O spotkaniu z przeszłością

Obstawiałam dwanaście, ale Współlokatorka uparcie twierdziła, że nie widziałyśmy się trzynaście lub czternaście lat. Żadna z nas nie pamięta, kiedy dokładnie ostatni raz piłyśmy razem to wino w 'Kurantach', ale udało nam się ustalić, że ja na pewno byłam po Tunezji, a jeszcze sporą chwilę przed Erą Inżyniera, stanęło więc na trzynastu. Trzynaście lat, w czasie których ona nie słyszała nic o mnie, a ja o niej. Zgubiłyśmy się i, proszę Szanownych Czytaczy, ani Straszna Klasa, na której dawno temu powstał post pod wdzięcznym tytułem "Wpółlokatorko, gdzie jesteś??!!", ani Facebook, który odmawiał zeznań, nie pomogły w poszukiwaniach. Cóż, mnie trudno było znaleźć kogoś, kto postanowił nawet małym palcem lewej stopy nie wstępować na zdradziecką drogę internetów, a jej, kiedy już uznała, że wypadałoby poinformować świat o tym, że jednak żyje, nie udało się odnaleźć połowy osób, których stare nazwiska wytrwale wystukiwała na klawiaturze. Drugiej połowy nie mogła sobie przypomnieć, wszak do już czter... trzy... no, rok więcej za kolejnym zakrętem, a Mamuśka powtarzała, że we współczesnej cywilizacji SKS dopada człowieka szybciej i zdecydowanie gwałtowniej.

Aż tu nagle bęc, znalazłam ją! Kliknęłam w jakieś znajomo brzmiące nazwisko, potem w drugie, może nawet i w trzecie, i zanim zdążyłam wypuścić powietrze przetrzymywane w płucach trochę za długo z tego wrażenia, już umawiałyśmy się na spotkanie. Spotkanie w Krainie Deszczu, bo jak to w życiu czasem bywa, okazało się, że obie wyemigrowałyśmy do tego padołu łez. Ona zdecydowanie wcześniej, i wcale nie mam jej za miedzą, no ale na Boga i Karmę, raptem znalazłyśmy się w odległości, którą nawet w samotności jestem w stanie pokonać komunikacją publiczną. Pal sześć, że potrzeba mi było do tego jednego autobusu i trzech pociągów - pojechałam, bo zew młodości (a ten odezwał się szczególnie u Współlokatorki) wzywał do nadrobienia straconego czasu. A i zwykła przyzwoitość nakazywała, aby wreszcie, po niemal trzech lata od zapępowienia, przypomnieć sobie, jak to jest wyruszyć samotnie gdzieś dalej niż do Kampusu.

Wnioski z tej wyprawy to prawdy stare jak świat. Coehlo by się uśmiał.

(...)
Człowiek szybko się przyzwyczaja. Nawet do tego, że jest kierowcą, choć czekał na to do czwartej dekady życia. Kiedy wsiadłam do autobusu, czegoś wyraźnie mi brakowało. Po chwili zorientowałam się, że pasa bezpieczeństwa i  kierownicy w dłoniach.

(...)
Człowiek szybko zapomina. Nawet to, a może szczególnie to, jakie to uczucie nic nie musieć. W sensie - naprawdę nic. A jeszcze dokładniej - że przez cztery godziny nie musi nic, a może po prostu pić kawę. Albo i nie. Może spać. Czytać. Albo łazić bezkarnie po blogowisku. Przez 4 godziny!

Przez pierwszą godzinę podróży nie umiałam się w tym odnaleźć.

(...)
Relacje z pewnymi ludźmi nie zmieniają się pomimo braku kontaktu przez dziesięć, trzynaście, a pewnie i nawet dwadzieścia lat. Mimo że po drodze miłości, romanse, przeprowadzki, mężowie, dzieci i inny kawałek świata, wy wciąż tak naprawdę nadajecie na tej samych falach. Choć przecież ty to już nie tamta ty, a ona to inna ona, to jednak jest tak, jakby wróciły czasy wspólnej bursy. Czasy podłych zupek chińskich, nadmuchanych bułek i niechodzenia na piątkowe wykłady. Może to dlatego właśnie. W takich warunkach ludzie poznają się od podszewki.

(...)
Za to powłoka ziemska zaczyna stawiać ograniczenia. Koń by się uśmiał, poczekaj aż będziesz w moim wieku, powiedziałaby zapewne Mamuśka. Ale nie jestem pewna, czy ona kiedykolwiek porównywała pojemność alkoholową swojej głowy w wieku dwudziestu, trzydziestu i trzydziestu pięć plus. Bo my porównałyśmy. Niestety, na niekorzyść tej aktualnej liczby wiosen na karku.

