O zaklinaniu

- Weź mi przestań szczoteczki przestawiać, dobra? - zagaił on pewnego poranka.
- Przestawiać? - zdziwiłam się. - A co ja niby z nimi robię?
- Rozdzielasz je.
Chwila ciszy.
- Rozdzielasz je, a ja zawsze stawiam je w kubku razem, zwrócone w tym samym kierunku.
Patrzę na niego uważnie.
- No wiesz... żeby nic nas nigdy nie rozdzieliło... - mówi tak trochę niewyraźnie.

- A ja zawsze, kiedy wsiadam za kółko - mówię do niego po chwili - mantruję do siebie półgłosem, żeby On prowadził nas bezpiecznie po swoich drogach - Ciebie, Fruzię i mnie. Mówię to za każdym razem. Kiedy jadę w tę i kiedy jadę z powrotem, rano i wieczorem, zawsze. To jedyna modlitwa, którą mówię z taką regularnością.

Zapewne jest na to jakaś nazwa. Być może to zaburzenie psychiczne albo nieuleczalne natręctwo. Na pewno ktoś to już ładnie ujął w ramki, definicje i umieścił w Wikipedii.

Ale po jedenastu latach razem to najprzyjemniejsze wspólne wariactwo, jakie byłabym w stanie wymyślić.

O tym, że do mety jeszcze 42 km

Fruzia poinformowała wczoraj Nianię, że pojechaliśmy po Baby Sister. Obawiam się, Drugi Potomku, że masz aktualnie nowy pseudonim artystyczny, niezależnie od Twojej faktycznej płci. Tasman chyba naprawdę sądziła, że przywieziemy ze sobą dziecko, choć z drugiej strony, jako że sama jest dzieckiem, płynnie przeszła do porządku dziennego nad faktem braku rodzeństwa.

Coś mi się wydaje, że dla niektórych to będzie długi rok.

I to nie tylko dla niej. Wczorajsza Introdukcja do Adopcji, że tak sobie pozwolę sparafrazować naszą Kaczkę (Kaczka naszym dobrem publicznym, z którego należy czerpać), którą to (Introdukcją, nie Kaczką) w ferworze codzienności nie było czasu się przejąć, przypomniała nam wiele. Na przykład to, co nas czeka, i to, co czasem umyka, a o czym powinniśmy pamiętać.
- Chwilami zupełnie zapominam, że tak naprawdę to niewiele wiemy o tym jej życiu przed. I że pewne rzeczy mogą wynikać z tego, czego możemy się albo domyślać, albo tylko zgadywać. I że są obszary, w których ona być może nigdy w swoim życiu nie będzie w stanie zapełnić pewnych luk.

A przecież ma być jeszcze bardziej nieprzewidywalnie, z jeszcze większą liczbą dziur do połatania.

Mamuśka z wrażenia zasłoniła sobie dłońmi pół twarzy, kiedy usłyszała od Inżyniera - który aż nie mógł powstrzymać nadmiernego optymizmu - że hej, a co byś Babciu Teściowo powiedziała na dwójkę nowych wnucząt? Ręce mi opadły, bo przecież... ejże, co ty wygadujesz? Myślałam, że na razie nie mówimy nikomu o naszych ambicjach?! Wam też miałam nie mówić. Ale skoro on nie może utrzymać języka za zębami...
Mamuśka popatrzyła na nas niepewnie.
- Dasz radę jeszcze z dwoma? - zapytałam, poddając się.
- Ja tak, oczywiście, skoro kocham ich wszystkich, to będę kochać kolejnych, ale wy dzieci... wy się pozabijacie sami z trójką, bez pomocy babć!
Och. Ma rację, Babcia Jedna! Ale co robić, panie, kiedy ktoś ci podsuwa taką myśl, a ona pada sobie spokojnie na podatny grunt i rośnie w tempie niemożliwego do wytępienia chwasta? Co robić?

Jak dobrze, że wciąż jednak jestem trzeźwa. (Inżynier chyba też, choć głowy nie dam sobie uciąć.) Bardzo chłodno przewiduję, że elastyczność adopcyjnego teamu ma swoje granice i nikt przy zdrowych zmysłach nie da nam dwójki dzieci na aktualny metraż Piątej.

Chyba że... wiecie... znajdzie się jakiś szalony osobnik... bo różnie to w życiu bywa... Wtedy to już nie będzie nasza wina, że się zgodzili! (Ale jednak przyjrzę się temu komuś podejrzliwie.)

