O miękkiej stronie życia

Stoimy całą czwórką w lekko przyciemnionej sali, opierając łokcie o drewniany blat przywołujący na myśl bar szybkiej obsługi i wbijający się nam - blat, nie bar - w same żebra. Głowy mamy podparte dłońmi, brody tuż nad materacem z grubej gąbki, którym wyściełana jest wewnętrzna strona małpiego gaju. Już sama nie wiem, czy bardziej stoimy na leżąco, czy leżymy na stojąco, choć to zdaje się nie przeszkadzać Inżynierowi. Mości się przez chwilę na drewnie i gąbce, po czym przymyka oczy i prosi mnie o to, co zawsze:
- Ja sobie zamknę oczy na chwilę, a gdyby...
- Naprawdę będziesz w stanie tu zasnąć? - przerywam mu.
I ziewam tak straszliwie, że w sumie zaczynam mu wierzyć jeszcze zanim skończę pytanie.
W końcu po to tu przyszliśmy - wrzucić wszystko nieletnie w te piłki i gąbki, niech się wymęczą, niech opadną z sił, a my tymczasem przez całą godzinę spokojnie porobimy sobie nic. I tak jakby wszystko się zgadza, bo młode ruszyły przed siebie kurcgalopkiem, światło jakieś takie przydymione, Mamuśka rzekłaby, że seksualne, choć dla nas, w tej fazie życia, po prostu cudownie nadające się do snu, nikt nas nie ciągnie za nogawki z odwieczną mantrą chodźplaying (- Chodź się bawić - przypominam. - Chodź się balet - powtarza grzecznie Fruzia.), Inżynier szykuje się do drzemki... Idealnie.

Aaa, sorry, jednak nie.

Kątem oka dostrzegam pędzącą w naszym kierunku Fruzię. Jednym spojrzeniem oceniam sytuację - jest cała, nie broczy krwią, oddycha, kończyny na swoim miejscu. Nic jej nie jest. Pochodzę do niej i pytam, co się stało.
- Mama, I can't see Ejik! - ryczy przeraźliwie, cała się trzęsąc. - Ejik, mama, I can't see!
Ach. Znaczy - zgubiła go.
Ejik i ona to aktualnie związek pełen pasji. Nie mogą ze sobą wytrzymać jednego dnia w odległości metra, ale kiedy jedno się zgubi, to drugie ryczy. Albo kiedy jedno wyjdzie na spacer z psem, a drugie ma zostać w domu.
Ajkowa Mama podrywa się z miejsca i rusza na poszukiwanie młodego. Nie mógł się zgubić permanentnie, umówmy się, to miejsce nie ma aż tylu zakamarków, ale poprzedniego dnia jego tata przeczołgał się przez wszystkie tunele, zjeżdżalnie i skrytki, żeby znaleźć syna w najmniej uczęszczanej części rury, w której młody siedział zrelaksowany i nieczuły na nawoływania ojca, a już na pewno zdziwiony był faktem, że podobno się zgubił. Tym razem Ajkowa Mama znajduje go dużo szybciej. Fruzia szczęśliwa, bo ona jedyna z naszej grupy mocno nieletnich ma ogromną potrzebę poruszania się po małpim gaju w nierozerwalnym tercecie i podnosi larum za każdym razem, kiedy ten nie wytrzymuje tempa Ajki albo pomysłów Ejika na samodzielne eksplorowanie wnętrza.
- Udało ci się przespać? - pytam Inżyniera, który przeciera senne oko.
- Mhm - mruczy. - Jakieś piętnaście sekund.
Jest o piętnaście sekund bardziej wyspany niż ja. Niż my wszyscy właściwie. Choć to przecież nasza wina, że siedzieliśmy do późna, grając w scrabble i chińczyka, zamiast zalogować się w pościeli zaraz po dzieciach. Już po dziesiątej pm.

Opieram się o bar. Blat znaczy.
I znów widzę Fruzię. Stoi piętro wyżej i krzyczy do mnie, i pokazuje zrozpaczona, że oni znów osobno, i że jak to tak, bo mieli być altogether albo może all together, choć wolałabym, żeby wrzeszczała razem, mama, do jasnej cholery, mieliśmy łazić razem, buuu!
- Idę z nią - mówi dzielnie Inżynier.
Idą w piłki, widzę, jak on włazi z nią na kolejne piętra, machają do mnie, Fruzia znów szczęśliwa. A tymczasem Ajkowi rodzice lokalizują swoje pacholęta, ja walczę z sennością pod wpływem seksualnego światła i braku kawy, bo na pewno nie wrażeń, więc dochodzę do wniosku, że może ja też w te gąbki i piłki wpełznę, umoszczę się, nakryję pluszem i plastikiem, i tak już zostanę na zawsze, ach, jak mi bosko będzie. Bosko mi będzie. Bosko. Siadam w polu dla małych bejbików, dookoła gąbczaste zwierzęta, gąbczaste klocki, gąbczaste schody, podesty, wszystko z gąbki. Bosko. Siadam. Ale już widzę nad sobą twarz Fruzi, obok niej Inżyniera i wiem, że nic z tego. Ach. Z trudem podnoszę tyłek, zaczynamy układać wieżę z gąbek. Fruziak w stanie ekstazy na poziomie labradora, gąbki fruwają, wieże się obalają, ja też się obalam i postanawiam tak zostać, co wykorzystuje Inżynier, układając nade mną tunel z dostępnych materiałów. Tylko głowa mi wystaje, bo zagroziłam atakiem klaustrofobii, tak mnie z Fruzią opakowali. A potem jeszcze na szczupaka skaczą na te materace i na mnie pod nimi, w sumie jakieś dziewięćdziesiąt kilo żywego, ludzkiego mięsa. Nie wiem, z jakiej gąbki te gąbki, albo z czego moja warstwa ochronna na ciele, ale mocne to. Te materiały znaczy.

Chwilę później tracę już rachubę, kto na gąbkach, kto pod, a kto w. Małpi gaj zdecydowanie lepiej oddaje sedno tej imprezy niż soft play. Soft to chyba tylko to światło.

