O tym, że czas się pośmiać

wtorek, czerwca 12, 2018

Może powinnam napisać poradnik dla adoptujących po raz kolejny. Tym bardziej, że oficjalnie to nawet nie jesteśmy w Stage One, a doświadczeń z drugiego frontu adopcyjnego mamy już całkiem sporo. Więc (- Nie zaczynajcie zdania od so...! - grzmiałam nie dalej niż dziś o szesnastej na zajęciach z pisania) kiedy dobrniemy do końca tej imprezy, to będziemy już adoptersami pełną gębą. Gdyż (-... ani od because!) na razie to my nic o adopcji nie wiemy. To znaczy wiemy. Ale (- ... taaaa...) chyba nie to, co sądziliśmy, że wiemy.

Może w Waszym przypadku będzie inaczej. Na pewno będzie. Choć w zasadzie może i nie. W ogóle nie sugerujcie się tym, co ja Wam tutaj wypisuję, bo może się okazać, że to wszystko to nieprawda jest. Że na przykład (boszeeeee, zapomniałam im powiedzieć, żeby nie zaczynali od że!) przy drugiej adopcji to powinno być średnio o dwa miesiące krócej, no i chyba mniej tych papierów, bo przecież już WSZYSTKO o waszym życiu napisaliście / zostało napisane. I nawet książka z tego powstała, pod wdzięcznym tytułem PAR - Prospective Adopters Report, która w rankingach czytelniczych przebija blog Jasona Hunta. Nie wierzcie w to. To znaczy PAR jest, przebija Jasona, ale nie wierzcie, że to już wszystko albo że będzie krócej. Bo może się okazać, że będzie tak samo długo albo na przykład ... jeszcze dłużej. I że trzeba będzie napisać sequel PAR. Nie byle jakie aneksidło. Nową powieść się napisze, wszak nowe wydawnictwo, nowe pisarskie możliwości, a co tam, jak szaleć to szaleć.

Więc nie wierzcie w nic, co ja Wam tutaj. Lepiej się pośmiejcie, bo to będzie jedyny punkt mojego poradnika dla adoptersów po raz drugi. Śmiejcie się, kochani, bo nic innego Wam nie zostało. (Koniec poradnika.)

Ja już nawet sama nie wiem, co konkretnie najbardziej mnie rozśmiesza w tym wszystkim, ale bardzo rozbawiła mnie prośba o to, abyśmy opisali nasz związek. Zanim w ogóle pomyślałam o nas, wyobraziłam sobie Mamuśkę i Ojca Dyrektora, Wielkiego Brata i Bratową oraz Handziuka i Marcina czule rozprawiających na temat swoich wzajemnych zalet i wad - za radą speców od rekrutacji przekutych w zalety. Zakładam, że żadne z nich nie powstrzymałoby jednak tego wybuchu autentycznej radości, którą ja zdołałam stłumić. Potem rozweselił mnie Mąż Mój, który z troską w głosie zaproponował:
- A masz to wszystko tak zachowane [z poprzedniego życia - przyp.red.], żeby zrobić kopiuj -wklej?
Bo się biedak szczerze zatroskał, że będę musiała o tych naszych życiach znów pisać od nowa, po nocach. A on wolałby naszym piątkowym zwyczajem wypić ze mną (teoretycznie moje) piwo ("przecież całego nie dasz rady, co?") Ja też bym wolała. A potem jeszcze zastanawiał się ten Mój Mąż, czy W Registration of Expression of Interest powinniśmy wpisać bisexual w rubryce dotyczącej orientacji. Tak dla sprawdzenia, czy taka informacja rzeczywiście nie rzutuje na postrzeganie nas jako rodziców. Ostatecznie jednak zostawiamy sobie tę wisienkę na torcie na proces adopcyjny numer trzy, gdyż: a) procesu numer trzy raczej na pewno nie będzie, jeśli okażemy się być ludźmi przytomnymi umysłowo, b) ten trzeci raz podejdziemy do tego na takim luzie, że zrobimy wszystko to, co podpowie nam fantazja, na przykład będziemy absolutnie szczerzy we wszystkim, co mówimy. Będzie zabawa.

