O tym, kto liczy (i na co)

W piątek mówiłam jej, że jeszcze tylko pięć nocy.
- Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć i już będą - tłumaczyłam.
- One, two, three, four, five - powtarzała za mną Fruzia.
- Tak, pięć.
W niedzielę wyjaśniłam, że już tylko one, two, three i...
- Wooow! - Tasmanowi zaokrągliły się oczy.
Niewiele z tego rozumiała, ale uwielbia liczyć, a na Babę i resztę gangu czeka już od tygodni, więc na pewno zrobiłam na niej wrażenie.
- A kto do ciebie przyjedzie?
- Baba, Dziadzia, Usia - wyrecytowała Fruziak.
W poniedziałek wyszła z przedszkola, rozejrzała się i rzuciła pytająco:
- Baba?
- Jeszcze dwie noce, spokojnie. One, two i będą.
- One, two - uspokoiła się.
Dzisiaj rano Inżynier zapytał, kiedy wreszcie ta Baba przyjeżdża, bo ileż można odliczać!
- One, two, three, four, five... - zaczęła młoda.
- Coś ci się pomyliło - sprostowałam. - Jedna noc do przyjazdu Dziadków, a pięć tygodni będziesz z Usią. Pamiętasz?

I ja już sama nie wiem, czy to takie nietypowe ćwiczenia przed Early Permanence, czy raczej przygotowanie na życie z Fruzią za ponad dekadę, ale wygląda na to, że zostaniemy tymczasową rodziną zastępczą dla Gwiazdy vel Usi. Wielki Brat już roni łzy, choć nie ma nikogo, kogo mógłby obwinić za rozłąkę z córką, bo sam wymyślił ten turnus językowy. Kazał też Inżynierowi kupować strzelbę i stawiać zasieki wokół domu, ale my mamy swój własny, niecny plan, a odległość od Polandii działa na naszą korzyść. Na nic łzy Wielkich.

My po prostu adoptujemy Usię.

Jeśli więc przez chwilę nie będę się odzywać, nie martwcie się i pozostańcie czujni. Proces adopcyjny pochłania naprawdę mnóstwo czasu.

O pierwszym do Pierwszych

Do pierwszego zabierałam się jak labrador do jeża. W ten weekend muszę go napisać, obiecywałam sobie. Trzy weekendy później, natchniona zapewne jakąś motywacyjną przemową kołcza od przysposobienie do życia w rodzinie, rozpisywałam cele na kolejny miesiąc - 1. posadzić tyłek i napisać wreszcie list (trzy wykrzykniki i lekarski dopisek 'pilne!') Mówiłam też na głos, na tyle głośno, żeby on słyszał; wiadomo, że publiczna deklaracja, choćby publika miała ograniczać się jedynie do Męża Osobistego, bardziej zobowiązuje. (Nie w tym przypadku, jak się szybko okazało.) Potem, tonem Mamuśki, karcąco (przy zmarszczonych przed lustrem brwiach)- weźże, do cholery, napisz ten list!

Myliłby się ten, kto posądziłby mnie o wątpliwości natury emocjonalnej. Że wewnętrzna walka, że to zbyt trudne, że niepotrzebne, że może jednak jakiś nieuświadomiony lub głęboko skrywany na dnie duszy uraz. Że może ja tak naprawdę nie chcę i wynajduję sobie tysiąc wymówek, żeby uniknąć konieczności powrotu do jej dawnego życia, choćby tylko na czas pisania listu i jedynie w myślach. Nie, to nie to. Razem z Fruzią przyszła akceptacja wszystkiego, co było przed i wszystkiego, co później, a co jeszcze tak bardzo nieznane. A obok nich zawsze stoi wdzięczność. Więc nie, to nie to. Żadne z nas nie ma problemu z tym, żeby od czasu do czasu podzielić się z Pierwszymi małym kawałkiem tego, co u niej. Kawałkiem? Kroplą zaledwie. Kropelką w ocenia wydarzeń, zachwytów, wzlotów i upadków.

Rozumiemy i akceptujemy powody, dla których raz w roku dobrowolnie zobowiązaliśmy się pisać list do Pierwszych Rodziców. Chcemy w tym wytrwać dla swoich własnych - i nakreślonych trochę w jej imieniu - powodów.

Mój problem - bo to ja w tej rodzinie piszę, pamiętacie? - był wtedy bardzo prozaiczny.