(...)
Inne rzeczy też się zmieniły. Na przykład to, że Współlokatorka już nie wkłada obcisłych jeansów na goły tyłek. A ja przeklinam obecnie więcej niż ona.

(...)
Nie wszyscy tęsknią za młodością. Ha. To znaczy my tęsknimy, a jakże, za beztroską. Ale żeby za sobą w młodszej młodości? Niekoniecznie. Tam przecież tyle stresu w tej beztrosce było!

(...)
Spotkanie po latach jest spotkaniem przeszłości z teraźniejszością. Jedną nogą jesteś tu, drugą tam. A ile można zobaczyć z tej perspektywy!

(...)
Są ludzie, dla których język nigdy nie będzie barierą w miłości. Na przykład Ojciec Dyrektor nigdy nie odmówiłby sobie piwa z tak błahego powodu jak niezrozumiała etykietka w języku afrykańskiego plemienia. Są też tacy, którzy w miłości muszą mieć stuprocentowe werbalno-mentalne porozumienie. Którzy muszą myśleć tym samym alfabetem.

Wiedziałam, że ja tak mam. Zaskoczyło mnie, że ona też.

Anglistki od siedemnastu boleści.

(...)
Manchester jest naprawdę ładny. W poprzednim i następnym życiu mogłabym w nim mieszkać. W obecnym nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić.

(...)
Nie cierpię dzwoniącego rano telefonu. Szczególnie jeśli to sobota, a ja poszłam spać zaledwie pięć godzin wcześniej. Ale nic w takich momentach nie rozbraja bardziej niż podekscytowany głosik piszczący do słuchawki "hello, mummy!"

(...)

To było trochę jak powrót do domu.

Pewnie dlatego Współlokatorka płakała przy pożegnaniu.

Jak to dobrze, że takie wyprawy kończą się... powrotem do domu.

Bajka o Smoczku

Dawno, dawno temu... Tak dawno, że aż nie możemy w to uwierzyć - a dokładniej 13 stycznia 2018 roku - Fruzia pojechała z Inżynierem na gimnastykę.

Ja w tym czasie zlokalizowałam wszystkie dyduchy, trzy najbardziej spracowane wywaliłam natychmiast do kosza, a pozostałe dwa schowałam wysoko, wysoko w szafce z mocnym postanowieniem, że to tak Na Naprawdę Ekstremalnie Ciężki Wypadek. Chyba jednak zostawialiśmy sobie jakiś margines błędu na wypadek utraty zmysłów przed końcem weekendu.

I wciąż nie miałam pojęcia, co stanie się w momencie, kiedy Fruziak zażąda smoka.

A tymczasem...

Wrócili z gimnastyki i Fruzia natychmiast, jak się tego spodziewałam, zapytała o swojego przyjaciela. Trochę była zmęczona, a trochę to taki jej zwyczaj po powrocie do domu. Skądkolwiek.
- Chodz, poszukamy, bo mama nie wie, gdzie jest - wyrecytowałam przygotowaną wcześniej kwestię.
(Po tej linijce scenariusz raptownie się urywał.)
Poszłyśmy. Najpierw do szafki w kuchni, przetrząsnąć kubki, w których zwykle czekają smoki. Potem sprawdziłyśmy w jej pokoju - pod łóżkiem, w szufladach, w pościeli. Wyobraźcie sobie, że nic nie znalazłyśmy! Była jeszcze wędrówka do łazienki i naszej sypialni. I nadal nic!
- Chyba się zgubił - bezradnie rozłożyłam ręce.
Fruzia była wyraźnie zaaferowana.
- Dummy? - pytała. - Where?
I wtedy mnie olśniło.
- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że dummy już nie wróci. Pamiętam, że mówił mi kiedyś, że kiedy będziesz szła do pre-school, on pójdzie do małych bejbików, żeby im pomagać i pocieszać je, kiedy są smutne.
Cisza.

(Wstrzymaliśmy oddech.)

- Babies - stwierdziła Tasman.

I tyle.

