O ślubie jakich mało

wtorek, kwietnia 10, 2018

Był upalny czerwiec 1977 roku.

Tydzień przed ślubem ona została magistrem, a jej świadkowa tak się zdoiła, że w pijackiej malignie wywaliła na światło dzienne wszystkie brudy swej duszy, aby następnie się obrazić i na ślub przyjaciółki nigdy nie dotrzeć. Niestety, nie ona jedna przesadziła z procentami. To było wiejskie wesele drugiej połowy dwudziestego wieku: za lokal służył dom panny młodej, za catering - rzeźnik, kucharki i znajome kelnerki. I żeby to jeszcze kelnerka! Ale to rzeźnik na starcie nie wywiązał się z umowy i dopiero dobę przed imprezą zabrał się za ubijanie zwierzyny.
- Myślałyśmy z mamą, że nie będzie co na stół postawić - wspomina ona. - Dzielenie, mielenie, gotowanie, duszenie i pitraszenie trwało całą noc i kawałek weselnego dnia.
Potem opowiada dalszy ciąg tego nie-bajkowego zamążpójścia.
- Najpierw nie przyjechała dorożka. W tamtych czasach oddzielnie brało się ślub cywilny i kościelny. Nasza wieś podlegała pod urząd w miejscowości oddalonej o kilka kilometrów, nie było szans, żeby dotrzeć tam piechotą. Kiedy zrozumieliśmy, że najwyraźniej dorożkarz o nas zapomniał, chcieliśmy dzwonić pod taksówkę, ale - nie uwierzysz! - tego dnia była awaria prądu, komórek przecież nie było, więc nie mieliśmy z czego i skąd zadzwonić. Nie wspominając o lodówkach i zamrażarkach, które miały uchować mięso od tego upału.

Przytomnością umysłu wykazał się przyszły szwagier panny młodej. Zatrzymał przypadkowego motocyklistę, pożyczył od niego motor i pognał do sąsiedniego miasteczka na postój taksówek.

- Wpadliśmy do urzędu spóźnieni dobrą godzinę. To była sobota, urzędniczka, sądząc, że się nas nie doczeka, zamierzała właśnie zamknąć urząd i złapać ostatni tego dnia autobus do domu. Zdążyliśmy, ale pamiętam, że byłam strasznie zdenerwowana, a potem naszą urzędniczkę zabraliśmy ze sobą, bo nie miałaby jak wrócić z pracy.

Z prawnego punktu widzenia byli już małżeństwem. Pozostało im czekanie na błogosławieństwo księdza.

- Na plebanii okazało się, że mój obecny i jednocześnie niedoszły mąż nie przywiózł ze swojej parafii wymaganego zaświadczenia o tym, że jest kawalerem. Ksiądz poprosił jego rodziców o zaprzysięganie, że ich syn nigdy wcześniej nie był żonaty, ale tu z kolei pojawił się problem, bo rodzice przyjechali... bez dowodów osobistych. Myślałam, że się wścieknę!
- I co zrobiliście? - pytam.
- Moi rodzice przysięgali, że jego rodzice to naprawdę jego rodzice, a ci z kolei, że ich syn nigdy nie był w związku  małżeńskim. Totalne wariactwo!

