Ankieta dla Czytelników

Nie bez powodu piszę o Was przez duże W lub C. Nie, że WC, ale z szacunku do Was, kochani. I z podziwu, że jeszcze tu jesteście. Trochę też chcę Was dzisiaj podrapać za uszkiem jak Rudolfa, bo wtedy dacie się namówić na chwilę z klawiaturą.

Napiszcie mi coś o sobie w komentarzach, proszę! Bardzo lubię, kiedy dzielicie się ze mną swoimi historiami, tym, co się Wam przydarzyło, co Was rozśmieszyło albo oburzyło. Mam tu nawet stałe grono komentatorów i to dzięki Wam ten blog tak ładnie, kameralnie się kręci. Wiem też, że czają się tu tygrysy i ukryte smoki (Mamelkowa Mamo, strasznie mi się to spodobało!), które może dadzą się skusić na dwa słowa do nas? 

Kim jesteś? Gdzie jesteś? Co robisz i co lubisz? Czego pasjami nie znosisz? Jaką książkę teraz czytasz? Jakie masz dziwactwa? Co sprawia, że leżysz na podłodze i kwiczysz ze śmiechu? I w końcu - możesz mnie o coś zapytać. O coś, o co zawsze spytać chciałaś / chciałeś, ale nie było okazji, bo albo pisałam o Fruzi, albo o Fruzi, albo - dla odmiany - o Fruzi. Pytaj. Prawie wszystko zniesę!

Weterani tej historii niech nie czują się pominięci. Jeszcze tyle o Was nie wiem, nawet jeśli piszecie swoje blogi! Podarujcie mi dziś jeszcze jeden kawałek siebie!

Nie będzie mnie przez dwa tygodnie; będę tu zaglądać, pijąc kawę na francuskim wybrzeżu, ale poudzielam się jak wrócę. (Mam nadzieję, że ktoś się zlituje i napisze coś jako pierwszy, albo raczej - w ogóle coś napisze - bo jeśli zastanę tu pustkę po powrocie, to będzie mi strasznie łyso). I bawcie się dobrze, gdziekolwiek jesteście!

Ahoj! 

❤️

O tym, jak jest

Siedzę z moim kursantem w pubie. Trochę dziwnie to wyszło, bo miałam go odwiedzić w jego restauracji, miałam spróbować jego szefowskich popisów, miało być kilka osób z jego grupy, a tymczasem tydzień wcześniej dopadł mnie dwudniowy wirus, potem grupa się rozpierzchła na urlopy, a on ostatecznie zabrał mnie do pubu na wodę mineralną. Siedzimy więc i gadamy. Kątem oka widzę, że stolik dalej siedzi facet 50+ (dobrze, że nie pięćset), Brytyjczyk (bo takie-rzeczy-się-wie), który z zainteresowaniem przysłuchuje się naszej paplaninie. Mój uczeń gada jak najęty, więc jest czego słuchać. Zastanawiam się, czy Hippis, jak go w myślach pieszczotliwie nazywam, opróżnił te wszystkie szklanki, które przed nim stoją, bo jest ich chyba ze dwadzieścia. W końcu facet nie wytrzymuje, zagaduje do nas i po chwili tworzymy już grupę. Hippis okazuje się sympatycznym gościem, podpytuje mojego studenta o jego pracę, mnie o pochodzenie, opowiada trochę o sobie. Po kilku minutach panowie idą zamówić napoje, ja delektuję się świeżym powietrzem na tarasie. Wracają.
- Co ja słyszę! - mówi nasz nowy towarzysz bardzo podekscytowanym głosem.
- Cóż takiego słyszysz? - pytam.
- Właśnie się dowiedziałem, że ty jesteś jego nauczycielką! - mówi rozbawiony.
- No tak wyszło.
- Ale to jest niebywałe! - Hippis szczerzy się od ucha do ucha. - Polka uczy Chińczyka angielskiego w Anglii! Fantastyczna sprawa!

