O tym, czego nie muszę żałować

Wtorkowe zajęcia z zaawansowanymi.

Bóg i Karma moimi świadkami, że na równi uwielbiam tę grupę i przeklinam. Każde zagadnienie gramatyczne potrafią zamienić w intrygującą dyskusję, która w finale nie ma nic wspólnego z punktem wyjścia. Nawet wtedy, kiedy mój szef siedzi im za plecami i z rozbawieniem obserwuje tę językową gimnastykę. - Wiem, wiem - przytakuje mi potem po lekcji. - Mam to samo z moimi.
Fantastyczni są. Świadomi języka i jego niuansów. Tylko te wieczory - moje wieczory! - spędzone nad słownikami mam im do zarzucenia.

A więc wtorek. Na tapecie konstrukcje z 'wish'. Co chcielibyśmy zmienić tu i teraz, i to, czego zmienić się nie da, a szkoda, bo żałujemy. Czego najczęściej żałują ludzie na łożu śmierci.
- Wyobraźcie sobie, że koniec tuż za rogiem - mówię.
Ryzykowna gra. W zeszłym roku jedna z kursantek wyznała mi, że zmaga się z poważną chorobą i od tamtego momentu często myślę o tym, że za każdym nieodrobionym zadaniem może stać coś więcej niż czyste niechciałomisię.
- W sumie tak powinniśmy żyć - odzywa się ktoś pogodnie. - Jakby ten koniec naprawdę był za rogiem.
Słuszna uwaga.
- A więc czysto teoretycznie dziś jest ostatni dzień - kontynuuję. - Czego będziecie żałować?
Liczę na jakąś ciszę, chwilę zastanowienia czy refleksji, a tymczasem zanim na dobre przebrzmi moje pytanie, jedna ze studentek - młoda, ambitna i robiąca postępy w błyskawicznym tempie dziewczyna - wyrzuca z siebie głośno i dobitnie:
- Żałuję, że poślubiłam swojego męża!
Po czym wybucha perlistym śmiechem, a za nią cała grupa.
Potrzebujemy kilku minut, żeby się uspokoić.
- Serio - mówi w końcu ona, już spokojnie, ale wciąż z uśmiechem. - Boże, jaka ja kiedyś byłam głupia!

Grupa coś jeszcze komentuje, atmosfera jest lekka jak wata cukrowa, chyba nikt nie traktuje tego wyznania poważnie, ale... ja znam jej męża. I niech to wystarczy.

I myślę sobie, że ja kiedyś też przez chwilę byłam naprawdę głupia. A przy tym zbyt długo zbyt dumna, żeby  zwyczajnie przyznać się do tej głupoty. W poprzednim życiu to było, och, tak dawno, chyba nawet przed wojną. Posłuchałam wtedy intuicji. A może to opatrzność nade mną czuwała?

Wychodzę z zajęć rozbawiona i przerażona jednocześnie. Tak łatwo potrafię sobie wyobrazić siebie na jej miejscu. Jedna decyzja w tę lub tamtą stronę, jeden b r a k decyzji, tego za mało, tamtego za dużo, nieodpowiednie miejsce i czas - a to byłabym ja. Widzę to wyraźnie w tym moim dzikim umyśle i ta wizja mrozi mi krew w żyłach.

Chryste, w najlepszym przypadku byłabym dziś szczęśliwą rozwódką. W najgorszym - odsiadywałabym dożywocie za morderstwo w afekcie.

Gdybym tylko mogła, postawiłabym Bogu i Karmie piwo w podziękowaniu za opiekę w najgłupszym momencie swojego życia.

Co tam jedno piwo, cały browar! 

Adopcja w UK (13): Early Permanence

Early Permanence to jedna z dróg adopcyjnych i jedna z wielu dróg do rodzicielstwa. Długo szukałam odpowiednika polskiego, ale żadne z tłumaczeń nie wydaje mi się na tyle dobre dla ucha, żebym pokusiła się o wprowadzenie go na stałe do blogowego słownika, spróbuje Wam jednak wytumaczyć okrężną drogą, czym jest Early Permanence i dlaczego od jakiegoś czasu regularnie gości w moich wpisach.