Siadam wykończona obok Ajkowej Mamy.
- Ale byłoby fajnie, gdyby oni kiedyś zrobili nam taką niespodziankę, zabrali nas do pubu, kupili piwo i drinki, powiedzieli, że mamy godzinę na szaleństwa i żebyśmy dobrze się bawili - mówię, mając na myśli nasze pacholęta, lat 2,3 i 5.
Ajkowa Mama uśmiecha się z rozmarzeniem. Ale tylko na chwilę, bo zaraz włącza jej się błysk w oku i widzę, że myśli o Karmie.
- A my byśmy psuli im tę godzinkę spokoju od nas ciągłym przyłażeniem i skarżeniem. 'Ajkaaaaa, a on mi wypił moje pifkoooo!', 'Fruziuuuuu, a ona mi zabrała mojego drinkaaaaaa, buuuuu!'

Ach.

To zbyt piękne, aby mogło się ziścić.

O dwóch trzecich, które przesądziły o kierunku mojej kariery

Po głębokiej refleksji doszłam do wniosku, że to Pierwsza Matka Przełożona w Różowej Chmurce dostrzegła we mnie matematyczny potencjał. To było wtedy, kiedy z rozwianym włosem i w silnym wzburzeniu wtargnęła do sali bejbików i rzuciła w nas ostrym pytaniem:
- Ile to jest dwie trzecie z sześciu? Bo zaraz oszaleję!
Nie odpowiedziałyśmy od razu, martwiąc się, że nie tylko nie pomożemy Matce, albowiem ona już oszalała, jak my wszystkie zresztą pracując w tym przybytku, ale jeszcze pogorszymy jej nastrój, jeśli się okaże, że zbyt szybko dokonałyśmy stosownych obliczeń. Minutę ciszy przerwała w końcu Be:
- Aaaawkwaaaard! - wyśpiewała na amerykańską, cheerleaderską nutę.
- Yyyyy - dodała Sarah.
- Tak myślałam - westchnęła Matka Przełożona lekko triumfująco i odwróciła się na pięcie, zamaszyście zmiatając tuniką wieżę z beznadziejnie niestabilnych klocków.
- Cztery - bąknęłam więc niepewnie.
I natychmiast oblałam się rumieńcem, bowiem wszystkie oczy skierowały się w moją stronę, a ja, niezależnie od faktów, nie lubię czuć się jak największy sztywniak tego świata.

Potem jeszcze okazało się, że znam stolicę Ukrainy i pisownię 'anniversary' i to już była totalna katastrofa, bo przylgnęła do mnie etykieta kujona, a ja naprawdę sądziłam, że trochę fluidu na twarz i mam ten etap już dawno za sobą. I nie, żeby to miało coś wspólnego z matmą, ale sami rozumiecie. Kujon ma w sobie coś absolutnie totalnego, kto by się tam przejmował dziedzinami.

Lata mijały, znów poczułam, że wmieszałam się w tłum przeciętniaków, że może jak będę siedzieć cicho, to nikt nie zauważy, ale prawdziwej natury nie ukryjesz, panie, nie ukryjesz. Najpierw wydało się, że pamiętam, jak się obsługuje dziennik elektroniczny, więc przydzielono mi nową do wtajemniczenia, a skoro tak, to może chcesz uczyć ICT, bo nam się lektor wykruszył? Kleiłam wtedy godziny na super glue, prezentując rozchwytywany brytyjski can-do attitude, więc chyba tylko dzięki opiece Karmy nie skończyłam jako lektor inżynierii mechanicznej. No i do ICT znalazł się nauczyciel, co uśpiło moją czujność, kiedy w maju szef zażartował, wyraźnie zażartował, no przecież słyszałam!, że brakuje nam matematyka w drużynie, ha ha, może spróbujesz, ha ha ha, bo ci normalni, no wiesz, od GCSE, to jakoś u nas nie chcą, ha ha ha ha ha, pewnie się boją i to jest śmieszne, bo czego tu się bać, Ha Ha Ha HA HA! To ja też się zaśmiałam, dużymi literami się zaśmiałam, bo skoro już raz prawie uczyłam ICT, to mogę też prawie matmy, co nie? Szef to fajny gość, więc ubawiliśmy się setnie!

A potem szef szybko zakończył spotkanie, a następnego dnia zobaczyłam siebie w planie na nowy rok akademicki jako lektora matmy. Tylko że już wtedy to mi się aż tak bardzo nie chciało śmiać.

- Szefie, ale ja się boję, bo widzi szef, ja z matmą to miałam ostatnio do czynienia w podstawówce, bo w liceum to ja na humanie byłam i traktowano nas trochę jak trędowatych, więc ja do dziś nie wiem, co to całki i co się robi z rachunkiem prawdopodobieństwa - powiedziałam.

Albo coś w tym stylu powiedziałam, tak mniej więcej do 'bo widzi szef', bo raz, że nie mam pojęcia, jak są całki po angielsku, a dwa, że szef mi natychmiast przerwał tonem, który miał być w założeniu uspokajający:
- Spokojnie, zrobimy ci szkolenie, a potem zdecydujesz, zgoda?
No anioł, nie szef. Od razu mnie uspokoił. Najpierw się podszkolę, a potem zdecyduję. Najpierw się podszkolę, zobaczę, co i jak, przypomnę sobie to i owo z podstawówki. A potem zdecyduję. Uczciwy układ.

Po całych dwóch godzinach szkolenia udało mi się ustalić, że:
- nauczyciela matmy nikt już nie szuka, no bo przecież jest (ja)
- niczym się nie muszę przejmować, bo egzaminy są dopiero w lutym
- to już koniec szkolenia.

A po rozmowie z Mężem Mym Wspaniałym doszedł jeszcze jeden plus sytuacji:
- Będziesz mogła sobie matmę do CV wpisać!

Hip hip hura.

