O mistrzyni zen

poniedziałek, maja 14, 2018

Wychodzę z dziewczynami z naszego centrum rozrywki wszelakiej. Zabukowałyśmy właśnie sesję na ściance wspinaczkowej dla Husi i zmierzamy do samochodu. Fruzia dzikuje, jak na dzika przystało, więc upominam ją po raz setny, że tu jeżdżą samochody i ma trzymać mnie za rękę, ale dziewczę wie swoje, podskakuje, próbuje się mnie pozbyć, więc szybko podrywam ją  do góry i zanoszę do auta. Tam pakuję ją do fotelika, tradycyjnie rzucając kluczyki na siedzenie pasażera, żebym nie wybiła nimi komuś oka w trakcie akrobacji Fruzi, wręczam młodzieży lizaka, a potem zamykam drzwi i mówię stojącej z drugiej strony auta Gwieździe, że może wsiadać.
- Ale jest zamknięte - mówi ona.
Jeszcze niczego nie podejrzewając, podchodzę do niej i próbuję otworzyć samochód z jej strony. Nie mogę.
- O fuck! - mówię tylko.
Sprawdzam wszystkie drzwi.
- Fuck!

A kluczyki na przednim siedzeniu pasażera.

Nie myślę. W ogóle nie myślę o tym, że pewnie trzeba będzie wybijać szybę albo czekać na specjalistów od ratowania blondynek. Nie myślę nawet o tym, że jestem blondynką, bo czasem to aż nazbyt oczywiste. Myślę tylko i wyłącznie o tym, że Fruzia zamknięta jest w Blaszaku, do którego nie mogę się dostać i jeśli tylko się zorientuje, co jest grane, przestraszy się i będzie płakać. A ja nie będę mogła jej pomóc, o mój boszeeee, ratunku, co ja wtedy zrobię... (Oczywiście w wyobraźni już widzę, jak Fruzia leje łzy i z rozpaczy rzuca się na szybę auta.)
- Pędzę do recepcji, może coś mi poradzą, zostań tu z nią i w razie czego zagaduj - rzucam do Husi i już biegnę z powrotem do centrum.
W budynku bardzo nie po angielsku przerywam rozmowę recepcjonistce i klientowi. Zdenerwowanym głosem wyjaśniam, co się stało i pytam, czy mogliby mi jakoś pomóc. Babeczka pyta, gdzie jestem ubezpieczona i czy nie chciałabym do nich zadzwonić, żeby przyjechali mnie ratować. Uprzejmie (ha.ha.) wyjaśniam, że w tej chwili to nie jestem niczego pewna, a już na pewno nie tego, czy moje ubezpieczenie pokrywa takie wygłupy. A nawet jeśli tak, to omójbożeiwszyscyświęci, ja mam tam dziecko, nie mam czasu na czekanie na zespół ratujący!
- Ale pani dziecko nie jest takie małe.. - wtrąca się dotąd milczący klient.
Patrzę na niego i natychmiast kojarzę, że kiedy szłyśmy w stronę Blaszaka, on mijał nas i zerkał tak trochę z ciekawością na dzikującą Fruzię. Ha. Teraz to już w ogóle musi mieć o mnie wyrobione zdanie, myślę sobie i nawet przez chwilę chce mi się śmiać.
- ... więc może będzie w stanie otworzyć okno albo drzwi? - kończy.
Aaaa! Aż podskakuję z radości! Czemuż, ach czemuż, Boże i Karmo, obdarzyliście mnie tak małym rozumem? No jasne!
- O boże, no jasne, dziękuję, to przecież takie proste! - piszczę z radości i naprawdę podskakuję w miejscu, a potem zrywam się i pędzę przed siebie.
Serio. Dokładnie tak się zachowuję. Emocje mam czasem aż zanadto na wierzchu. Oni chyba tam jeszcze czegoś takiego nie widzieli.

