O emigracji innej niż wszystkie

sobota, sierpnia 18, 2018

- Opowiesz mi jeszcze raz, jak to właściwie było z Helą i Stefanem? - poprosiłam, kiedy jechaliśmy do St-Malo.
Nie odpuszczam żadnej okazji, kiedy się widzimy, nie ma ich przecież aż tak wiele. Czekam na ten moment, kiedy nie będziemy ani na początku, ani na końcu, ani w trakcie ożywionej debaty, ale też nie w usypiających objęciach leniwej bezczynności. Po latach wprawy już czuję intuicyjnie, kiedy da się ją naciągnąć na wspomnienia lub wspomnienia wspomnień. Ją, Mamuśkę. Ojciec Dyrektor chyba powoli zaczyna się orientować, że ta historia nie będzie kompletna, jeśli wciąż będzie zbywał mnie krótkim, żołnierskim 'nie pamiętam', i też zaczyna się łamać. Mam go na celowniku.

(...)

Pradziadek Antoni, ojciec ukochanej Babci Heleny ze strony Mamuśki, pochodził z Białorusi. Inteligencka rodzina z korzeniami szlacheckimi, pokaźny majątek, pradziadek nie w ciemię bity, bo kto miał wtedy maturę, był kimś. A on do tego był zdolnym cieślą. Kiedy wybuchła rewolucja, wymordowano mu rodzinę, odebrano majątek, a on sam musiał uciekać dokąd oczy poniosą, ten fach uratował go od biedy. Dotarł na Kujawy, gdzie znalazł zatrudnienie w placówce, która wiele lat później przewijała się w naszym życiu jako matka kształcąca i matka żywicielka. Nie mógł wówczas przypuszczać, że w tych murach wykształcą się jego prawnukowie, a mąż wnuczki i prawnuczka zasiądą w nich po drugiej stronie biurka. Lubię myśleć, że wydeptywał w Hubalu te same ścieżki, co my wszyscy wiele lat później.

Na Kujawach Antoś poznał Joannę. Legendarna prababcia Joaśka, która jawi mi się z opowiadań mamy jako baba z krwi i kości, kobieta z lasu, kobieta dzika, oklęta i trochę pokręcona, nie bała się zmian ani podróży ku nowemu. Ruszyła z mężem na Białoruś z zamiarem odzyskania majątku rodzinnego Antka. Wrócili po dwóch latach, bez majątku, ale z właśnie uczącą się chodzić córką Heleną. Stało się jasne, że to już na dobre, że to ostateczny przystanek. Mieszkali na tej samej ulicy, na której obecnie rezyduje Wielki Brat z rodziną.

Stefana znała Helena w zasadzie całe swoje życie. Był osiem lat starszy, a więc długo poza sferą jakichkolwiek jej zainteresowań, ale kiedy w końcu młodzi wyraźnie zaczęli 'mieć się ku sobie' - Stefan już jako dwudziestopięciolatek czasem zachodził do przyszłego teścia Antosia 'na szklaneczkę' i zaczął wreszcie zauważać siedemnastoletnią pannę - los postanowił sobie z nich zadrwić. Stefan rozpoczął służbę w wojsku, której koniec wypadał na początek września 1939. Jak łatwo się domyślić, zamiast do domu, Dziadek trafił prosto na front, do kawalerii polskiej, stąd przydomek Ułan, który dużo później przylgnął do Dziadka za sprawą jego syna i zięciów. Nie walczył jednak długo, bo jeszcze we wrześniu został ciężko raniony w brzuch odpryskiem bagnetu w walkach w okolicach Kutna. Jako jeniec trafił najpierw do Holandii, a następnie do Danii.

Oczywiście zadałam to pytanie Mamie. Gdyby Dziadek żył dłużej, być może dorosłabym na tyle, żeby to jego zapytać, ale kiedy odszedł, miałam 11 lat. Wtedy wiedziałam tylko, że Dziadek był na wojnie, że miał konia, którego bardzo kochał i którego stracił. Dlatego często lepił nam konie z ciasta na makaron, które potem piekliśmy bezpośrednio na płycie starego pieca węglowego. Mama nazywała je plackami żydowskimi.

Nie był pewien, ale wydawało mu się, że tak. Że zabił na wojnie człowieka. Ten siedział na drzewie i strzelał do nich jak do kaczek, więc żeby ratować siebie, oni też odpowiedzieli ogniem. Ktoś w końcu go trafił, bo w jednej chwili spadł z drzewa martwy. Dziadek sądził, że to mógł być on, to on mógł go zastrzelić. Mama z kolei - że na pewno zostało to w nim do końca życia.

Z niewoli miał jedno koszmarne wspomnienie. To było tuż po tym, kiedy oberwał, rana była świeża, a on cierpiał. W wielkim bólu i pragnieniu poprosił pilnującego go Niemca o wodę. Wydawało się, że tamten zamierza spełnić jego prośbę, bo rzeczywiście przyniósł coś do picia. Benzynę.

Poza tym trafił dobrze, choć to pojęcie względne. Zastanawialiśmy się, jakim cudem, i kolektywnie doszliśmy do wniosku, że może to sam początek wojny sprawił, a może szczęście do ludzi, albo ot, zwykły przypadek. Fakty są jednak takie, że Dziadek trafił naprawdę dobrze. Od początku mieszkał w obozie jenieckim, ale przydzielony był do pracy w gospodarstwie przy duńskiej rodzinie. Nie narzekał na złe traktowanie, właściwie - gdyby nie fakt, że nie był tam z własnej woli i miał status więźnia - to mogłoby być całkiem znośne życie. Z rodziną, dla której pracował, bardzo się zżył. Spędzał z nimi święta i dobrze się rozumieli. (Chodziły nawet pogłoski, że pewna Dunka zawiesiła na Dziadku oko, bo Stefek niejednej pannie mógł zawrócić w głowie.) W obozie też było bardzo wesoło - międzynarodowe towarzystwo, sporo przegadanych wieczorów, zakładam, że za kołnierz też nie wylewali:) Najbardziej po drodze było Dziadkowi z Francuzami, od czasów wojny Stefek już zawsze miał do nich sentyment, twierdził, że to naród do tańca i do różańca.

