O babskim dniu

piątek, lipca 13, 2018

Najpierw była gimnastyka, a że po drodze musiałam zatankować, to i Mambę dziecko wyprosiło od matki, bo wiadomo, na stacjach benzynowych cały cukier stoi w drzwiach na wysokości pół metra od podłogi, żeby krasnale nie przeoczyły. Potem ja na plotki, a Fruzia na lody do Liz. Następna w planie była próba zakupu kostiumu kąpielowego zakończona fiaskiem, bo bikini kupuję raz na 12 lat i strasznie tego nie znoszę, a poza tym Tasman też chciała przymierzać, wszystko naraz. Ale za to kupiłam spodnie, więc ostatecznie nie płakałam. Będę płakać dopiero na francuskiej plaży, jak już odważę się na nią wyleźć w jedynym kostiumie, jaki mi został w tym życiu. A na koniec pojechałyśmy do parku.

I to, moje kochane, był o jeden punkt programu za dużo. To był bowiem ten dzień, kiedy dowiedziałam się, co to znaczy szał dziecięcia w miejscu publicznym. Taki z rzucaniem się na trawę, wrzaskiem na całe hrabstwo, kopaniem matki i odmową wszystkiego. Taki z moim mieleniem prawie na głos wszystkich przekleństw tego świata, bo jak tu unieść piętnaście kilo wierzgającego człowieka? I jeszcze się nie zabić na mokrej trawie, bo po miesiącu upałów akurat dziś chwilę popadało i trawa była mokra. I udawać przed samą sobą, że w ogóle się nie przejmuję tym, czy ktoś się na mnie gapi. Że w ogóle niczym się nie przejmuję, a już najbardziej tym, że jeszcze chwila, jeszcze momencik, a kurwica jakaś strzeli mnie, a ja wystrzelę w kosmos. Siebie, nie ją. Ją zostawię na tej trawie, skoro jej tam dobrze.

Och, a kiedy już siedziałyśmy w aucie - ja wkurwiona do białości, ona wkurwiona do czerwoności - to zadzwonił Inżynier, żeby nas ostrzec przed jazdą do parku, z którego właśnie wyszłyśmy bądź zostałyśmy wyniesione, gdyż albowiem coś się tam zadziało, o czym on usłyszał w pracy, jakieś otrucia, skażenia, podejrzane sprawki i takie tam newsy z bbc - więc NIE JEDŹCIE TAM POD ŻADNYM POZOREM. A jako że spocona z nerwów nie byłam jeszcze w ogóle, w ogóle!, to po prostu w tamtej chwili zalała mnie fala tsunami i czułam, że tę moją ulubioną sukienkę to będę suszyć teraz przez kolejne trzy upalne dni.

I żal mnie oczywiście też zalał, bo na jaką cholerę ja się tak denerwuję? No po co? Skoro wyszłyśmy (bądź zostałyśmy wyniesione) z parku żywe i w pełnym zdrowiu? Może byłyśmy o krok od CZEGOŚ STRASZNEGO? Hę? Czemu tego nie doceniasz, głupia matko? Czemu nie dostrzegasz zielonej trawy i śpiewu ptaków, skoro ten piątek naprawdę mógł okazać się... trzynastym?!! Hę?

Chyba nawet Fruzia zrozumiała, bo się raptem uspokoiła.

Wychodząc z samochodu powiedziałam już tylko łagodnie:
- Ale mamy syf w aucie, dzieciaku!
Fruzia popatrzyła na mnie tymi swoimi zaryczanym gałami i zapytała z wyraźnym zainteresowaniem:
- Why syf, mummy?

No właśnie. Why?

Śpi teraz jak aniołek, za to brudna jak diabeł, bo już żadna z nas nie miała siły na przeciąganie i tak już mocno naderwanej popołudniem liny. Śpi i wygląda cudnie. Taka spokojna i słodka. Na co ja się tak...

Na każdą matkę powinien przypadać oddzielny, bezpłatny psychiatra.

You Might Also Like

21 komentarze

  1. Czuje pewne pokrewienstwo Tasmana z Biskwitem. To - ostrzegam 😀- bedzie szlo w kierunku doskonalenia broni psychologicznej. Tasman lada moment zorientuje sie, ze tarzanie sie konsumuje zbyt wiele energii i zmieni strategie. Z rzeznika zmieni sie w neurochirurga emocji 😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieee!! Ja już wolę jedno konkretne cięcie, trochę poboli, a potem kraina wiecznej znieczulicy, niż powolne dręczenie pacjenta, kiedy do końca nie wiadomo, co z niego zostanie... Z pacjenta, bo zakładam, że neurochirurg po każdej akcji walnie sobie kubek mleka (zimnego koniecznie), a potem siebie samego na wyro i będzie mu wszystko jedno :-)

      Żeś mi, Koczko jedna, sobotni wieczór z gęsią skórką zgotowała!