Early Permanence lub Early Permanency to termin stosowany do określenia wszystkich tych legalnych dróg, które służą jak najszybszemu znalezieniu docelowego domu dla dziecka będącego pod skrzydłami opieki społecznej (permament = z ang. stały, trwały). Early ( z ang.= wczesny; permament = z ang. stały, trwały) może sugerować, że chodzi o noworodki lub niemowlęta - i rzeczywiście najczęściej ta forma przejmowania opieki nad dzieckiem/ dziećmi bardzo często dotyczy bejbików, nie jest to jednak reguła. Early Permanence to próba zredukowania liczby przeprowadzek i liczby rodzin, do których trafi dziecko w oczekiwaniu na ostateczną decyzję sądu dotyczącą jego losu.

Z Early Permanence ściśle wiążą się dwa terminy: Foster to Adopt oraz Concurrent Planning (concurrent =z ang. równoległy). Foster to Adopt to nic innego jak tworzenie tymczasowej rodziny zastępczej dla dziecka, które w domyśle chce się adoptować, podczas gdy oficjalna decyzja o tym, czy dziecko uzyska status 'do adopcji' jeszcze nie została podjęta. W praktyce jest to kwestia czasu, choć oczywiście tutaj też wszystko może się zdarzyć, na przykład rodzice biologiczni dziecka mogą zmienić zdanie co do zrzeczenia się praw rodzicielskich (co NIE oznacza, że dziecko automatycznie do nich wraca). Concurrent Planning lub Concurrency ma jeszcze więcej niewiadomych. Ten rodzaj sprawowania opieki dotyczy dzieci poniżej drugiego roku życia i jest bardzo trudny emocjonalnie, ponieważ planowanie przyszłości dziecka przebiega dwutorowo, a w ekstremalnych przypadkach możliwych dróg jest jeszcze więcej. Z concurrency mamy do czynienia wtedy, kiedy zaistnieje poważna obawa, że rodzina biologiczna z różnych względów nie jest w stanie podołać obowiązkom rodzicielskim (i proszę, uwierzcie mi - nie chodzi o to, że rodzina jest biedna). Wówczas sprawa trafia do sądu, rodzina biologiczna pod czujne oko opieki społecznej, gdzie - mówiąc prosto - daje się jej szansę na poprawę i realnie ocenia wiarygodność ewentualnych zrywów w kwestii zmiany stylu życia lub metod wychowawczych, a dziecko znajduje bezpieczne schronienie u rodziców zastępczych. Jeśli sąd zdecyduje, że adopcja jest najwłaściwszą z dróg dla malucha, ta właśnie rodzina zostanie jego rodziną na zawsze bez dodatkowych poszukiwań, przeprowadzek i nowych planów. Może być jednak i tak, że rodzina biologiczna wyciągnie wnioski, a sąd uzna, że dziecko powinno do niej wrócić. Albo uaktywni się jakaś dotąd nie brana pod uwagę babcia / ciocia / kuzynka, która dojrzeje do decyzji o przysposobieniu wnuczka / siostrzeńca / kuzyna, a która po przejściu wszystkich adopcyjnych procedur i szkoleń zostanie uznana za odpowiedniego kandydata na rodzica. Concurrent carers  muszą wówczas pogodzić się z decyzją sądu i rozstać z maluchem.