O tym, że czasem trzeba przerwać rysowanie

Pomarańczowy pisak trzeszczy, przyciskany gorliwie  do papieru. Na przemian zgrzyta, chrobocze i skrzypi. Fruzia leży na podłodze na brzuchu, głowę trzyma tuż nad swoją papierową kaczką. Siedzę naprzeciwko niej po turecku, lekko zgarbiona, trochę już znudzona tym kolorowaniem, ale wciąż bezwiednie przesuwam mazakiem po kartce. Mój kot jest różowy, bo tak zarządziła, jej kaczka cała w pomarańczach. Nie wiem, skąd ta nagła myśl, że dawno nie rozmawiałyśmy. Mogłoby się wydawać, że ja wciąż i do znudzenia o tym samym, ale w rzeczywistości czasem zapominam. Więc łapię każdą taką myśl natychmiast, nie zostawiam na później, bo później będzie za daleko.
- Fruziu.... - zagaduję niby od niechcenia. - A czy ty pamiętasz, z kim mieszkałaś, zanim mama i tata zabrali cię do domu?
- Yyy... no - mówi ona nie podnosząc głowy znad papieru.
- Pamiętasz Harry'ego? I Fostersów? Oglądałyśmy niedawno zdjęcia - podpowiadam.
Próbuję złapać tę nitkę, która gdzieś mi odfrunęła. Mam. Z Husią na sofie. Trzy miesiące. Trzy miesiące w tym wieku to niekoniecznie niedawno, ale niech będzie.
Myśli przez chwilę.
- No.
Mam wrażenie, że coś tam jej świta, bo naprawdę się zastanawia, ale jednak nie, decyzja zapadła.
- Mieszkałaś z nimi - kontynuuję więc, czekając na dalszy ciąg od niej.
- Why?
Mogłam się tego spodziewać. Jakiż inny dalszy ciąg mogłam usłyszeć na tym etapie?
- Bo najpierw byłaś w brzuchu brzuszkowej mamy, potem Fostersi opiekowali się z tobą, aż wreszcie zabraliśmy cię do domu.
- Why? - słucha, ale wciąż rysuje.
- Bo ja cię nie mogłam urodzić. Twoja brzuszkowa mama cię urodziła.

Fruzia na chwilę zastyga. Przestaje rysować. Podnosi głowę i patrzy na mnie, a w jej wzroku widzę coś, czego wcześniej nigdy nie było. Jakąś mgiełkę niepokoju.

Error!, myślę i natychmiast wiem, gdzie i dlaczego. Mama.

Mama, która nie jest mną. Pierwszy link. Jakże abstrakcyjny.

Czuję, jak po całym moim ciele wędruje prąd, jak na ułamek sekundy tracę pewność siebie. Ale tylko w środku.

W rzeczywistości nadal siedzę na podłodze, w tym samym tempie przesuwam pisakiem po uszach różowego kota. Patrzę na nią i spokojnie się uśmiecham. Wytrzymuję jej wzrok.

- You are my mummy - mówi wreszcie z tym nieuchwytnym czymś w głosie.
Nie pyta, stwierdza. I jednocześnie upewnia się.

Opanowuję własne drżenie ciała pod wpływem tego czegoś.

- No pewnie, że tak, jestem twoją mamą, mamą na zawsze! Tylko nie mogłam cię urodzić.
Patrzy na mnie uważnie przez tę krótką chwilę, która wydaje się wiecznością.
- Why? - pyta ona, już całkiem normalnie, wracając do rysowania.
- Bo miałam chory brzuszek. Ale nie martw się, już wszystko jest dobrze. A ciebie kocham najmocniej w kosmosie.

Zostawiamy kaczkę i kota. Idziemy oglądać zdjęcia i znów jest tak, jak ostatnio.

Może mi się tylko wydawało. A może nie.

Kilka razy pyta, czy mój brzuch jest chory. Zapewniam, że nie, już wszystko jest dobrze. Z czułością gładzi własną fotografię ze szpitala. Znów najbardziej interesuje ją inkubator i Harry. Twarz jej promienieje, kiedy przewraca ostatnie kartki albumu od Fostersów. Mama, tata i ona. I żyli długo i szczęśliwie.

Te albumy muszę położyć bliżej, w zasięgu ręki. Jej ręki.

O emigracji innej niż wszystkie

- Opowiesz mi jeszcze raz, jak to właściwie było z Helą i Stefanem? - poprosiłam, kiedy jechaliśmy do St-Malo.
Nie odpuszczam żadnej okazji, kiedy się widzimy, nie ma ich przecież aż tak wiele. Czekam na ten moment, kiedy nie będziemy ani na początku, ani na końcu, ani w trakcie ożywionej debaty, ale też nie w usypiających objęciach leniwej bezczynności. Po latach wprawy już czuję intuicyjnie, kiedy da się ją naciągnąć na wspomnienia lub wspomnienia wspomnień. Ją, Mamuśkę. Ojciec Dyrektor chyba powoli zaczyna się orientować, że ta historia nie będzie kompletna, jeśli wciąż będzie zbywał mnie krótkim, żołnierskim 'nie pamiętam', i też zaczyna się łamać. Mam go na celowniku.

(...)

Pradziadek Antoni, ojciec ukochanej Babci Heleny ze strony Mamuśki, pochodził z Białorusi. Inteligencka rodzina z korzeniami szlacheckimi, pokaźny majątek, pradziadek nie w ciemię bity, bo kto miał wtedy maturę, był kimś. A on do tego był zdolnym cieślą. Kiedy wybuchła rewolucja, wymordowano mu rodzinę, odebrano majątek, a on sam musiał uciekać dokąd oczy poniosą, ten fach uratował go od biedy. Dotarł na Kujawy, gdzie znalazł zatrudnienie w placówce, która wiele lat później przewijała się w naszym życiu jako matka kształcąca i matka żywicielka. Nie mógł wówczas przypuszczać, że w tych murach wykształcą się jego prawnukowie, a mąż wnuczki i prawnuczka zasiądą w nich po drugiej stronie biurka. Lubię myśleć, że wydeptywał w Hubalu te same ścieżki, co my wszyscy wiele lat później.

Na Kujawach Antoś poznał Joannę. Legendarna prababcia Joaśka, która jawi mi się z opowiadań mamy jako baba z krwi i kości, kobieta z lasu, kobieta dzika, oklęta i trochę pokręcona, nie bała się zmian ani podróży ku nowemu. Ruszyła z mężem na Białoruś z zamiarem odzyskania majątku rodzinnego Antka. Wrócili po dwóch latach, bez majątku, ale z właśnie uczącą się chodzić córką Heleną. Stało się jasne, że to już na dobre, że to ostateczny przystanek. Mieszkali na tej samej ulicy, na której obecnie rezyduje Wielki Brat z rodziną.

Stefana znała Helena w zasadzie całe swoje życie. Był osiem lat starszy, a więc długo poza sferą jakichkolwiek jej zainteresowań, ale kiedy w końcu młodzi wyraźnie zaczęli 'mieć się ku sobie' - Stefan już jako dwudziestopięciolatek czasem zachodził do przyszłego teścia Antosia 'na szklaneczkę' i zaczął wreszcie zauważać siedemnastoletnią pannę - los postanowił sobie z nich zadrwić. Stefan rozpoczął służbę w wojsku, której koniec wypadał na początek września 1939. Jak łatwo się domyślić, zamiast do domu, Dziadek trafił prosto na front, do kawalerii polskiej, stąd przydomek Ułan, który dużo później przylgnął do Dziadka za sprawą jego syna i zięciów. Nie walczył jednak długo, bo jeszcze we wrześniu został ciężko raniony w brzuch odpryskiem bagnetu w walkach w okolicach Kutna. Jako jeniec trafił najpierw do Holandii, a następnie do Danii.