I wszyscy oczywiście wybuchamy śmiechem, bo jego entuzjazm jest zaraźliwy.

A ja myślę sobie, że choć nie pobiliśmy tą konfiguracją żadnego rekordu Guinnessa, to jednak przyjemnie jest od czasu do czasu uzmysłowić sobie, że ktoś zapamięta ten maleńki wycinek mojego życia - na chwilę, na dwie, a może na dłużej - i uzna go za niebywały i fantastyczny. Że może opowie o tym epizodzie innym Hippisom, przywołując w głowie obraz tamtego popołudnia, kiedy przez godzinę konwersował z polską nauczycielką i chińskim kursantem w angielskim pubie.

Przyjemnie jest przypomnieć sobie, że mam niebywałe i fantastyczne życie.

O tym, że warto

Jechałyśmy na spotkanie do pobliskiego miasteczka. Głowę miałam przepełnioną pomysłami na uskutecznianie polskiego w przyjaznych i motywujących dzieci do mówienia okolicznościach, zastanawiałam się, czy to w ogóle ma szansę wypalić, jak to dalej będzie i postanawiałam w duchu po raz kolejny, że nie odpuszczę tak łatwo, choć to orka na ugorze i dobrze wiem, że ktoś mi wreszcie przyklei etykietę ześwirowanej. O ile jeszcze nikt tego nie zrobił. I wtedy, z głupia frant, przypomniałam Fruzi o piątku.
- A pamiętasz, że w piątek idziemy razem do przedszkola? Mama i ty.
- Why, mummy? - zapytała oczywiście ona.
- Opowiemy dzieciom o Polsce i zaśpiewamy im piosenki. "Mydło", "Szczotka, pasta", "Zuzia"... - zaczęłam wyliczać.
- Yeah! - podchwyciła Fruzia, wyraźnie podekscytowana.

I nagle zaczęła śpiewać, a mnie za tym kółkiem z wrażenia zamurowało.

"Zuzia, laka nie-uuusza, i totate taki kakate
Ooooczi ma jak pe soooti
weaaaaa loooki a maaaaaaaaaaa sto!"

Kilka miesięcy. Kilka miesięcy kołysania na dobranoc z tym samym, upartym repertuarem pieśni. Z lekko zmodyfikowaną wersją "Zuzi":

"Zuzia, lalka nieduża, i na dodatek taki gagatek!
Oczy ma jak pięć złotych,
Wełniane loki, a w główce marzeń sto!"

Kilka miesięcy, podczas których Fruzia dodawała kolejne sylaby do wyśpiewywanych przez nas piosenek. Sylaby. Nie linijki, nie słowa, a pojedyncze sylaby. Często odmawiała wspólnego śpiewania, bywało, że wręcz kazała mi się przymknąć tym swoim stanowczym "Stop, mummy!" Przymykałam się. Do następnego wieczoru.

A dzisiaj to.

Dobrze, że było w miarę pusto na drodze, bo pękłam za tym kółkiem z dumy ze trzydzieści razy.

O babskim dniu

Najpierw była gimnastyka, a że po drodze musiałam zatankować, to i Mambę dziecko wyprosiło od matki, bo wiadomo, na stacjach benzynowych cały cukier stoi w drzwiach na wysokości pół metra od podłogi, żeby krasnale nie przeoczyły. Potem ja na plotki, a Fruzia na lody do Liz. Następna w planie była próba zakupu kostiumu kąpielowego zakończona fiaskiem, bo bikini kupuję raz na 12 lat i strasznie tego nie znoszę, a poza tym Tasman też chciała przymierzać, wszystko naraz. Ale za to kupiłam spodnie, więc ostatecznie nie płakałam. Będę płakać dopiero na francuskiej plaży, jak już odważę się na nią wyleźć w jedynym kostiumie, jaki mi został w tym życiu. A na koniec pojechałyśmy do parku.