I w tym ostatnim zdaniu leży sedno wszystkiego. Early Permanence nie jest dla wszystkich i na pewno nie było dla nas cztery lata temu. Na pytanie, czy bierzemy taką możliwość pod uwagę, szczerze odpowiedzieliśmy, że absolutnie nie. Mieliśmy dość rozczarowań w naszym prywatnym Projekcie Dziecko, nie chcieliśmy na własne życzenie dokładać sobie więcej, na wypadek, gdyby nasz długo wyczekiwany potomek miał pobyć z nami przez chwilę, a następnie wrócić do rodziny biologicznej. Czy to znaczy, że myśleliśmy o sobie, a nie o tym, co najlepsze dla danego dziecka? Tak i nie. Chcieliśmy mieć dziecko, nieważne z czyich genów, które będziemy mogli kochać i które od początku będzie NASZE. Całkiem normalne, prawda? Życie pokazało, że później i tak przyszło nam zmierzyć się z niepewnością co do naszej wspólnej przyszłości, ale trwało to na tyle krótko i mieliśmy tak silne przeczucie, że warto, że w zasadzie nie przeżywaliśmy żadnych mega poważnych dramatów i rozterek z tym związanych. Teraz może być inaczej, stąd dodatkowe szkolenie z Early Permanence, które ma nam przybliżyć wszystkie prawne i emocjonalne implikacje wiążące się z tym rodzajem adopcji. Choć my i tak jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Chwilami nawet wyobrażam sobie to tak plastycznie, że to aż boli.

Ale wchodzimy w to.

Gdyby ktoś zapytał nas, po co to robimy, odpowiedziałabym pokrętnie, że to bardzo złożona sprawa.

Po pierwsze, na tym etapie, kiedy Fruzia wciąż jest mała, to dla nas jedyna szansa, aby brano nas pod uwagę w kwestii kolejnej adopcji. Święta zasada adopcji w UK mówi, że różnica wieku pomiędzy pierwszym a drugim (i kolejnymi) adoptowanymi dziećmi powinna wynosić minimum 2 lata, z naciskiem na minimum, przy czym to drugie musi być młodsze. Jeśli trzymać się tej zasady, aktualnie moglibyśmy ubiegać się o adopcję roczniaka, ponieważ - niespodzianka! - liczymy te dwa lata od momentu składania kolejnego wniosku o rozpoczęcie procesu. Krótko mówiąc, mówimy o roczniaku teraz, a przecież zanim dziecko do nas trafi, Fruzia będzie już czterolatką, czyli teoretycznie moglibyśmy rozmawiać dziś o dwulatku. Ale nie, no skąd...
- Roczniaków jest mało, lista kandydatów długa, a wy wciąż powinniście skupić się na potrzebach pierwszego dziecka - słyszeliśmy w każdej agencji, do której dzwoniłam.
Wiecie, healthy attachment i te sprawy.
Tyle że nikt nie brał pod uwagę naszej indywidualnej historii, której nie będę tu przytaczać ze względu na ochronę prywatności. Nikt lepiej od nas nie zna Fruzi i naszej rodziny. My naprawdę wierzymy, że wszyscy jesteśmy gotowi na nowego członka rodziny i tutaj nie ma na co czekać. Takie rzeczy się wie i jestem przekonana, że za pięć, dziesięć lat, niezależnie od tego, co się zdarzy, oboje powiemy, że to był dobry moment. Najlepszy.

Po drugie, jesteśmy mocniejsi. Nie tylko jako związek, nie tylko jako rodzina, ale przede wszystkim jako ludzie, którzy otarli się (tak, ledwie bo ledwie, ale jednak) o adopcyjne rozczarowania (przed Fruzią) i niepewność. Nie twierdzę, że jeśli przyjdzie nam rozstać się z pierwszym dzieckiem, które do nas trafi po panelu, nie będziemy płakać. Nie zapieram się, że przyjmiemy to na chłodno i ze spokojem. Ale myślę, że znaleźliśmy się w punkcie, w którym oboje jesteśmy w stanie spojrzeć na to również z boku. Przekalkulować na starcie ewentualne ryzyko i koszty emocjonalne. Autentycznie i całkiem bezinteresownie pomyśleć o dobru dziecka. Chociaż nie, tak całkiem bezinteresownie to się jednak nie da - bo robimy to w końcu też dla nas, dla naszej rodziny; bo pomaga mi myśl o tym, że w przypadku ewentualnego rozstania, my i tak już na zawsze będziemy częścią jej/jego historii. Zapewnimy mu przecież dom i miłość. Na chwilę, ale ostatecznie te chwile na początku życia potrafią być całą wiecznością, prawda?

