O tym, że wszyscy chodzimy do szkoły

Ten wolontariat wlókł się za nim przez całe lato.

Kiedy już pogodził się z tym, że powinien go zrobić, okazało się, że te placówki, które podobały się jemu (sportowe), niekoniecznie podobały się naszej agencji, a te, które podobały się im, proponowały mu współpracę we wtorek między 10 am a 1 pm lub w czwartek od 1.30 pm do 4.15 pm. (- Jak sądzisz, kiedy wyrzucą mnie z pracy, przed adopcją, czy dopiero po?) Albo w każdą niedzielę w dużym mieście, do którego dojazd zająłby mu dłużej niż same zajęcia. Po wyłuskaniu takiej, co to niemal za rogiem i która przyjmowała ochotników w co drugą sobotę, udało mi się przeprowadzić rozmowę ze stróżem, z której to rozmowy wynikało, że na razie nic z niej nie wynika, bo - eureka! - jest środek lata i żadna szanująca się placówka nie prowadzi w tej chwili naboru na kogokolwiek, a już na pewno nie na wolontariuszy, gdyż przecież nikt nie będzie rekrutował takowych przez skype'a ze środka plaży. Nic się jednak nie martw, odparuj, a potem wróć we wrześniu.

Wrócił.

To znaczy ja wróciłam, bo to moja działka. On w tym czasie kolekcjonował kwity za niepopełnione zbrodnie, zaświadczenia z analizy moczu oraz deklaracje z banku, że na warzywa  wydajemy rozsądnie, bo w Lidlu, ale już na alkohol niekoniecznie, co jest ciekawe, bo jednak wciąż w Lidlu. Nie wróciłam tak od razu - że niby pierwszego września pięć minut po północy, jak wzorowa uczennica. Nie, oboje zdążyliśmy zapomnieć o wolontariacie - on, no bo przecież to moja działka, ja, bo miałam ważniejsze sprawy na głowie, na przykład Home Assessment Visit, podczas której miało się wreszcie wyjaśnić, co na temat naszych gimnastycznych operacji remontowych sądzą nasze opiekunki. Dwie opiekunki. Co dwie głowy, to nie jedna, mówią. Nie mówią tylko tego, czy to dobrze, czy źle, bo jak są dwie, które nie lubią gimnastyki, to mamy jakby podwójny problem.

I właśnie tego dnia, kiedy odglancowaliśmy Piątą i Rudolfa na połysk paneli i psich jajec, tego dnia, kiedy zestresowana byłam jak nigdy dotąd w drodze do Drugiego, to właśnie wtedy przypomniało mi się, że zapomniałam. O tym wolontariacie zapomniałam. No na śmierć. Minęły dwa miesiące, Stage One dobiegał końca, a on nie tylko nie zaczął nabierać doświadczenia w opiece nad szarańczą, ale nawet nie zlokalizował tej szarańczy, a nasze przemiłe Mentorki na pewno o to zapytają i, omójtyboże, wtedy już na pewno Piąta nie zda, Rudolf obleje, a my wylecimy z kursu.

Chwyciłam za telefon. Znów odebrał stróż, ale nic to, bo natychmiast przełączył mnie do kogoś, kto już zdążył otrzepać się z plażowego piasku. Przedstawiłam się, wyjaśniłam, o co chodzi, pani się roześmiała. Myślałam, że to na jakieś wspomnienie z plaży, ale nie.
- Czy ja dobrze rozumiem, że macie już jedno adoptowane dziecko, a ojciec tego dziecka wciąż powinien zrobić wolontariat z opieki nad dziećmi?
- Doświadczenia nigdy za wiele - wyjaśniłam z godnością.
Po czym usłyszałam, że taki wolontariat to raczej niekoniecznie u nich, bo oni szukają kogoś do ustawiania stolików, a nie interakcji z dziećmi.
Boże, daj mi cierpliwość, poprosiłam grzecznie i bezgłośnie.