Siedziałam tam wczoraj, słuchając adopcyjnego rodzica trójki dzieci i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jeśli człowiek tam wraca, to to już nie jest tylko sposób, w jaki twoje dziecko znalazło się w waszej rodzinie. Po drugim, trzecim, czy - jak w przypadku naszej prowadzącej - piątym dziecku, to już jest sposób życia. Taki lifestyle. Podobno od wszystkiego można się uzależnić, no kto by pomyślał. Próbowałam też wyobrazić sobie Drugiego. I Trzeciego, tak na wszelki wypadek. Usiłowałam zobaczyć ich razem z Fruzią, ale widzę tylko niewyraźne kształty obok roześmianej buzi Tasmana. Widzę ją pochylającą się nad nim/i z tą jej czułością malutkiej mamy. A zaraz potem, jak się wścieka, bo zabrali jej zabawkę, którą od pół roku przecież w ogóle się nie bawi, ale właśnie teraz ma ochotę, mummyyyyyyy! Jeden z tych wyobrażonych ma buzię Czekoladki z Różowej. Tej samej Czekoladki, która została ostatnim moim key child w Chmurce. Czekoladka jest jeszcze w grupie Fruzi, za 3 miesiące rusza do szkoły. Tasman skarżyła mi ostatnio na niego, chyba nie chciał się z nią bawić, a ja... ja byłam rozbawiona. Wtedy, za czasów Czekoladki, Fruzi jeszcze nie było na świecie. Dziś trudno przewidzieć, kto z tej rodziny już jest, a kogo jeszcze nie ma.

Obejrzeliśmy dwa krótkie filmy o zdrowych i niestabilnych więziach. Still Face Experiment i Strange Situation Experiment wstrząsnęły mną w środku, choć nie dzieje się w nich nic drastycznego. Problem w tym, że ja wszędzie widzę Fruzię. Nawet w tym gumowym bobasie, którego prowadząca nosiła, tuliła, wkładała do łóżeczka i - mam wrażenie, że nieświadomie, jakby odruchowo - uspokajająco poklepywała po plecach, kiedy prezentowała nam healthy attachment cycle, czyli jak wygląda zdrowe budowanie więzi z niemowlęciem.
- Więź nie powstaje po dwóch zaspokojeniach potrzeb dziecka. Więź powstaje w procesie nieustannego, często nieuświadomionego wręcz zaspokajania potrzeb dziecka. Setki razy, tysiące razy, kiedy słaniając się ze zmęczenia idziesz robić kolejną butelkę mleka albo zmieniasz kolejną pieluchę.

Nieustannie od trzech lat i dwóch tygodni. And still counting.

Znów tam byliśmy, tak spokojni i pewni tego, że tak właśnie ma być. W pewnym momencie byliśmy o krok od decyzji o kolejnej próbie ivf. To było wtedy, kiedy tak wiele razy powtarzano nam, że na chwilę obecną nie, przykro nam, ale sami rozumiecie, lepiej za kilka lat, jak ona pójdzie do szkoły, a najlepiej, gdybyśmy poczekali jeszcze trochę dłużej. Poczuliśmy, że wizja Drugiego odsuwa się od nas na drugi koniec świata. Bo życie jest życiem. W ciągu kilku lat może zdarzyć się tyle, że Drugiego może nigdy dla nas nie być. Albo nas dla niego. Poszperałam, podzwoniłam, napisałam. Do Czech. Miałam się zgłosić do kliniki na histeroskopię w czerwcu zeszłego roku.

Przez jakiś tydzień nawet o tym myśleliśmy. Nawet z niejakim entuzjazmem, że skoro nie tamtymi drzwiami, to może tymi. Adoptujmy zarodek. To też rodzaj adopcji. Choć czułam jakiś bezsensowny wyrzut. Niepokój. Sama nie wiem, co.

Bo.

Bo to jednak nie to samo. To już nie była nasza droga. Zaskakujące, ale zupełnie naturalnie straciliśmy zainteresowanie tematem, żeby nie powiedzieć wprost, że o nim... zapomnieliśmy. Któregoś dnia on zapytał, czy nadal w to wchodzimy.
- Wiesz coooo... - zaczęłam. - Myślę, że nie. A ty co sądzisz?
- To samo. Odpuśćmy, kompletnie tego nie widzę.

