Très très bien, czyli kręć się, kręć wrzeciono!

sobota, sierpnia 11, 2018

Strasznie była podekscytowana faktem, że jedzie na wakacje. Nie sądzę, żeby pamiętała, czym one właściwie są, ale skoro Albie  i Sidney już pojechali, to przecież ona też musi.
- Where going, mummy? - zapytała po raz pierwszy jakieś trzy minuty po wejściu do auta.
- Na wakacje, pamiętasz? Z babcią i dziadkiem.
- Yay, holiday! - pisknęła i z radości aż się zatrzęsła, tak jak tylko dzieci potrafią. - Baba i Dziadzia!
Chwilę później mina jej zrzedła, zaczęła bacznie wypatrywać czegoś w nocnej czerni za oknem, aż w końcu rozłożyła ręce w geście bezradności i zapytała (po raz pierwszy z ośmiuset razy):
- Where holiday, mummy? I can't see!

Jean Pierre, u którego uwiliśmy sobie wygodne gniazdko na poddaszu domu zabójczo przypominającego nasz przyszły dom (w równie przyszłym wcieleniu), mówił po angielsku gorzej od moich Rodziców.  A pamiętajcie, proszę, że zasadniczo Mamuśka i Ojciec Dyrektor nie mówią po angielsku wcale. Wobec takiej totalnej niewiedzy naszego gospodarza, poczułam się w obowiązku uruchomić pardon my French (a minęło właśnie 15 lat od dnia, w którym ostatni raz powiedziałam coś po francusku z sensem) i spróbować wytłumaczyć Jean Pierrowi, że będziemy na miejscu za trzy godziny, to jest o dwudziestej. In three hours nie zadziałało. Ani at 8 o'clock! eight! EJT!! 
- En tres horas. A la...  - zacięłam się.
A do Inżyniera na boku dodałam wyjaśniająco:
- Zapomniałam jak jest osiem po francusku.
Mąż Mój przytaknął ze zrozumieniem.
Jean Pierre niekoniecznie, bo w słuchawce zapadła cisza.
Po chwili refleksji doszłam do wniosku, że nie warto im mówić, że to jednak hiszpański był. Na rodzinie poczyniłam odpowiednie wrażenie, to się liczy, więc rodzina uznała, że ze mną nie zginą. I słusznie. Niejeden raz ratowałam ich z opresji korzystając ze słownictwa pierwszej pomocy - tarte aux pommes, macarons, chocolate, glaces, café  au lait (grand café au lait, grand!) Wielki Brat byłby ze mnie dumny. Inżynier natomiast szybko się uczy i wkrótce zaimponował nam w kawiarni, która była również księgarnią (ach!), składając zamówienie wyłącznie po francusku. Qui! Très très bien! Merci!, powtarzał zapamiętale, dyskutując z kelnerką i usiłując przybrać myślicielską pozę. Przysięgam, że gdyby miał brodę, to by się po niej odruchowo podrapał. Mamuśka za to skonstatowała, że młodzi to teraz tacy obyci, co tylko zachęciło Inżyniera do wizyty w księgarni dwa krzesła dalej.
- Co by tu... - zastanawiał się głośno.
- Tu jest coś dla ciebie, czytaj - podałam mu grubą knigę. "Histoire Mondiale de la France."
- A co to? - zerknął na tytuł.
- Historia Mundialu.

Fruzia nie miała problemu ani z językiem otoczenia, kiedy z angielską kurtuazją rozdawała bonjour i merci lub oglądała Było sobie życie w oryginalnej wersji, ani z językiem ojców, kiedy odmieniała lody przez wszystkie przypadki lub negocjowała warunki zjedzenia kolacji. Nagle okazało się, że kiedy Fruzi na czymś bardzo zależy, bierna znajomość języka przechodzi w fazę gwałtownej aktywacji.
- Loda, mama, please!
- Proszę.
- Loda, posze!
- Jak zjesz bułkę z szynką, to dostaniesz loda.
- Loda i szeki!
- Zjedz bułkę z szynką, to dostaniesz loda... i kilka żelków, niech ci będzie. (Zrezygnowane westchnienie w tle. Ale przecież wakacje i ta polszczyzna!)
- Loda i szeki, yeah! - rzut okiem na kanapkę, chwila wahania. - Buki no, sinka.
- Dobrze, zjedz samą szynkę. (Jestem zbyt uległa. Depresja. Muszę zjeść jeszcze jednego makaronika).
Monetą też zarządzała po polsku.
- Fruziu, nie pójdziemy na karuzelę, bo po pierwsze, jesteś na nią za mała, a po drugie, nie mam przy sobie pieniędzy - perorowałam podczas spaceru.
- I have kasa, mama - dziecię ochoczo wywróciło kieszenie z ojro na lewą stronę. Aż się posypały na chodnik. - I have kasa, Dziadzia i Baba kasa, look!
Pod koniec wczasów to ona miała nawięcej kasa, do tego w trzech walutach.

