Kochani Czytacze

Odlotowych / spokojnych / wybuchowych / białych / kolorowych / mroźnych / ciepłych / spędzonych z rodziną / w kameralnym gronie przyjaciół / spędzonych na stoku w Alpach / z kieliszkiem wina i przed telewizorem / na bezludnej wyspie (niepotrzebne skreślić) -

- krótko mówiąc -

- takich, jak sobie życzycie / wymarzycie / jakich aktualnie Wam potrzeba

Świąt Bożego Narodzenia

życzą L & I & F & R 

PS. Zdecydowanie zbyt rzadko Wam to mówię: dziękuję, że tu jesteście, że czytacie, zostawiacie po sobie ślad. To dla mnie naprawdę ważne!   ❤️

O magii Świąt po raz trzeci

Fruzia ulepiła z Babcią łańcuch na choinkę, który teraz owija wszystkim kolejno wokół szyi i twierdzi, że to komin. Komin z krótkim, angielskim |i|, gdyż za jakiekolwiek słowo bierze się Fruzia, nieodmiennie nosi ono znamiona przyprawiającej mnie na studiach o mdłości RP. Obecnie przyprawia mnie jedynie o nutkę szczerej zazdrości. 


Poczyniła również ciasteczka. Gdyby nie usilnie starania matki oraz Drugiej Babci, wszystkie ciasteczka byłyby w kształcie serca w rozmiarze XXL, jedno na blachę. 

Zawsze zastanawiają mnie te piękne fotografie, na których odziane w śnieżnobiałe koszule dziateczki, efektownie przyprószone mąką na czubeczkach nosków, wycinają finezyjne pierniczki przy stole w salonie. Nie uważam, że to kłamstwo, przez chwilę zapewne to szczera prawda, a i ja sama bardzo chciałabym móc zamieścić takie zdjęcie gdziekolwiek, wbrew panującemu trendowi głoszącemu, że to zamach na prawdziwe życie, bo jeśli fotografie zrobione są wprawną ręką, to przyjemnie się je ogląda. Nikt nie musi też przekonywać mnie, że nie tak wygląda prawdziwe wycinanie ciastek. Zastanawia mnie tylko to, ile wysiłku kosztuje ta jedna chwila. Wystarczy przecież spojrzeć na Fruzię wycinającą cynamonowe serca - w starej, zielonej kamizelce, umazana czekoladą zjedzoną dwie godziny temu, z niesfornie wymykającymi się spod gumki do włosów kosmykami blond loków, przyklejająca ciasto do blatu tak, że nie sposób go potem od niego odkleić, z własną koncepcją na to, jak mają wyglądać ciasteczka dla przyjaciół i sąsiadów. Wszędzie mąka, bałagan w kadrze i poza kadrem, na stole oprócz ciasteczek tysiąc przedmiotów z różnych parafii, a wokół stołu biegający fotograf życzący sobie jednego jedynego przyzwoitego zdjęcia, które można będzie wysłać Babci Mamuśce i Dziadkowi Dyrektorowi na dowód na to, że myślimy o nich tutaj nawet w chwilach totalnego chaosu.

Tak wyglądały nasze Święta, kiedy byłam mała, tak wyglądają i teraz, kiedy większość zamieszania produkuje ona. Odwróciły się jedynie proporcje radości z dawania i brania. Ale właśnie to chcę mieć przed oczami, kiedy twardy dysk pamięci dobrnie do kresu swych możliwości i będzie musiał zdecydować, co wyrzucić, a co zostawić w pliku na wieczność -

 - chaos dziecięcej radości.