Wbrew moim złym przeczuciom tamtego popołudnia udało nam się przekonać Mentorki, że w tej nowej, trzeciej sypialni naprawdę zmieści się całe łóżko, i że w zasadzie to marzyliśmy o takiej. Dokładnie takiej. Jak mówi TED, fake it until you make it; fake it until you become it. Zaprawdę powiadam Wam, tamtego dnia byliśmy jednym wielkim marzeniem o łóżku w przechodnim schowku na szczotki.

Rudolf zdołał nie wyjść z siebie, jak to uczynił pewnego legendarnego dnia podczas wizyty Strażniczki tuż po pojawieniu się Fruzi. Teraz nażarł się jedynie różowego plastiku, którym następnego poranka udekorował nam dywan w salonie (ha.ha.ha.), a przez całą wizytę jedno z nas musiało siedzieć z nim na podłodze i go głaskać, ale nie przesadzajmy - jak się ma ośmioletniego szczeniaka w domu, to człowiek spodziewa się dużo gorszych rzeczy.

Temat wolontariatu natomiast nie wypłynął na szerokie wody naszego niekontrolowanego stylu życia. Zapewne Mentorki były pod głębokim wrażeniem sztucznego tworu zwanego trzecią sypialnią, co tłumaczyłoby ich chwilowe luki w pamięci. Nie straciłam jednak czujności i przez kilka następnych dni poszukiwałam czegoś, co odhaczy nam wszystkie boksy na długiej liście wymagań dotyczących adopcyjnej misji. Paradoksalnie, to był ten moment, kiedy on, początkowy sceptyk w temacie, zaczął się modlić o ten wolontariat. Po swojemu, to fakt, ale nie sądźmy innych, jeśli nie chcemy być sądzeni oraz liczą się intencje, czy jakoś tak. Nie omieszkałam też wyrazić swojej radości, kiedy znalazłam wreszcie to, czego tak długo szukałam.
- Będziesz asystentem nauczyciela w polskiej szkole! - niemal wyśpiewałam mu do słuchawki.
Byłam świeżo po rozmowie z szefową placówki, przyjemnie i konkretnie nam się rozmawiało, a co najważniejsze - intuicja podpowiadała, że to jest to.
- Ekstra! - skwitował tylko Mąż Mój. - To kiedy zaczynam?
- Pojutrze.

I tak całe życie. Lubię sobie myślę, że taka zjednoczona z wszechświatem jestem, że taka kobieta biegnąca z wilkami, bo czuję, bo intuicja, bo coś tam, bla bla. A tymczasem życie zwyczajnie robi sobie ze mnie Rudolfowe jajca.

Pojechaliśmy. On wypełniać formularze, my z Fruzią do towarzystwa. Podczas rozpoczęcia roku szkolnego Inżynier został przedstawiony rodzicom jako nowy asystent, co niemal przypłacił utratą życia przez zadławienie, a po inauguracji został zaproszony do pracy.
- A co ja mam tu robić przez następne cztery godziny? - zastanawiałam się głośno.
Jakoś nie miałam nastroju do włóczenia się z Fruzią po mieście, te autobusy i w ogóle. Ja jestem człowiek ze wsi, ja się do takich akcji muszę przygotować, ogarnąć, makijaż jakiś zrobić...
- A może ty też chcesz nam pomóc? - ktoś z personelu rzucił ni to żartem, ni to propozycją.
Zawahałam się.
- A mogę tak z doskoku, tylko dzisiaj?
- Pewnie, tylko musisz wypełnić formularz.
- A mała? Ja muszę ją mieć przy sobie.
- Jasne, może być w twojej grupie, tylko dla niej też musisz wypełnić formularz.

I wiecie co?