Po kilku niezbyt dramatycznych pytaniach o smoczka, Fruzia wróciła do zabawy. W południe  popłakała przez chwilę przed snem, ale nie było w tym nic rozdzierającego. Wieczorem trzydzieści razy zapytała o dydulca, a ja za każdym razem jak mantrę powtarzałam, że dummy pomaga bejbikom. Dokładnie tak brzmi ten polsko-angielski zlepek słów, który tak naprawdę podyktowała nam Fruzia - dummy pomaga bejbikom. Obyło się bez łez. Tasmanowi bardzo spodobała się myśl, że jej przyjaciel De ma w sobie tyle empatii, aby szerzyć ją we wszystkich bejbikowniach tego świata. Widzieliśmy, że jest jej trudno, ale jednocześnie w jej głosie pobrzmiewała wyraźna nuta czułości i dumy - bo przecież jej DUMMY pomaga BEJBIKOM! (A ona niedługo idzie do PRE-SCHOOL, co nie?)

- Opowiedzieć ci bajkę o smoczku i Fruzi?
- Yeś.
- Ok...

Dawno, dawno temu, była sobie mała dziewczynka, która miała na imię Fruzia. Kiedy Fruzia się urodziła, musiała poczekać, aż przyjadą po nią rodzice i zabiorą ją do domu. I chociaż mama i tata pędzili najszybciej jak mogli, żeby zobaczyć się ze swoją wyczekaną córeczką, małej dziewczynce dłużyło się czekanie i trochę zrobiło się jej smutno. I wtedy pojawił się Dummy.
- Jeśli chcesz, to zostanę twoim przyjacielem.
Fruzia zgodziła się  i rzeczywiście - ona i Dummy zostali najlepszymi przyjaciółmi. Nawet kiedy malutka doczekała się uradowanych rodziców, nie chciała rozstawać się z nowym przyjacielem. Zabrała go więc do domu. I tak trwała ich przyjaźń. Fruzia spała z Dummy'm, zabierała go sobą na spacery i w podróże, bawiła się z nim... Potem poszła do przedszkola i w obawie przed zgubieniem przyjaciela, zostawiała go w domu. Zawsze jednak witała się z nim czule po powrocie.
Ale pewnego dnia... Pewnego dnia wróciła z tatą z gimnastyki i Dummy'ego nie było! Szukały z mamą wszędzie, wszędzie! I wtedy mama wyjaśniła jej, że to dlatego, że Fruzia niebawem będzie w pre-school, a Dummy pomaga tylko malutkim dzieciom... Fruzia przez chwilę była smutna, ale szybko zrozumiała, że Dummy jest potrzebny bejbikom - malutkim dzieciom, które płaczą, są smutne tak jak kiedyś ona, nie mogą spać, albo tęsknią za mamą i tatą w żłobku. I była bardzo, bardzo dzielna. Radziła sobie tak dobrze bez przyjaciela, że mama i tata kupili jej z tej okazji prezent...

Tamtego dnia Fruzia przespała spokojnie całą noc, raz tylko wyrywając nas ze snu okrzykiem 'dummy!' I z powrotem zasnęła szybciej, niż któreś z nas zdążyło zareagować.

A mnie, głupią matkę, wzruszenie rozrywało od środka.

Nasza mała duża dziewczynka.

Stało się.

Gdy jedni się stresują, inni (inne) korzystają z wolności

Bardzo byłam dziś przejęta, bardzo.

Rano musiałam jechać do Bardzo Dużego Miasta z zawrotną prędkością, choć Inżynier, jadący przede mną, prawdopodobnie przez całą drogą zastanawiał się, dlaczego tak się wlokę. Potem łzawo rozstałam się z osiemnastoletnią (z czego zdałam sobie sprawę dopiero przedwczoraj) Mikruską, zostawiając ją na łaskę i niełaskę obsługi Webuyanycar. Okazało się, że takich przypadków jak Mikruska nie mają tam za wiele, ale(luja) po wstępnych oględzinach stwierdzono, że M. jeszcze znajdzie jakiś dom. Trochę mi się wówczas lepiej zrobiło na duszy.

Ale tylko na chwilę, bo potem w planie była pierwsza jazda Blaszakiem Drugim i próba zaprzyjaźnienia się, wszak premiera jutro. Z tego wszystkiego wypiłam nieplanowaną kawę w marketowej kawiarni, w której to odkryłam, dlaczego tak dziwnie się czuję.

To wcale nie z nerwów.

Ja po prostu nie założyłam stanika, a pod bluzą wciąż miałam górę od piżamy.

Moje cycki też miały dziś dzień pełen wrażeń.