Pamiętam, że mi wtedy ulżyło, że ona nigdy nie będzie musiała zadać nam pytania, dlaczego po jej adopcji wciąż chciałam urodzić dziecko. Nie, kochanie, nie chciałam. Wtedy pomyślałam tylko, że to może być jedyna opcja. Nie chciałam i nie chcę. Ja i tata chcemy znaleźć twoje rodzeństwo tak samo, jak znaleźliśmy ciebie. Dokładnie w taki sam sposób.

Więc znów tam byliśmy. To nawet nie cały krok, a pół. Pół kroku w drodze do mety maratonu. Już wiem, czym to pachnie, ale ostatecznie dopiero po raz pierwszy biegniemy nasz drugi maraton. Dystans znany i oswojony, ale trasa inna i raczej na pewno bardziej wyboista.

Ale za to doskonale wiemy, jaka satysfakcja czeka na finiszu.

Nasza rodzina - by Fruzia

Fruzia zmienia zeznania co do tego, kto jest kto na obrazku poniżej, ale jedno jest pewne - są tam wszyscy: mummy, daddy, Fruzia, Rudolf oraz BABY SISTER (chyba wciąż w moim/czyimś brzuchu, choć mnie nic o tym nie wiadomo!). Bo tak jakby nie ma negocjacji - ma być sister i koniec. A ona będzie ją karmić, przewijać i -  och! - utulać do snu, jeśli zapłacze!

I jak my to wytłumaczymy na jutrzejszym szkoleniu dla (ponownych) adoptersów??



PS. Odniosę się do Waszych komentarzy z poprzednich postów jutro. Czytam, nie ignoruję - tylko nie ogarniam :-)

O mistrzyni zen

Wychodzę z dziewczynami z naszego centrum rozrywki wszelakiej. Zabukowałyśmy właśnie sesję na ściance wspinaczkowej dla Husi i zmierzamy do samochodu. Fruzia dzikuje, jak na dzika przystało, więc upominam ją po raz setny, że tu jeżdżą samochody i ma trzymać mnie za rękę, ale dziewczę wie swoje, podskakuje, próbuje się mnie pozbyć, więc szybko podrywam ją  do góry i zanoszę do auta. Tam pakuję ją do fotelika, tradycyjnie rzucając kluczyki na siedzenie pasażera, żebym nie wybiła nimi komuś oka w trakcie akrobacji Fruzi, wręczam młodzieży lizaka, a potem zamykam drzwi i mówię stojącej z drugiej strony auta Gwieździe, że może wsiadać.
- Ale jest zamknięte - mówi ona.
Jeszcze niczego nie podejrzewając, podchodzę do niej i próbuję otworzyć samochód z jej strony. Nie mogę.
- O fuck! - mówię tylko.
Sprawdzam wszystkie drzwi.
- Fuck!

A kluczyki na przednim siedzeniu pasażera.

Nie myślę. W ogóle nie myślę o tym, że pewnie trzeba będzie wybijać szybę albo czekać na specjalistów od ratowania blondynek. Nie myślę nawet o tym, że jestem blondynką, bo czasem to aż nazbyt oczywiste. Myślę tylko i wyłącznie o tym, że Fruzia zamknięta jest w Blaszaku, do którego nie mogę się dostać i jeśli tylko się zorientuje, co jest grane, przestraszy się i będzie płakać. A ja nie będę mogła jej pomóc, o mój boszeeee, ratunku, co ja wtedy zrobię... (Oczywiście w wyobraźni już widzę, jak Fruzia leje łzy i z rozpaczy rzuca się na szybę auta.)
- Pędzę do recepcji, może coś mi poradzą, zostań tu z nią i w razie czego zagaduj - rzucam do Husi i już biegnę z powrotem do centrum.
W budynku bardzo nie po angielsku przerywam rozmowę recepcjonistce i klientowi. Zdenerwowanym głosem wyjaśniam, co się stało i pytam, czy mogliby mi jakoś pomóc. Babeczka pyta, gdzie jestem ubezpieczona i czy nie chciałabym do nich zadzwonić, żeby przyjechali mnie ratować. Uprzejmie (ha.ha.) wyjaśniam, że w tej chwili to nie jestem niczego pewna, a już na pewno nie tego, czy moje ubezpieczenie pokrywa takie wygłupy. A nawet jeśli tak, to omójbożeiwszyscyświęci, ja mam tam dziecko, nie mam czasu na czekanie na zespół ratujący!
- Ale pani dziecko nie jest takie małe.. - wtrąca się dotąd milczący klient.
Patrzę na niego i natychmiast kojarzę, że kiedy szłyśmy w stronę Blaszaka, on mijał nas i zerkał tak trochę z ciekawością na dzikującą Fruzię. Ha. Teraz to już w ogóle musi mieć o mnie wyrobione zdanie, myślę sobie i nawet przez chwilę chce mi się śmiać.
- ... więc może będzie w stanie otworzyć okno albo drzwi? - kończy.
Aaaa! Aż podskakuję z radości! Czemuż, ach czemuż, Boże i Karmo, obdarzyliście mnie tak małym rozumem? No jasne!
- O boże, no jasne, dziękuję, to przecież takie proste! - piszczę z radości i naprawdę podskakuję w miejscu, a potem zrywam się i pędzę przed siebie.
Serio. Dokładnie tak się zachowuję. Emocje mam czasem aż zanadto na wierzchu. Oni chyba tam jeszcze czegoś takiego nie widzieli.