Oczywiście zadałam to pytanie Mamie. Gdyby Dziadek żył dłużej, być może dorosłabym na tyle, żeby to jego zapytać, ale kiedy odszedł, miałam 11 lat. Wtedy wiedziałam tylko, że Dziadek był na wojnie, że miał konia, którego bardzo kochał i którego stracił. Dlatego często lepił nam konie z ciasta na makaron, które potem piekliśmy bezpośrednio na płycie starego pieca węglowego. Mama nazywała je plackami żydowskimi.

Nie był pewien, ale wydawało mu się, że tak. Że zabił na wojnie człowieka. Ten siedział na drzewie i strzelał do nich jak do kaczek, więc żeby ratować siebie, oni też odpowiedzieli ogniem. Ktoś w końcu go trafił, bo w jednej chwili spadł z drzewa martwy. Dziadek sądził, że to mógł być on, to on mógł go zastrzelić. Mama z kolei - że na pewno zostało to w nim do końca życia.

Z niewoli miał jedno koszmarne wspomnienie. To było tuż po tym, kiedy oberwał, rana była świeża, a on cierpiał. W wielkim bólu i pragnieniu poprosił pilnującego go Niemca o wodę. Wydawało się, że tamten zamierza spełnić jego prośbę, bo rzeczywiście przyniósł coś do picia. Benzynę.

Poza tym trafił dobrze, choć to pojęcie względne. Zastanawialiśmy się, jakim cudem, i kolektywnie doszliśmy do wniosku, że może to sam początek wojny sprawił, a może szczęście do ludzi, albo ot, zwykły przypadek. Fakty są jednak takie, że Dziadek trafił naprawdę dobrze. Od początku mieszkał w obozie jenieckim, ale przydzielony był do pracy w gospodarstwie przy duńskiej rodzinie. Nie narzekał na złe traktowanie, właściwie - gdyby nie fakt, że nie był tam z własnej woli i miał status więźnia - to mogłoby być całkiem znośne życie. Z rodziną, dla której pracował, bardzo się zżył. Spędzał z nimi święta i dobrze się rozumieli. (Chodziły nawet pogłoski, że pewna Dunka zawiesiła na Dziadku oko, bo Stefek niejednej pannie mógł zawrócić w głowie.) W obozie też było bardzo wesoło - międzynarodowe towarzystwo, sporo przegadanych wieczorów, zakładam, że za kołnierz też nie wylewali:) Najbardziej po drodze było Dziadkowi z Francuzami, od czasów wojny Stefek już zawsze miał do nich sentyment, twierdził, że to naród do tańca i do różańca.

A tymczasem Helena przepracowała całą wojnę u niemieckiej damy jako szwaczka. I też trafiła dobrze, bo jej pracodawczyni była 'porządną kobietą'. Mając takie oficjalne zatrudnienie, Babcia uniknęła przymusowego obozu pracy w Niemczech, a kto wie, może i tragiczniejszego losu. Paradoksalnie, Babcia uważała swój fach za błogosławieństwo i przekleństwo jej życia. Z jednej strony dało jej ochronę w czasie wojny, a z drugiej, sprawiło, że bardzo ciężko pracowała przez całą swoją ziemską kadencję, tonęła w chmurach papierosowego dymu przynoszonego do jej domu przez klientki, który ostatecznie doprowadził ją do raka płuc. W młodości Helena była bardzo zdolną uczennicą, proponowano jej nawet ukończenie kursów nauczycielskich, ale ponieważ miała w ręku gotowy fach, pragmatycznie uznała, że ten ułatwi jej życie. (A życie to prześmiewca przecież.)

W 1945 radości nie było końca. Stefan stał się wolnym człowiekiem. W obozie niemal natychmiast zaczęto namawiać Polaków do powrotu do ojczyzny, a że Dziadek tęsknił - co zrozumiałe - i nieokreślone coś pchało go do tego powrotu, postanowił iść za tym głosem i wrócić. Jak sam twierdził - nie było to łatwe, bo tam też w jakiś sposób ułożył sobie życie, mówiąc wprost - pokochał Danię. Wsiadał więc na statek rozdarty wewnętrznie, nie potrafiąc sobie wyobrazić, co i kto czeka na niego w kraju. Wsiadł i... natychmiast zaczął żałować. Opowiadał Mamuśce, że ledwie wypłynęli z portu, a już zaczęło rządzić polaczkowe myślenie - nawoływano do zapisów do partii ludowej, w rozmowach dominowały polityczne kombinacje i przekupstwo... Dziadek był załamany. Nie tak się wraca z wojny w podręcznikach do historii, prawda?

Na osłodę tego dziwnego powrotu miał Helenę. Mama do dziś nie wie, czy Hela czekała na Stefana, czy po prostu tak ułożyło się jej życie, ale kiedy Stefan wrócił, ona wciąż była sama. W międzyczasie odrzuciła jednego poważnego kandydata na męża (który wkrótce zresztą zmarł) i szyła, szyła, szyła... Pobrali sie w 1949 roku.
- Mamuśko, czy ona nie została już czasem uznana za starą pannę? - zapytałam Mamę.
- Wiesz, może dziesięć lat wcześniej tak właśnie by było, ale pamiętaj, że to były czasy wojny, a wojna wszystko wywraca do góry nogami. Wszystko.

Mamuśka zamyśliła się na chwilę.

- Pamiętam kilka zasłyszanych na Ranczo historii, dwie z nich wciąż siedzą mi w głowie.

On i ona, narzeczeni szykujący się do ślubu. Rozdzieliła ich wojna, jego uznano za zaginionego, przez wiele lat nie było od niego znaku życia. A tymczasem on wrócił. Szedł ulicami Ranczerskiej wsi, wracając po latach tułaczki do domu. Przechodził obok kościoła, w kościele ślub. Zaciekawiony postanowił wejść do środka. Jego narzeczona właśnie wychodziła za mąż.