Dni upływały nam na zmianach warty. O nieprzyzwoicie porannych godzinach to Mamuśka i Ojciec Dyrektor pełnili dyżur przy wnuczce, późnym wieczorem ja, w morzu głównie Inżynier, a pomiędzy tym wszystkim każdy, komu nie udało się umknąć, zanim Fruzia zarządziła kolejną zabawę w chowanego. Hide-and-seek w wykonaniu Tasmana polega na chowaniu się w miejsce, które wyznacza ona lub to samo, w które człek schował się chwilę wcześniej... i chwilę wcześniej ... i jeszcze chwilę wcześniej...
- Daddy, you hiding here - dyrygowała, wskazując na łysiejące od ciągłego w nich buszowania krzaki.
A potem zaskoczona była tak, jakby co najmniej literackiego Nobla otrzymała, podczas gdy wszystkim wiadomo, że jej konikiem jest fizyka jądrowa.
Poza tym było tradycyjnie.
- Idziemy do kawiarni - oznajmiał ktoś.
- Yay! - cieszyła się ona całą sobą.
I natychmiast zarządzała:
 - I want sok, Babi want sok, daddy want pifko i Dziadzia pifko.
- A mama? - pytałam rozbawiona. - Zapomniałaś o mnie?
- Silly me! - Fruzia komicznie przewracała oczami. - Mummy want kafka!
Szybko poznała się na rodzinie.

Nad sokiem i kafką Mamuśka, świeżo upieczona pełnoetatowa emerytka, zastanawiała się, na czym powinna skupiać się jej życiowa działalność i szeroko pojęta wolność. Wymyśliła sobie sekcję rowerową, choć Ojciec Dyrektor nie jest zwolennikiem sportu, szczególnie w wykonaniu swej małżonki (nie bez powodu) i usiłował wyperswadować jej ten pomysł z głowy.
- A nie lepiej skorzystać z podpowiedzi Jerry'ego, żebyś wstąpiła do kabaretu? Ukulturalniłabyś się trochę, poza tym ty lubisz mówić i może dzięki temu mówiłabyś mniej w domu...
- Kabaret? - zainteresowałam się szczerze. - To Jerry działa w kabarecie? Nie wiedziałam.
- Nie tylko działa, ale jest współzałożycielem. Wciąż mają jakieś występy - doinformował mnie Ojciec.
I dorzucił sarkastycznie:
- Mama byłaby świetna w słowotoku! Miałaby też zajęcie, bo przecież do takiego występu trzeba się solidnie przygotować...
- Kabaret to ja mam z tobą w domu - odcięła się Rodzicielka. - Codziennie na żywo, więc nie potrzebuję żadnego scenariusza.

Ojciec Dyrektor opowiadał Fruzi o wojnie w Wietnamie. Prezentował jej bliznę po wycięciu woreczka żółciowego, której dorobił się od bagnetu podczas bohaterskiej obrony Wietnamczyków, a kiedy Fruzia dopytywała, co to takiego ten bagnet, zgodnie z prawdą dopowiadałam, że to taka bagietka w łamanym francuskim Dziadka. Skojarzenie miała natychmiast jedno. Niedawno jeden z takich dziadków szczegółowo opowiadał swojej małej wnuczce o męce pańskiej na krzyżu. Zastanawiam się, jaki bagietkowy zamiennik znaleźli jej rodzice dla gwoździ, ran i korony cierniowej. (Jak ten dziadek mnie tu kiedyś znajdzie, to sama przybiję się do krzyża.)

Miał też Ojciec swoje własne pomysły na życie, a ściślej mówiąc - na plażowanie.

