O tym, kto bywa siaj, i że to na pewno nie Fruzia

Z dzieckiem zwiedza się inaczej. (Szok i niedowierzanie.)

 W Erze Przed Fruzią zadzierałam wysoko głowę, coby żaden czubeczek turystycznego landmarku nie umknął mej uwadze, a kiedy ją opuszczałam, lądowałam z nosem w przewodniku z pozaginanymi kartkami, z którego cytowałam Inżynierowi co ciekawsze kawałki. W Erze Fruzi wzrok mam zwykle na wysokości progenitury, aktualnie mniej więcej metr od chodnika, dzięki czemu madryckie wspomnienia nie uwzględniają żadnej kunsztownie wystrzelonej w niebo kopuły bazyliki ani muzeów, obok których być może przechodziłam, a oczy wznoszę obecnie ku górze jedynie między jednym sklepem z lizakami a drugim, żeby sprawdzić, czy to aby czasem nie ten sam Chińczyk i czy nie kręcimy się w kółko, oraz w trakcie mamrotania litanii o więcej cierpliwości (to dla nas) i pokory (to dla niej). Bo żadne, naprawdę żadne ała tego świata nie zmusi Fruzi do aplikacji rodzicielskiej (lekarz, trzeba mu oddać, nawet nie próbował) pourazowej porady 'chodź, nie biegaj', a nas nawet potrójna dawka morfiny nie uśpi na tyle, żeby przestać mantrować jak w wyjątkowo paskudnej malignie walkNOTrunNIEbiegajFRUZIUidźPOWOLIwalkNOTrunNIEbiegajFRUZIUidź... W języku naszym wspólnym i w języku Fruzi, na wypadek gdyby znów się przewróciła, a my zaczęlibyśmy zarzucać własne sumienia wyrzutami, że może trzeba było w tym drugim narzeczu, może wtedy by dotarło. Nie dotarłoby, bo to Fruzia. Lat trzy.

Zwiedziliśmy więc wszystko to, co oferowało jakiekolwiek przyzwoite widoki na wysokości metra od podłoża.

Idealny do zdjęcia Fruziakowi rodzicielskiej smyczy (to było jeszcze przed Upadkiem, co tłumaczy tę brawurę) okazał się Retiro Park z gołębiami, które Fruzia ekstatycznie goniła (znaczy - zachęcała do zabawy) i nazywała kaczkami, w dodatku bardzo nieśmiałymi kaczkami, gdyż biedne ptaszyska nie chciały dać się pogłaskać. Według Fruzi wszystko, co się rusza, a ucieka od jej przytulańców, jest siaj. (Oprócz Rudolfa, rzecz jasna, bo ten nie ucieka z nieśmiałości, a tak jakby z doświadczenia. Z doświadczenia bowiem wie, że z Fruzią różnie bywa i czasem lepiej po prostu się ewakuować. Flanca, przepiękna biała wyżlica mieszkająca na naszej stancji, też była siaj, choć jedynie w obecności Fruzi. Kiedy znikaliśmy na kilka godzin z naszej części mieszkania, Flanca nie tylko gubiła całą swoją rezerwę, ale też kompletnie nie zadawała sobie trudu ukrycia śladów zbrodni dokonanych na naszych bagietkach i naprędce skleconym, amatorskim koszu na śmieci. Najwyraźniej Flanca w prostej linii pochodzi od labradora.)
Byliśmy też w Fauni, nie wiedzieć czemu skrupulatnie ukrywanej na mapach i rozkładach jazdy przed resztą świata, po którym to przybytku Fruzia podróżowała żółtym papamobile za 11 ojro  napędzanym siłą mięśni Inżyniera. To było już po Upadku, stąd nasze głębokie przekonanie, że wszystko, co powiezie Fruzię będzie lepsze niż jej własne ciało z napędem na dwie nogi. Co kilka metrów, często bez uprzedzenia, Fruzia wyskakiwała z wozu, z ekstazą machała / przemawiała / usiłowała karmić powietrzem żywe eksponaty, po czym wracała za kółko i jechała do następnej zagrody. I tak przez kilka godzin. Nic dziwnego, że on i ona zasnęli w metrze na moim ramieniu jeszcze zanim opuściliśmy pierwszą stację w drodze powrotnej.
I oczywiście zwiedzaliśmy puby, kawiarnie oraz cukiernie, w których budowaliśmy parkingi z chińskich klocków, oglądaliśmy mecze, w tym jeden Realu Madryt rozgrywający się kilka ulic dalej, pisaliśmy wiadomości dyktowane przez Fruzię dla kawiarnianego staffu oraz pochłanialiśmy nieprzyzwoite ilości cukru, chmielu, kofeiny i tapas. Dla każdego coś miłego. Fruzia paradowała po hiszpańskiej ziemi ze swoją własną torebką, trzymaną gustownie na zgiętym łokciu i pomimo totalnych niedogodności z tym związanych, nie dała jej sobie odebrać. Miałam wrażenie, że lada moment zacznie domagać się obcasów.
Jeden jedyny raz zdarzyło nam się wejść do kościoła. To był ten jeden raz, po Upadku,  kiedy w przypływie odwagi udało mi się przenieść wzrok z Fruzi na niebo i wówczas odkryłam, że znajdujemy się u stóp klasztoru Małych Sióstr Baranka. Nie żeby coś mi to mówiło, ale uznałam, że skoro już tu jesteśmy, to wejdźmy, może uda nam się pozwiedzać. Albo przynajmniej poczuć się wznioślej. W kaplicy panowała głucha cisza. Siostry Baranka pogrążone były w modliwie, tak jak i reszta zebranych. Natychmiast poczuliśmy, że to się nie może udać, choć mimo to bezszelestnie wśliznęliśmy się do pierwszej z brzegu ławki.
- Fruziu, musimy być cichutko, bo tutaj wszyscy się modlą - wyszeptałam wprost do Fruziakowego ucha.
I to byłoby na tyle wzniosłości i ciszy.
- Wheeeere? - zapytała przeciągle i na cały głos Tasman.
- No tutaj, cichutko.
- Wheeeeere? - Tasman powtórzyła pytanie.
Przez dobry miesiąc to był jej odpowiednik 'why?', którego wtedy jeszcze nie potrafiła wyartykułować. W chwili, kiedy piszę te słowa, tęsknię za 'where' i przeklinam 'why'. Wielkie dzięki, pre-school!