Po trzecie, mamy dużo czasu na przygotowanie naszych rodzin. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że Drugi się znajdzie. Choć może nie od razu, to się odnajdziemy. A jeśli po drodze jakiś inny mały człowiek skorzysta z naszej miłości? Spróbujemy potraktować to jako trudny, choć w ostatecznym rozrachunku pozytywny efekt uboczny. I tak staramy się tłumaczyć to rodzicom i całej reszcie krewnych i znajomych królika. Będziemy rodziną zastępczą, mówimy im. A potem się zobaczy. Jest Fruzia, całkiem nasza - prawnie, emocjonalnie i co tam jeszcze chcecie - więc będzie im łatwiej. Dadzą radę.
- Nie mamy wyjścia - mówi zawsze Mamuśka z lekkim westchnieniem, kiedy o tym rozmawiamy.

Damy radę.

(Co NIE oznacza, że nie będę Wam tutaj płakać. Bądźcie tu, proszę, żeby miał nas kto podnosić z podłogi, gdyby krewnym i znajomym królika wspólnie nie starczyło na to sił.)

Do poczytania:
http://www.first4adoption.org.uk/who-can-adopt-a-child/early-permanence/
https://www.adoptionconcurrency.org/

O tym, że czas się pośmiać

Może powinnam napisać poradnik dla adoptujących po raz kolejny. Tym bardziej, że oficjalnie to nawet nie jesteśmy w Stage One, a doświadczeń z drugiego frontu adopcyjnego mamy już całkiem sporo. Więc (- Nie zaczynajcie zdania od so...! - grzmiałam nie dalej niż dziś o szesnastej na zajęciach z pisania) kiedy dobrniemy do końca tej imprezy, to będziemy już adoptersami pełną gębą. Gdyż (-... ani od because!) na razie to my nic o adopcji nie wiemy. To znaczy wiemy. Ale (- ... taaaa...) chyba nie to, co sądziliśmy, że wiemy.

Może w Waszym przypadku będzie inaczej. Na pewno będzie. Choć w zasadzie może i nie. W ogóle nie sugerujcie się tym, co ja Wam tutaj wypisuję, bo może się okazać, że to wszystko to nieprawda jest. Że na przykład (boszeeeee, zapomniałam im powiedzieć, żeby nie zaczynali od że!) przy drugiej adopcji to powinno być średnio o dwa miesiące krócej, no i chyba mniej tych papierów, bo przecież już WSZYSTKO o waszym życiu napisaliście / zostało napisane. I nawet książka z tego powstała, pod wdzięcznym tytułem PAR - Prospective Adopters Report, która w rankingach czytelniczych przebija blog Jasona Hunta. Nie wierzcie w to. To znaczy PAR jest, przebija Jasona, ale nie wierzcie, że to już wszystko albo że będzie krócej. Bo może się okazać, że będzie tak samo długo albo na przykład ... jeszcze dłużej. I że trzeba będzie napisać sequel PAR. Nie byle jakie aneksidło. Nową powieść się napisze, wszak nowe wydawnictwo, nowe pisarskie możliwości, a co tam, jak szaleć to szaleć.

Więc nie wierzcie w nic, co ja Wam tutaj. Lepiej się pośmiejcie, bo to będzie jedyny punkt mojego poradnika dla adoptersów po raz drugi. Śmiejcie się, kochani, bo nic innego Wam nie zostało. (Koniec poradnika.)