Ja po prostu nigdy nie pisałam listu do kogoś, kto jest nam tak bardzo bliski, a jednocześnie tak piekielnie obcy. Do kogoś, z kim nigdy nie zamieniliśmy słowa, a komu zawdzięczamy drugie, lepsze życie. Nigdy też nie pisałam listu, który podlega cenzurze. To cenzura decyduje, czy zmieścił się w szablonie, w którym nie ma miejsca na innowacje i wzruszenia. Szablon jest przejrzysty, czytelny i całkowicie uzasadniony. Żadnych wyznań, czułych słówek, danych umożliwiających identyfikację, krótko, informacyjnie i grzecznie. Po angielsku. A przecież ze mnie anglistka od siedemnastu boleści i mentalnie to ja po drugiej stronie Kanału byłam i będę do ostatniej litery, którą zdołam w tym życiu wystukać na klawiaturze. I choć wiele się już nauczyłam, trudno było mi utrzymać się w ryzach. Napisać, że zrobiła to i to, a potem urosła, je ładnie i zaczęła raczkować, och, do następnego spisania! Jak Bóg, Karma, ten blog i Wy mi świadkiem - nie umiem pisać w ten sposób.

Rozum jednak w końcu wziął górę nad urojonymi wymówkami. Usiadłam. Napisałam. Czyli jednak potrafię! Po dwudziestu minutach wstałam od stołu i przeczytałam list Inżynierowi. Ten popatrzył na mnie i oznajmił, że gdyby nigdy wcześniej nie miał okazji przeczytać choćby kawałka moich zapisków, na podstawie tego listu uznałby, że z przytupem oblałam maturę z obu narzeczy. (Jednak nie potrafię.)

Taki to był ten pierwszy list do Pierwszych. Dziwny.

Jak pewnie wiele innych pierwszych razów w życiu. Choć przecież bez tych pierwszych, jakiekolwiek by one nie były, nie ma kolejnych. Lepszych.

Mimo wszystko to dobrze, że je piszemy. Nie wiem, czy ktoś w ogóle na nie czeka, czy ktoś je czyta. Że myśli, chcąc lub nie - w to nie wątpię. Więc to dobrze, że piszemy i że idzie nam coraz lepiej.

Może są, a może kiedyś będą, ukojeniem. Dla kogoś.

O tym, że wiek to pojęcie względne

Nakręcona kolejnymi urodzinami, śpiewa pod nosem "Happy birthday".
- Fruziu, a ty wiesz w ogóle, ile Ajka ma lat? - pyta Inżynier.
Młoda myśli. Myśli, myśli, marszczy czoło, spina się, w końcu wypala radośnie:
- Yes. One o'clock!

Jakbym słyszała Lucasów.

Fruzia - odsłona trzecia i jedna dwunasta

Szóstego dnia w pre-school dała mi buziaka i spokojnie usiadła przy stoliku, gotowa do śniadania. Serce matki fiknęło radosnego koziołka, ale  przezornie nie przedłużałam chwili szczęścia. Szybko odwróciłam się na pięcie i skierowałam w stronę drzwi.
- Mummyyyyy! - dobiegło mnie raptem dramatyczne wołanie.
O nie!, pomyślałam. Byłam pewna, że Fruzia nagle przypomniała sobie, że jednak nie lubi pre-school. Serce znów wywinęło kozła, tym razem z niepokoju. Odwróciłam się. Tasman pędziła w moim kierunku z szeroko rozpostartymi ramionami.
- Cuddle! - krzyknęła.
Przytuliłam ją mocno, bardzo mocno.
A ona odkleiła się ode mnie, dała mi buziaka, po czym pomachała i wróciła do stolika.

Pogodziła się z pre-school i jednak trochę lubi Wendy. Kiedy ma gorszy dzień, czasem jeszcze zapłacze, pociągnie mnie za rękaw, żebym została, ale nie ma już w tym początkowego dramatyzmu. Dwa dni temu uderzyła w płacz, kiedy ją odbierałam, bo przyszłam za wcześnie, a ona tak dobrze się bawiła. Odkryła też, że - jak na wodniczkę przystało - w pre-school może kontynuować swoją misję zbawiania świata. Smoczków wkładanych do bejbikowych buzi już co prawda nie ma, ale są świeżo upieczeni pre-schoolerzy, jeszcze świeżsi niż ona sama, których można pocieszać. Fruzia otacza takiego niepewnego delikwenta opiekuńczymi ramionami i przekonuje, że 'no cry, no cry', bo przecież tu też jest fajnie, a poza tym ona sama też przez to przeszła ('me no cry') i jakoś żyje. Matka też.