Najczęściej jednak, bo codziennie, kręciliśmy się w okolicach placu przy Gran Via. Tam bowiem rezydowała Mousie, a właściwe Minnie Mouse, bez której dzień był dla Fruzi dniem straconym. Mousie nie mogła być przypadkowa. To musiała być jej Mousie, nie żadna tam podrabiana koleżanka w kostiumie z wyblakłymi kropkami. Taka nie miała szans u Fruzi, więc czasem trzeba było pojawiać się na placu dwa razy dziennie, wypatrując prawdziwej Mousie... I balonów.  Bo jak nie było balonów (wyskakuj, ojcze, z ojro), to też źle. Choć po dwóch dniach szczerą chęć uściśnięcia dłoni Mousie zastapiła podejrzliwość Fruzi. Wciąż musieliśmy ujmować przecięcie placu we wszystkich naszych wycieczkowych planach, ale raptem Fruzia nie biegła już tak ochoczo z monetami do swojej idolki.
- Ciekawe, co się stało? - zastanawiałam się na głos.
Inżynier lekko wzruszył ramionami.
- Może zobaczyła jak Mousie zdejmuje głowę. Też wolałbym tego nie oglądać.
Rację przyznałam mu chwilę później, kiedy zobaczyłam Goofiego, siedzącego na murku i jak gdyby nigdy nic wcinającego kanapki. Głowa leżała obok.

Urodziny Fruzi uczciliśmy w kameralnym gronie, czyli nas troje i czwórka dziadków na dwóch telefonicznych ekranach. Tradycyjnie już każdy śpiewał w swoim tempie, więc kiedy my zaczynaliśmy drugą rundę sto lat, Mamuśka i Ojciec Dyrektor byli przy pierwszy niech żyje nam, a Drudzy Dziadkowe zaczynali rundę pierwszą. Tort był pyszny, twardy i zimny, choć wtedy nie wiedzieliśmy, czy takie właśnie miał ustawienia domyślne, czy może jednak powinien był odsapnąć godzinkę przed konsumpcją. W sumie było nam wszystko jedno, bo między jednym łupaniem birthday ice cake na kawałki a drugim, Inżynier zabawiał nas anegdotką z cukierni.Otóż wybrał się Mąż Mój do owego przybytku, aby kupić córce wymarzony chocolate cake, ale szybko okazało się, że nikt nie rozumie, czego Inżynier właściwie szuka. Ani cake, ani chocolate, ani nawet birthday nie pomogło. Personel madryckiej cukierni bezradnie rozkładał ręce. I wówczas męża mego olśniło.
- Happy birthday to you, - zaintonował z powagą - happy birthday to you! Happy birthday...
Twierdzi, że dopiero pod koniec jego pieśni ktoś klepnął się w czoło na znak oświecenia.