A tymczasem Helena przepracowała całą wojnę u niemieckiej damy jako szwaczka. I też trafiła dobrze, bo jej pracodawczyni była 'porządną kobietą'. Mając takie oficjalne zatrudnienie, Babcia uniknęła przymusowego obozu pracy w Niemczech, a kto wie, może i tragiczniejszego losu. Paradoksalnie, Babcia uważała swój fach za błogosławieństwo i przekleństwo jej życia. Z jednej strony dało jej ochronę w czasie wojny, a z drugiej, sprawiło, że bardzo ciężko pracowała przez całą swoją ziemską kadencję, tonęła w chmurach papierosowego dymu przynoszonego do jej domu przez klientki, który ostatecznie doprowadził ją do raka płuc. W młodości Helena była bardzo zdolną uczennicą, proponowano jej nawet ukończenie kursów nauczycielskich, ale ponieważ miała w ręku gotowy fach, pragmatycznie uznała, że ten ułatwi jej życie. (A życie to prześmiewca przecież.)

W 1945 radości nie było końca. Stefan stał się wolnym człowiekiem. W obozie niemal natychmiast zaczęto namawiać Polaków do powrotu do ojczyzny, a że Dziadek tęsknił - co zrozumiałe - i nieokreślone coś pchało go do tego powrotu, postanowił iść za tym głosem i wrócić. Jak sam twierdził - nie było to łatwe, bo tam też w jakiś sposób ułożył sobie życie, mówiąc wprost - pokochał Danię. Wsiadał więc na statek rozdarty wewnętrznie, nie potrafiąc sobie wyobrazić, co i kto czeka na niego w kraju. Wsiadł i... natychmiast zaczął żałować. Opowiadał Mamuśce, że ledwie wypłynęli z portu, a już zaczęło rządzić polaczkowe myślenie - nawoływano do zapisów do partii ludowej, w rozmowach dominowały polityczne kombinacje i przekupstwo... Dziadek był załamany. Nie tak się wraca z wojny w podręcznikach do historii, prawda?

Na osłodę tego dziwnego powrotu miał Helenę. Mama do dziś nie wie, czy Hela czekała na Stefana, czy po prostu tak ułożyło się jej życie, ale kiedy Stefan wrócił, ona wciąż była sama. W międzyczasie odrzuciła jednego poważnego kandydata na męża (który wkrótce zresztą zmarł) i szyła, szyła, szyła... Pobrali sie w 1949 roku.
- Mamuśko, czy ona nie została już czasem uznana za starą pannę? - zapytałam Mamę.
- Wiesz, może dziesięć lat wcześniej tak właśnie by było, ale pamiętaj, że to były czasy wojny, a wojna wszystko wywraca do góry nogami. Wszystko.

Mamuśka zamyśliła się na chwilę.

- Pamiętam kilka zasłyszanych na Ranczo historii, dwie z nich wciąż siedzą mi w głowie.

On i ona, narzeczeni szykujący się do ślubu. Rozdzieliła ich wojna, jego uznano za zaginionego, przez wiele lat nie było od niego znaku życia. A tymczasem on wrócił. Szedł ulicami Ranczerskiej wsi, wracając po latach tułaczki do domu. Przechodził obok kościoła, w kościele ślub. Zaciekawiony postanowił wejść do środka. Jego narzeczona właśnie wychodziła za mąż.

Ona, samotna matka małego chłopczyka. Kiedy wybuchła wojna, została wysłana do obozu pracy, syn został pod opieką życzliwych jej ludzi. Przy życiu trzymała ją myśl o nim. Wróciła po dwóch latach. We wsi powiedzieli jej, że chłopiec zmarł na dur brzuszny krótko przed jej powrotem. Zrozpaczona matka nie uwierzyła, nie dopuszczała do siebie myśli o utracie syna. Zabrali ją więc na grób chłopca, wciąż świeży. Ona wciąż uparcie twierdziła, że to nieprawda, nieprawda, to musi być pomyłka, to nie jej syn... Mężczyźni poszli do domów po łopaty. Zanim wrócili, ona wykopała ciało syna gołymi rękami.

(...)

Tyle nam zostało. Patchworkowa kombinacja fragmentów wspomnień własnych lub zasłyszanych wspomnień cudzych, mało detali, zdecydowanie więcej 'chyba' i 'z tego, co pamiętam'. Ale próbuję pozbierać te okruszki w jedną sensowną szczyptę ludzkiego istnienia. Próbuję ich sobie wyobrazić, wskrzesić do życia choćby na chwilę. I niemal to widzę. Ten labirynt zdarzeń, splot zbiegów okoliczności i podjętych pod wpływem czegoś decyzji. Takich, które determinują istnienie późniejszych pokoleń.

Gdybym dziś mogła powiedzieć Dziadkowi tylko jedną rzecz, powiedziałabym to:

- Dobrze, że wróciłeś.

You Might Also Like

5 komentarze

  1. Piękna, trudna rodzinna historia.
    W sercu noszę podobną/inną bo naszą... (I jestem w trakcie pisania jej na blogu;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wojna jest straszna...ale super że historia skończyła się dobrze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż trudno uwierzyć, że człowiek nie wyciąga wniosków i to się nadal dzieje.

      Usuń