Jak ja zobaczyłam te formularze, jak spojrzałam na Fruzię, która w podskokach popędziła do swojej polskiej klasy, jak ona tak siadła w ławce i zaczęła domagać się swojego lunch boxa, bo inne dzieci mają, a nasz został w samochodzie, jak zaczęła rysować, udawać niedźwiedzia, który mocno śpi... To normalnie doświadczyłam oświecenia.

Co ja będę te formularze tak na darmo wypełniać, na ten jeden marny raz. Bez sensu.

(...)

- Mummy, going pi:-siok?
- Nie, dzisiaj nie ma przedszkola.
- Balet?
- Nie, balet jest w środę, gimnastyka w piątek, pamiętasz? A dziś jest sobota, jedziemy wszyscy do szkoły.
- Yeah, koła! Mummy teacher, daddy teacher and me! Yeah!

Fruzia, lat trzy i pół.

Gadki Fruzi

Noga za nogą, łapa za łapą. Skręcając gwałtownie na boki, ciągnąc na smyczy, za smycz i za rękę,  zatrzymując się w pół kroku, przysiadując to tu, to tam, a niektórzy obsikując przydrożne krzaki, wędrujemy do parku. I gadamy, całą drogę gadamy.
- Bus, mummy, bus! - wykrzykuje nagle Fruzia.
- No rzeczywiście, autobus! - podnoszę głos do poziomu pożądanej przez nią ekscytacji. - Ciekawe dokąd jedzie.
- Where bus going?
- No właśnie nie wiem, a ty jak sądzisz?
- I don't know.
- Nie wiem. Umiesz powiedzieć 'nie wiem'?
Fruzia komicznie rozkłada ręce. Kojarzy ten gest z pierwszą lekcją polskiego 'nie wiem.'
- Nie fiem.
Chwila ciszy.
- I want go bus.
Coś musi w nich być, coś czego ja ewidentnie nie dostrzegam, że Tasman tak je kocha. Chętnie wsiadłaby do każdego.
- Pojedziemy innym razem.
- Why inym raze?
- Bo teraz idziemy do parku, pamiętasz?
- And playout! - Fruzia podskakuje i z radości aż podnosi do góry ręce.
- Playground, zgadza się. Idziemy na plac zabaw. Powiesz 'plac'?
- Pac. Yeah! Buju buju!
Cisza.
- I want more bus. And car.
- O, zobacz, akurat jedzie następny.
- Yeah! Why stop, mummy?
- Dlaczego się zatrzymał? Bo ktoś z niego wysiada, zobacz.
- Why koś siada?

I tak w kółko.

To we Francji uświadomiłam sobie, jak zabawnie musi to wyglądać dla postronnych obserwatorów.  Szczególnie właśnie tam, gdzie ani jeden, ani drugi język nie jest językiem miejscowym. Gawędziliśmy tak w drodze na zakupy, na plażę, a przechodnie przyglądali się nam z uśmiechem. Ci bardziej zorientowani w temacie zagadywali.
- W jakim języku do niej mówicie?
Jej języka nie trzeba było przedstawiać.
Zwykle potem następowało:
- My też to przerabialiśmy.
Niektórzy w dwóch, inni w trzech wersjach. Świat jest naprawdę kolorowy.

Pomiędzy lipcem a wrześniem nastąpiły w jej języku zmiany. Już można się dowiedzieć, co się wydarzyło w przedszkolu, kiedy opowiada podkurzona, że John said I'm a baby, but I'm NOT a baby! I said 'you are a baby!' Albo w natchnieniu, że Sidney come to my house, mama, and John, and Nora! Zaczęłam wtedy w panice ogarniać całkiem nieartystyczny nieład, bo kto ją tam wie, kogo nam jeszcze sprosiła do chaty. W Różowej też to widzą, przedszkolny assessment zaczął oscylować w okolicach spokojnej normy, choć my i tak wiemy, że oni znają tylko pół prawdy. To angielskie pół. I to też jest ten moment, kiedy wszelkie ściemy nie wchodzą w rachubę, bo już wygada.
- Daddy not going to work, 'cause daddy poorly! - wykrzyknęła któregoś dnia w progu pre-school. Pardon, na progu pi:-siok.