A ja tak bardzo żałuję, że ominęło mnie takie widowisko!

Fruzia postanowiła mieć urodziny przez cztery dni. Następnego dnia po swoim święcie wciąż paradowała po lotnisku ze znaczkiem 'birthday girl' i oświadczała przypadkowym ludziom, że party hat no, bo się zgubił w zoo. W dniu moich urodzin nie pozwoliła mi założyć swojej różowej szarfy, wyraźnie dając do zrozumienia, że coś mi się pomyliło, skoro to przecież wciąż Fruzia birthday, mummy! Złagodziła swoje stanowisko w urodziny Inżyniera, kiedy to łaskawie użyczyła ojcu szarfy do zdjęcia, a wieczorem, jakby dla podkreślenia, że potrafi pójść na kompromis, zaśpiewała sobie do snu taką oto kołysankę:

Happy birthday, Fruzia
Happy birthday, Fruzia
Happy birthday, dear Mummy
Happy birthday, Daddy!

O lekcji hiszpańskiego

Hiszpański to naprawdę cudny język. Po dotarciu do poziomu intermediate sto lat temu, dziś nie potrafię samodzielnie sklecić ani jednego sensownego zdania, za to przeczytam prawie wszystko, z czego zrozumiem 10%, a drugie 10% zgadnę, no bo przecież to prawie jak francuski, angielski i polski w jednym. I właśnie dlatego hiszpański będzie trzecim językiem, do nauki  którego zmuszą zachęcą Fruziaka rodzice. A muszę Wam powiedzieć, że gadki motywacje mam już gotowe. Na przykład:

- Ucz się, dziecko, hiszpańskiego, bo inaczej, kiedy twój osobisty toddler (pardon! preschooler!) przywali głową w łóżko na wakacjach w Madrycie i będziesz musiała dzwonić po karetkę, a twój rozmówca będzie się wściekał, że ty tylko po angielsku, a przecież jesteś w Hiszpani, kij, że w stolicy, to jak on się tak będzie złościł, to ty będziesz chciała mu naubliżać po polsku, a z bezradności to będziesz w stanie tylko się rozłączyć i rzucić kilka niegrzecznych uwag w hiszpańską przestrzeń, która to przestrzeń i tak nie zrozumie, co wkurzy cię jeszcze bardziej, wiesz?

Albo:

- Kochanie, serio, ucz się hiszpańskiego, bo nawet jak sto lat później nie będziesz w stanie samodzielnie sklecić ani jednego sensownego zdania, to w najmniej spodziewanym momencie twój mózg się odblokuje i pod wpływem adrenaliny zrozumiesz, że ten pan, który wzywa was przez głośnik w hiszpańskim szpitalu dla nińos, to mówi właśnie, że masz iść do clasificacion po wstępną diagnozę, co sprawi, że nie będziesz kręcić się jak dureń po korytarzu z twoim toddlerem (pardon! przedszkolakiem!) na ręku.

Myślę, że powinno podziałać.

A o wakacjach jeszcze Wam opowiem. 

'Oh', powiedziałaby Fruzia

Powroty do rzeczywistości bywają boleśnie nieznośne.

Obudziłam się z myślą, że zacznę ten tydzień pozytywnie. Po niespokojnej nocy Fruzi, która kilka razy budziła się i popłakiwała przez sen, to był nie lada wyczyn, ale do ósmej nawet się udawało. A potem był już Blue Monday i kolejno następowały małe kataklizmy.