Ona, samotna matka małego chłopczyka. Kiedy wybuchła wojna, została wysłana do obozu pracy, syn został pod opieką życzliwych jej ludzi. Przy życiu trzymała ją myśl o nim. Wróciła po dwóch latach. We wsi powiedzieli jej, że chłopiec zmarł na dur brzuszny krótko przed jej powrotem. Zrozpaczona matka nie uwierzyła, nie dopuszczała do siebie myśli o utracie syna. Zabrali ją więc na grób chłopca, wciąż świeży. Ona wciąż uparcie twierdziła, że to nieprawda, nieprawda, to musi być pomyłka, to nie jej syn... Mężczyźni poszli do domów po łopaty. Zanim wrócili, ona wykopała ciało syna gołymi rękami.

(...)

Tyle nam zostało. Patchworkowa kombinacja fragmentów wspomnień własnych lub zasłyszanych wspomnień cudzych, mało detali, zdecydowanie więcej 'chyba' i 'z tego, co pamiętam'. Ale próbuję pozbierać te okruszki w jedną sensowną szczyptę ludzkiego istnienia. Próbuję ich sobie wyobrazić, wskrzesić do życia choćby na chwilę. I niemal to widzę. Ten labirynt zdarzeń, splot zbiegów okoliczności i podjętych pod wpływem czegoś decyzji. Takich, które determinują istnienie późniejszych pokoleń.

Gdybym dziś mogła powiedzieć Dziadkowi tylko jedną rzecz, powiedziałabym to:

- Dobrze, że wróciłeś.

Très très bien, czyli kręć się, kręć wrzeciono!

Strasznie była podekscytowana faktem, że jedzie na wakacje. Nie sądzę, żeby pamiętała, czym one właściwie są, ale skoro Albie  i Sidney już pojechali, to przecież ona też musi.
- Where going, mummy? - zapytała po raz pierwszy jakieś trzy minuty po wejściu do auta.
- Na wakacje, pamiętasz? Z babcią i dziadkiem.
- Yay, holiday! - pisknęła i z radości aż się zatrzęsła, tak jak tylko dzieci potrafią. - Baba i Dziadzia!
Chwilę później mina jej zrzedła, zaczęła bacznie wypatrywać czegoś w nocnej czerni za oknem, aż w końcu rozłożyła ręce w geście bezradności i zapytała (po raz pierwszy z ośmiuset razy):
- Where holiday, mummy? I can't see!

Jean Pierre, u którego uwiliśmy sobie wygodne gniazdko na poddaszu domu zabójczo przypominającego nasz przyszły dom (w równie przyszłym wcieleniu), mówił po angielsku gorzej od moich Rodziców.  A pamiętajcie, proszę, że zasadniczo Mamuśka i Ojciec Dyrektor nie mówią po angielsku wcale. Wobec takiej totalnej niewiedzy naszego gospodarza, poczułam się w obowiązku uruchomić pardon my French (a minęło właśnie 15 lat od dnia, w którym ostatni raz powiedziałam coś po francusku z sensem) i spróbować wytłumaczyć Jean Pierrowi, że będziemy na miejscu za trzy godziny, to jest o dwudziestej. In three hours nie zadziałało. Ani at 8 o'clock! eight! EJT!! 
- En tres horas. A la...  - zacięłam się.
A do Inżyniera na boku dodałam wyjaśniająco:
- Zapomniałam jak jest osiem po francusku.
Mąż Mój przytaknął ze zrozumieniem.
Jean Pierre niekoniecznie, bo w słuchawce zapadła cisza.
Po chwili refleksji doszłam do wniosku, że nie warto im mówić, że to jednak hiszpański był. Na rodzinie poczyniłam odpowiednie wrażenie, to się liczy, więc rodzina uznała, że ze mną nie zginą. I słusznie. Niejeden raz ratowałam ich z opresji korzystając ze słownictwa pierwszej pomocy - tarte aux pommes, macarons, chocolate, glaces, café  au lait (grand café au lait, grand!) Wielki Brat byłby ze mnie dumny. Inżynier natomiast szybko się uczy i wkrótce zaimponował nam w kawiarni, która była również księgarnią (ach!), składając zamówienie wyłącznie po francusku. Qui! Très très bien! Merci!, powtarzał zapamiętale, dyskutując z kelnerką i usiłując przybrać myślicielską pozę. Przysięgam, że gdyby miał brodę, to by się po niej odruchowo podrapał. Mamuśka za to skonstatowała, że młodzi to teraz tacy obyci, co tylko zachęciło Inżyniera do wizyty w księgarni dwa krzesła dalej.
- Co by tu... - zastanawiał się głośno.
- Tu jest coś dla ciebie, czytaj - podałam mu grubą knigę. "Histoire Mondiale de la France."
- A co to? - zerknął na tytuł.
- Historia Mundialu.

Fruzia nie miała problemu ani z językiem otoczenia, kiedy z angielską kurtuazją rozdawała bonjour i merci lub oglądała Było sobie życie w oryginalnej wersji, ani z językiem ojców, kiedy odmieniała lody przez wszystkie przypadki lub negocjowała warunki zjedzenia kolacji. Nagle okazało się, że kiedy Fruzi na czymś bardzo zależy, bierna znajomość języka przechodzi w fazę gwałtownej aktywacji.
- Loda, mama, please!
- Proszę.
- Loda, posze!
- Jak zjesz bułkę z szynką, to dostaniesz loda.
- Loda i szeki!
- Zjedz bułkę z szynką, to dostaniesz loda... i kilka żelków, niech ci będzie. (Zrezygnowane westchnienie w tle. Ale przecież wakacje i ta polszczyzna!)
- Loda i szeki, yeah! - rzut okiem na kanapkę, chwila wahania. - Buki no, sinka.
- Dobrze, zjedz samą szynkę. (Jestem zbyt uległa. Depresja. Muszę zjeść jeszcze jednego makaronika).
Monetą też zarządzała po polsku.
- Fruziu, nie pójdziemy na karuzelę, bo po pierwsze, jesteś na nią za mała, a po drugie, nie mam przy sobie pieniędzy - perorowałam podczas spaceru.
- I have kasa, mama - dziecię ochoczo wywróciło kieszenie z ojro na lewą stronę. Aż się posypały na chodnik. - I have kasa, Dziadzia i Baba kasa, look!
Pod koniec wczasów to ona miała nawięcej kasa, do tego w trzech walutach.