      Usuń
  2. Ja tak na sile wyrywalam Juniora z morskich fal Baltyku. Nie wazne, ze byl siny z zimna bo to w koncu Baltyk i drzal jak lisc oskiki to wierzgal na wszystkie strony swiata i wyrywal sie z powrotem do wody.
    Zanim toto ujazmilam to sie okazywalo, ze i tak jestesmy spoznieni na pierwsza ture obiadu, wiec Junior usmarkany z placzu wracal do wody a ja mialam godzine na nabranie sil na kolejna walke zeby chociaz zdazyc na druga ture:))))

    Ale wiesz moze oni w tym parku pryskali jakims gownem, u nas tak czasem robia ale wtedy wtykaja cale mnostwo malych choragiewek ostrzegawczych zeby tam nie wlazic. Cholera wie co to bylo, ale i tak jest juz po fakcie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale udało Wam się choć raz zdążyć na tę tę drugą turę? :-)

      Okazało się, że w okolicy tego parku pojawiło się auto z jakąś trującą substancją, która miało związek z poważnym zatruciem pewnej rodziny, oni obecnie chyba wciąż są w szpitalu w poważnym stanie. Kiedy my udawałyśmy się do parku, było już po wszystkim i park był oddany do ponownego użytku. Nie było żadnego zagrożenia, dlatego też nie zauważyłam żadnych oznaczeń, bo masz rację - przecież byłyby. Ale uspokoiłam się dopiero w domu, jak sobie poczytałam, co sieci, że nawet wielu miejscowych o niczym nie wiedziało:-) Chyba przeżyjemy ;-)

      Usuń
    2. * "Poczytałam w sieci"

      Usuń
    3. Na druga ture zwykle sie udawalo, na szczescie osrodek byl doslownie 10 minut spacerem od plazy:)

      A z tym parkiem to faktycznie mialas szczescie, ze trafilyscie po alarmie. Tez bym trzesla gaciami bo przeciez dziecko wytarzane w trawie:)))

      Usuń
    4. No właśnie, a przecież od tarzania w trawie do zjedzenia podejrzanej trawy całkiem niedaleko! :-)

      Usuń
  3. No dobra, w końcu odezwę się ja - przyczajony tygrys ukryty smok:)

    Wieki temu wpadłam na Twój blog. Pochłonęłam i przepadłam na wskroś. Rajusiu jak Ty umiesz pisać! Blog niemalże bez zdjęć, bez zbędnych ozdobników, ale za to JAKI blog. Kupiłaś mnie totalnie magią słów. Totalnie wsiąknęłam w Wasze dawkowane nam blogowo życie. Z zapartym tchem czytałam o rodzącej się piekarni Inżyniera Pifko, o Fruziaku szalonym, o Rudolfie o Twoich zmaganiach z prawkiem. Sama mieszkam z rodzinką w UK (ja bez prawka:( i jakoś jeszcze bardziej to sobie wszystko namacalnie wyobrażałam. Jak ja znam te rodzinne rozmowy przez Skype (teraz Whatsapp;) te rozjazdy, wyjazdy. To życie ciut w rozkroku między PL a UK...

    Później okazało się, że Twój blog jest niedostępny dla niewtajemniczonych...

    Nie powiem. Wkurzyłam się sama na siebie, że się nie odezwałam...

    I dwa dni temu, na jakimś blogu znajduję Cię wśród komentujących. Klikam bez zbędnej nadziei i jest!!! Ciąg dalszy Waszych rodzinnych perypetii!!! I czytam z wypiekami na twarzy, że nadszedł moment na to, by Wasz rodzinny obrazek stał się rzeczywistością:))) Myśl o Drugim przeszła w czyn. Super!!!

    I niestety czytam też, że znów planujesz zamknąć to miejsce dla niewtajemniczonych...

    Czy jest cień szansy, że ja szary żuczek toczący kulę (nie powiem czego;)) może też ustawić się w kolejce po kluczyk?

    Ps. Może nie powinnam tak bezpośrednio, ale tonący brzytwy się chwyta;))

    Mama Gosia z Mamelkowa:)


    Uff, ale się rozpisałam;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu, Gosiu, ale mi piękny komentarz upiekłaś na wczorajszą kolację! Dziękuję! 😘

      Ja się tylko zastanawiam, kiedy Ty zaczęłaś nas czytać, bo ja tego bloga nigdy nie zamykałam. Czy to znaczy, że czytałaś jeszcze prehistoryczną i przeddzieciową sagę? Bo jeśli tak, to nie mam słów ❤️