Na dobry początek Blaszak Drugi nie odpalił, krztusił się tylko i dusił, więc postanowiłam jechać do pracy autobusem. W połowie drogi do Fruziakowego przedszkola uzmysłowiłam sobie, że przecież nie mam gotówki na bilet, a najbliższy bankomat mam jakieś 25 minut drogi od domu. Przed drzwiami pre-school Fruzia uderzyła w tak żałosny płacz, jakiego jeszcze u niej nie słyszałam, i z trudem odkleiłam ją od swojego ramienia, w związku z czym całą drogę do bankomatu ryczałam. I jeszcze zaczęło padać, a ja - zgadnijcie! - nie miałam parasola. Kiedy już wreszcie czekałam na autobus, z wyprasowaną gotówką w kieszeni, zadzwonił Mąż Mój Wspaniały z informacją, że jedzie mnie ratować i że mam absolutnie w nic nie wsiadać... Okazało się, że Blaszakowi padł akumulator, który Inżynier postawił szybko na nogi, ale tak się bałam, że znów padnie, że całą drogę do pracy dygotałam jak na detoksie. Jeszcze chwila, a nie zatrzymałabym się na czerwonym z obawy, że jak stanę, to na dobre! W pracy trochę się ogarnęłam i już myślałam, że teraz będzie tylko lepiej, kiedy zadzwoniono z Różowej, że Fruziak ma rozwolnienie...

Do środy włącznie ban na przedszkole.

Pozytywną stroną tego dnia, który jeszcze przecież się nie skończył!, jest fakt, że udało mi się zorganizować opiekę dla Tasmana na najbliższe dwa dni.

Oraz że - serio, moje włosy nie mogą już gorzej wyglądać, więc przynajmniej mogę zacząć odbijać się od dna.

U Was, mam nadzieję, lepiej?

O tym, że jednak nie bardzo

Po raz pierwszy w życiu oznajmiła, że kogoś nie lubi.

Konkretnie - Wendy.

A tak nam dobrze szło.

Od grudnia molestowała staff o wizyty w starszakach, na pytanie 'kto chce pobawić się dzisiaj w pre-school?' Tasman pierwsza wyrywała się z tym swoim 'me, me, ME!', potem wracała do domu szczęśliwa, dumna i blada z wrażenia, a następnego dnia rano znów przyklejała nos do pre-schoolowej szyby, zupełnie jakby za tą właśnie szybą zaczynała się kraina wiecznej szczęśliwości. Wendy, głównodowodząca w starszakach, twierdziła, że Fruziak zintegrowała się z grupą błyskawicznie i zupełnie nie martwi się o jej adaptację. Och, jakaż ja byłam szczęśliwa!

Pewnego jednak dnia Fruzia postanowiła się wkurzyć i zrobiła w sali scenę. Wiecie, taką z cyklu 'bo-ma-być-tak-jak-ja-chcę-buuu!' Szybko otrzepała pióra i wróciła do zabawy, coś jednak rypnęło na linii pre-school kontra Fruzia i do tej pory nie możemy tego posklejać. Owszem, nie było dramatu i Fruziak dalej wizytowała salę obok, jej zaangażowanie w sprawę słabło jednak z każdym dniem, a wczoraj, przedostatniego oficjalnego dnia w toddlerach odnieśliśmy klęskę, bo Fruziak, zrozpaczona, że musi wysłuchać monologu Wendy o wdzięcznym tytule 'Dobre Maniery Trzylatków', zapragnęła wrócić do mamy.

Czujecie powagę sytuacji?

Odkąd Fruzia rozpoczęła edukację placówkową, potrzebowała mamy tylko raz. Pierwszego dnia. Przez dokładnie 3 minuty.

Nic więc dziwnego, że sami powoli zaczynamy się czuć tak, jakbyśmy za chwilę mieli rozpoczynać życie przedszkolne w miejscu, za którym nie przepadamy. I oczywiście próbujemy przekonać Fruzię, że starszaki fajne są, do tego hałasu to się w końcu przyzwyczai (ja się raczej odzwyczaiłam), a i w temacie dobrych manier trochę się podszkoli, wszak w domu wiadomo jak jest. RÓŻNIE. Fruzia na to wszystko ma jedną odpowiedź:
- No.
No jak noł, nie jak w kujawskiej gwarze 'no jo!'
Krótkie, twarde i zdecydowane no.
- Fajnie było dziś w pre-school?
- No.
- Hmm... to może jutro będzie lepiej. Chciałabyś jutro tam pójść?
- NO!
(Powoli wyczerpują mi się pomysły na podtrzymanie konwersacji.)
- Wendy na pewno wymyśli jakąś fajną zabawę.
- No! Don't like Wendy!

Ups.
(Po cichu komentujemy z Inżynierem, że pierwszy raz wyartykułowała takie zdanie. Pal licho, że nie lubi Wendy, Tasman buduje zdania! Sami rozumiecie. *)

- A Viki lubisz?
Viki to jedna z opiekunek.
- No.
Zmieniam taktykę:
- To kogo ty tam lubisz? Jest ktoś taki?
Fruzia rozpromienia się.
- Yeś, Grace.
Jedna z jej przyjaciółek.

