzie.
- Where bus going?
- No właśnie nie wiem, a ty jak sądzisz?
- I don't know.
- Nie wiem. Umiesz powiedzieć 'nie wiem'?
Fruzia komicznie rozkłada ręce. Kojarzy ten gest z pierwszą lekcją polskiego 'nie wiem.'
- Nie fiem.
Chwila ciszy.
- I want go bus.
Coś musi w nich być, coś czego ja ewidentnie nie dostrzegam, że Tasman tak je kocha. Chętnie wsiadłaby do każdego.
- Pojedziemy innym razem.
- Why inym raze?
- Bo teraz idziemy do parku, pamiętasz?
- And playout! - Fruzia podskakuje i z radości aż podnosi do góry ręce.
- Playground, zgadza się. Idziemy na plac zabaw. Powiesz 'plac'?
- Pac. Yeah! Buju buju!
Cisza.
- I want more bus. And car.
- O, zobacz, akurat jedzie następny.
- Yeah! Why stop, mummy?
- Dlaczego się zatrzymał? Bo ktoś z niego wysiada, zobacz.
- Why koś siada?

I tak w kółko.

To we Francji uświadomiłam sobie, jak zabawnie musi to wyglądać dla postronnych obserwatorów.  Szczególnie właśnie tam, gdzie ani jeden, ani drugi język nie jest językiem miejscowym. Gawędziliśmy tak w drodze na zakupy, na plażę, a przechodnie przyglądali się nam z uśmiechem. Ci bardziej zorientowani w temacie zagadywali.
- W jakim języku do niej mówicie?
Jej języka nie trzeba było przedstawiać.
Zwykle potem następowało:
- My też to przerabialiśmy.
Niektórzy w dwóch, inni w trzech wersjach. Świat jest naprawdę kolorowy.

Pomiędzy lipcem a wrześniem nastąpiły w jej języku zmiany. Już można się dowiedzieć, co się wydarzyło w przedszkolu, kiedy opowiada podkurzona, że John said I'm a baby, but I'm NOT a baby! I said 'you are a baby!' Albo w natchnieniu, że Sidney come to my house, mama, and John, and Nora! Zaczęłam wtedy w panice ogarniać całkiem nieartystyczny nieład, bo kto ją tam wie, kogo nam jeszcze sprosiła do chaty. W Różowej też to widzą, przedszkolny assessment zaczął oscylować w okolicach spokojnej normy, choć my i tak wiemy, że oni znają tylko pół prawdy. To angielskie pół. I to też jest ten moment, kiedy wszelkie ściemy nie wchodzą w rachubę, bo już wygada.
- Daddy not going to work, 'cause daddy poorly! - wykrzyknęła któregoś dnia w progu pre-school. Pardon, na progu pi:-siok.

W domu dyryguje. O, jak ona dyryguje! Ustawia bobasy w rzędzie, czyta im bajki, grozi, że 'I watching you!' Zakłada nogę na nogę, pokazuje lalkom, że mają włączyć uszy, oczy, buzię zapiąć (zip it up!), a wszelkie komentarze schować do kieszeni. Wtedy dopiero zaczyna czytać.
- One day... mouse scary...
Potem już nic nie rozumiem, ale nie szkodzi, bo Fruzia profesjonalnie ślini palec, przewraca kartkę i kontynuuje:
- But...! - zawiesza głos i patrzy na mnie, sprawdzając, czy jestem pod dostatecznym wrażeniem.
Ach, to napięcie!
Wendy wyznała, że to od nich to wzięła.
- Patrzę na nią i widzę nasze ruchy i miny - mówi ze śmiechem. - Musimy być straszne!
Och. Ja powiedziałabym - skuteczne.

Najczęściej przydziela mi role Baby Sister albo siebie samej. Chwyta za wózek z lalką, mnie wręcza nosidełko wypełnione sztućcami (nie wiem, nie pytajcie) i każe wędrować obok siebie. Za daleko nie udaje nam się zabrnąć. Po zaledwie dwóch krokach zamaszystym gestem nakazuje mi stanąć.
- Dlaczego stoimy? - pytam nieśmiało.
Fruzia wzdycha i przewraca oczami.
- Traffic jam.