O królowej

Wychodzimy z Fruzią z przedszkola. Ja w ekstazie, bo właśnie zaliczam łapanie  świątecznego klimatu, Fruzia w ekstazie, bo ... bo to Fruzia. Leci do mummy car na łeb, na szyję, gdyż nieopatrznie zdradziłam, że czeka tam na nią jajko niespodzianka. Pędzi więc z dzikim okrzykiem 'ajo!', nie zwracając uwagi na nic i nikogo. No to ja pędzę za nią, bo chociaż parking zdaje się ucinać sobie poobiednią drzemkę, to jednak to parking, któreś z aut może nagle ożyć. Dopadamy do Mikruski. Fruzia niecierpliwie przebiera nogami, niemal tańczy sambę, bo ona chce to ajo już teraz, natychmiast, mnie plączą się ręce, bo próbuję otwierać drzwi, trzymać Fruzi torbę, Fruzi koronę z papieru, Fruzi rękawiczki, które rzuciła na ziemię, i w końcu samą Fruzię, bo kątem oka widzę, że faktycznie sunie ku nam jakieś auto. Uff. Udaje się. Tasman znów w ekstazie, bo już trzyma ajo, a tu jeszcze trzeba zdjąć jej kurtkę, posadzić w foteliku, zapiąć i odpowiedzieć na trzy zagadkowe pytania, na które nie znam odpowiedzi. Głównie dlatego, że ich nie rozumiem, ale to nieistotne. Kolejne uff. Sadowię się na swoim miejscu, włączam silnik, wrzucam jedynkę, powoli ruszamy. Już zamierzam skręcać, kiedy zauważam, że sąsiadka, córka naszej Niani czekająca pod szkołą na swoją córkę, gwałtownie macha w naszym kierunku. Zatrzymuję Mikruskę i też macham, ale nie do końca wiem, czy to takie wylewne powitanie z jej strony, czy może coś mi chce powiedzieć. Odczekuję chwilę. Sąsiadka macha jeszcze gwałtowniej i jednocześnie pokazuje na mnie. Albo na Fruzię. Albo na Mikruskę. Do końca nie wiem. Wysiadam.
Dzieli nas może pięćdziesiąt metrów, więc nie słyszę, co krzyczy nasza znajoma, ale najwyraźniej jest rozbawiona.
- Nie słyszę! - drę się trochę bez sensu.
- ... you got ... - dochodzi moich uszu.
Bezradnie rozkładam ręce.
Sąsiadka bierze oddech i krzyczy najgłośniej jak potrafi:
- YOU'VE GOT SOMETHING ON THE ROOF!

Patrzę na dach.

A na dachu rękawiczki, torba i - ma się rozumieć - korona Fruzi.

Cóż było robić.

Poprawiłam koronę i pojechałyśmy dalej.

O tym, jak przetrwaliśmy zimę

Co się dzieje, kiedy w Krainie Deszczu zaczyna padać śnieg? Zaznacz prawidłowe odpowiedzi.

a) rozmowy o pogodzie naprawdę zaczynają być ekscytujące, gdyż istnieje prawdopodobieństwo, że  następnego dnia firma ogłosi stan klęski żywiołowej
b) uczniowie otwierają w trakcie zajęć okna i robią zdjęcia
c) ludzie dowiadują się o istnieniu zjawiska opon zimowych
d) niektóre Mamuśki donoszą, że Polsat i /lub TVN informują o stanie zagrożenia opadami śniegu na Wyspach
e) wiesz, że niezależnie od tego, co wydarzy się dalej, będziesz musiał o tym napisać (na blogu, na portalach społecznościowych, w kartach świątecznych i w mailach)

Poprawne odpowiedzi: a, b, c, d, e. (Jak Wam poszło?)

A w zasadzie dodałabym jeszcze jedną prawidłową odpowiedź:

f) po niemal sześciu latach na emigracji zaczynasz rozumieć ten szał i sam w niego wpadasz