Dopadam auta. Husia, biedactwo, stoi przy samochodzie, nie wiedząc, co ze sobą począć. Fruzia natomiast siedzi spokojnie w foteliku i je lizaka.
- Fruziu, Fruziu - zagaduję do niej przez szybę, starając się nadać memu głosowi spokojne brzmienie. - Otworzysz szybę, kochanie?
Taaa.
Fruzia uśmiecha się do mnie, majta nogami w fotelu i dalej wsuwa lizaka.
Próbuję wskazać palcem na przycisk, którym normalnie uwielbia się bawić, otwierając okno w trakcie jazdy.
- Otwórz okno, Fruziu, OK? - czuję, że mój głos niebezpiecznie zaczyna się podnosić.
- OK - mówi Fruzia, macha do mnie zadowolona i dalej nic nie robi. Oprócz lizania lizaka, oczywiście.
- Okno, Fruziu, otwórz okno! - niemal krzyczę, stukając jak oszalała w szybę. - Widow, open the window, please!
Może w tym drugim/pierwszym języku szybciej zrozumie?
- CAN YOU OPEN THE WINDOW OR THE DOOR, FRUZIU???? - wrzeszczę.
Tasman macha do mnie radośnie, kiwa głową na tak i dalej nic nie robi. Majta dolnymi kończynami i wygląda jak ktoś, kto właśnie jest na dobrze rozkręconym urlopie. No żesz kurwa jasna!
Zaczynam się histerycznie śmiać.
- Ja tu chyba zaraz zejdę na zawał!
Husia patrzy na mnie niewyraźnie, bo w takiej akcji to na pewno mnie jeszcze nie widziała. Kątem oka dostrzegam, że w samochodzie zaparkowanym maska przy masce do mojego siedzi facet, który przygląda się nam zblazowanym wzrokiem. Mógłbyś człowieku chociaż zapytać, czy potrzebuję pomocy!, myślę sobie trochę bez sensu, bo i w czym miałby mi pomóc?
Tymczasem z budynku wychodzi pani recepcjonistka i pyta, jak toczą się sprawy.
- Cóż, moja córka jest bardzo zrelaksowana i zupełnie nie przejmuje się moimi prośbami - parskam.
Ale do śmiechu mi nie jest wcale. Wciąż wyobrażam sobie, co się stanie, jak się zorientuje.
- Fruziu, wyjdź z fotelika, OK? - krzyczę.
Choć oczywiście staram się NIE. Nie krzyczeć i nie histeryzować. Obawiam się jednak, że średnio mi wychodzi.
- OK! - Fruzia chyba myśli, że to taka zabawa.
Recepcjonistka stoi z boku. Przez szklaną ścianę siłowni spoglądają na nas ciekawie amatorzy rowerów stacjonarnych. Drama queen i przedszkolak uwięziony w aucie to musi być niezłe urozmaicenie nudnego treningu.
Ale... cóż to? Alleluja! Fruzia wreszcie odpina pasy i zeskakuje z fotela.
- Now open the door, OK? - cieszę się.
Próbuje. Drzwi są zablokowane. No jasne, sama je zablokowałam, żeby ich sobie nie otworzyła!
- Kochanie, przejdź do przodu i weź kluczyki! - czuję, że wreszcie zmierzamy w dobrym kierunku, choć głos wciąż mi się trzęsie.
Mała przełazi na fotel pasażera, cały czas ogromnie z siebie zadowolona. Powtarza, że ok, fine, macha do mnie... Cyrk na kółkach! Łapie za kluczyki i klamkę od drzwi jednocześnie.

Otwarte.

Łapię Fruziaka z ulgą, zaczynam się śmiać jak dzika, a potem stawiam małą na ziemi i biegnę uściskać panią z centrum rozrywki wszelakiej za psychiczny doping. Rozrywkę to ona dziś miała przednią.

Oddycham z ulgą i wymownie patrzę na Fruziaka. Młoda dalej zajęta jest lizakiem.
- OK, Fruziu? - pytam.
- OK, mummy - odpowiada wesoło, choć lekko jakby już znudzonym głosem.