Wczoraj rano na pytanie, co będzie robić w przedszkolu, odpowiedziała, że nothing, choć wiedziałam, że mocno mija się z prawdą. Przedszkolny staff donosi bowiem, że Fruzia świetnie sprawdza się we... wszystkim. Wszystko ją interesuje, wszystkiego chce spróbować, weźmie udział w każdym ćwiczeniu i zaproponowanej zabawie. Oprócz hałasu, trudno powiedzieć, czego dziecię nie lubi. Zafisksowała się na punkcie piosenek ruchowych, dzięki czemu wędrujemy teraz całą rodziną po domu w rytm Sticky Kids, zadzierając wysoko kolana do marszu albo galopując po sypialni jak konie na westernie, co najlepiej wychodzi niemającemu pojęcia o tym, że się bawimy, Rudolfowi. Wczuwa się w roleplay. Fruzia, nie Rudolf. Kiedy ktoś rzucił hasło, że idziemy do pracy, Fruzia z miną weterana angielskich biurowców wędrowała po sali, jednym ramieniem podtrzymując pod pachą Ważne Dokumenty, a drugą ręką telefon przy uchu, perorując z kimś zapewne równie ważnym w obu narzeczach naraz. Ze scenkami w szpitalu też nie miała problemu, wszak doświadczenie w tej kwestii posiada niebagatelne, międzynarodowe można by rzec. Wszystkie jej bobasy regularnie doznają kontuzji, zawsze w okolicach łuku brwiowego. Fruzia dzielnie je opatruje, a sanitariusze tylko zapełniają szuflady nowymi plastrami. Któregoś dnia z rozpędu okleiła również Rudolfa. On chyba jako jedyny w rodzinie nie krwawił z czoła, a z ogona, i nie otrzymał od siostry Fruzi różowego plastra, a naklejki w białe kotki, ale może tak to wygląda w Rudolfowych szpitalach. Jestem pewna, że Fruzia wie, co robi.

Przedszkole wyciąga z niej jeszcze więcej drzemiącego w niej tutejszego narzecza, ale, paradoksalnie, również więcej języka ojców. Wciąż preferuje ten pierwszy, oznajmiając podczas rozmowy na skypie, że "misiu, baba" (- Co to znaczy? - pyta Mamuśka. - Że za tobą tęskni. - Ja też misiu - odpowiada uradowana Babcia.), podczas zabawy krzyczy "open siap!", żeby otworzyć jej klockową bramę, a jeśli kogoś nie ma w przedszkolu, to na pewno był "poorly". Czasem skarży, że "Rudolf pushed me!", a na widok pokrytego szronem auta oznajmia ze smutkiem, że "cold car" dzisiaj mamy. Tworzy swoje własne mieszanki językowe. Jeśli rozmawiała już z jedną babcią, o drugą upomni się całkiem logicznie:
- More baba, mummy!
 Albo poprosi:
- Daddy, chodź here.

Ale coraz chętniej eksperymentuje z polskim.

Zapytana, dokąd idzie, dokleja polską końcówkę:
- Pub-u.
... choć nie odkleja jej potem wcale...
- A gdzie byłaś wczoraj, Fruziu?
- Pub-u.

- Mummy, you herbe - oświadczyła w najbardziej mroźny poranek tej zimy.
Przyniosła mi letnią herbatę w najcięższym kubku, jaki mamy na stanie Piątej, dumna i blada. A potem poszła z tatą na "sieg" lepić "bałana".
Nie unika też trudniejszych słów.
- Daddy, szagi! - zaczęła się domagać któregoś dnia na wieść o tym, że w drodze z pracy Inżynier zrobi zakupy.
- Co, kochanie?
- Szagi, daddy, szagi!
Spojrzeliśmy po sobie.
- Shaggy? - zaczęłam niepewnie, zastanawiając się po cichu, skąd u Fruzi takie upodobania muzyczne.
- Yeah, szagi! - wykrzyknęła radośnie Fruzia.
Po czym uzupełniła:
- Ajo, heart, szagi!
Aaaaaaa.
No jasne, żelki. Te z jajkiem i sercem w zestawie.
Aktualnie - szegi.

Choć szegi to i tak nic. Konia z rzędem dla tego, który złapie fonetyczną różnicę pomiędzy tasmańskimi book i buk. A różnica to istotna, bo albo chodzi o czytanie, albo o bułkę z masłem. Rozumiecie Państwo - ja o niebie, ona o chlebie.