W domu dyryguje. O, jak ona dyryguje! Ustawia bobasy w rzędzie, czyta im bajki, grozi, że 'I watching you!' Zakłada nogę na nogę, pokazuje lalkom, że mają włączyć uszy, oczy, buzię zapiąć (zip it up!), a wszelkie komentarze schować do kieszeni. Wtedy dopiero zaczyna czytać.
- One day... mouse scary...
Potem już nic nie rozumiem, ale nie szkodzi, bo Fruzia profesjonalnie ślini palec, przewraca kartkę i kontynuuje:
- But...! - zawiesza głos i patrzy na mnie, sprawdzając, czy jestem pod dostatecznym wrażeniem.
Ach, to napięcie!
Wendy wyznała, że to od nich to wzięła.
- Patrzę na nią i widzę nasze ruchy i miny - mówi ze śmiechem. - Musimy być straszne!
Och. Ja powiedziałabym - skuteczne.

Najczęściej przydziela mi role Baby Sister albo siebie samej. Chwyta za wózek z lalką, mnie wręcza nosidełko wypełnione sztućcami (nie wiem, nie pytajcie) i każe wędrować obok siebie. Za daleko nie udaje nam się zabrnąć. Po zaledwie dwóch krokach zamaszystym gestem nakazuje mi stanąć.
- Dlaczego stoimy? - pytam nieśmiało.
Fruzia wzdycha i przewraca oczami.
- Traffic jam.

Język ojców też nie stoi w miejscu. To jeszcze nie galop, lekki kłus może, ale posuwamy się do przodu. Sama z siebie zaczęła wtrącać więcej polskich słów w angielskie mono- i dialogi.
- Pojedziesz z tatą na basen? - pyta on.
- Going basen? Yeah! Ce basen, tata, I want!
Uwielbia robić niespodzianki.
- Shut the oczy! - krzyczy.
A kiedy nie może dźwignąć pudła z klockami, coraz częściej irytuje się po naszemu:
- Pomós mi!
Ma ulubione przedmioty, które nazywa tylko po polsku. Sonka (słomka), pa:so:ka (parasolka), myko (mydło). Boże i Karmo, jaką mi kiedyś zrobiła karczemną awanturę! Że nie rozumiem, o co jej chodzi, a ona przecież wyraźnie mówi, że chce kała! Trochę nam zeszło na łzy i spektakularne występy, zanim okazało się, że prosiła o kakao. No przecież 'I said, mama, I said kała!' (Silly mummy!)

Chętniej powtarza. I szybciej zapamiętuje. Już nie czuję się jak upierdliwy dręczyciel, bo widzę, że to zostaje.
- (K)to to? - małpuje mnie, kiedy otwiera polską wersję Peppy.
A kiedy celowo udaję, że nie wiem, sama wylicza:
- Dziadek kólik, Peppa, George'a, tata finka i mama finka.
George, dziwnym trafem, zawsze występuje w bierniku.
- Łap, George'a! - ponagliła go kiedyś zniecierpliwiona, oglądając bajkę.
Piłkę miał złapać.

I zaskakuje coraz częściej, bo nawet jeśli my nie przykładamy wagi do danego słowa, okazuje się, że to akurat jej się spodobało. Stąd ciepak (keczup), kisien (kisiel) i klew (krew). A ponieważ gdzieś jej zaczęło błyskać pod blond czupryną, że mamy dwie wersje rzeczywistości, czasem wyskakuje z dubeltówką:
- Mama, look patrz!
Patrzę więc i lookam.