Czyli jednak nie popadła w całkowitą negację wszystkich i wszystkiego. To po prostu opiekunki nie pasują Tasmanowi! Naszemu słodkiemu, uroczemu i grzecznemu bobaskowi! Wredne babska, coś trzeba z nimi zrobić. Jakieś zażalenie, skarga, albo lepiej od razu podać do sądu za jawną próbę wyprania mózgu naszemu dziecku.

Phi! Dobre maniery, też mi coś!

* Ja Was na serio kocham, bo wiem, że naprawdę rozumiecie.  :-) :-*

O dziecku przesiąkniętym nie tylko deszczem

Bawimy się klockami. Postawiłyśmy dziwaczną budowlę, która w realnym świecie nie miałaby racji bytu, gdyż co chwilę nam się obala. Nic to jednak, gdyż dla Fruzi najważniejszy jest mieszkaniec owego drapacza chmur, Snake. Wciąż powtarzam Fruziakowi, że tak naprawdę to baby dinozaur, a nie żaden tam wąż, ale ona oczywiście wie lepiej. Snake opala się właśnie na dachu wieżowca, kiedy nagle...
- Raining, raining! - krzyczy dramatycznie Fruzia i natychmiast wdraża procedury ewakuacyjne stosowane w nagłych przypadkach klęsk żywiołowych, takich jak trzęsienie ziemi, huragan, czy też deszcz. Akcja ratunkowa przebiega szybko i sprawnie - Fruzia zrzuca Snake'a do środka budowli, tak na oko z dziesiątego piętra. Kiedy Snake ląduje na parterze, słychać tylko głuchy łoskot plastikowego ciała obijającego się o klockowy schodek.

Jestem załamana. Co z tego dziecka wyrośnie? Nie mam słów.

- Fruziu - mówię tylko przyciszonym głosem. - Pada. Deszcz pada. Pa-da. Powtórz proszę.

- Pada raining - powtarza grzecznie Fruziak.

O nowej etykiecie

Pojechaliśmy na to spotkanie bez nastawiania się na cokolwiek. Głównie dlatego, że zbyt wiele niewiadomych nad nami wisiało, kilka odmów na tym polu mamy już za sobą, a przy tym zwyczajnie nie było czasu na przewidywania i snucie scenariuszy. W międzyczasie oglądaliśmy co prawda jeden potencjalny dom, zdolny pomieścić naszą czwórkę plus Drugiego oraz zadowolić opiekę społeczną, i nawet nas tam chcieli, ale ostatecznie to my nie chcieliśmy mieszkać w sąsiedztwie chlewu. W sensie dosłownym. Pomyśleliśmy bowiem, że głupio byłoby narażać biedne prosiaki na towarzystwo Rudolfa w każdej dogodnej dla niego chwili (naszej nieuwagi), a i młodociana fanka Peppy Pig mogłaby tego nie unieść. Prawdą jest też, że pod koniec zeszłego roku snułam śmiałe plany porwania serc adopcyjnego teamu za pomocą wzruszającego podania o dziecko numer dwa, ale plany jak to plany, upadły szybciej niż powstały, bo team uparcie ignorował moje prośby o stosowne arkusiki do wypełnienia. I to byłoby na tyle w kwestii snucia wizji roku z fajerwerkami. Bo ta informacja o dniu otwartym dla kandydatów na adoptersów na stronie agencji, przez którą Liz i Paolo znaleźli swojego Superhero, wyskoczyła mi na ekranie sama. Przysięgam! Tak sama z siebie, samiutka.
- Zapisałam nas na open day w Dużym Mieście - oznajmiłam Inżynierowi, kiedy ten wrócił z pracy.
Po czym rzuciliśmy się w wir przygotowań do Świąt, niespecjalnie zastanawiając się, czy taki open day w naszym przypadku ma jakikolwiek sens.

Tak to u nas działa. Możemy czekać, już coraz lepiej nam to wychodzi, ale dobrze jest znać kres tego czekania. Działania i terminy to w pewnych dziedzinach życia nasi najlepsi sprzymierzeńcy.