Dużo wie o anatomii, rozumiejąc, że "mummy pempek, daddy pempek", ale "Rudolf, Bimbo i Siajder no pempek". "Cyki" na pewno ma ona i mama, tata i sierściuch niekoniecznie, choć doprawdy nie wiem, jaką aktualnie widzi w tej kwestii rozbieżność między sobą a Inżynierem. Bo że między nią a mną nie ma prawie żadnej, to przecież jasne.

Wracając z przedszkola to ona wybiera trasę do domu.
-Tenty chodź - oświadcza matce i sierściuchowi ujadającemu pod płotem.
Albo:
- Tantenty.
Tenty i tantenty to najczęściej ta sama trasa zahaczająca o starą budkę telefoniczną. Fruzia koniecznie musi do niej wejść, ja muszę podnieść ją do góry, wówczas Fruzia wystukuje stosowny numer i wrzeszczy do słuchawki na jednym wdechu:
- Hello-baba-you-ok-bye!
I bach słuchawką na widełki.
Lub:
- Hello-santa-you-ok-bye!
Bach.
Tak, kochani. Niby to marzec, a my wciąż w grudniu. A może raczej już?

W drodze do domu nie tylko Rudolf zalicza płoty. Fruzia ma swoje dwa ulubione. Bezpardonowo włazi sąsiadom do ogródków i z drugiej strony siatki lub muru dokonuje magicznej przemiany w Tasmana Sklepowego.
- Hello, ice cream? - pyta z uprzejmym, angielskim uśmiechem.
- Tak, poproszę lody.
Fruzia robi smutną minę.
- Hajo no ice cream.
I dodaje szybko:
- Banana?
- Ok, niech będzie banan, jeśli jest.
- Yes - uśmiecha się promiennie Fruzia.
Po czym za chwilę rozkłada ręce w geście bezradności:
- Hajo no banana. Pizza?
Jakimś cudem zawsze trafiam do tasmańskiego sklepu wtedy, kiedy na półce już tylko ocet. Tfu, pizza. Albo strawberries. Zależnie od dnia.

Jej przyjaciółką numer jeden jest Grace, zaraz po niej - Peppa Pig. Samą siebie nazywa czasem Suzie Sheep, więc wszystko się zgadza. Peppa pomaga nam przetrwać trudne chwile (- Musisz umyć zęby, Fruziu, bo inaczej zrobią się dziury. Pamiętasz, jak Peppa i George byli u dentysty i mieli piękne ząbki, bo je MYLI??? - pytam, angażując resztki cierpliwości do Fruziaka, który aktualnie nie znosi żadnej pasty do zębów.), czasem dostarcza rozrywki (- Muddy puddles, jump!), a czasem animowanej lekcji brytyjskiej ogłady (- Oh... - mówi rozczarowana Fruzia głosem i tonem rozczarowanej Peppy). Już nigdy nie będę mogła powiedzieć Fruzi, skąd biorą się schabowe, które tak uwielbia Dziadek Dyrektor.

Od niedawna bardzo interesuje się swoimi albumami z okresu niemowlęctwa. Na widok zdjęcia inkubatora, w którym leży - a ledwie ją w nim widać - cieszy się jak szalona. Najbardziej jednak uwielbia zdjęcia z Harrym Fostersem (- Harry, mummy, look!), który bardzo zżył się z Fruzią przez tych kilka miesięcy ich wspólnego mieszkania. Ta więź chyba nie zniknęła, pomimo tego, że z Harrym widzą się jedynie raz, dwa razy do roku, a w wieku Fruzi podobno tak szybko się zapomina. Najwyraźniej nie to, co ważne. Opowiadamy jej o Fostersach, o pierwszym domu, o dniu, w którym mama i tata przyjechali zabrać ją do Piątej Chatki, o psie, który nie był Rudolfem, choć na zdjęciach wyglądają tak podobnie, opowiadamy o tym, kto i dlaczego...

A ona przyjmuje to z całą swą dziecięcą prostotą i naturalnością. Wie przecież, że to wszystko jest piękne, bo przecież ją kochamy...
- Fruziu, a jak cię kocha mama i tata? Najmocniej w ... - pytam ją każdego dnia, zawieszając głos w tym samym momencie.
- Mosie - odpowiada młodzież.

I szczerzy się do świata jak wariatka.

Prawda, Fruziaku. Najmocniej w kosmosie.