Ja już nawet sama nie wiem, co konkretnie najbardziej mnie rozśmiesza w tym wszystkim, ale bardzo rozbawiła mnie prośba o to, abyśmy opisali nasz związek. Zanim w ogóle pomyślałam o nas, wyobraziłam sobie Mamuśkę i Ojca Dyrektora, Wielkiego Brata i Bratową oraz Handziuka i Marcina czule rozprawiających na temat swoich wzajemnych zalet i wad - za radą speców od rekrutacji przekutych w zalety. Zakładam, że żadne z nich nie powstrzymałoby jednak tego wybuchu autentycznej radości, którą ja zdołałam stłumić. Potem rozweselił mnie Mąż Mój, który z troską w głosie zaproponował:
- A masz to wszystko tak zachowane [z poprzedniego życia - przyp.red.], żeby zrobić kopiuj -wklej?
Bo się biedak szczerze zatroskał, że będę musiała o tych naszych życiach znów pisać od nowa, po nocach. A on wolałby naszym piątkowym zwyczajem wypić ze mną (teoretycznie moje) piwo ("przecież całego nie dasz rady, co?") Ja też bym wolała. A potem jeszcze zastanawiał się ten Mój Mąż, czy W Registration of Expression of Interest powinniśmy wpisać bisexual w rubryce dotyczącej orientacji. Tak dla sprawdzenia, czy taka informacja rzeczywiście nie rzutuje na postrzeganie nas jako rodziców. Ostatecznie jednak zostawiamy sobie tę wisienkę na torcie na proces adopcyjny numer trzy, gdyż: a) procesu numer trzy raczej na pewno nie będzie, jeśli okażemy się być ludźmi przytomnymi umysłowo, b) ten trzeci raz podejdziemy do tego na takim luzie, że zrobimy wszystko to, co podpowie nam fantazja, na przykład będziemy absolutnie szczerzy we wszystkim, co mówimy. Będzie zabawa.

Jest jeszcze całe mnóstwo rzeczy, które mnie bawią. Rudolf będzie musiał przejść przez kolejny assessment. (Znów musimy być dla niego mili.) Być może będziemy musieli skorzystać z podpowiedzi, aby nabyć jeszcze więcej doświadczenia w opiece nad dziećmi lub poprzebywać w otoczeniu innych - również adoptowanych - dzieci. Jak bowiem mówi Święta Księga Adoptersów, takiego doświadczenia nigdy za wiele. Nawet jeśli trzy lata pracowało się w sali z bejbikami, w domu ma sie trzylatkę, a w rodzinie i wśród znajomych całe mnóstwo jej podobnych. (Tak, ten punkt chyba jednak wygrywa w moim rankingu przezabawnych aspektów adopcji numer dwa). Referentów musimy wskazać tylu (aktualnie pięciu osobistych plus Różowa Chmurka jako referent Fruzi, Różowa Chmurka jako mój referent w kwestii opieki nad dziećmi plus aktualni pracodawcy), że jeszcze chwila, a zabrakłoby nam krewnych i znajomych królika w Krainie Deszczu.

A dodatkową atrakcją tego wesołego miasteczka jest fakt, że jeśli przy ekspresowej adopcji Fruzi opieka społeczna była aktywnie zaangażowana w nasze życie przez równo dwa lata, to przy Early Permanence jest szansa, że będzie to trwało... sam Bóg i Karma raczą wiedzieć, jak długo.

A zatem śmiejcie się z nami, bo właśnie sobie uświadomiłam, co uczyniliśmy.

PS. Drugi, bierz to na klatę. Czekamy.