Dopadam auta. Husia, biedactwo, stoi przy samochodzie, nie wiedząc, co ze sobą począć. Fruzia natomiast siedzi spokojnie w foteliku i je lizaka.
- Fruziu, Fruziu - zagaduję do niej przez szybę, starając się nadać memu głosowi spokojne brzmienie. - Otworzysz szybę, kochanie?
Taaa.
Fruzia uśmiecha się do mnie, majta nogami w fotelu i dalej wsuwa lizaka.
Próbuję wskazać palcem na przycisk, którym normalnie uwielbia się bawić, otwierając okno w trakcie jazdy.
- Otwórz okno, Fruziu, OK? - czuję, że mój głos niebezpiecznie zaczyna się podnosić.
- OK - mówi Fruzia, macha do mnie zadowolona i dalej nic nie robi. Oprócz lizania lizaka, oczywiście.
- Okno, Fruziu, otwórz okno! - niemal krzyczę, stukając jak oszalała w szybę. - Widow, open the window, please!
Może w tym drugim/pierwszym języku szybciej zrozumie?
- CAN YOU OPEN THE WINDOW OR THE DOOR, FRUZIU???? - wrzeszczę.
Tasman macha do mnie radośnie, kiwa głową na tak i dalej nic nie robi. Majta dolnymi kończynami i wygląda jak ktoś, kto właśnie jest na dobrze rozkręconym urlopie. No żesz kurwa jasna!
Zaczynam się histerycznie śmiać.
- Ja tu chyba zaraz zejdę na zawał!
Husia patrzy na mnie niewyraźnie, bo w takiej akcji to na pewno mnie jeszcze nie widziała. Kątem oka dostrzegam, że w samochodzie zaparkowanym maska przy masce do mojego siedzi facet, który przygląda się nam zblazowanym wzrokiem. Mógłbyś człowieku chociaż zapytać, czy potrzebuję pomocy!, myślę sobie trochę bez sensu, bo i w czym miałby mi pomóc?
Tymczasem z budynku wychodzi pani recepcjonistka i pyta, jak toczą się sprawy.
- Cóż, moja córka jest bardzo zrelaksowana i zupełnie nie przejmuje się moimi prośbami - parskam.
Ale do śmiechu mi nie jest wcale. Wciąż wyobrażam sobie, co się stanie, jak się zorientuje.
- Fruziu, wyjdź z fotelika, OK? - krzyczę.
Choć oczywiście staram się NIE. Nie krzyczeć i nie histeryzować. Obawiam się jednak, że średnio mi wychodzi.
- OK! - Fruzia chyba myśli, że to taka zabawa.
Recepcjonistka stoi z boku. Przez szklaną ścianę siłowni spoglądają na nas ciekawie amatorzy rowerów stacjonarnych. Drama queen i przedszkolak uwięziony w aucie to musi być niezłe urozmaicenie nudnego treningu.
Ale... cóż to? Alleluja! Fruzia wreszcie odpina pasy i zeskakuje z fotela.
- Now open the door, OK? - cieszę się.
Próbuje. Drzwi są zablokowane. No jasne, sama je zablokowałam, żeby ich sobie nie otworzyła!
- Kochanie, przejdź do przodu i weź kluczyki! - czuję, że wreszcie zmierzamy w dobrym kierunku, choć głos wciąż mi się trzęsie.
Mała przełazi na fotel pasażera, cały czas ogromnie z siebie zadowolona. Powtarza, że ok, fine, macha do mnie... Cyrk na kółkach! Łapie za kluczyki i klamkę od drzwi jednocześnie.