Zaczęło padać w piątek, kiedy ruszałyśmy z Fruzią spod Piątej Chatki do Różowej. Tak bez ostrzeżenia zaczęło i natychmiast solidnie. Grube, puszyste płatki z zawrotną prędknością lecące na przednią szybę Mikruski wprawiły mnie w osłupienie.
- Matkobosko, śnieg pada! - wykrzyknęłam zdumiona. - Fruziu, śnieg, no świat się kończy!
Dziecko również wpadło w ekstazę pomieszaną z lekkim niepokojem.
- Mummy, look! LOOK! - krzyczała z fotelika.
Biedactwo, nawet nie była w stanie nazwać tego czegoś lecącego z nieba, co świadomie oglądała w swym życiu tak naprawdę po raz pierwszy. (Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, kiedy Fruzia wciąż była bejbikiem, też śnieżyło. Jednak zanim dotarło w okolice chodnika, zamieniało się w wodę.)
- LOOK!
Śnieżyca trwała całą drogę do Różowej, czyli jakieś 30 sekund. A może 45, bo przecież w taką zamieć człowiek jedzie naprawdę wolno.
- Ciągle pada? - pytał podekscytowany personel Chmurki.
Niestety. Czułam się jak posłaniec przynoszący złe wieści i czekający na skazanie z natychmiastowym wykonaniem wyroku.

Popadało jeszcze chwilę w okolicach jedenastej am, kiedy to grupa moich nastolatków porwała się z ławek i rozpoczęła uwiecznianie śniegu na fotografiach. Pomna swych doświadczeń z ulotnością takich chwil zachęcałam ich jeszcze do nagrania filmików oraz wykorzystania przerwy na uważne przyjrzenie się białemu puchowi. Na pytanie dlaczego, odpowiadałam, że nigdy nie wiadomo, czy następnym razem nie będą pokazywać śniegu swoim dorastającym dzieciom. Z braku żywych dowodów - właśnie na tych nagraniach.

Ale dopiero w niedzielę przeżyliśmy prawdziwą zimę. Śnieg nie tylko dobijał do podłoża, ale do tego postanowił nie topnieć - liczę, że jesteście w stanie wyobrazić sobie powagę sytuacji. Mikruska wyglądała uroczo w nowym, śniegowym outificie. Rudolf zwariował w ogródku ze szczęścia. Fruzi, kiedy już odzialiśmy ją w narciarskie spodnie i kalosze, zapowiedzieliśmy, że to historyczny dzień, niech więc lepiej się dobrze bawi, coby zdjęcia wyszły instagramowo. (Jeśli ktoś zastanawia się: a) kto przy zdrowych zmysłach kupuje dziecku w Krainie Deszczu spodnie narciarskie, jeśli nie wybiera się na narty lub b) co to za dziwny zestaw: kalosze + rzeczone spodnie; odpowiadam co następuje: a) spodnie otrzymała Fruzia od podrosłego potomstwa Niemieckiej Szwaczki, przy czym przeleżały one w schowku na odzież-w-zasadzie-nieużywaną-ale-może-zdarzy-się-cud półtora roku, czekając na swoje pięć minut; b) no przecież chyba nikt nie podejrzewa mnie o kupowanie dziecku w Krainie Deszczu kozaków?) 

Kiedy już wreszcie wytarabaniliśmy się z Piątej, Fruzia była lekko shocked. (To jedno z jej ulubionych słów, które nieodmiennie wprawia mnie w stan rozbawienia. Tym bardziej, że to znów misiowa mama najczęściej jest shocked.) Nie wiem do końca, czy to ten śnieg, czy może te wszystkie kaftany bezpieczeństwa krępujące jej ruchy, fakt jest jednak taki, że przez kilka minut dziecię kontemplowało nowy pejzaż bez jakiegokolwiek ruchu lub emocji. Już się nawet bałam, czy to nie koniec zimowego szaleństwa, szczęśliwie jednak Tasmana odblokowało. Szybciej niż na urodzinach Albiego.

Próbowałyśmy ulepić bałwana, ale Fruziak nie mógł pojąć, że trzeba cierpliwości, zanim mała kulka stanie się podstawą bałwana. Z satysfakcją rozbrajała więc każdą, którą usiłowałam powiększyć.

Próbowałyśmy rzucać się śnieżkami, ale Tasman nie mógł odkleić swoich kulek od rękawiczek, w związku z czym wyglądała jak trzepoczący skrzydłami pingwin.

Sanek nie miałyśmy, bo przecież... kto kupuje sanki w Krainie Deszczu?