Dni upływały nam na zmianach warty. O nieprzyzwoicie porannych godzinach to Mamuśka i Ojciec Dyrektor pełnili dyżur przy wnuczce, późnym wieczorem ja, w morzu głównie Inżynier, a pomiędzy tym wszystkim każdy, komu nie udało się umknąć, zanim Fruzia zarządziła kolejną zabawę w chowanego. Hide-and-seek w wykonaniu Tasmana polega na chowaniu się w miejsce, które wyznacza ona lub to samo, w które człek schował się chwilę wcześniej... i chwilę wcześniej ... i jeszcze chwilę wcześniej...
- Daddy, you hiding here - dyrygowała, wskazując na łysiejące od ciągłego w nich buszowania krzaki.
A potem zaskoczona była tak, jakby co najmniej literackiego Nobla otrzymała, podczas gdy wszystkim wiadomo, że jej konikiem jest fizyka jądrowa.
Poza tym było tradycyjnie.
- Idziemy do kawiarni - oznajmiał ktoś.
- Yay! - cieszyła się ona całą sobą.
I natychmiast zarządzała:
 - I want sok, Babi want sok, daddy want pifko i Dziadzia pifko.
- A mama? - pytałam rozbawiona. - Zapomniałaś o mnie?
- Silly me! - Fruzia komicznie przewracała oczami. - Mummy want kafka!
Szybko poznała się na rodzinie.

Nad sokiem i kafką Mamuśka, świeżo upieczona pełnoetatowa emerytka, zastanawiała się, na czym powinna skupiać się jej życiowa działalność i szeroko pojęta wolność. Wymyśliła sobie sekcję rowerową, choć Ojciec Dyrektor nie jest zwolennikiem sportu, szczególnie w wykonaniu swej małżonki (nie bez powodu) i usiłował wyperswadować jej ten pomysł z głowy.
- A nie lepiej skorzystać z podpowiedzi Jerry'ego, żebyś wstąpiła do kabaretu? Ukulturalniłabyś się trochę, poza tym ty lubisz mówić i może dzięki temu mówiłabyś mniej w domu...
- Kabaret? - zainteresowałam się szczerze. - To Jerry działa w kabarecie? Nie wiedziałam.
- Nie tylko działa, ale jest współzałożycielem. Wciąż mają jakieś występy - doinformował mnie Ojciec.
I dorzucił sarkastycznie:
- Mama byłaby świetna w słowotoku! Miałaby też zajęcie, bo przecież do takiego występu trzeba się solidnie przygotować...
- Kabaret to ja mam z tobą w domu - odcięła się Rodzicielka. - Codziennie na żywo, więc nie potrzebuję żadnego scenariusza.

Ojciec Dyrektor opowiadał Fruzi o wojnie w Wietnamie. Prezentował jej bliznę po wycięciu woreczka żółciowego, której dorobił się od bagnetu podczas bohaterskiej obrony Wietnamczyków, a kiedy Fruzia dopytywała, co to takiego ten bagnet, zgodnie z prawdą dopowiadałam, że to taka bagietka w łamanym francuskim Dziadka. Skojarzenie miała natychmiast jedno. Niedawno jeden z takich dziadków szczegółowo opowiadał swojej małej wnuczce o męce pańskiej na krzyżu. Zastanawiam się, jaki bagietkowy zamiennik znaleźli jej rodzice dla gwoździ, ran i korony cierniowej. (Jak ten dziadek mnie tu kiedyś znajdzie, to sama przybiję się do krzyża.)

Miał też Ojciec swoje własne pomysły na życie, a ściślej mówiąc - na plażowanie.

W Étables-sur-Mer byliśmy stałymi bywalcami niewielkiej, kameralnej plaży położonej w sąsiedztwie portu. Przypływy i odpływy była tak gwałtowne, że rano, w drodze na piasek, mijaliśmy fragment portu, który z daleka wyglądał jak wrakowisko - łódki i łódeczki smutno poprzechylane na boki, wbite w mokry piasek i jakby porzucone przez człowieka, usiane jedna przy drugiej. Dwie godziny później łódki cudownie unosiły się na wodzie w blasku słońca. Nasza plaża też zmieniała się nie do poznania. Schodziliśmy na nią wśród skałek i kamieni, mościliśmy się w centralnej, najbardziej piaszczystej części, daleko od linii wody, bo jeśli akurat trafiliśmy na przypływ, ta przybliżała się do nas dość gwałtownie. Nie mówiąc już o tym, że nasze boczne wejście było już po skały zalane wodą. Jak się okazało, zupełnie nie przeszkadzało to Ojcu Naszemu. Zostawili nas któregoś dnia na słońcu, a sami poszli na pifko, na jedno oczywiście,  bo"zaraz wracamy". Po dwóch godzinach Mamuśka zaczęła już układać piękne wiązanki słowne, bo miała już dość opalania i chciała zarządzić odwrót, ale wciąż nie byliśmy ani w komplecie, ani w kontakcie. Wreszcie Fruzia wrzasnęła, że daddy, daddy wraca!
Szli od strony zalanej części plaży. Bohatersko przedzierając się przez fale, wracali na łono rodziny.
- Już myślałyśmy, że wam tam od słońca albo piwa mózgi poskręcało - uprzejmie zagaiłam.
- W sumie niektórym z nas rzeczywiście - cicho przyznał Inżynier i sprzedał mi kuksańca w łokieć. - Spójrz na Ojca Dyrektora.
Wyłonił się z morza chwilę po Inżynierze. Neptun spokoju i opanowania. W jeansowych spodenkach, designerskiej koszulce oraz siwych skarpetkach i sandałach, które w sekundę po wyjścia na ląd opanierowały się piaskiem.
- A to teraz tak się zażywa kąpieli? - zapytałam. - W pełnym opakowaniu?
- A dlaczego nie? - skwitował Ojczulo.
On i Fruzia nieustająco burzą mój pieczołowicie budowany światopogląd.