Otwarte.

Łapię Fruziaka z ulgą, zaczynam się śmiać jak dzika, a potem stawiam małą na ziemi i biegnę uściskać panią z centrum rozrywki wszelakiej za psychiczny doping. Rozrywkę to ona dziś miała przednią.

Oddycham z ulgą i wymownie patrzę na Fruziaka. Młoda dalej zajęta jest lizakiem.
- OK, Fruziu? - pytam.
- OK, mummy - odpowiada wesoło, choć lekko jakby już znudzonym głosem.

No bo przecież cały czas jest OK, a mama wciąż pyta i pyta!

O tym, kogo brakuje

Brakuje nam jej. Mnie szczególnie wtedy, kiedy Fruzia baletuje za zamkniętymi drzwiami, albo kiedy stoję na balkonie, obserwując jej poczynania w sali gimnastycznej, i nie mam z kim skomentować jej akrobatycznych dokonań. Inżynier nie ma z kim sprzeczać się na tematy sportowe (jednocześnie trzęsąc się ze śmiechu, że ona taka buńczuczna i w ogóle po kim ona to ma, no bo chyba nie po ojcu i matce), Fruziak, wychodząc z przedszkola, wciąż pyta "A Husia?" i deklaruje chęć chodzenia z nią do szkoły, jeśli to miałoby przywrócić jej ukochaną przyszywaną siostrę, no i nikt nie zbiera zamówień na herbatę z takim poczuciem misji jak ona. Jaką pijecie? Zieloną, czerwoną, niebieską, czy czarną? Zaprawdę powiadam Wam, hektolitry płynów w kolorach tęczy przelały się przez Piątą Chatkę w ciągu tych kilku tygodni. Nie wiem, czy to przez ten five o'clock, ale Wielki Brat utrzymuje, że jakaś taka europejska wróciła do domu, taka doroślejsza - w domyśle: również bardziej buńczuczna i wymagająca - ale to widocznie już tradycja rodzinna, bo kiedy ja wróciłam z Oxfordu sto lat temu, Mamuśka mówiła dokładnie do samo.
- 18 lat nie mogłam nakłonić jej do picia mleka w jakiejkolwiek formie, a wystarczył jeden wypad do wielkiego świata i proszę - płatki z zimnym mlekiem na śniadanie! - ironizowała.
Husia pewnie pije (jeszcze) więcej herbaty, ale to pewnie nie jedyny powód takiego wyroku. Wielki najbardziej załamał się wizją studiów za granicą, w Szkocji lub Niemczech, bo w tych ostatnich zdecydowanie taniej. Obstawialiśmy Berlin, ale Wielki twierdzi, że puści Husię co najwyżej dwie wsie od Rancza, tam ponoć też można posmakować świata, w końcu on jej trzymać nie będzie (dalej niż smycz pozwala). A to już coś. Jesteśmy o jedną wieś dalej od ostatniej wizyty.

Z Gwiazdą prowadziliśmy dysputy na tematy wszelakie. Dowiedzieliśmy się, czym zajmuje się gimbaza w wolnych chwilach, jaki rodzaj fotografii ją interesuje (proszę, nie pytajcie),
co wszyscy obstawiają na egzaminach w przyszłym roku (charakterystyka!) i dlaczego Jezus jest świetnym bohaterem wypracowania. Barierę językową omówiliśmy na sto czterdzieści pięć sposobów i śmiem twierdzić, że Huśka mogłaby z niej zrobić doktorat. Bariera językowa to zresztą coś, czego Wielki pojąć nie może.
- No, ale czego ty się wstydzisz? Ja was nie kumam. Gdybym ja znał angielski choć w połowie tak jak ty - tu Wielki zwrócił się do córki - gadałbym z każdym i wszędzie. Nawet z kierowcą w autobusie.
Wielki ma coś z Ojca Dyrektora. Teoretycznie nie zna żadnego języka obcego, ale dogada się zawsze. Bez kłopotu, bez barier i z zadziwiającą skutecznością.
Gwiazda tylko wywracała teatralnie oczami, wzdychała i zaczynała litanię "boszeee, tato, jak ty nic nie rozumiesz!" W takich chwilach byłam rozdarta. Bo z jednej strony też wywracałam oczami na równi z Huśką, bo on NAPRAWDĘ nic nie rozumie!, a w duchu łączyłam się solidarnie z Wielkim. Bo psychiczna bariera językowa faktycznie jest bez sensu, jeśli tak się nad nią zastanowić, a do tego w tym Huśkowym przewracaniu oczami widziałam Fruzię za dziesięć lat, kiedy po wakacjach na Ranczo młodzież zaśpiewa nam "boszeeee, jak wy nic nie rozumiecie!" Pamiętaj o tym, Wielki Bracie, kiedy zechcesz triumfalnie wyrzucić z siebie "to teraz wiesz, jak to jest!"