O powrotach do początków

Wieczór, leżę na kanapie otulona kołdrą. Fruzia wciąż jeszcze nie śpi i w zasadzie trudno powiedzieć, czy w ogóle zamierza to dziś uczynić. Na pewno jednak chce się bawić i wciągnąć w tę zabawę nas. Inżynier robi kolację, więc pada na mnie.
- Mummy, chodź playing - zachęca.
Jej mantra. Tysiąc pięćset sto dziewięćset razy dziennie.
- Pobawmy się w spanie - chwytam się jakże sprytnego i wyświechtanego przez rodziców sloganu.
Fruzia, o dziwo, chętnie się zgadza. Natychmiast wślizguje się pod moją kołdrę i zarządza:
- I mummy, you baby.
Och.
- Dobrze... Łaaaa łaaaaa łaaaaaaaaa! - zaczynam zawodzić głosem zmęczonego rodzica. To znaczy bejbika.
Fruzia natychmiast wczuwa się w rolę i zaczyna mnie uspokajać.
- Ciiiii.... ciiii... ciiii...
Głaszcze mnie. Delikatnie i czule. Po głowie i ramieniu.
- Ok, baby? - pyta cichutko.
- Ok, mummy - odpowiadam na wpół sennie.
Jestem dziś tak zmęczona, że niewiele mi potrzeba, abym odpłynęła w niebyt. Fruzia jakby zapamiętuje się w tym głaskaniu, robi się cicho, a ona wciąż delikatnie utula mnie do snu. Spod wpół przymkniętych powiek widzę, jak lekko pochyla się nade mną, patrzy na mnie z uczuciem, cała jest tym lulaniem, tą chwilą i tą ciszą. A ja zamykam oczy i na kilka sekund zawieszam się pomiędzy tym, co teraz, a tym, co kiedyś; pomiędzy jawą a snem; pomiędzy życiami. Wszystko zlewa mi się w jedno. Błogość rozlewa się po wszystkich komórkach mojego ciała, jest ciepło, bezpiecznie. Mam wrażenie, że znów jestem mała, i że to Mamuśka jest przy mnie, że to ona kładzie na mnie swoje dłonie, że to ona uspokaja i kołysze. Zupełnie jak kiedyś, kiedy nie mogłam zasnąć albo dręczyły mnie dziecięce niepokoje. Płynę tak przez chwilę, zanim do rzeczywistości nie przywołuje mnie głos Fruzi.

- Mummy, chodź playing! - krzyczy radośnie.
Ponownie jesteśmy mamą i córką w tym obecnym, przywróconym porządku.

Ale życie to tylko dwie chwile, które mają moc odwracania ról.

Kiedyś znów możemy być w takim momencie. Oblepione atmosferą i zapachem domu i kolacji przygotowywanej przez niego, zawinięte w kołdrę i poczucie bezpieczeństwa. Ona, oby jak najstarsza, ale przecież ta sama, będzie tuliła mnie do snu, jak teraz ja ją. Spokojne odpływanie w niepamięć, bez lęku i chwiejnych emocji.

A potem powrót do Mamy.

Kiedyś, na sam koniec końca, właśnie tego bym chciała.