No bo przecież cały czas jest OK, a mama wciąż pyta i pyta!

You Might Also Like

11 komentarze

  1. Ja pierniczę ale horror!!! Masakra ! Fruziak to jednak nie traci rezonu 😀😀😀😀. Ważne żeby był lizak 😉.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja pierniczę ale horror!!! Masakra ! Fruziak to jednak nie traci rezonu 😀😀😀😀. Ważne żeby był lizak 😉.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten lizak chyba uratował nam życie, więc może powinnam przezornie wozić kilka pod siedzeniem ;-)

      Usuń
  3. Wiatr zatrzasnal mi drzwi auta z silnikiem na chodzie i dwoma galonami lodow na siedzeniu .Zapasowe klucze dotarly po godzinie, lody sie nie rozpuscily ..dobra klima

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie dobra klima:)))

      Usuń
    2. Moja klima niestety tak nie działa. No, ale moja klima to po prostu uchylone okna... ;-)

      Ten silnik na chodzie chyba najbardziej by mnie martwił.

      Usuń
    3. w baku mialam 20 galonow paliwa mogl sobie chodzic :)

      Usuń
  4. Niezla mialas jazde, ja mam ciagle wewnetrzny paraliz na sama mysl o tym, ze zatrzasne i nie bede sie mogla dostac. Wspanialy twierdzi, ze powinnam miec w kieszeni zawsze zapasowy klucz.. no ale moze zacznijmy od tego, ze ja najczesciej nie mam kieszeni:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja nawet jeśli mam kieszenie, to nie cierpię nic w nich nosić. Bo albo myślę, że zgubię, albo mi niewygodnie. Aaa, i jeszcze portki się wypychają po bokach! :-)

      Ja swoją lekcję odrobiłam - od tamtego czasu nie ma mowy, żeby rzuciła kluczyki na siedzenie, choćby na chwilę. (Więc teraz boję się, że w końcu się nimi uszkodzę.) :-)

      Usuń
  5. Zatrzasniete kluczyki to moj koszmar... ;) Zatrzasnelam kiedys tacie kluczyki w bagazniku. Pech chcial, ze bylismy u wujostwa, a zapasowe zostaly w domu, kilkaset kilometrow stamtad... ;) Na szczescie udalo sie otworzyc drzwi za pomoca druta wsadzonego pod uszczelke okna...
    Drugi raz zatrzasnelam kluczyki w swoim aucie z wlaczonym silnikiem w dodatku. Tym razem nie bylam blondynka. Zamek mialam zepsuty i nie odskakiwal guzik. Wyszlam z auta zeby zeskrobac szron z szyb, drzwi tylko przymknelam, ale same sie domknely i niestety juz nie otworzyly. :D Zapasowych kluczykow w tamtym gracie nie posiadalam. Tata wybil tylna, mala szybke i przez kolejny rok jezdzilam z folia zamiast okna, az zlitowal sie i gdzies na zlomowisku dopasowal brakujaca szybe i wstawil w to nieszczesne okienko. :D

    Podziwiam zimna krew Fruzi. ;) No i tak sobie mysle, ze gdyby trafilo na moje Potworki bylabym udupiona. W wieku Fruzi jezdzili nadal w fotelikach z 5-punktowymi pasami. W zyciu nie daliby rady sie odpiac (zreszta o to chodzilo). Chyba bym tam siadla przy aucie i sie zwyczajnie rozplakala. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...a one by Cię pocieszały przez zamknięte drzwi!:-) Ja w trakcie tej akcji zdążyłam pomyśleć, że trudno, w razie czego wybiję szybę...

      Ale widzę, ze jesteś ekspertką w zatrzaskiwaniu kluczyków w aucie. I nie mogę uwierzy, że nie zamarzłaś z tą folią zamiast szyby, ha ha haaaaa! Ty to taki kierowca weteran - wszystko przeżył, wszystko widział, wszystko... zatrzasnął ;-)

      Usuń