Zostało nam więc bieganie (za Rudolfem) i taplanie się w kałużach. Takich na wpół zmrożonych kałużach sięgających Tasmanowi powyżej kostek. A nie mówiłam, że kalosze i spodnie narciarskie to dobry zestaw? (Mamuśka, uważnie obejrzawszy nagranie z zimowiska, zapytała podejrzliwie: - A jakie ona miała buty, że tak pozwoliłaś jej brodzić w tej wodzie? Przewidziałam to pytanie. 1:0 dla mnie, Mamuśko!)

W poniedziałek rano jechałam do pracy z resztkami zmrożonego śniegu na masce (Mikruski, nie swojej), a po południu natknęłyśmy się z Fruzią na dwa uparte bałwany kurczowo trzymające się zielonego jak w marcu trawnika, ale to były ostatnie oznaki białego szaleństwa w Deszczowej Krainie. Zima trwała prawie całą dobę.

Będziemy mieli co wspominać z wnukami przy kominku.

Not-so-beautiful

Coś mi się porobiło z systemem nerwowym przy tych wszystkich świątecznych piosenkach. Coś się poluzowało, odkręciło, odblokowało. Zupełnie jakby rutyna i mocno zaprogramowany rytm dnia postanowiły trochę odpuścić, wyciągając na wierzch to, co lekko wepchnięte w ramki,  dopchnięte kolanem, uklepane dłonią i zamknięte na pracujący sezon. Żeby czasem nie wylazło i  nie posypało się w najmniej odpowiednim momencie.

Ale wyłazi.

Kiedy opowiadali mi o ukochanych miejscach w swoich krajach, zastanawiałam się, czy powinnam była dawać im to zadanie. Potem, czy powinniśmy byli pominąć googlowanie zdjęć tych ich zakątków. Miałam zamęt w głowie, przebiegło mi przez myśl, że kurwa mać, następnym razem przemyśl, ale potem pomyślałam, że oni chcą. Chcą opowiadać i pokazywać zdjęcia, nawet jeśli przez chwilę głos im się zawiesi, a google pokaże na bocznym pasku not-so-beautiful pictures, które zawsze wywołują ciszę. Dla równowagi pokazałam im moje ukochane miasta dziś i Warszawę z końca II wojny. Żadna to wspólnota doświadczeń, gdzie ja dziś, a gdzie oni, ale przez chwilę poczułam, że oni rozumieją, że ja staram się zrozumieć. Coś.

Wszędzie widzę dzieci. I to nie baby brain mi się załączył, bo ja widzę te chore i te smutne; te starsze, niby już dorosłe, a przecież wciąż potrzebujące mamy i taty, też widzę. Te, nad którymi nikt się nie rozczula, bo już sobie poradzą, do pracy nawet mogą pójść, świat stoi przed nimi otworem, no nie? I te wystawione za drzwi w środku nocy*. I szlag mnie trafia, że nie ma takiej mocy na świecie, która by to zmieniła, że można tylko małą cegiełkę tu i małą tam, żeby codziennie zmieniać świat na lepsze. Tak po okruszku, nie po łyżeczce nawet. Phi! Jak w wystudiowanej przemowie na Miss Polski. Czasem chciałabym pozrywać te wszystkie światełka w domach tych, co to je wieszają, a potem wystawiają dziecko na próg, i odwołać Święta na całej planecie, bo takich jak ten mały jest więcej, a my siądziemy do kolacji jak gdyby nigdy nic i kieliszkiem mulled wine odpędzimy jesienne zmęczenie.

A przecież sama nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę jej minę na widok tego, co szykuje dla niej Śnięty. I na to wino też czekam.

Prześladują mnie psy. Pies Zamroczonej, który odszedł kilka dni temu. Te wszystkie na fejsbuku też, patrzące prosto na mnie tymi smutnymi ślepiami, nie wiem dlaczego jeszcze nie poukrywałam ich na ścianie. I mamy widzę, te mamy, które chorują, podczas  gdy wszyscy wiedzą, że rodzice naszych przyjaciół są nietykalni w ten sam sposób co nasi prywatni staruszkowie. Więc jak choruje jeden, to trochę tak jakby coś w naszej własnej rodzinie zadziało się nie tak.

