O tym, jak się nosić w styczniu

środa, stycznia 17, 2018

Połowa stycznia, środa. Rano wciąż jeszcze ciemno, ja, wciąż zaspana, próbuję nie potknąć się o Fruzine bobasy, które ich młoda mama zostawiła na podłodze poprzedniego wieczoru. Fruzia w tym czasie wylewa śniadaniowe mleko - na panele, na krzesło, a przede wszystkim na siebie - i ryczy, jakby odgrywała finałową scenę w tragedii greckiej. Rudolf się cieszy, bo może umyć jęzorem podłogę, a Inżynier o niczym nie wie, bo ma właśnie swoje przynależne każdemu szanującemu się rodzicowi pięć minut w łazience. Szczęściarz.

Zawsze gdzieś w środku każdego takiego poranka, jeszcze na długo przed wyjściem z Piątej, zastanawiam się, czy czegoś lub o czymś nie zapomniałam. No wiecie, o czymś tak spektakularnym jak moja koledżowa karta otwierająca wszystkie drzwi i uruchamiająca drukarki. Albo o kolczykach, bo bez kolczyków to tak trochę jak nago. Albo o stosie materiałów dla uczniów, bez których lekcja idzie się paść na łące. Odhaczam więc w głowie wszystkie punkty i dopiero wtedy ruszamy z Fruzią na podbój dnia.

A dziś to ja podbiłam swój dzień wzorowo.

W połowie zajęć jak zwykle zarządziłam przerwę. Zostawiłam w klasie tę część grupy, która nie rozpierzchła się po budynku na hasło 'przerwa', odwiedziłam drukarkę, coś tam pokserowałam, po czym zrelaksowana - wszak to środa, połowa drogi do weekendu - udałam się do łazienki. Weszłam, spojrzałam w lustro i padłam.

Ale tak dopiero po trzech, czterech sekundach.

Bo w pierwszej zauważyłam, że coś jest nie tak.
W drugiej uznałam, że nie tak mocno dotyczy mojej bluzki.
W trzeciej zlokalizowałam szwy na rękawach.
A w czwartej ogromną białą metkę na swoim prawym boku.

Założyłam bluzkę na lewą stronę, paradowałam w niej od rana po korytarzu, a najgorsze jest to, że przez tę metkę nie dało się tego pomylić z żadną inną ekstrawagancką wersją czarnego jak smoła wdzianka.

Cóż było robić. Przebrałam się i uśmiałam jak norka, bo w miniony poniedziałek, na szczęście po wyjściu z pracy, wchodząc do samochodu, podarłam spódnicę, robiąc w niej dziurę wielkości pięści. A potem wróciłam do klasy, bez słowa wskazałam na swoją bluzkę, a kiedy zobaczyłam, że moje Syryjki wiedzą, o co chodzi, wypaliłam z udawaną pretensją w głowie, że za takie numery następny test będzie oblany.
- Nie wiedziałyśmy, czy ci mówić, czy nie - rechotały.

W sumie też bym się zastanawiała, czy sprzedawać takiego newsa zbyt szybko ;-)

A najciekawsze jest to, że kiedy męska część grupy wróciła do klasy i usłyszała o mojej wpadce, okazało się, że oni nic nie zauważyli. Nic. Ani szwów wielkich jak czołg, ani jeszcze większej białej metki na czarnym materiale. Nic!

Faceci.

You Might Also Like

8 komentarze

  1. Faceci, to tlumaczy wszystko.
    Lata temu zaspalam i tak wlasnie w pospiechu wybieralam sie do pracy, wyskoczylam z sypialni i pytam Wspanialego "jak wygladam?" na co oczywiscie uslyszalam "dobrze". Na szczescie pracowalam w sluzbowym fartuchu, ale w tym ubraniu paradowalam po ulicy i w metrze, a wygladalam jak dorodna kaszanka:)))
    Dla mojego meza to bylo dobrze :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jesteś piękna dla Niego we wszystkim :-)

      Usuń
    2. Mój też by nie zauważył! :-)

      Usuń
  2. Widocznie mysleli ze to taki fason ;-) :-) Mój Mąż też nigdy nic nie widzi dla niego wszystko zawsze gra :-) i już obserwuje to u mojego Synka. On tylko plamy widzi nawet jeśli są one od wody wtedy koniecznie musi się przebrać. A z tym wylewaniem to jakbym Gwiazde widziała robi dokładnie to samo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli jednak naprawdę się różnimy, ha ha ha! ;-)

      Usuń
  3. Jednak kobiety to kobiety, moja Kasia ostatnio podchodzi do mnie i mowi: Mamuś, a ty masz dzidziusia w brzuszku? Bo zobacz masz taki duży na dole... Kochać czy zabić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Kochana, próbuję wejść na Twój blog, ale pokazuje mi się komunikat, że o usunęłaś. Czy to prawda???

      Usuń