Język ojców też nie stoi w miejscu. To jeszcze nie galop, lekki kłus może, ale posuwamy się do przodu. Sama z siebie zaczęła wtrącać więcej polskich słów w angielskie mono- i dialogi.
- Pojedziesz z tatą na basen? - pyta on.
- Going basen? Yeah! Ce basen, tata, I want!
Uwielbia robić niespodzianki.
- Shut the oczy! - krzyczy.
A kiedy nie może dźwignąć pudła z klockami, coraz częściej irytuje się po naszemu:
- Pomós mi!
Ma ulubione przedmioty, które nazywa tylko po polsku. Sonka (słomka), pa:so:ka (parasolka), myko (mydło). Boże i Karmo, jaką mi kiedyś zrobiła karczemną awanturę! Że nie rozumiem, o co jej chodzi, a ona przecież wyraźnie mówi, że chce kała! Trochę nam zeszło na łzy i spektakularne występy, zanim okazało się, że prosiła o kakao. No przecież 'I said, mama, I said kała!' (Silly mummy!)

Chętniej powtarza. I szybciej zapamiętuje. Już nie czuję się jak upierdliwy dręczyciel, bo widzę, że to zostaje.
- (K)to to? - małpuje mnie, kiedy otwiera polską wersję Peppy.
A kiedy celowo udaję, że nie wiem, sama wylicza:
- Dziadek kólik, Peppa, George'a, tata finka i mama finka.
George, dziwnym trafem, zawsze występuje w bierniku.
- Łap, George'a! - ponagliła go kiedyś zniecierpliwiona, oglądając bajkę.
Piłkę miał złapać.

I zaskakuje coraz częściej, bo nawet jeśli my nie przykładamy wagi do danego słowa, okazuje się, że to akurat jej się spodobało. Stąd ciepak (keczup), kisien (kisiel) i klew (krew). A ponieważ gdzieś jej zaczęło błyskać pod blond czupryną, że mamy dwie wersje rzeczywistości, czasem wyskakuje z dubeltówką:
- Mama, look patrz!
Patrzę więc i lookam.

Potrafi wywieść w pole.
- Bajki, mama, p(l)ease!
- A co byś chciała obejrzeć, Peppę, Jim Jam, czy Mini Mini? - sprytnie ograniczam wybór do polskich opcji.
- Bajki, mama! - upiera się ona.
- No właśnie pytam, jaką bajkę ci włączyć - powtarzam.
- No, bajki!
Patrzę na nią i dopiero po chwili do mnie dociera.
- Bike! Chcesz pojeździć na rowerze?
- Yes, bikee, mummy, bikee!

Bywa leniwa i nie dba o szczegóły. Skraca, odejmuje, byle szybciej i sprawniej.
- Mama, look stanek!
- Przy-stanek - poprawiam.
- Stanek - powtarza Fruzia.
Nie czepiam się ze strachu, że znów uciszy mnie jednym krótkim 'stop it, mama!' Wolę siedzieć na tym stanku i podziwiać jej (a)didaski.


Jej riposty czasem rozkładają nas na łopatki.
- Pojedziemy razem na gimnę - mówi on, łaskocząc ją po brzuchu. - Ty i ja, bo my jesteśmy w klubie, a mama nie.
I dodaje konspiracyjnym tonem:
- Mamę wystawimy przed dom, wiesz, tam koło śmietnika ją postawimy.
Już miałam mu sprzedać kuksańca w żebro i odparować, że jego poczucie humoru wzbiło się właśnie na pseudowyżyny, kiedy Fruzia sprawnie wyręczyła matkę:
- You go the bin, daddy!
Po czym złapała się za goły brzuch i zatrzęsła ze śmiechu.

Ha. Niby taki Inżynier, a tego nie przewidział!