 Étables-sur-Merktórą to mieścinę uparcie nazywaliśmy Estables jest dość spokojne, w sam raz dla emerytów i rodzin z dziećmi, w co doskonale się wpisywaliśmy, choć nie ukrywam, że tym samym upadł nasz niecny plan wyrwania się na dyskotekę. Wędrując malowniczymi uliczkami co rusz robiłam głośne odkrycia, które Mamuśka kwitowała stwierdzeniem, że chyba się starzeję. "O, zobacz, ten płot wygląda zupełnie jak płoty na Ranczo sto lat temu!" albo "Boszeee, już dawno nie widziałam czegoś podobnego, przecież takich dróżek już nie ma, to takie... ściunki*!" Chodziły za mną drewniane bramy, wąskie uliczki i ścieżki, domy z elewacją z kamienia, okiennice we wszystkich kolorach tęczy i ogrody z mnóstwem kwiatów. Czas jakby się tam zatrzymał. Brakowało tylko krów wracających o zmierzchu z pastwiska traktem z kocich łbów tuż pod naszym oknem. Wtedy już na pewno usłyszałabym głos Babci, pytającej, czy pójdę po mleko do cioci Jadzi.
(A więc Mamuśka miała rację.)

Ale nie samą Francją żyje człowiek na wakacjach we Francji. Szczególnie w towarzystwie Ojca Dyrektora, jak zapewne weterani pamiętają, skrupulatnie odliczającego państwa i państewka, w których stanął choćby jedną stopą. Stąd Jersey. I to dwa razy.

Za pierwszym razem dobrnęliśmy jedynie do okienka odprawy, bo zupełnie nie przyszło nam do głowy, że płyniemy za granicę, do domu właściwie, i nie zabraliśmy paszportów. Żeby pobudka bladym świtem nie poszła na marne, zrobiliśmy na parkingu w porcie St-Malo piknik z przygotowanych kanapek i to był ten dzień, kiedy Fruzia zakochała się w mewach. A dokładnie w momencie, kiedy jedna taka pyskata zawisła w powietrzu nad kanapką Inżyniera i zaczęła gdakać na niego z taką furią, jak tylko potrafi kobieta wściekła na faceta! A jeśli to jeszcze głodna kobieta, to już pozamiatane. Zaprawdę powiadam Wam, mewy są jakąś ewolucyjną odnogą labradorów. Albo odwrotnie.
- Weź spierdalaj! - poinstruował mewę Mąż Mój.
Zupełnie jak instruuje Rudolfa.
Znów poczułam się jak w domu.
Fuzia jednak uznała to za wydarzenie jej dotychczasowego życia. Mewa została jej idolką. (A nie mówiłam, że Fruzia do feministka?)
- Mummy, mefa want eat daddy buka i sinka!! - ekscytowała się przez całą drogę powrotną.
Na pamiątkę z wakacji Tasman przywiozła sobie pudełko ze skrzeczącymi mewami i szumem morza.

Następnego dnia uderzyliśmy na Jersey po raz drugi. Na promie usiłowałam krzewić polskość śpiewając Fruzi piosenki ludowe, ale po drugiej próbie "Prząśniczki" Mamuśka ubiegła Fruzię i kazała mi się przymknąć. Ta rodzina zabija wszelką kreatywność w człowieku. Rodzicielka przestała jednak słyszeć kręcące się wrzeciono (i w ogóle cokolwiek), kiedy w pewnym momencie olśniło ją że przecież Jersey = niemal Anglia = charity shops. Na pierwszym przystanku było więc tradycyjnie - panowie na lewo, do bukmachera, panie na prawo, do British Red Cross. Taka tradycja rodzinna kiedy zwiedzamy.

Jersey w pełni ukoiła moją tęsknotę za pięknem. Skaliste brzegi, klify, ale też piękne piaszczyste plaże, mnóstwo zieleni i zjawiskowa La Corbièrelatarnia morska z XIX wieku, położona na południowo-zachodnim krańcu wyspy. Dotrzeć do latarni można tylko w czasie odpływu. Kiedy zaczyna się przypływ, wyjąca syrena ostrzega turystów o nadchodzącym odcięciu drogi powrotnej. To jedno z najpiękniejszych miejsc jakie dane mi było widzieć w życiu. Mogłabym tam pisać książki, a potem wrzucać je do morza w wielkich baniakach, zastanawiając się, dokąd dopłyną, albo modląc się, żeby nikt tych gniotów nigdy nie przeczytał. Ach, jakiż romantyczny i lekko dziki pędziłabym żywot! (Po godzinach oczywiście wracałabym do Piątej Chatki na kolację z Inżynierem i Fruzią. Inaczej umarłabym tam z głodu.)

(źródło: https://www.jerseyheritage.org/heritage-landscape/la-corbi-re-lighthouse)

Całą Jersey zjeździliśmy trzeszczącym, drgającym i podskakującym zielonym ogórkiem, który w Krainie Deszczu chyba nie przeszedłby tych wszystkich przeglądów i health&safety check'ów, w których tak lubują się Brytyjczycy, ale za to instagramowo prezentuje się na zdjęciach, a i Fruzia uznała go za hit wśród środków transportu. Bez najmniejszego jęknięcia zniosła czterogodzinną objazdówkę po wyspie, praktycznie nie zdejmując z uszu słuchawek interaktywnych, w których płynął seksowny głos przewodnika. Nie wnikałam, która wersja językowa zrobiła na niej aż takie wrażenie, że w końcu głowa opadła jej na klatę i rytmicznie podskakiwała, kiedy ogórek sunął po kocich łbach Jersey.






Ostatniego dnia rzuciliśmy się w wir sprzątania, jako że lekko zapiaszczyliśmy Jean Pierrowi mieszkanie i zawisła nad nami groźba negatywnej recenzji na airbnb. Inżynier motywował nas do pracy, machając nam przed nosem ciastem na pizzę i malując w powietrzu wizję wyżerki jako nagrody po ciężkim dniu. Tak się rozochocił w swoich spiczach, że stracił łączność z ziemią, a kiedy już zaśmierdziało, było zwyczajnie za późno. Upiekł nie tylko pizzę w stojącym na kuchennej szafce piekarniku, ale również postawione na jego wierzchu pomidory w plastikowym pudełku, plastikowe pudełko, winogrona, reklamówkę oraz sześć gumowych podkładek na stół.

Resztki podkładek skrobaliśmy z dachu piekarnika do dwudziestej drugiej. Zanim Jean Pierre wszedł do mieszkania po oficjalny jego odbiór, ostatni raz poinstruowałam zebranych konspiracyjnym szeptem:
- Tylko się czasem z nerwów nie zdradźcie, że coś tu piekliśmy!

Nigdy przecież nie wiadomo, jakie lingwistyczne zdolności drzemią w każdym z nas. 

Fruzia jest tego najlepszym przykładem.