I to, moje kochane, był o jeden punkt programu za dużo. To był bowiem ten dzień, kiedy dowiedziałam się, co to znaczy szał dziecięcia w miejscu publicznym. Taki z rzucaniem się na trawę, wrzaskiem na całe hrabstwo, kopaniem matki i odmową wszystkiego. Taki z moim mieleniem prawie na głos wszystkich przekleństw tego świata, bo jak tu unieść piętnaście kilo wierzgającego człowieka? I jeszcze się nie zabić na mokrej trawie, bo po miesiącu upałów akurat dziś chwilę popadało i trawa była mokra. I udawać przed samą sobą, że w ogóle się nie przejmuję tym, czy ktoś się na mnie gapi. Że w ogóle niczym się nie przejmuję, a już najbardziej tym, że jeszcze chwila, jeszcze momencik, a kurwica jakaś strzeli mnie, a ja wystrzelę w kosmos. Siebie, nie ją. Ją zostawię na tej trawie, skoro jej tam dobrze.

Och, a kiedy już siedziałyśmy w aucie - ja wkurwiona do białości, ona wkurwiona do czerwoności - to zadzwonił Inżynier, żeby nas ostrzec przed jazdą do parku, z którego właśnie wyszłyśmy bądź zostałyśmy wyniesione, gdyż albowiem coś się tam zadziało, o czym on usłyszał w pracy, jakieś otrucia, skażenia, podejrzane sprawki i takie tam newsy z bbc - więc NIE JEDŹCIE TAM POD ŻADNYM POZOREM. A jako że spocona z nerwów nie byłam jeszcze w ogóle, w ogóle!, to po prostu w tamtej chwili zalała mnie fala tsunami i czułam, że tę moją ulubioną sukienkę to będę suszyć teraz przez kolejne trzy upalne dni.

I żal mnie oczywiście też zalał, bo na jaką cholerę ja się tak denerwuję? No po co? Skoro wyszłyśmy (bądź zostałyśmy wyniesione) z parku żywe i w pełnym zdrowiu? Może byłyśmy o krok od CZEGOŚ STRASZNEGO? Hę? Czemu tego nie doceniasz, głupia matko? Czemu nie dostrzegasz zielonej trawy i śpiewu ptaków, skoro ten piątek naprawdę mógł okazać się... trzynastym?!! Hę?

Chyba nawet Fruzia zrozumiała, bo się raptem uspokoiła.

Wychodząc z samochodu powiedziałam już tylko łagodnie:
- Ale mamy syf w aucie, dzieciaku!
Fruzia popatrzyła na mnie tymi swoimi zaryczanym gałami i zapytała z wyraźnym zainteresowaniem:
- Why syf, mummy?

No właśnie. Why?

Śpi teraz jak aniołek, za to brudna jak diabeł, bo już żadna z nas nie miała siły na przeciąganie i tak już mocno naderwanej popołudniem liny. Śpi i wygląda cudnie. Taka spokojna i słodka. Na co ja się tak...

Na każdą matkę powinien przypadać oddzielny, bezpłatny psychiatra.