You Might Also Like

18 komentarze

  1. Wspaniała jest naprawdę :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Matka, ale, ze Ty nie widzisz "traffic jam" i glupio pytasz czemu stoimy to jest karygodne, ogarnij sie kobieto, bo jak przyjedzie Drugi to walsne buty zgubisz:)))
    Mialam klientke, ktorej dzieci zaczynaly w czterech jezykach rownoczesnie (angielski, francuski, hiszpanski i urdu) wyobraz sobie jakie ona miala jazdy tym bardziej, ze sama kumala tylko po angielsku i francusku:))) Ona to miala prawo zapomniec co to jest traffic jam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I skarpetki. Buty i skarpetki zgubię, to więcej niż pewne!

      Usuń
  3. Uwielbiam dziecięce teksty;) I to ich wybrnięcie z każdej sytuacji;)
    Ps. Mój synuś zapomniał kiedyś jak jest "ciocia" po angielsku. Ja byłam w szkole a z nimi była moja siostra. Chciał to powiedzieć i ujął to tak - "moja druga mama" ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. :-D :-D :-D ale szał obłędna jest oh ta Fruzia . Moja mówi "miko" nie mogliśmy skumać o co chodzi w końcu nam wyjasnila (trzęsąc się jak osika )- to znaczy "zimno". Doba- dobra, Łonne - ładne łóka - Łódka dzieci tworzą nowe słowa bardzo to lubię 😀 😀.A synek mówił podinspektor nie mogliśmy skumać aż w końcu u kresu synkowej wytrzymałość pokazał nam E to są spodnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wpadlabys na to, ze "zagladnik" to lusterko??? bo mnie to kosztowalo pol dnia sluchania jak Junior wyje, bo chce zagladnik:)))

      Usuń
    2. niewpadłabym na to w życiu! Musiało by dziecko mi pokazać

      Usuń
  5. Miało być podin a nie podinspektor świetny słownik w tel mam 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podinspektor mnie rozłożył na łopatki! Tzn. nie dosłownie... ;-) ;-)

      Usuń
    2. Buahahaha, zaglądnik! Pomyślałabym o szafce albo czymś takim! :-)

      Usuń
  6. Uwielbiam czytac takie dzieciece dialogi! Kiedy Potworki byly w wieku Fruzi, wygladalo to u nas identycznie, ale odwrotnie, czyli gadali po polski robiac angielskie wstawki! :D
    Pamietam, ze Bi miala trzy wyrazy, ktore znaczyly co innego, ale brzmialy prawie identycznie (kako, koki i kaka - kakao, kotki i kasza). Ile ona sie nawsciekala, kiedy jej nie rozumielismy! :D A Nik kiedys poprosil o "gzibek". Napytalam sie, naszukalam, myslac, ze prosi o jakas zabawke - grzybka, a okazalo sie, ze syn chcial sie uczesac i prosil o... grzebyk. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łaaaa, to rzeczywiście zestaw miała odlotowy! :-) Te gadki rzeczywiście czasem kosztują sporo nerwów, no bo weź wytłumacz młodocianym, że ich nie rozumiesz. Rozumiałaś wczoraj, przedwczoraj, a dziś nie??? No przecież to oczywiste. I ryk. Ale za to jakie wspomnienia i rodzinne legendy zostają na pamiątkę :-)

      Usuń
  7. Och, jak cudnie mi się to czyta! Fantastyczna jest Fruzia! A wy przynajmniej się nie nudzicie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nuda zdecydowanie nam nie grozi, szczególnie jak dołączy Drugi i podniesie poprzeczkę, bo przecież wtedy trzeba będzie rozumieć dwóch!

      Usuń
  8. Macie wesoło - i tak różnorodnie :) Nasz Bąbel zaczął uczyć się angielskiego w przedszkolu - ale z pierwszych lekcji zdezerterował , bo nie spodobała mu się pani. (zamiast tego - siedział z wychowawczynią w przedszkolnej kuchni). Teraz chodzi - liczy in English do 10 i podśpiewuje angielskie piosenki. Mam nadzieję, że zapał mu nie minie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, dzieciaki teraz zaczynają uczyć się języków tak szybko, że na pewno coś z tego wczesnego etapu nauki przez zabawę zostaje z nimi na dłużej. A Bąbel chyba wiedział, co robi - też bym wolała siedzieć w kuchni, w końcu w kuchni zawsze jest najlepszy klimat:-)

      Usuń