O lekcji polskiego

Tamtego piątkowego poranka zamiast sporządzać listę rzeczy do spakowania, ja produkowałam pisanki, najpierw usiłując namówić Fruzię do twórczości wielkanocnej w upalny lipcowy dzień, a następnie, po jej kategorycznej odmowie, próbując nadać własnej twórczości Fruziny sznyt, co, mówiąc szczerze, nie było aż tak trudne, biorąc pod uwagę wrodzone zdolności matki i córki w tej materii. Like mother, like daughter, jak mawiają tubylcy. Konspekt zajęć dla przedszkolaków, sporządzony jedynie w mojej głowie, gdyż nie zniosłabym kolejnego w tym roku pisania scenariusza jakiejkolwiek lekcji, przewidywał trzy główne punkty programu i kilka pomniejszych, które postanowiłam trzymać w rękawie, a właściwie w torbie, na wypadek gdyby publiczność rozlazła mi się po kątach szybciej niż usiądę na krzesełku. Planowałam wykorzystać oczywiste zamieszanie (zamieszanie w tej grupie wiekowej jest zawsze) na uruchomienie podziemnej działalności pod kryptonimem "siadaj i jedz ptasie mleczko tak, żeby Wendy nie widziała", ale okazało się, że widownia rozpoczęła spektakl na tyle ochoczo, że nawet nie musiałam posuwać się do partyzantki. No dobrze, bądźmy szczerzy. Wendy ryknęła, że na trzy wszyscy z ogródka lądują wprost na dywanie i rzeczywiście, na osiemdziesiąt pięć kilkanaście małych tyłków niecierpliwie kręciło piruety na podłodze. A potem stała przy mnie, ta cała Wendy, jak jakiś sufler przez całe przedstawienie i podziemie trafił szlag. Jakiekolwiek próby manipulacji publiką zostały zniweczone również przez Fruzię, która postanowiła spędzić show na moich kolanach, lekko zdziwiona faktem, że matka sadowi się na na krześle i najwyraźniej ma jakieś zamiary względem jej grupy.
- Mummy, you going work? - zapytała scenicznym szeptem dwa razy.
Jakież było jej rozczarowanie, kiedy wyznałam, że sorry, zostaję. I do tego będę gadać. Co gorsza - po polsku.
- Oh.

- Kto wie, gdzie leży Polska? - rozpoczęłam warsztaty.
Naoglądałam się spiczów na TEDzie, więc wiem, jak to się robi. Pełna profeska.
Odpowiedziała mi cisza. Dokładnie tak, jak przewidziałam.
- Czy Polska leży w Afryce? - zadałam podchwytliwe pytanie.
- Yeeeeees! - wrzasnęły starszaki.
- Noooooo - wyznałam triumfująco. - Ale może w Australii?
- Yeeeeees!
- Nooooo! A może w Ameryce?
- Nooooooyeeeeeeeees! - niektórzy najwyraźniej zaczęli się łamać.
- Noooooo! Na pewno nie w Ameryce. A może Polska leży w EUROPIE??? - rozszerzyłam znacząco źrenice, uniosłam brwi i zastygłam w oczekiwaniu.
- Noooooooooo! - zdecydowały przedszkolaki.

Pełna profeska.

Potem poszło już zdecydowanie lepiej. Nikt nie wykazywał antypolskich nastrojów, bo też nikt nie zauważył, że mówię do Fruzi w innym narzeczu, Brexit a sprawa polska nie zainteresował nikogo oprócz Wendy, a fakt, że Fruzia ma dwie ojczyzny okazał się pestką w porównaniu do rewelacji, że tradycyjny polski pączek nie ma dziurki.

Hitem, jak zresztą przewidywał wirtualny konspekt, okazała się Święconka.
- To jest polskie wielkanocne jajo, pisanka - odpowiedziałam dwa tysiące razy na pytanie "what's thaaaaaaaat?"
Nawet Fruzia, zwykle zadająca to pytanie tysiąc razy dziennie w pojedynkę, nie mogła już zdzierżyć tego zagadnienia oraz szczątków Święconki, JEJ Święconki, fruwających po sali. Po kolejnym "Fruzia's mum, what's thaaaaat?" obrzuciła delikwenta oraz eksponat w jego ręce znudzonym spojrzeniem i wypaliła:
- Sinka.
A ja znów na chwilę znalazłam się w przedsionku nieba.

Moje dziecko umie powiedzieć "szynka"...!

- Maso - dodała Fruzia, uprzedzając pytanie koleżanki, twierdzącej, że ta mała kosteczka w folii to ser.

Phi, masło umiała już wcześniej, pomyślałam dumnie.

I płynnie przeszłam z masła do Peppy, choć szyki tym razem pokrzyżował mi personel Różowej, który zapomniał o restrykcjach internetowych na przedszkolnym sprzęcie. Myślałam, że skoro ptasie mleczko nie, to chociaż ruchome obrazki kupią mi uwagę publiczności jeszcze na chwilkę. A tymczasem kątem oka rejestrowałam kolejnych dezerterujących do ogródka krasnali. Nie żeby cichaczem, dyskretnie, po angielsku czy francusku, o nie. Oni uciekali z wrzaskiem i tupotem, zupełnie jakby w ogródku ktoś nagle zaczął rozdawać parówki! Pocieszyłam się myślą, że zostali ze mną najwytrwalsi, najlepsi z najlepszych, którym kompletnie nie przeszkadzało słuchanie Peppy po polsku z krótkim tłumaczeniem w ich własnym języku. Być może to masło i szynka tak ich wbiły w brudny dywan, kto wie. Ważne jednak, że siedzieli wsłuchani w opowieść o śniegu i plaży, tak jakby codziennie ktoś czytał im o Peppie we Fruzinym narzeczu. (Fruzia i tajne komplety?) Zaprawdę powiadam Wam, jak zobaczyłam ten obrazek na Twitterze, doszłam do wniosku, że się udało.

Udało się sprawić wrażenie, że wiem, co robię. I że panuję. I że Lucasów mam w małym palcu.

Ach, i jeszcze że umiem gotować, bo zostawiłam dla wszystkich rodziców przepis na placki ziemniaczane i pierogi. Jestem pewna, że opiekunowie Lucasów mnie uwielbiają.

Kiedy zamknęły się za mną drzwi Różowej, odetchnęłam świeżym i czystym (w porównaniu do przedszkolnego) powietrzem. I natychmiast podzieliłam się swoim sukcesem i małą refleksją z Inżynierem:

"Było super, ale przypomniałam sobie, dlaczego praca w Różowej była taka ciężka!"