Z każdym kolejnym tygodniem psychiczna bariera językowa stopniowo opuszczała Gwiazdę.
- Bo widzisz, obcokrajowcy to zupełnie inna historia - tłumaczyło mi moje przybrane dziecko. - Ja ich rozumiem prawie bez problemu, a poza tym oni są na takiej samej pozycji jak ja. Ale Brytyjczycy mówią tak, że nie łapię wszystkiego i to mnie dołuje.
Nie pomogły tłumaczenia, że ona dopiero przyjechała, a ja, zanim na dobre i naprawdę zaczęłam rozumieć Brytyjczyków, byłam po ponad dwudziestu latach nauki ich języka, magisterce z filologii i kilku miesiącach mieszkania w Krainie Deszczu. Pod wpływem dylematów Husi zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to może ze mną było coś nie tak, skoro to wszystko tak długo trwało, ale potem przypomniałam sobie, że 1. młodzież teraz szybciej dojrzewa, 2. z Internetu zaczęłam regularnie korzystać PO napisaniu magisterki, 3. do momentu matury do nauki języka musiał wystarczyć mi mały kieszonkowy słownik w brązowej, sztywnej okładce. Może dlatego przez wiele lat nie zawracałam sobie głowy tym, czy ja naprawdę mówię po angielsku czy nie.
W końcu jednak lody zaczęły topnieć.
- No, that's fine - odpowiedziała Huśka jednej Brytyjce, której dziecko trącało ją systematycznie w udo. Lub żebra. Lub inną część jej ciała. Nieważne to, bo duma rozlała się po wszystkich członkach mego ciała. Powiedziała to tak pewnie, tak swobodnie, tak melodyjnie i tak... bo angielsku, że na chwilę zaniemówiłam. Potem złożyła zamówienie w kawiarni, pokonwersowała z kurierem dostarczającym super ważną przesyłkę, kupiła bilety w autobusie...
- Widzisz, rozmawiasz z Brytyjczykami! - cieszyłam się.
Zapominałam wtedy kompletnie, że miałam ją przepytać z żółtych słówek, a Husia skrzętnie z tego mojego zapominalstwa korzystała. Aż wreszcie wczoraj znalazłam pęk żółtych fiszek w kanapie, którą postanowiła rozłożyć na kawałki Fruzia. Pozbierałam je, chichocząc do siebie półgłosem. Oj, przepytam ja Ciebie w październiku, Husiu, przepytam!!

W swoje urodziny Huśka dwa razy zdmuchiwała świeczki i dostała cztery mini torty, bo taką miał(am) fantazję dostawca z Sainsbury'sa. Szacowna solenizantka przyjmowała tego dnia gości z dalekiej zagranicy i po czułych powitaniach ze stęsknionymi rodzicami niemal natychmiast zaczęła sprzeczać się z ojcem swym jedynym. Samo życie. Rozłąka niczego nie zmienia w relacjach rodzinnych, skoro nie dalej jak cztery tygodnie wcześniej posprzeczałam się znienacka z Ojcem Dyrektorem o jakiś idiotyczne podanie, która miałam napisać na jego prośbę we własnym interesie. Ach, te dzieci!

Brakuje mi jej w weekendy, kiedy mam się zebrać na samotny jogging. Albo kiedy siedzę z Fruźką w ogródku i ćwiczymy jaskółki. Fruziak pomaga jak może, ale jednak nie dźwignie mojej nogi do góry, służąc za trenera. Fruzia jest mini trenerem, który wszystko akceptuje, a najgorszą karą jest stwierdzenie 'silly mummy!', kiedy obalam się na trawę. Albo kiedy Zamroczona odstawia swoje show w ogródku, a dookoła nie ma nikogo, kto w mig złapie moje spojrzenie, bo Inżynier w pracy.

Ale jak dobrze, że oni są. Ta mała i ten duży. Bo mają w szafach dokładnie taki sam bałagan jak Husia na swojej półce przez 6 tygodni, więc przynajmniej za tym z tego rozrzewnienia nie tęsknię!

 ❤️