W Étables-sur-Mer byliśmy stałymi bywalcami niewielkiej, kameralnej plaży położonej w sąsiedztwie portu. Przypływy i odpływy była tak gwałtowne, że rano, w drodze na piasek, mijaliśmy fragment portu, który z daleka wyglądał jak wrakowisko - łódki i łódeczki smutno poprzechylane na boki, wbite w mokry piasek i jakby porzucone przez człowieka, usiane jedna przy drugiej. Dwie godziny później łódki cudownie unosiły się na wodzie w blasku słońca. Nasza plaża też zmieniała się nie do poznania. Schodziliśmy na nią wśród skałek i kamieni, mościliśmy się w centralnej, najbardziej piaszczystej części, daleko od linii wody, bo jeśli akurat trafiliśmy na przypływ, ta przybliżała się do nas dość gwałtownie. Nie mówiąc już o tym, że nasze boczne wejście było już po skały zalane wodą. Jak się okazało, zupełnie nie przeszkadzało to Ojcu Naszemu. Zostawili nas któregoś dnia na słońcu, a sami poszli na pifko, na jedno oczywiście,  bo"zaraz wracamy". Po dwóch godzinach Mamuśka zaczęła już układać piękne wiązanki słowne, bo miała już dość opalania i chciała zarządzić odwrót, ale wciąż nie byliśmy ani w komplecie, ani w kontakcie. Wreszcie Fruzia wrzasnęła, że daddy, daddy wraca!
Szli od strony zalanej części plaży. Bohatersko przedzierając się przez fale, wracali na łono rodziny.
- Już myślałyśmy, że wam tam od słońca albo piwa mózgi poskręcało - uprzejmie zagaiłam.
- W sumie niektórym z nas rzeczywiście - cicho przyznał Inżynier i sprzedał mi kuksańca w łokieć. - Spójrz na Ojca Dyrektora.
Wyłonił się z morza chwilę po Inżynierze. Neptun spokoju i opanowania. W jeansowych spodenkach, designerskiej koszulce oraz siwych skarpetkach i sandałach, które w sekundę po wyjścia na ląd opanierowały się piaskiem.
- A to teraz tak się zażywa kąpieli? - zapytałam. - W pełnym opakowaniu?
- A dlaczego nie? - skwitował Ojczulo.
On i Fruzia nieustająco burzą mój pieczołowicie budowany światopogląd.

 Étables-sur-Merktórą to mieścinę uparcie nazywaliśmy Estables jest dość spokojne, w sam raz dla emerytów i rodzin z dziećmi, w co doskonale się wpisywaliśmy, choć nie ukrywam, że tym samym upadł nasz niecny plan wyrwania się na dyskotekę. Wędrując malowniczymi uliczkami co rusz robiłam głośne odkrycia, które Mamuśka kwitowała stwierdzeniem, że chyba się starzeję. "O, zobacz, ten płot wygląda zupełnie jak płoty na Ranczo sto lat temu!" albo "Boszeee, już dawno nie widziałam czegoś podobnego, przecież takich dróżek już nie ma, to takie... ściunki*!" Chodziły za mną drewniane bramy, wąskie uliczki i ścieżki, domy z elewacją z kamienia, okiennice we wszystkich kolorach tęczy i ogrody z mnóstwem kwiatów. Czas jakby się tam zatrzymał. Brakowało tylko krów wracających o zmierzchu z pastwiska traktem z kocich łbów tuż pod naszym oknem. Wtedy już na pewno usłyszałabym głos Babci, pytającej, czy pójdę po mleko do cioci Jadzi.
(A więc Mamuśka miała rację.)

Ale nie samą Francją żyje człowiek na wakacjach we Francji. Szczególnie w towarzystwie Ojca Dyrektora, jak zapewne weterani pamiętają, skrupulatnie odliczającego państwa i państewka, w których stanął choćby jedną stopą. Stąd Jersey. I to dwa razy.

Za pierwszym razem dobrnęliśmy jedynie do okienka odprawy, bo zupełnie nie przyszło nam do głowy, że płyniemy za granicę, do domu właściwie, i nie zabraliśmy paszportów. Żeby pobudka bladym świtem nie poszła na marne, zrobiliśmy na parkingu w porcie St-Malo piknik z przygotowanych kanapek i to był ten dzień, kiedy Fruzia zakochała się w mewach. A dokładnie w momencie, kiedy jedna taka pyskata zawisła w powietrzu nad kanapką Inżyniera i zaczęła gdakać na niego z taką furią, jak tylko potrafi kobieta wściekła na faceta! A jeśli to jeszcze głodna kobieta, to już pozamiatane. Zaprawdę powiadam Wam, mewy są jakąś ewolucyjną odnogą labradorów. Albo odwrotnie.
- Weź spierdalaj! - poinstruował mewę Mąż Mój.
Zupełnie jak instruuje Rudolfa.
Znów poczułam się jak w domu.
Fuzia jednak uznała to za wydarzenie jej dotychczasowego życia. Mewa została jej idolką. (A nie mówiłam, że Fruzia do feministka?)
- Mummy, mefa want eat daddy buka i sinka!! - ekscytowała się przez całą drogę powrotną.
Na pamiątkę z wakacji Tasman przywiozła sobie pudełko ze skrzeczącymi mewami i szumem morza.