O tym, że czasem lepiej się nie przywiązywać

Z okazji rubinowej rocznicy ślubu Mamuśka i Ojciec Dyrektora otrzymali ode mnie niewielką kronikę, którą Mamuśka, jak sama twierdzi, czytała z wypiekami na twarzy. "40 opowieści", czego można się domyślić, traktowało głównie o nich, choć nie tylko. W scenkach, żywcem wyjętych z moich internetowych monologów, pojawiła się większość bohaterów, o których Wy też regularnie czytacie. Do książki załączone były również "Listy do Skrzata", bo coś mi mówiło, że Mamuśka bardzo je doceni.

Mama kilka razy zaglądała do moich internetowych opowieści. Kiedyś nie mogła ze mną rozmawiać, bo "właśnie czytam twojego bloga, musiałam nawet laptopa zabrać do łazienki, bo nie mogłam się oderwać." Innym razem zadzwoniła tylko po to, żeby powiedzieć mi, że jeden z moich wpisów nie pozwolił jej w nocy spać. To wszystko jednak były szczęśliwe trafy, bo Mamuśka Moja, pomimo wielokrotnie udzielanych instrukcji, zupełnie nie odnajduje się w blogosferze i zupełnie nie odnajduje bloga. Bo zgubiła link, bo ma link, ale nie umie przewinąć strony... Sami wiecie, jak to jest z tymi naszymi mamami. Jeśli więc Rodzicielce dopisało szczęście ("znalazłam, nie wiem jak, ale znalazłam!"), to czytała jednym tchem, a potem przez pół roku, rok, nie czytała nic. Zresztą, nie jestem pewna, czy nie umarłaby z nudów jako regularny czytelnik i bohater w jednym.

Wreszcie po rubinowym party nie musiała szukać linku ani przewijać strony na ekranie, po prostu usiadła i przewracała tradycyjne, papierowe kartki. A recenzja, którą otrzymałam wtedy od Rodziców, sprawiła, ze poczułam się tak, jakbym naprawdę wydała swoją własną, długo oczekiwaną książkę.

Widzicie, to mi uzmysłowiło, że tak naprawdę nie muszę być pełnoetatową pisarką, o czym kiedyś marzyłam, żeby pisać. Po pierwsze, tak naprawdę nie umiem napisać nic oprócz tego, co tworzę tutaj. Po drugie, choć to bez związku, ja nawet nie jestem pewna, czy można mnie nazwać blogerką. Owszem, prowadzę bloga, ale bloga w totalnie starym stylu. To bardziej pamiętnik, kronika niż cokolwiek innego, jakieś scenki, wspomnienia, próba zatrzymania chwili na trochę dłużej niż to możliwe w wielowymiarowym świecie. Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło, zapewne z jakiejś wielopokoleniowej mieszanki genów, bo w mojej rodzinie nikt nigdy nic regularnie nie pisał. Handziuk ma talent, to prawda, ona jedyna w klanie ze strony Mamuśki, ale oprócz fantastycznych poematów okolicznościowych, które tworzy okazyjnie, oraz pracy jako lokalny korepetytor w zakresach pisaniach prac wszelakich - ona też nie pisze. (Prawdopodobnie na te słowa chętnie zdzieliłaby mnie przez łeb i dodała, że rzyga już literami. Ja chętnie zdzieliłabym ją przez łeb za marnowanie talentu.) Mam też mgliste wspomnienie wujka od strony Ojca Dyrektora, który czasem przysyłał życzenia w formie pięknych wierszy swojego autorstwa. Więc tylko oni mogliby, ale tylko ja to robię.

Naprawdę nie wiem, skąd ta potrzeba budowania opowieści, ale uwielbiam to. Te chwile spędzone sam na sam z monitorem i to, że to wciąż przyjemność, już tyle lat. Prawie dziewięć. Mój pierwszy blog jest trochę tylko młodszy od bloga Brytusi, a moje pierwsze pamiętniki, które Mamuśka skrupulatnie przechowuje w Rodzinnym Drapaczu Chmur, za każdym razem zaklinając - "przysięgam, że nigdy nie przeczytałam nawet jednego słowa", sięgają 1989 roku. Kawał życia zamkniętego w słowach. Po co, dla kogo - nie wiem. Dziś myślę, że może tylko i wyłącznie dla siebie, choć fakt, że ta opowieść sięga tak daleko wstecz, kiedyś może okazać się dla Fruzi bardzo pomocny w kwestii budowania własnej tożsamości.

Może, ale wcale nie musi.