O tym, że to prawie jak u psychoanalityka

Wrażenia trochę jak z kozetki. Chyba. Przez półtorej godziny próbuję oddać w języku tubylców specyfikę rodzinki.pl i wiem, że choćbym spędziła tam jeszcze pół roku, opowiem zaledwie ułamek tego, co chcę opowiedzieć. Na szczęście nie wszystko muszę, żeby terapia, tfu! - ocena naszej przydatności do użycia - powiodła się. Wskrzeszam do życia umarłych. Sprzedaję anegdotki. Odwołuję się do mojego koślawego drzewa pseudogenealogicznego, które wyrosło na żółtym papierze przy pomocy kuzynki, Handziuka, Mamuśki i Ojczula. Przed oczami mam obrazy minionego świata, kiedy wszystko nie do końca było tak beztroskie, jak próbuje pokazać to facebook. A jednocześnie było przecież. Jestem jak Bóg, w trzech osobach. Próbuję trzymać fason, bo w końcu to jednak assessment. Jestem też względnie spokojna i zrelaksowana, bo przecież, na litość boską, nikt nie ma tu ani mocy ani prawa do wydawania wyroków. A jednocześnie mam ochotę pierdolnąć szczerym śmiechem. W momentach, kiedy wpadam w ten ostatni stan, staram się nie patrzeć na Inżyniera, który nie-tak-znów-dyskretnie ziewa i wygląda, jakby lada moment miał zejść z tego świata, i który na pewno chętnie nawiąże ze mną radosny kontakt wzrokowy. Karma to profesjonalistka i skoro cztery lata temu to ja zasypiałam z nudów przy szesnastej takiej samej opowieści o jego rodzeństwie, bo nasza social worker nie mogła się odnaleźć w notatkowym burdelu, który sama wykreowała, to może teraz kolej na niego. Nie patrzę więc, bo wtedy to na pewno pierdolnę i jedna z boskich osób, ta trzymająca fason, wykolei się na dobre. W uszach dudni mi ostatnia rozmowa telefoniczna z Handziukiem, raptem dwa dni temu. Powiedziała, że kiedy przyjedzie do nas we wrześniu, nagotuje mi kluchów, makaronów i różnych innych takich anty-fit syfów i trochę nas wreszcie odżywi jak za dawnych dobrych czasów. Zapytałam ją wtedy, czy to dlatego, żebym miała zatkaną żarciem buzię, kiedy będę usiłowała protestować przeciwko jej niekończącym się tyradom na tematy wszelakie, ale kazała mi się odwalić. Nie, raczej nie opowiem tego na tym spotkaniu, choć wcale nie skłamię, że Handziuk to moja najlepsza ciotka, nawet jeśli ciocią nazywałam ją tak dawno temu, że sam facebook tego nie pamięta. Trochę też nie wypada przytaczać dosłownie tego, jakimi świniami obrzucaliśmy się z Wielkim w czasach mini. Nie wiem zresztą, jak niby miałabym przetłumaczyć śmierdziela, żeby ten angielski ważył dokładnie tyle samo, co polski popeerelowski śmierdziel. Zamiast tego mówię, że darliśmy koty, a jakże, ale wcale nie większe od innych znanych mi osiedlowych kotów, nie gadamy za często przez skype'a, bo Wielki to kompletnie nie ma parcia na szkło, ale ostatecznie to fajne z nas rodzeństwo wyszło i żadne świnie i śmierdziele nie będą w stanie tego zmienić. To znaczy kłótnie. Kłótnie nie będą w stanie tego zmienić.

Kiedy docieramy do końca - spotkania, nie życia, bo utknęliśmy w okolicach szkoły średniej - czuję się już tylko zmęczona. Nie tylko przez ten upał. Właśnie wyświetliłam kompletnie obcym ludziom przyspieszony film z mojego dzieciństwa i mam ochotę powiedzieć im, że to nie tak, bo przecież jeszcze to i tamto, a tak w ogóle to zastanawiamy się z Inżynierem, jakie tak naprawdę ma to znaczenie. Bo mimo że naprawdę rozumiem, że autorefleksja MA znaczenie w wychowywaniu dzieci z przeszłością, to ciekawi mnie, do jakiego stopnia. I jak bardzo mój fason by się pogniótł, gdybym jednak pierdolnęła tym śmiechem.

Ale co tam. Za trzecim razem na pewno to zrobię.

(...)

Wsiadamy do samochodu.
- Boszeee.... - mówię do niego. - Mocno pieprzyłam głupoty?
- Nie, bardzo ładnie, składnie i logicznie mówiłaś - stwierdza on.
Po czym po chwili ciszy dodaje:
- Kurwa, ale trzeci raz to ja już nie dam rady tego przejść!
- Ja też nie! - mówię radośnie i z ulgą.