Jest jeszcze całe mnóstwo rzeczy, które mnie bawią. Rudolf będzie musiał przejść przez kolejny assessment. (Znów musimy być dla niego mili.) Być może będziemy musieli skorzystać z podpowiedzi, aby nabyć jeszcze więcej doświadczenia w opiece nad dziećmi lub poprzebywać w otoczeniu innych - również adoptowanych - dzieci. Jak bowiem mówi Święta Księga Adoptersów, takiego doświadczenia nigdy za wiele. Nawet jeśli trzy lata pracowało się w sali z bejbikami, w domu ma sie trzylatkę, a w rodzinie i wśród znajomych całe mnóstwo jej podobnych. (Tak, ten punkt chyba jednak wygrywa w moim rankingu przezabawnych aspektów adopcji numer dwa). Referentów musimy wskazać tylu (aktualnie pięciu osobistych plus Różowa Chmurka jako referent Fruzi, Różowa Chmurka jako mój referent w kwestii opieki nad dziećmi plus aktualni pracodawcy), że jeszcze chwila, a zabrakłoby nam krewnych i znajomych królika w Krainie Deszczu.

A dodatkową atrakcją tego wesołego miasteczka jest fakt, że jeśli przy ekspresowej adopcji Fruzi opieka społeczna była aktywnie zaangażowana w nasze życie przez równo dwa lata, to przy Early Permanence jest szansa, że będzie to trwało... sam Bóg i Karma raczą wiedzieć, jak długo.

A zatem śmiejcie się z nami, bo właśnie sobie uświadomiłam, co uczyniliśmy.

PS. Drugi, bierz to na klatę. Czekamy.

You Might Also Like

9 komentarze

  1. O mateńko!!! Tam też taka biurokracja...i taki porządek.No to.teraz Ci powiem że ja w myśl nowej ustawy obowiązującej jeśli chciałabym w szkole pracować musiałabym zrobić studia podyplomowe z tego co miałam na studiach tyle że w pigułce czyż to nie kuriozum?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówią, że nauki nigdy za wiele, ha ha ha! :-) A tak poważnie...bardzo to zachęcające do podjęcia zawodu...

      Usuń
  2. To tak podobnie tylko z innej beczki 😉

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale papierologia!
    A moi znajomi, ktorzy chcieli adoptowac po raz drugi (fakt, ze z prywatna agencja) musieli tylko miec jeszcze raz inspekcje domowa, zlozyc odciski palcow na policji (zeby mozna bylo ich sprawdzic) oraz nakrecic nowy filmik o swojej rodzinie. A i tak sie w koncu wycofali, bo dziecko sie nie znajdywalo, a za przedluzenie bycia w rejestrach musieli co roku placic gruuube pieniadze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooooch... ja mogłabym nawet piętnaście filmików nakręcić, aby tylko uniknąć papierologii:-) A właściwie to bardziej tego ciągłego zwalniania się z pracy!

      Usuń
  4. MASAKRA!!!
    Śmiech przez łzy...
    My czekam już dwa lata na drugą córeczkę. Ja za parę miesięcy skończę 40 lat, Hania coraz większa, mąż coraz bardziej stękający;-0
    Czasami nachodzą mnie takie myśli, że już jesteśmy za starzy, za poważni - tu nas strzyka, tam nas boi - i że może ta nasza jedynaczka nam wystarczy...Potem znów chcę i nie boję się niczego.
    Tak, czekanie nas wykończy!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ mnie rozbawiłaś tym stękaniem! :-))) A tu przy drugim dziecku jeszcze więcej strzykania w krzyżu! :-))) Tyśka, nie pękaj, czasem sobie ponarzekamy (zapraszam do narzekania tutaj), a potem i tak będziemy czekać. I doczekamy się!

      Usuń
  5. Mozna sie zzymac na ten proces, mozna obgryzac pazury i rwac kudly ze lba, ale z drugiej strony... no wlasnie, jesli taki proces ma na celu zapewnienie tym dzieciom dostania sie do bezpiecznych rodzin to jednak warto.
    A jeszcze z trzeciej strony, to jednak drugie podejscie powinno byc bardziej ulatwione a nie jak widac utrudnione.
    Ale z czwartej strony my sobie mozemy tu gadu-gadu a dla Was to bardzo powazna sprawa i musicie przez to przejsc.
    Z piatej strony (jak dobrze, ze to ostatnia strona bo dlon ma tylko piec palcow) dobrze, ze sie smiejecie, a ja przesle worek dobrej energii, moze to cos pomoze, albo chociaz wywola kolejny usmiech;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A więc...
      1. Zżymam się, aktualnie nie obgryzam paznokci (nie wiem, jak długo wytrwam), ale rwę Rudemu kudły z grzbietu (bo ma za dużo), a i tak 2. wiem, że warto; 3. drugie faktycznie powinno być ułatwione, bo chociaż agencja inna, to oni będą mieli za naszą zgodą WSZYSTKIE informacje z agencji pierwszej! WSZYSTKIE!; 4. no musimy przejść, jeśli chcemy Drugiego, nie ma wyjścia; 5. pomaga, pewnie że pomaga, więc ślij te wory, ile ich tam masz!! :-))))

      Usuń