To chyba zresztą nie jest aż tak ważne, wszak pisać będę, a jeśli nieliczne druki kiedyś spłoną lub internet eksploduje od nadmiaru przechowywanych w nim informacji, to płakać będę tylko ja. To niesamowite, jak zżyłam się z literami i jak bardzo w największym chaosie życia czuję potrzebę uporządkowania przeszłości i teraźniejszości, połączenia ich w jakąś jedną, sensowną całość. Całość, która mnie samą upewni, że warto. Co? Wszystko.

I dlatego zastanawiam się, co dalej i gdzie. Czy wrócić pod stary adres, do miejsca podlewanego raz na pół roku, ot tyle tylko, aby nie uschło zupełnie; czy może zamknąć się tutaj, kontynuując to, co zaczęłam ponad dwa lata temu i nie wprowadzając zbędnego zamieszania z adresami. Taki przez chwilę był mój plan. A potem zerknęłam w statystyki i oniemiałam, kiedy okazało się, że posty z zakurzonego, adopcyjnego cyklu, są najczęściej czytanymi postami ever. Jeden szczególnie. Ten. Jest Was więcej niż myślałam, Was, zainteresowanych tym, jak zacząć, choć żałuję, że odzywacie się tak rzadko. Jeśli zamknę ten blog, zamknie się i cykl. Jeśli Od środka pozostanie otwarte i wrócę do poprzedniego miejsca, wiem, że myśl o czymś wiszącym w przestrzeni, niedokończonym, kurzącym się, w co aktualnie wkładam przecież duży kawałek siebie, będzie mnie nawiedzać. Prowadzenie dwóch blogów chyba przyprawiłoby mnie o rozdwojenie jaźni. Powrót tylko do papieru nie wchodzi w rachubę, bo tęskniłabym do tych krótkich rozmów z Wami w komentarzach.

Kusi mnie też idea blogowania przez kolejne 50 lat i otrzymania statuetki najbardziej upartego oldschoolowego blogera na planecie.

Więc jeszcze nie wiem, ale jeśli jesteś tu nowy - lepiej nie przywiązuj się do nas ;-)

O porannych mityngach

Inżynier stoi w przedpokoju i zaczyna wkładać buty. Dla Fruzi to znak, że tata zaraz wyjdzie do pracy.
- Hop! - krzyczy do mnie Tasman, niecierpliwie podnosząc do góry ręce.
Cała jest w emocjach, jak to ona. Podnoszę ją więc i razem podchodzimy do Inżyniera.
- Jeszcze kurtka, Fruziu, spokojnie - śmieje się on, bo zna to aż za dobrze.
- Czy tata kiedykolwiek wyszedł bez buziaka na pożegnanie? - pytam retorycznie, jak co dzień.
Fruzia nie słucha. Już składa usta w ciup, już się przechyla do przodu, żeby soczyście ucałować tatę. Potem bacznie spogląda na nas.
Czasem się z nią droczymy, udając, że zapomnieliśmy. Wtedy wkracza ona, ponaglając:
- Mummy, daddy [odgłos cmokania].
Śmiejemy się, dajemy sobie z Inżynierem całusa.

Ale najfajniejsze następuje dopiero teraz.

- Cuddle! - zarządza uroczyście Fruzia.
Jak na komendę zamykamy Fruzię we wspólnym uścisku. Trwamy tak trzy, cztery, pięć sekund, objęci ramionami w tym rodzinnym kręgu, głowy lekko pochylone w dół, w milczeniu, jakby pogrążeni w modlitwie. (No dobra, czasem rechoczemy w kurtkę Inżyniera.)
- Czuję się jak na jakiejś oazie - powiedziałam któregoś dnia. - Albo na mityngach anonimowych alkoholików z amerykańskich filmów.
On wybuchnął śmiechem.
- Ale to ustawia człowiekowi cały dzień, no nie?

To Fruzia zarządza też koniec duchowego połączenia. Odrywa się od nas, wskazuje na okno i wrzeszczy:
- Daddy!
Znak, że teraz trzeba pomachać tacie w oknie na do widzenia.

Kolejny rytuał odprawiony.