      To jest trochę tak, że mnie się wydaje, że czytają tylko Ci, którzy się odzywają, choćby raz na rok. Tym bardziej to jest fajne, kiedy otwieram komentarze, a tam wyznanie przyczajonego tygrysa. Gosiu, ja jeszcze nie zdecydowałam nic ostatecznego co do tego bloga, mogę tylko obiecać, że jeśli nas nie zgubisz do tego czasu, to i kluczyć dla Ciebie się znajdzie. Nie zniknę z dnia na dzień, uprzedzę Wam na tyle szybko, żebyście zdążyli spakować parę gratów pod nowe ;-)😘

      Usuń
    2. Szczera prawda, to piszę:))) Bije tu takie ciepło i autentyczność i taki humor, który lubię:)

      ?!? Nie zamykałaś?!?! To czemu mi się wyświetlało, że blog tylko na zaproszenie i nie mogłam czytać:( Może blogger sobie ze mnie żarty robił! To teraz ja w szoku jestem;)))

      Zaraz Was dodam do obserwowanych i już:)

      Dziękuję 😘

      Pozdrawiam cieplutko z upalnego W.

      Usuń
    3. Poważnie, ani na chwilę ten blog nie był zamknięty. To znaczy przeze mnie, bo nie wiem, co tam blogger nawymyślał sam :-)

      To jest zresztą coś, co mnie trochę martwi od jakiegoś czasu - że pewnego dnia blog nagle zniknie i ja sama nie będę wiedziała jak i dlaczego. Poddałaś mi myśl, żeby wreszcie przeprowadzić się pod swój własny adres :-)

      Usuń
    4. O widzisz:))) to może być dobre rozwiązanie;)

      Ps. Miło, że wpadłaś i do nas:)

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Ale że ja Tobie? Że ja w ogóle komuś? Ja tu się chyba muszę rozmówić z niektórymi, no! ☺️

      Usuń
  5. Skąd ja to znam!! wierzgający mały człowiek....Powinnysmy miec od panstwa tydzien SPA raz w miesiacu by przewietrzyc glowe :-). Moja Gwiazda jest wiecznie brudna a szczególnie gdy grasuje u babci :-) buziaki:* i życzę ton cierpliwości ..:*

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Usiłując sobie przypomnieć czy dziecię moje kiedyś było wierzgające pamięć podsunęła mi historię sprzed 20 lat. Otóż syn mój jedyny wówczas był uprzejmy nieziemsko drzeć swą paszczę - wówczas bodajże 3-miesięczną. Na nic zdały się: przytulanie, noszenie, podawanie cycka, wody, smoczka nie-wiadom-czego-jeszcze. W akcie desperacji przypomniało mi się, że gdzieś czytałam, że dziecko potrzebuje kontaktu ciało do ciała. Rozebrałam więc swe drące-się-nieziemsko dziecie, obnażyłam siebie i tak zalegliśmy. I.... nareszcie nastała błoga cisza. Uffff co to była za ulga!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam fakt, że "usiłowałaś sobie przypomnieć" świadczy, że albo nie doświadczałaś tego często, albo to prawda, że jak dzieci dorastają, to my często wyrzucamy z pamięci te wierzgające incydenty ;-) Ja czuję, że będę w tej drugiej grupie, zupełnie jak Mamuśka, która z kolei nic sobie nie potrafi przypomnieć z rodzicielskiego hardcore'u, a przecież JA PAMIĘTAM, jak jej na nerwy czasem działaliśmy! :):)

      Cudowna metoda, jak nadejdzie Era Drugiego, będę o niej pamiętać! (Bo teraz to już Fruźka prędzej by mnie kopnęła w gołego cycka niż się uspokoiła ;-))

      Usuń
  8. Ach, cudowna rodzicielska rzeczywistosc... :D Ja tak w piatek zabralam Potworki na festyn w miasteczku. Wydarzenie okazalo sie pieronsko drogie, a wszedzie trzeba bylo placic gotowka (czego nie przewidzialam i mialam w portfelu ograniczone zasoby). Po kilku przejazdzkach na karuzelach i innych pierdolach oraz dawce waty cukrowej, skonczyly mi sie fundusze. I tak wydalam duzo wiecej monet niz przewidywalam, wiec oznajmilam Potworkom, ze mamusia nie ma juz pieniazkow i czas wracac do domu. Corka przyjela to spokojnie, za to syn wykrzywil buzke, wydusil, ze zaraz mnie walnie, po czym... kopnal mnie w lydke. Bolesnie.
    Nagroda za bol glowy od halasu, bol nog od lazenia w kolko po wesolym miasteczku i wydanie dwa razy tyle kasy ile powinno kosztowac to badziewie. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agata, sorry, ale rozbawiłaś mnie strasznie tym komentarzem i chwilowo nie potrafię Ci szczerze współczuć (matka matce wilkiem!). Ale przysięgam, że jutro będę pełna empatii! :-) :-*

      Usuń