O rąbku spódnicy u baletnicy

Pierwsza lekcja. Fruzia jest wyraźnie zaintrygowana tym, co dzieje się w poczekalni, choć raczej nie wie, o co nam chodzi, mnie i Husi, kiedy podekscytowane w kółko odmieniamy 'balet' przez wszystkie przypadki. Wie natomiast, i komunikuje to całkiem otwarcie wyrazem twarzy, że ona też chce taki różowy strój prawdziwej tancerki. Czuję, że informacja na stronie studia dotycząca legginsów i wygodnej koszulki jako obowiązkowego stroju dla małolatów to tylko taki chwyt marketingowy, bo wszystkie przedszkolaki paradują już po poczekalni w baletowych wdziankach. A kiedy instruktorka wita się z Fruzią i mówi:
- ... a jak ci się spodoba, to może poprosimy mamę, żeby też kupiła ci taki strój, co ty na to?
... to ja już wiem, że jeszcze tego samego dnia będę szukać jej tych różowych sukienusi i balerinek, wbrew własnym postanowieniom, że przecież nie o ubiór tu chodzi, a o ruch. Bo myślę sobie, że nam to może chodzi o ruch, ale Fruzi to już bardziej o to, żeby było tak jak u całej reszty. Zasada małych ludzi - dopasować się.
Instruktorka prosi małe tancerki o ustawienie się gęsiego i zabiera je do sali. Wyglądają obłędnie - różowo-beżowe krasnale, w tiulach i błyszczących, obcisłych kostiumach, oblekających ich szczupłe ciałka. Włosy gładko zaczesane go góry u tych, u których to możliwe, bo Fruzine kosmyki wymykają się spod najlepszych spinek i żyją własnym życiem. Mała ociąga się trochę, chce iść, to pewne, ją zawsze ciągnie w kierunku dzieci, ale chce iść ze mną, więc prowadzę ją do sali (w nadziei, że choć przez chwilę będę mogła zobaczyć, co one tam robią). Chwilę później już kucam, patrzę jej w oczy i mówię, że teraz sobie potańczy z grupą, a ja poczekam za drzwiami. Buziak, pa pa, wychodzę. Nic się nie dzieje, więc wiem, że jest dobrze. W poczekalni omawiamy z Husią przyszłe ścieżki rozwoju sportowego Fruzi. Obie raczej wątpimy w jej karierę baletową, bo Fruzia bardziej kojarzy nam się z wulkanem, ale ostatecznie kto je tam wie. Te baletnice. Kto wie, co w nich drzemie, osobiście nie znam żadnej, więc może jeszcze się zdziwimy.
Po skończonej lekcji tancerki 3+ wypadają z sali biegiem i każda natychmiast bezbłędnie lokalizuje własną matkę, rzucając się w jej ramiona z krzykiem.
- Mummy! - wrzeszczy Fruzia.
Cała jest radością, więc pytam tylko pro forma, czy jej się podobało. Kiwa głową, że tak.
- A opowiesz nam, co robiliście?
- Nothing - słyszymy.

Dwa dni później. Pierwsza lekcja. Te sobotnie, z Inżynierem, to był wstęp do prawdziwych treningów, tego dnia zaczynamy ciężką harówkę w kierunku potrójnego złota olimpijskiego. Intruktorki proszą mnie, żebym brała udział w sesji, bo to jej pierwszy raz na zorganizowanych zajęciach, a jeśli będzie dobrze, to dostanę przepustkę na kawę na balkonie. Zamiast tej kawy, oczyma wyobraźni widzę długopis i mój różowy zeszyt do myśli nieuczesanych, bo tamtego dnia jeszcze nie wiem, o litości!, że jestem z tych matek, co to czują większą potrzebę, żeby się jednak gapić z tego balkonu i cieszyć jej osiągnięciami na linowych drabinkach. Tymczasem rozgrzewamy się razem, ćwiczymy, pomagam jej włożyć szarfę, Fruzia myli kolory, choć przecież dobrze je zna, a potem siadam na dywanie obok Husi, bo widzę, że moja obecność tylko ją rozprasza.
Jesteśmy z Husią zaskoczone. Po rozgrzewce, która wyglądała jak typowe zabawy trzylatków, dzieci przechodzą od stacji do stacji i wykonują różnorodne zestawy ćwiczeń. Na kozłach, małych równoważniach, drabinkach. Muszą skakać, podciągać się, celować, rzucać, wchodzić, schodzić, trzymać równowagę, balansować, czołgać się... To naprawdę wygląda jak lekcja gimnastyki.
- Husiu, czy ty też to widzisz? - pytam z zadumą w głosie. - Przecież one mają po trzy, cztery lata!
- No! - mówi Husia w podobnym tonie. - Jak ja im zazdroszczę!
Po czym oddajemy się filozoficznej dyskusji o naszych zmarnowanych talentach, zmarnowanych dzieciństwach i zmarnowanej przyszłości. O zmarnowanym życiu, mówiąc krótko.
- Dlaczego nikt nie posłał mnie na gimnastykę, kiedy byłam mała?? - wyrzuca z siebie Husia, lat piętnaście.
- Dlaczego nikt nie dostrzegł we mnie w ogóle jakiegokolwiek talentu?? - wtóruję jej żałośnie ja, lat trzydzieści pięć plus. A następnie dorzucam z pasją w głosie:
- Husiu, ty przynajmniej masz życie przed sobą, pal licho z czasami mini, jesteś nastolatką, jeszcze możesz wszystko, pamiętaj, możesz wszystko!! ZRÓB COŚ ZE SWOIM ŻYCIEM!!
I kiedy już czuję się jak kołcz wszechczasów, wybuchamy śmiechem. Jeszcze kilka słów z serii 'co powiedziałam Husi', a Wielki Brat na zawsze usunie mnie z rodzinnej fotografii.