O upadkach i o tym, że po nich wcale nie śpi się dłużej

Mój najbardziej spektakularny upadek zaliczyłam podczas  - nazwijmy to ładnie - celebrowania mojej magisterki. Upadku dokonałam w towarzystwie równie znieczulonej Megi i to było bardzo wesołe. I wdzięczne byłyśmy opatrzności, że nas tak znieczuliła, bo taki lot z niewykończonego, wysokiego tarasu  mógł się różnie skończyć. A skończył się jedynie zasikanymi ze śmiechu spodniami. Moimi, żeby nie było. Pamiętam też, jak zjechałam kiedyś wraz z ławką, o którą się oparłam, na podłogę w klasie. Może nie wspominałabym tego dzisiaj z taką czułością, gdyby nie fakt, że dokonałam tego nie jako uczennica, ale nauczycielka. Zresztą, pedagodzy mają jakiś szczególny dar do upadania. Moja polonistka z liceum, dostojna i wytworna dama, która samą swoją obecnością zmuszała nas do ściszania głosu, któregoś dnia po prostu klapnęła na tyłek na szkolnym korytarzu. Nikt nie ośmielił się zaśmiać, a i pani profesor nie pisnęła ani słowa. Wstała, poprawiła spódnicę i poszła dalej. Kocurowy dyrektor z ogólniaka wywalił orła, rozkładając się jak długi pomiędzy rzędami ławek podczas matury pisemnej. A Janina zleciała z podestu podczas wykładu o czymś dla mnie zupełnie niepojętym, co ona uważa za totalnie ekscytujące. Tak że rozumiecie. Ludzie upadają i czasem to jest nawet fajne. Szczególnie dla obserwatorów.

Fruzi upadek nie był ani spektakularny, ani śmieszny, bo z małymi ludźmi to zwykle jest tak, że ich bliskie spotkania z podłożem kończą się płaczem, plastrami i drżeniem komór serca u opiekunów. Co ciekawe, ten upadek wyglądał dokładnie tak jak jeden z wielu, które Tasman zdążyła już zaliczyć w swoim życiu, a nawet w tym chwilowym mieszkaniu. Szła umyć zęby, w ręku trzymała szczoteczkę z Peppą, poślizgnęła się na podłodze, przewróciła i uderzyła głową w bok łóżka. A następnie w płacz przemieszany z krzykiem. Podniosłam ją w następnej sekundzie, spodziewając się jakiegoś śladu, może rosnącego guza, choć na pewno nie krwi, ale kiedy spojrzałam na jej czoło, zobaczyłam dziurę. Tak to właśnie wciąż wygląda w mojej pamięci. I może przypisałabym sobie ten obrazek nadmiernie rozemocjonowanej wyobraźni, gdyby nie Inżynier, który leżał wtedy na łóżku, i który twierdzi, że w tym samym momencie, wtedy, kiedy podniosłam ją do góry, on zobaczył dokładnie to samo. Zakrwawioną dziurę w miejscu łuku brwiowego Fruzi.

Szkoda, że w takich momentów nie można przewinąć do przodu. Zobaczyć, że wszystko ostatecznie kończy się dobrze, uzmysłowić sobie, że wypadki się zdarzają, i w sumie - żeby tylko takie. Pośmiać się z ulgą, zobaczyć gojący się strupek, uzyskać pewność, że żaden krwotok, żadne wstrząśnienie, ani nic co bezpośrednio zagroziło życiu. Problem w tym, że tak się nie da, a ty musisz przeżyć ten moment i jeszcze kilkadziesiąt następnych, zanim w ogóle zaczniesz odzyskiwać oddech.

- Ona ma dziurę - krzyknęłam do Inżyniera, bo choć wiedziałam, że on tam leży, kilkanaście centymetrów od nas, nie byłam pewna, czy widzi. - Weź ją!
On bez słowa przejął krzyczącego Fruziaka, ja pobiegłam do kuchni. Oboje myśleliśmy wtedy o tym samym - jak my, do cholery, zatamujemy tę krew? Przy obrazku, który ukazał się naszym oczom, spodziewaliśmy się kałuży tej krwi.
W kuchni panował niesamowity syf, bo właścicielka mieszkania taki miała w nim permanentny design, więc najpierw pomyślałam, że, kurwa jasna, ja tu nie znajdę nic czystego. W ostatniej chwili mój wzrok padł na rolkę papierowego, kuchennego ręcznika, który zaczęłam szarpać z dziką furią, modląc się, żeby to wystarczyło. Jeszcze dziś widzę ten rozwijający się i ciągnący za mną ręcznik, bo w tym stresie biegłam już z powrotem, zanim oderwałam sporą jego część od reszty rolki. Zwinęłam go w coś, co udawało kulkę, po drodze zmoczyłam zimną wodą w łazience (czemu tak wolno, szybciej, szybciej!), a potem rzuciłam go Inżynierowi pochylonemu nad Fruzią, usiłującemu choć trochę ją uspokoić, i krzyknęłam, że dzwonię po ambulans.