Drugi, Ty wiesz.

(...)
Następny post będzie o Fruzi, obiecuję.

O pierwszych teoriach i pierwszych upadkach

Pamiętam, że pierwsze pytania o to, w jakim języku mówimy w domu, kiedy chwilę wcześniej wspomniałam, że mój mąż też jest Polakiem, strasznie mnie dziwiły. Ejże, no serio sądzisz, że rozmawiamy ze sobą po angielsku?, miałam ochotę zapytać. Przyznaję, że początkowo w takich chwilach podejrzewałam rozmówcę o jedną z dwóch przypadłości: a) brak logicznego myślenia, b) podświadome przeświadczenie, że skoro jestem gościem w ich kraju, to powinniśmy mówić w ich języku nawet w zaciszu własnego domu. Emigracja jednak uczy i, mimo że jedna lub obie z powyższych możliwości wciąż niektórych dotyczą, ja sama nauczyłam się lepiej rozumieć innych ludzi, kiedy pytają o rzeczy bądź co bądź dla nich zupełnie niejasne.

Wielojęzyczność i wielokulturowość to naprawdę skomplikowane tematy. Fascynujące, to fakt, niesamowicie rozwijające, bo przecież znamy już stanowisko mądrych głów na temat przyswajania języków, ale też niełatwe z racji często rozdwojonej tożsamości, przechodzenia różnych faz językowych, czasem tęsknoty. Kiedy pytają mnie, gdzie jest mój pierwszy dom, mówię, że mam dwa domy. Nie mogłabym traktować domu Fruzi jako nieswojego miejsca na ziemi. Kiedy pytają mnie, czy jestem bilingual (dwujęzyczna), dziś skłaniam się ku odpowiedzi, że to mój second language (drugi język). Już nie taki foreign (obcy) jak kiedyś, ale też daleki od poziomu ojczystego (jak w przypadku dwujęzyczności). Czasem widzę, jak pod wpływem tych moich tłumaczeń twarz rozmówcy zamienia się w jeden wielki pytajnik. Przecież ja tylko zapytałem, czy rozumiesz w tym i tym języku, na litość boską! Dodatkowo, jeśli zostajesz rodzicem na emigracji, dochodzi cały pakiet zaskakujących odkryć w rozwoju lingwistycznym dziecka, których dokonujesz codziennie lub etapami, a które nie zawsze wywołują w tobie poczucie dumy. U mnie to taki syndrom matki polki językowej. Nie dość, że się gryzę, że Fruzia ostatnio najchętniej żywiłaby się lodami i żelkami (ostatnio? od zawsze!), to jeszcze - o zgrozo! - ogląda często angielskie kreskówki przed pójściem do przedszkola, bo to jedyny sposób, żeby przez 20 minut móc spokojnie przeobrazić się z człowieka pościelowego w człowieka pracującego. Polskie bajki akceptuje w chwilach łagodności i pogodzenia z wszechświatem, co - jak łatwo się domyślić - nie zdarza się rano. Nikomu w sumie.

Jesteśmy więc nieustannie zaskakiwani, wciąż też tworzymy osobiste teorie na temat tego, gdzie aktualnie się znajdujemy lub gdzie będziemy za chwilę, i wciąż te teorie weryfikujemy. Moją pierwszą stworzyłam sobie sama jeszcze przed Erą Fruzi na podstawie kilku przypadków, które zaobserwowałam, pracując w Różowej. Dwoje polskich dzieci trafiło do pre-school (4), jedno bezpośrednio do Reception (5), czyli takiej zerówki prowadzonej w szkole podstawowej. Żadne z tych dzieci, pomimo życia w Krainie Deszczu od urodzenia, nie miało nawet minimalnej bazy języka większości, czyli angielskiego. O ile dobrze pamiętam, rodzice spędzali czas z Polakami, oglądali polską telewizję, robili zakupy w polskim sklepie, stąd też sami nie czuli się najlepiej z własnym angielskim. Nie oceniam tego w żaden sposób, choć kiedyś byłam skłonna to zrobić, bo patrząc na początkowo trudną adaptację tych małych ludzi w placówce, obiecałam sobie, że jeśli kiedykolwiek będziemy mieli dziecko w Krainie Deszczu, przygotuję je do tych pierwszych kroków w edukacji. Właśnie po to, żeby nie przeżyło szoku, kiedy wkroczy na tę ścieżkę.