Było totalnie inaczej niż tamtego czerwcowego dnia. Wtedy, prawie pięć lat temu, zupełnie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Zżerała nas ciekawość, ale i stres połączony z mnóstwem wątpliwości. Czy się nie wygłupimy, czy zrozumiemy, czy nas zrozumieją, czy nie wyjdziemy na impertynentów, którzy ledwie co przekroczyli granicę, okupują ciasną Cegiełkę, a wymyślili sobie dziecko, najchętniej podane do kochania na tacy, tu i teraz. Pamiętam, że siedzieliśmy na niewygodnych krzesłach, rozglądaliśmy się niepewnie, wciąż coś do siebie szeptaliśmy i chichocząc w polskim narzeczu (to ze stresu), słuchaliśmy prezentacji Isuppose, który półtora roku później, tuż po tym jak  Matching Panel uznał nas za najlepszy match z Fruzią, wyznał nam ze śmiechem, że w duchu sądził, że na to nasze choć trochę zgodne kulturowo dziecko to my sobie poczekamy dobrą chwilę, oj poczekamy. - To jeden z najbardziej niezwykłych przypadków, jaki nam się tu zdarzył od wielu lat - dodał, mając na myśli zbieżność okoliczności, które doprowadziły nas do Fruzi.
Teraz było inaczej. Nie było czasu na stres, a i nasze doświadczenia adopcyjne pozwoliły nam podejść do sprawy bez zbędnego zadręczania się tym, co jeśli. Nawet kosmiczny korek na drodze do Dużego Miasta i potworne spóźnienie nie wytrąciły nas z równowagi. W końcu to nie punkcja, prawda? ;-) Adrenalina wystrzeliła dopiero w chwili, kiedy znaleźliśmy się w sali pełnej - dosłownie - potencjalnych adoptersów i pracowników socjalnych. Przez chwilę nikt nie zwrócił na nas uwagi, wszyscy pogrążeni byli w półgłośnych rozmowach, w parach, trójkach, grupkach. Ta atmosfera... Musielibyśmy tam być. W powietrzu wisiały kilogramy nadziei. Można by ją kroić tasakiem i rozdawać po trochu tym, którzy gdzieś ją zgubili.
Dotarliśmy akurat na koniec tych rozmów i początek prezentacji.
- Mam na imię Andi i opowiem wam teraz o tym, jakie dzieci na was czekają.
Coś mi kliknęło w szarej strefie umysłu.
- Twarzy nie znam zupełnie, ale to imię... To chyba opiekunka Liz i Paolo - wyszeptałam do Inżyniera.
Jako jedyni siedzieliśmy na podłodze, sącząc kawę. Przynajmniej pięć razy zapytano nas, czy aby na pewno nam wygodnie. Pomimo tego, że wystroiłam się w pracowe obcasy, a na tyłku miałam spodnie z zepsutym zamkiem, przez co wciąż zastanawiałam się, czy bluzka porządnie go zasłania, to w życiu nie było mi wygodniej.
- To jak przygotowanie do tego, co was czeka z dzieckiem - mrugnęła do nas jedna z uczestniczek spotkania, sugerując, że i my i ona powinniśmy zacząć się przyzwyczajać. Nie sprostowałam, że ten dywan mamy na porządku dziennym już od kilku lat. Doskonale pamiętaliśmy, jak dziwnie nie na miejscu brzmiały komentarze jednej pary w naszej adopcyjnej grupie z Ery Przed Fruzią, która od pierwszego dnia szkolenia nad wyraz często opowiadała o swoich doświadczeniach z biologicznym dzieckiem. Niby nie robili nic niewłaściwego, ale w sali pełnej ludzi z poplątanymi historiami poronień, strat i nieudanych procedur in vitro, czekających na swoje pierwsze wymarzone dziecko, nieswojo się tego słuchało. Nie zamierzaliśmy popełniać tego błędu.
Kawę na ławę wyłożyliśmy dopiero w rozmowie z Jane. Wspominałam o Fruzi w mailu potwierdzającym naszą obecność na spotkaniu, ale w odpowiedzi nikt do faktu istnienia Tasmana nie nawiązał. Nikt też jednak nie napisał, że lepiej poczekać, bo więzi, bo różnica wieku, bo... Postanowiliśmy więc kuć żelazo, póki gorące.
- Naprawdę jesteśmy gotowi, ona i my, trudno przewidzieć, jak to będzie, kiedy faktycznie się zdarzy, ale czujemy, że to jest dobry moment.
(Mówią, że nie ma idealnego momentu na dziecko. W naszym przypadku każdy jest idealny.)
- Jesteśmy też gotowi na większe ryzyko. Mamy Fruzię, jesteśmy silniejsi, trochę znamy uczucie niepewności,  a przy tym wiemy, że drugie dziecko musi być młodsze od Fruzi, co zrozumiale stawia nas na szarym końcu kolejki do ponownej adopcji, w związku z tym rozważamy Early Permanence*.