Lekcja czwarta. Wdzianko dopiero się skompletowało, bo sprytna matka tak to wymyśliła, że część stroju baletowego udaje strój na gimnastykę. Albo odwrotnie. W środy tiule i baletki, w piątki tylko body i bose stopy. Fruzia kręci w poczekalni piruety własnej produkcji, szczęśliwa, że wygląda jak reszta stale rozrastającej się drużyny. Ale Fruzia jest Fruzią i swoim zachowaniem potwierdza, że miałyśmy z Husią rację - balet to raczej chwilowe hobby. Zamiast z gracją płynąć w kierunku instruktorki, Fruzia ustawia się w szeregu krasali, jedną ręką nieustannie poprawiając sobie gumkę od majtek, a drugą pakując sobie brzeg tiulowej kiecy do buzi. A pod pachą trzyma mocno podduszonego królika, którego umyśliła sobie zabrać ze sobą.

Zaprawdę powiadam Wam, jeśli to jednak będzie balet, to Fruzia z pewnością zapoczątkuje jakiś nowy jego nurt.

Lekcja czwarta. Stoję na balkonie i staram się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z Fruzią, która od czasu do czasu przypomina sobie, że tam jestem, robi sobie przerwę w ćwiczeniach i macha do mnie zapamiętale. Odmachuję tak delikatnie, tak leciutko, żeby nie czuła się zawiedziona i natychmiast pokazuję jej na migi, że ma patrzeć na instruktorkę. Jak to dobrze, że takich jak ja jest więcej, że nikt nie karci mnie wzrokiem, a jedynie śle pokrzepiające półuśmiechy, mające znaczyć, że oni też nie potrafią ignorować tych niedozwolonych znaków z dołu sali.
Fascynują mnie te ich zmagania, siłą woli przypominam sobie o tej kawie, która stygnie na stoliku tuż za moimi plecami. Przedszkolaki włażą na wysokie kozły, a kiedy dotrą na szczyt, ześlizgują się do basenu wypełnionego gąbkami. Sami muszę dobrnąć do drugiego brzegu i wdrapać się po drabince do góry. Pokonują na czworakach tunele. Bujają się na kółkach gimnastycznych. Robią kontrolowane przewroty na drążkach. Wielkimi susami pokonują poziome drabinki, które mnie osobiście doprowadzają do drżenia komór na placach zabaw.
Czuję rosnącą dumę. Jeszcze tydzień wcześniej jedna z prowadzących zawołała mnie na dół, żebym pomogła Fruzi wejść na drabinki, na których młoda w połowie trasy zwątpiła we własne umiejętności. Dziś stawia stopy ostrożnie, ale bez wahania, nie przystaje, widzę, że daje radę, wcale mnie tam nie potrzebuje. Może tylko po to, żebym uniosła kciuki w górę na znak, że widziałam. Instruktorka bezbłędnie wyłapuje to jej pokonanie siebie, bije jej brawo i przybija piątkę.

Dwie lekcje później, lekko trzymając instruktorkę za rękę, Fruzia przewędruje całą długość całkiem dorosłej równoważni swobodnym i pewnym krokiem.


Różowy notes ma pozaginane kartki i jest potwornie oblepiony żelkami i lizakami pałętającymi się na dnie mojej torby. Niewiele w nim ostatnio zapisałam. Stanie na balkonie wciąga.