Nie, nie przesadziłam w drugą stronę, jeśli ktoś zdążył tak pomyśleć. Owszem, czytałam jej angielskie książeczki jeszcze kiedy była w rozmiarze mini, ale czytałam jej też polskie. Nie, nie oglądała angielskich kreskówek, bo nie oglądała żadnych do listopada zeszłego roku. Zwyczajnie jej nie interesowały. I nie, nie wpadliśmy na to, żeby mówić do niej po angielsku. Ale tego angielskiego słyszała od nas dużo - mamy anglojęzycznych przyjaciół, znajomych, długo wisiała nad nami angielska opieka społeczna, chodzimy do angielskich sklepów. Nie sposób było uniknąć życia po angielsku, a my ani nie próbowaliśmy, ani nie chcieliśmy tego robić na siłę. Żyjemy w Krainie Deszczu i umyśliliśmy sobie wziąć z niej wszystko to, co najlepsze. Po coś w końcu płacimy te podatki! :) Gdybym jednak wiedziała to, co wiem dziś, w miarę możliwości starałbym się zredukować jej kontakt z angielskim. Ja po prostu nie przewidziałam, że Fruzia pójdzie do przedszkola miesiąc przed swoimi drugimi urodzinami, i że będzie to ten moment, kiedy jej lekko leniwa mowa znajdzie się w punkcie gwałtownego rozwoju. I raptem Fruzi mówi, ale po angielsku. Fruzia wychowywana w polskojęzycznym domu mówi po angielsku! Przeszliśmy więc na nową rundę pytań z otoczenia: A czy ona jest dwujęzyczna? A czy mówicie do niej po polsku czy po angielsku? A w którym języku mówi lepiej? A ja, ku mojemu własnemu zdumieniu, aż się kurczyłam w sobie na myśl, że to nie polski jest jej pierwszym językiem, taka ze mnie patriotka od siedemnastu boleści! No nie i już, choćbym nie wiem jak bardzo chciała wmawiać sobie coś innego, jej pierwszym językiem jest angielski. Przynajmniej na razie. Buuuu!

Trochę teraz celowo przesadzam, więc przypadkowi poszukiwacze nadgorliwych-matek-które-mają za-dużo-oczekiwań-wobec-dziecka mogą darować sobie nawracanie mnie na jedyną słuszną drogę. Dobrze wiem, że to dopiero początek i że ostatecznie to, jak i w jakich językach będzie mówić Fruzia w przyszłości, w dużej mierze będzie zależało od niej samej - jej chęci, nastawienia, zdolności, czy też potrzeby. Wiem też, że to, czy kiedyś poczuje się bardziej Polką, bardziej Angielką, ich mieszanką, czy też jeszcze kimś innym, będzie wypływało z jej własnych doświadczeń i niczego w gruncie rzeczy między nami nie zmieni. Ale pewne rzeczy, na szczęście, wciąż zależą od nas. Od nas zależy wysiłek, jaki włożymy w polskojęzyczną edukację Fruzi. I to chyba jest największym zaskoczeniem dla tych, którzy nie mają styczności z dwujęzycznością albo dopiero wkraczają w tę przygodę - wbrew powszechnej opinii, to się nie dzieje samo! Fakt, że mówimy w domu po polsku, nie oznacza jeszcze, że dla Fruzi naturalne będzie swobodne mówienie w tym języku. Wiedzieliście o tym?