Następnego dnia uderzyliśmy na Jersey po raz drugi. Na promie usiłowałam krzewić polskość śpiewając Fruzi piosenki ludowe, ale po drugiej próbie "Prząśniczki" Mamuśka ubiegła Fruzię i kazała mi się przymknąć. Ta rodzina zabija wszelką kreatywność w człowieku. Rodzicielka przestała jednak słyszeć kręcące się wrzeciono (i w ogóle cokolwiek), kiedy w pewnym momencie olśniło ją że przecież Jersey = niemal Anglia = charity shops. Na pierwszym przystanku było więc tradycyjnie - panowie na lewo, do bukmachera, panie na prawo, do British Red Cross. Taka tradycja rodzinna kiedy zwiedzamy.

Jersey w pełni ukoiła moją tęsknotę za pięknem. Skaliste brzegi, klify, ale też piękne piaszczyste plaże, mnóstwo zieleni i zjawiskowa La Corbièrelatarnia morska z XIX wieku, położona na południowo-zachodnim krańcu wyspy. Dotrzeć do latarni można tylko w czasie odpływu. Kiedy zaczyna się przypływ, wyjąca syrena ostrzega turystów o nadchodzącym odcięciu drogi powrotnej. To jedno z najpiękniejszych miejsc jakie dane mi było widzieć w życiu. Mogłabym tam pisać książki, a potem wrzucać je do morza w wielkich baniakach, zastanawiając się, dokąd dopłyną, albo modląc się, żeby nikt tych gniotów nigdy nie przeczytał. Ach, jakiż romantyczny i lekko dziki pędziłabym żywot! (Po godzinach oczywiście wracałabym do Piątej Chatki na kolację z Inżynierem i Fruzią. Inaczej umarłabym tam z głodu.)

(źródło: https://www.jerseyheritage.org/heritage-landscape/la-corbi-re-lighthouse)

Całą Jersey zjeździliśmy trzeszczącym, drgającym i podskakującym zielonym ogórkiem, który w Krainie Deszczu chyba nie przeszedłby tych wszystkich przeglądów i health&safety check'ów, w których tak lubują się Brytyjczycy, ale za to instagramowo prezentuje się na zdjęciach, a i Fruzia uznała go za hit wśród środków transportu. Bez najmniejszego jęknięcia zniosła czterogodzinną objazdówkę po wyspie, praktycznie nie zdejmując z uszu słuchawek interaktywnych, w których płynął seksowny głos przewodnika. Nie wnikałam, która wersja językowa zrobiła na niej aż takie wrażenie, że w końcu głowa opadła jej na klatę i rytmicznie podskakiwała, kiedy ogórek sunął po kocich łbach Jersey.






Ostatniego dnia rzuciliśmy się w wir sprzątania, jako że lekko zapiaszczyliśmy Jean Pierrowi mieszkanie i zawisła nad nami groźba negatywnej recenzji na airbnb. Inżynier motywował nas do pracy, machając nam przed nosem ciastem na pizzę i malując w powietrzu wizję wyżerki jako nagrody po ciężkim dniu. Tak się rozochocił w swoich spiczach, że stracił łączność z ziemią, a kiedy już zaśmierdziało, było zwyczajnie za późno. Upiekł nie tylko pizzę w stojącym na kuchennej szafce piekarniku, ale również postawione na jego wierzchu pomidory w plastikowym pudełku, plastikowe pudełko, winogrona, reklamówkę oraz sześć gumowych podkładek na stół.

Resztki podkładek skrobaliśmy z dachu piekarnika do dwudziestej drugiej. Zanim Jean Pierre wszedł do mieszkania po oficjalny jego odbiór, ostatni raz poinstruowałam zebranych konspiracyjnym szeptem:
- Tylko się czasem z nerwów nie zdradźcie, że coś tu piekliśmy!

Nigdy przecież nie wiadomo, jakie lingwistyczne zdolności drzemią w każdym z nas. 

Fruzia jest tego najlepszym przykładem.

You Might Also Like

6 komentarze

  1. Ostatnia akcja wygrywa;) brawa dla Inżyniera - hi,hi:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wasza i Moja Kochana Poliglotka Fruzia!! super:-) . Fajnie że miło spędziliście czas-okolice, widoki ze zdjęc przepiękne.Ps: Gwiazda mówi łan tu..TSI :-D Ona serio przygotowuje się do spotkania z Fruziakiem;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że z tego ich pol-english może im wyjść całkiem przyjemny chiński :)

      Usuń
  3. Litermatko, ale wysmarowalas tasiemca prawie jak ja! :D

    Pifko i kafka mnie powalily!!! :D Moje Potwory tez wiedza juz, ze mamusia to kawoszka i jak czasem pije cos innego, nie moga sie nadziwic. ;)

    OdpowiedzUsuń