Oczyma wyobraźni zobaczyłam tę scenę na ranczerskiej parafii. I chociaż wiem, że to nie był ślub jej marzeń, niczyich marzeń, parsknęłam śmiechem.
- I co było dalej?
- Tego było tyle, że połowy już pewnie nie pamiętam. Na pewno zgubiłam przygotowane specjalnie na tę okazję klipsy. Koleżanka, która była obecna na weselu przez przypadek, bo nie zauważyła, że dostała zawiadomienie zamiast zaproszenia, z czego ostatecznie bardzo się ucieszyłam, zdjęła z uszu swoje, stwierdzając, że i tak powinnam mieć coś pożyczonego. To wszystko tak nas wytrąciło z równowagi, że jeszcze chwila, a byśmy się pokłócili - ja byłam spłakana, on wkurwiony; zaczęłam mu poprawiać muszkę, a on tak się wciekł, że jest mu za ciasno przy szyi, znasz go przecież, że zerwał tę muszkę w cholerę. Spójrz na nasze zdjęcia ślubne i zwróć uwagę na jego rozchełstaną przy szyi koszulę... Co jeszcze... Nowa świadkowa, znasz ciotkę E, tak długo się mizdrzyła, że spóźniła się do kościoła. Już szliśmy do ołtarza, ja obmyślając, kogo by tu z łapanki na świadka przygarnąć, kiedy ciotka zjawiła się w drzwiach. Z mokrymi włosami, bo jeszcze jej czasu zabrakło! Kurwa mać, co to był za ślub! Ach, a potem jeszcze chleb z piekarni nie dojechał na czas i mama martwiła się, że nie będzie ani kromki chleba. A tu sześćdziesięciu ludzi do nakarmienia!
- Matkobosko, jak w jakimś kiepskim filmie!
- Od lat powtarzam, że niebo mnie ostrzegało, że czeka mnie wyboista droga. Nawet moja mama, oaza spokoju, w końcu się wściekła na to wszystko i powiedziała: "Córka, jak ty masz mieć całe życie takie, jak ten ślub, to pieprznij to wszystko w cholerę!"
- A chciałaś pieprznąć?
- Nawet nie zdążyłam o tym pomyśleć, nie było czasu, byłam cała w nerwach i za dużo się działo - Mamuśka mruga do mnie porozumiewawczo. - Poza tym wesele było cudowne, pomimo faktu, że nasz fotograf, znajomy, zamiast fotografować nas, przez całą noc biegał z aparatem za moją koleżanką, którą wciąż podrywał. Dlatego na pamiątkę tego dnia mam całe dwa, w dodatku średnio ciekawe zdjęcia z imprezy. Taaaak. To był ślub!

Jesuuuuu, jak dobrze, że nie pieprznęła!  Zresztą, Inżynier ma swoją osobistą teorię w kwestii mniejszych i większych piorunów towarzyszących Mamuśce i Ojcu Dyrektorowi przez ostatnich czterdzieści lat.
- Mogą sobie gadać, co chcą, a ja wiem, że szaleją za sobą - powiedział kiedyś.
Co więcej, Gwiazda zgadza się z tą szaleńczą hipotezą.
Ja natomiast wiem jedno -
- Mamuśko, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że gdybyś wtedy zdezerterowała, nie byłoby nas tutaj? Mnie ani Jusi nie byłoby w ogóle. Inżynier żyłby sobie spokojnie nie mając pojęcia o swoim alternatywnym życiu, a Fruzia... Fruzia miałaby innych rodziców!
Nagle wybucham śmiechem.
- Bez was nie byłoby mnie, Wielkiego Brata, Diabła i Jusi, ale moje nieistnienie nie wpłynęłoby prawdopodobnie w ogóle na fakt istnienia Fruzi.

Jak dobrze, że nie pieprznęła.

(...)

Dwie godziny później.

Mamuśka patrzy na mnie zawadiacko i mówi:
- A ty wiesz, że on mi "Dla Elizy" zagrał w kościele?

On. Niedoszły narzeczony. Ale pssst! Wy nic nie wiecie!

You Might Also Like

6 komentarze

  1. Toż to gotowy scenariusz filmowy z nutka tajemniczości z tym niedoszlym narzeczonym ;-)))). Ta Wasza Mamuśka;-)))):-)))).A propo zdjęć my mamy kilkanaście zdjęć Kolegi Małżonka chyba się naszej dziewczynie od fotek spodobał a że wyszło tak że przyszedł bez swojej żony no to korzystała;-).

    OdpowiedzUsuń
  2. Ps a jeśli chodzi o tę muszkę Twego Taty to jakbym swego Męża i Synka widziała jejku Oni zawsze dusi mnie ten szalik/muszka/krawat zależy od okazji obłęd 😉.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fruzia to dopiero trafila!!!
    Ustrzelic taka rodzine????????
    Dawaj jej kupony lotto do typowania numerow:)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Slub stulecia po prostu! Ale sie usmialam!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. OMG!!!! To dopiero wspomnienia;-)
    Ale stresu nie zazdroszczę;-0
    Rodzinka nietuzinkowa. A Ty masz talent do opisywania i wyłapywania tych "perełek". Czytało się wyśmienicie! No i uśmiałam się ;-0

    OdpowiedzUsuń
  6. To już nawet nie ślub stulecia ale i tysiąclecia :) Masz tak nietuzinkową rodzinkę, że ślub nie mógł byćtak po prostu standardowy, więć co się dziwić! Szkoda, że nikt tego nie nagrał, bo to gotowy materiał na komedio-dramat ;)

    OdpowiedzUsuń