Nie ukrywam, że chciałabym, aby ona dobrze rozumiała naszą polskość, tak samo jak my chcielibyśmy mieć narzędzia do rozumienia jej angielskiej kultury. Tu jest przecież jej dom, jej ojczyzna. Tu się urodziła i jak na razie - tu jest jej całe życie. Chciałabym, żeby swobodnie porozumiewała się z dziadkami, a kiedy w końcu jej starzy rodzice na dobre osiądą w Polandii - żeby nie przeżyła szoku kulturowego.

Widzicie, jak to się zmienia? Chciałam jej oszczędzić trudów adaptacji w angielskiej placówce, a tymczasem już dziś pracuję nad oszczędzeniem jej trudów adaptacji w Polsce w jeszcze nieokreślonej przyszłości. A potem co? Co w Polsce, żeby podtrzymać angielską stronę Fruzi?

Wygląda na to, że w tej kwestii mam Wam więcej do powiedzenia. Stay tuned!

O płynnej tożsamości

Siedzimy w niewielkiej sali szkoleniowej. Jest diabelnie gorąco.

Prowadząca uprzedzała, że w połowie dnia w tym małym pomieszczeniu zrobi się duszno, ale chyba nikt nie podejrzewał, że będzie aż tak źle. A może to tylko ja i brak formy po całym tygodniu. To prawda, że przez kilka pierwszych godzin oboje z zaangażowaniem braliśmy udział w ćwiczeniach, wtedy jeszcze miałam siłę. Tkaliśmy sieć relacji pomiędzy dzieckiem a światem, a potem bezwzględnie odcinaliśmy większość sznurków, kiedy nasze wyimaginowane dziecko trafiało do adopcji. Opisywaliśmy siebie na kończynach papierowych ludzików, aby następnie pozbawić ich tych głów, nóg i rąk, a wraz z nimi bardzo ważnych dla nas kawałków tożsamości. Z dziką satysfakcją zabrałam Inżynierowi lewą nogę z jedzeniem łamane przez piwo, ale on nie pozostał mi dłużny, kradnąc mi Rudolfa. Dziwni ludzie z nas powstali, tacy niekompletni i poranieni. Film o tym, jak to jest stracić dziecko, czyli o adopcji z punktu widzenia rodziny biologicznej, obejrzałam przełykając gulę w gardle. Jeszcze miałam siłę na przeżuwanie i przeżywanie. Padłam w  połowie wykładu o prawdopodobnych medyczno-psychologicznych wyzwaniach, z którymi przyjdzie nam i naszym dzieciom zmierzyć się po adopcji. Na pomarańczowej kartce zanotowałam sobie tylko FASD - how to manage, żebym nie zgubiła kolejnej z dziesiątek nitek, do których obiecuję sobie wrócić którejś nocy, po czym powierciłam się na niewygodnym krześle, ułożyłam się trochę znośniej, opierając stopy o poprzeczną barierkę pod stołem, a następnie oficjalnie się poddałam.

Z apatii wyrywa mnie widok Inżyniera podnoszącego do góry dłoń na znak, że ma pytanie.
- Tak? - zachęca pani doktor specjalizująca się w pracy z adoptowanymi dziećmi i ich rodzinami.
- Mam techniczne pytanie - zaczyna Mąż Mój.
Cóż. Wcale mnie nie dziwi ten wstęp. Bardziej dziwi mnie to, że on jeszcze ma siłę słuchać w tym ukropie. Nie wspominając o tym, że ma moc do przetworzenia napływu informacji i zadania pytania. Na litość boską, czy to na pewno m ó j  mąż?
- Od razu uprzedzę, że pytam całkiem poważnie. Czy w przypadku adopcji dziecka z FAS niezbędna jest całkowita alkoholowa abstynencja w rodzinie?

Tak, to zdecydowanie m ó j mąż. Mąż Mój. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. :-)