Nie widziałam, jak wyglądało tamowanie krwi. Pamiętam tylko czerwony, papierowy tobołek ciśnięty przez Inżyniera w róg sypialni. Podzieliliśmy się zadaniami jakoś intuicyjnie, choć zawsze wydawało mi się, że w takiej chwili nie byłabym w stanie odejść od dziecka nawet na centymetr. Z tyłu głowy kołatała mi jednak myśl, że on zrobi to lepiej, a tymczasem ja wezwę pomoc. Żadne z nas nie pomyślało w tamtej chwili, że trzeba raczej brać taksówkę i jechać do szpitala, bo zwyczajnie w tym szoku nie wiedzieliśmy, jak poważna jest jej kontuzja. To w końcu głowa, dziecko, NASZE dziecko, krew...

Wiecie, po co o tym piszę? Bo wtedy, nie wiem dokładnie, w którym momencie, ale gdzieś pomiędzy tym wszystkim przemknęły mi przed oczami wszystkie obrazy takich upadających Fruziaków z naszego bliskiego otoczenia. Zosia, która dwa razy zleciała ze schodów i naprawdę trzeba było wzywać ambulans, mój mini Wielki Brat, który rozwalił sobie głowę, a Mamuśka zobaczyła go wracającego z podwórka zalanego krwią, Ala, która źle oszacowała odległość, mając na nosie dziecięce okulary przeciwsłoneczne oraz te wszystkie opowieści, które znam od Was, kochane Czytaczki. Wasze dzieci też wpadają na grzejniki i inne fascynujące sprzęty. Bardzo pomogła mi świadomość, że to się zdarza i, na szczęście, zazwyczaj kończy się na krzyku i strachu. Krzyk i strach to jeszcze nie koniec świata.

Inżynier zrobił nam zdjęcie w  Hospital del Niño Jesús. Jak sam stwierdził - kiedyś będziemy się z niego śmiać. Ja to nawet już się śmieję, bo wyglądamy dość osobliwie. Ta w płaszczu i kozakach narzuconych na kolorowe getry i bluzę od piżamy, z rozmazanym makijażem, to ja. Ta mniejsza ze strużką zaschniętej krwi na policzku, z wielkim plastrem na czole, w piżamie, kurtce i adidasach, z niewyraźną miną, to główna bohaterka wieczoru. Smutna, choć przecież na hasło, że obejrzy ją lekarz, dziecię bardzo się ożywiło i podekscytowało.
- Doctor, ała! - oznajmiła.
- Tak, pan doktor opatrzy ci ała.
Pozwoliła mu zajrzeć pod plaster i wyraźnie spodobała jej się diagnoza, która brzmiała 'oh la la, we need a surgeon'.
- U la la, more doctor - spuentowała w poczekalni Fruzia.
More rzeczywiście oznaczało more, bo wkrótce nad Fruzią leżącą na kozetce pochylałam się nie tylko ja, próbując śpiewać i głaskać Tasmana po głowie, co jak wiadomo nie mogło przynieść satysfakcjonujących rezultatów w tamtych okolicznościach przyrody, ale też trzech młodych lekarzy i jeden głównodowodzący, który objaśniał Inżynierowi, jako temu bardziej przytomnemu, co zamierzają w związku z Tasmanem. Bogu dzięki, że głównodowodzący mówił pięknie po angielsku. Fruzia płakała, ale jednocześnie była bardzo dzielna. Oni jej tam zaglądali do tej rany, czyścili, przymierzali opatrunki, a ona nawet ich nie kopnęła w odwecie! Ja chyba nie byłabym taka miłosierna... Jej płacz trochę zagłuszały mi też moje własne myśli, że jeśli ktoś mi tu zaraz wyjmie jakieś nici i igły, to ja pierwsza zejdę z tego świata. Na szczęście opatrzność czuwała.
- Super glue - powiedziała w końcu jedna z lekarek i świat nagle pojaśniał.
Fruzia może nie zaplanowała tego upadku, ale uderzyła o drewniany kant łóżka tak precyzyjnie, że cięcie na czole, choć głębokie, okazało się bardzo równe, bez żadnych strzępień i falbanek. Zamiast szyć Fruziaka, udało się ją posklejać.

Wróciliśmy na naszą stancję przed północą. Do pierwszej w nocy całą trójką oglądaliśmy Peppę Pig. Rano Fruzia wstała rześka jak skowronek, gotowa do podboju nowego dnia.

Jak zwykle przed siódmą.