Potrafi wywieść w pole.
- Bajki, mama, p(l)ease!
- A co byś chciała obejrzeć, Peppę, Jim Jam, czy Mini Mini? - sprytnie ograniczam wybór do polskich opcji.
- Bajki, mama! - upiera się ona.
- No właśnie pytam, jaką bajkę ci włączyć - powtarzam.
- No, bajki!
Patrzę na nią i dopiero po chwili do mnie dociera.
- Bike! Chcesz pojeździć na rowerze?
- Yes, bikee, mummy, bikee!

Bywa leniwa i nie dba o szczegóły. Skraca, odejmuje, byle szybciej i sprawniej.
- Mama, look stanek!
- Przy-stanek - poprawiam.
- Stanek - powtarza Fruzia.
Nie czepiam się ze strachu, że znów uciszy mnie jednym krótkim 'stop it, mama!' Wolę siedzieć na tym stanku i podziwiać jej (a)didaski.


Jej riposty czasem rozkładają nas na łopatki.
- Pojedziemy razem na gimnę - mówi on, łaskocząc ją po brzuchu. - Ty i ja, bo my jesteśmy w klubie, a mama nie.
I dodaje konspiracyjnym tonem:
- Mamę wystawimy przed dom, wiesz, tam koło śmietnika ją postawimy.
Już miałam mu sprzedać kuksańca w żebro i odparować, że jego poczucie humoru wzbiło się właśnie na pseudowyżyny, kiedy Fruzia sprawnie wyręczyła matkę:
- You go the bin, daddy!
Po czym złapała się za goły brzuch i zatrzęsła ze śmiechu.

Ha. Niby taki Inżynier, a tego nie przewidział!

O tym, co po drodze

Pamiętam, że przy pierwszych poważnych myślach o adopcji mówiliśmy głośno o tym, czego się boimy. Pamiętam, że zadawaliśmy sobie mnóstwo pytań, część z nich choćby po to, żeby je usłyszeć, nadać im brzmienie i kształt, bo aby z czymś naprawdę się zmierzyć, trzeba to najpierw odebrać zmysłami. Pytaliśmy więc samych siebie, czy aby na pewno będziemy w stanie pokochać dziecko, które przyjdzie do nas ze swoją własną historią.

Potem odkryliśmy, że boimy się czegoś zupełnie innego - czy to ono zaakceptuje i pokocha nas.

Na jednym z pierwszych szkoleń mówiliśmy o tych naszych lękach. Dodałam wtedy kolejne. Co jeśli wykrzyczy nam, że nie jesteśmy jej prawdziwym rodzicami, że nas nienawidzi i nie chce już więcej oglądać?

Cztery lata później z całą pewnością mogę stwierdzić, że bardziej bałabym się tego, że to poczuje, ale nigdy nie powie tego głośno. Że zamilknie ze swoimi strachami, że będzie bała się je wyartykułować.

Dziś też mamy swoje obawy. Ale to nie są obawy o nas. Zastanawiamy się, jak to wszystko wpłynie na nią, czy early permanence nie zachwieje JEJ pewnością ciągłości, jeśli zdarzy nam się rozstanie z Niemal-Drugim. Jak przeżyje to Niemal-Drugi. Czy będzie nam się śnił po nocach i czy jego też będziemy rozpaczliwie i przez sen szukać w w pościeli, w której nigdy z nami nie spał? Pytamy samych siebie, czy podołamy. Czy będziemy mieli w sobie wystarczająco dużo siły, jeśli. I tyle samo entuzjazmu, co przy Fruzi.

I to też. O, to. Jak moja własna Mama tuż przed spotkaniem ze mną zastanawiamy się, czy będziemy kochać tak samo mocno, jak ją. Jej przecież nie da się już kochać bardziej, kolejnym stopniem tej miłości byłby już tylko biały kaftan, więc obmacuję bezczelnie własne serce, sprawdzając, co i ile jeszcze pomieści.

Mamuśka tylko się uśmiecha, kiedy to słyszy.
- Będziecie - mówi spokojnie. - Jak już się pojawi, to zobaczysz, że będziecie.

A ona przecież wie.