Spojrzałam na Inżyniera, choć wcale nie musiałam. W takich chwilach zawsze uderza mnie to, że oboje czujemy, co w tym momencie myśli to drugie. I żadna to mistyczna telepatia, urojone 'bo znam go lepiej niż siebie'; to po prostu setki przegadanych nocy. Wiem, bo byliśmy już razem prawie wszędzie, choć zawsze zostawiamy między sobą miejsce na powiew świeżego powietrza, kłótnię lub  margines na zaskoczenia. Tak jest dobrze, bo w ten sposób zawsze chce się wracać do domu, w którym ktoś czeka.

- Tak, jesteśmy zdecydowani pójść tą drogą - dodał on.
Jane patrzyła to na mnie, to na niego. Od czasu do czasu szybko nagryzmoliła coś w notatniku, który trzymała na kolanach.
- To dobrze, bo myślę, że na aktualnym etapie, kiedy wasza córka jest wciąż tak mała, to wasza jedyna opcja na rozpoczęcie procesu w najbliższym czasie. Na tradycyjną drogę musielibyście poczekać jeszcze przynajmniej dwa lata. Przynajmniej. Musicie też mieć świadomość, że to może być wyboista droga, więc jeśli macie jakieś pytania związane z Early Permanence, myślę że Jasmine będzie wam w stanie więcej na ten temat powiedzieć.
Chwilę później Jasmine dołączyła do naszej małej grupki. Mieliśmy w zasadzie dwa pytania. On - o statystykę.
- A wiesz, że statystyka zupełnie się nie sprawdza, kiedy ty jesteś w tym jednym pechowym procencie?
Wybuchnęliśmy śmiechem.
Ja błyskawicznie przeniosłam się myślami do kolejnego urlopu adopcyjnego. Na szczęście w tej kwestii Early Permanence nic nie zmienia.
Jane wręczyła nam formularz, który wypełniłam niemal w powietrzu.
- Świetnie, w przyszłym tygodniu odezwiemy się do was z prośbą o potwierdzenie waszej chęci rozpoczęcia procesu. Przedyskutujcie sobie wszystko raz jeszcze i wówczas ustalimy coś więcej.

Wstaliśmy od stolika. W ferworze dyskusji nie zauważyliśmy, że większość uczestników spotkania zdążyła się już rozejść. Skierowaliśmy swoje kroki ku wyjściu. Po drodze dołączyła do nas Andi, wcześniej prowadząca prezentację, żeby otworzyć nam zamknięte na klucz drzwi.
- A skąd wy właściwie jesteście? - zapytała.
Padła nazwa naszej wioski.
W odpowiedzi na twarzy Andi pojawił się szeroki uśmiech.
- A to dlatego wydawało mi się, że skądś was znam! Oczywiście z wesela Liz i Paolo! Jane, czy ty wiesz, kogo my tu mamy? Pamiętasz Superhero?
Świat naprawdę jest mały.
A kiedy Inżynier zniknął jeszcze na chwilę w łazience, Andi szepnęła mi w ucho rozbawiona:
- A najbardziej z tej imprezy pamiętam taniec twojego męża!

Czujecie to? Z całej imprezy pamięta właśnie to!

Nie czekali do przyszłego tygodnia. Następnego dnia dostałam maila z informacją, że chcą z nami współpracować. Możemy zacząć w drugiej połowie maja.

Wygląda na to, że za jakiś czas wrócę do pisania pod kluczem. Będzie mi niezmiernie miło, jeśli część z Was po raz kolejny zechce nam towarzyszyć. Tym razem w drodze do Drugiego.

(...)

Pięć lat temu kolejne cztery miesiące czekania byłyby dla nas potworną męką.

Dzisiaj zastanawiamy się, czy w ciągu tych kilkunastu tygodni zdołamy dokonać cudu przekształcenia Piątej Chatki w przestronne czteropokojowe mieszkanie... Bo że Rudolfa już nie wychowamy, to więcej niż pewne.

* wyjaśnię innym razem