O tym, jak się nosić w styczniu

Połowa stycznia, środa. Rano wciąż jeszcze ciemno, ja, wciąż zaspana, próbuję nie potknąć się o Fruzine bobasy, które ich młoda mama zostawiła na podłodze poprzedniego wieczoru. Fruzia w tym czasie wylewa śniadaniowe mleko - na panele, na krzesło, a przede wszystkim na siebie - i ryczy, jakby odgrywała finałową scenę w tragedii greckiej. Rudolf się cieszy, bo może umyć jęzorem podłogę, a Inżynier o niczym nie wie, bo ma właśnie swoje przynależne każdemu szanującemu się rodzicowi pięć minut w łazience. Szczęściarz.

Zawsze gdzieś w środku każdego takiego poranka, jeszcze na długo przed wyjściem z Piątej, zastanawiam się, czy czegoś lub o czymś nie zapomniałam. No wiecie, o czymś tak spektakularnym jak moja koledżowa karta otwierająca wszystkie drzwi i uruchamiająca drukarki. Albo o kolczykach, bo bez kolczyków to tak trochę jak nago. Albo o stosie materiałów dla uczniów, bez których lekcja idzie się paść na łące. Odhaczam więc w głowie wszystkie punkty i dopiero wtedy ruszamy z Fruzią na podbój dnia.

A dziś to ja podbiłam swój dzień wzorowo.

W połowie zajęć jak zwykle zarządziłam przerwę. Zostawiłam w klasie tę część grupy, która nie rozpierzchła się po budynku na hasło 'przerwa', odwiedziłam drukarkę, coś tam pokserowałam, po czym zrelaksowana - wszak to środa, połowa drogi do weekendu - udałam się do łazienki. Weszłam, spojrzałam w lustro i padłam.

Ale tak dopiero po trzech, czterech sekundach.

Bo w pierwszej zauważyłam, że coś jest nie tak.
W drugiej uznałam, że nie tak mocno dotyczy mojej bluzki.
W trzeciej zlokalizowałam szwy na rękawach.
A w czwartej ogromną białą metkę na swoim prawym boku.

Założyłam bluzkę na lewą stronę, paradowałam w niej od rana po korytarzu, a najgorsze jest to, że przez tę metkę nie dało się tego pomylić z żadną inną ekstrawagancką wersją czarnego jak smoła wdzianka.

Cóż było robić. Przebrałam się i uśmiałam jak norka, bo w miniony poniedziałek, na szczęście po wyjściu z pracy, wchodząc do samochodu, podarłam spódnicę, robiąc w niej dziurę wielkości pięści. A potem wróciłam do klasy, bez słowa wskazałam na swoją bluzkę, a kiedy zobaczyłam, że moje Syryjki wiedzą, o co chodzi, wypaliłam z udawaną pretensją w głowie, że za takie numery następny test będzie oblany.
- Nie wiedziałyśmy, czy ci mówić, czy nie - rechotały.

W sumie też bym się zastanawiała, czy sprzedawać takiego newsa zbyt szybko ;-)

A najciekawsze jest to, że kiedy męska część grupy wróciła do klasy i usłyszała o mojej wpadce, okazało się, że oni nic nie zauważyli. Nic. Ani szwów wielkich jak czołg, ani jeszcze większej białej metki na czarnym materiale. Nic!

Faceci.

O tym, że przynajmniej spróbuję

Spróbuję tu być. Wpadać na chwilkę, na szybką kawę z Wami, zanim mój notatnik pęknie w szwach, a ja znów nie będę mogła nic napisać, bo przecież żeby opowiedzieć to, co chciałam, potrzebuję przynajmniej tygodnia na bezludnej wyspie. A jak dobrze wiemy - this is not going to happen.

Może więc to sposób na to, żeby wrócić naprawdę. Być tu często, choćby tylko na kilka zdań. Codzienność bardziej sprzyja pisaniu niż odświętność.

Jestem więc. I będę jutro. W końcu pozbieram te duże i mniejsze kawałki w jedną całość.

(...)

Czy wiecie, co zdarzyło się 16 stycznia rok temu?

Ha.

Wsiadłam do Mikruski i po raz pierwszy pojechałam sama do miasta położonego ponad 20 km od Piątej Chatki. Było potwornie ciemno, zimno, a kiedy wracałam, lało jak z cebra. Za chwilę Fruzia uroczyście zdejmie naklejki 'P' z twarzy i zadu Mikruski.

Po to tylko, żeby w weekend przylepić je na Blaszaka II. Otóż tak się złożyło, że wiek Mikruski nie pozwala jej na dalsze życie. Musimy ją uśpić. Serce mi krwawi oraz trzepocze z niepokoju, bo w przyszłym tygodniu będę na drodze dużo szersza i dłuższa.

Świat oszalał.