Czekam na te święta. Bardzo.

Ale dziś mam w środku coś smutnego, bo tak wyraźnie widzę, że nie każdemu jest dana choćby cząstka tej cholernej, reklamowej rzeczywistość. Nie każdy zrobi pierniki, bo nie każdy będzie miał z czego i z kim. Widzę to z bliska. Bywa, że z odległości jednej ławki.

Wiem, oczywiście wiem, że warto je robić. Szczególnie, że mam dla kogo i mam z kim. Tylko czasem zaczynam wątpić, czy przyniesienie własnych pierników na dłuższą metę coś może zmienić w czyimś życiu.

Cokolwiek.

* Update - jako że nie chciałabym szerzyć fałszywych informacji: Śledztwo w toku, to jedna z pierwszych teorii, która aktualnie zdaje się nie mieć potwierdzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że tego typu sytuacji jest wiele. Wciąż i wciąż.

Generalnie wciąż jestem śpiąca, ale nie aż tak, żeby to przegapić! ROBÓTKA 2017!!

Ogarnęłam się od ostatniego posta. Ogarnięcie będzie trwało do jutra, a dokładnie do jutra do szóstej trzydzieści ej em, czas więc skorzystać z większej niż zwykle o tej porze roku przytomności umysłu i przypomnieć Wam, bo pewnie już i tak wiecie, ale może na chwilę zapomnieliście, że Harry się żeni.

Żartowałam.

To znaczy żeni się, że ja nie o tym.

Jest Robota.

A właściwie Robótka.

Jeśli ktoś pierwszy raz o niej słyszy, niech w te pędy klika tutaj: Robótka 2017

A jeśli ktoś stały Robótkowicz, to też klika tutaj: Robótka 2017 i wybiera, kogo obdaruje ciepłym słowem, a może nawet całym potokiem słów. Z dwuletniego już doświadczenia w Robótce wiem, że jak człowiek raz zacznie, to nie może przestać... Pamiętacie moją twórczość z nocnej zmiany u Seniorów? "Gdyby Julka nie miał Niegów, to nabawiłby się piegów!" To dla nas trzeci sezon i mam niecny plan, żeby wydusić trochę poezji z Inżyniera. Będzie się działo!


O tym, że nie mam siły na tytuł

Celowo ignoruję powiadomienia, które podsyła mi mój wszystkowiedzący telefon. Jak dla mnie, on wie więcej niż ja, bo ja to nawet się zdziwiłam, kiedy moja wolontariuszka zapytała mnie, co sądzę o narzeczonej Harry'ego. Harry'ego? Jakiego, do cholery, Harry'ego? Kiedy już do mnie dotarło, a musicie wiedzieć, że chwilę to trwało, jako że była dopiero dziewiąta rano, jak zwykle o tej porze głowę miałam w służbowych papierach, przed sobą kwadrans do rozpoczęcia zajęć, a wciąż jeszcze się nie obudziłam; tak więc kiedy już do mnie dotarło, o co ona właściwie pyta, to pomyślałam sobie wtedy, żeby dała sobie siana z takimi pytaniami, bo ja się takimi newsami nie zajmuję, ja mam ważniejsze sprawy na głowie, ja... ja... ja jestem anglistką w Królestwie przecież.

A mój telefon wiedział, jestem pewna, że wiedział, bo pika co chwilę jak potłuczony, ale że ja taka zajęta jestem, to świadomie ignoruję te powiadomienia, co to on mi je podsyła co pięć minut. Newsów o Harrym się nie boję. Boję się swojej osobistej poczty. Boję się poczty z fejsbuka. I tej z bloga też. Boję się, że jak którąś z tych puszek otworzę, to utonę. Albo gorzej - że otworzę, a tam pustka. I wtedy to już porażka, bo nie dość, że nikt nie kocha, to jeszcze po co ja się tak boję?

Ktoś nadąża?

Bo ja zdecydowanie nie. 

Zdarza się, że kiedy odprowadzę Fruzię do Różowej, to chwilę później siedzę w Mikrusce bez ruchu i powtarzam sobie półgłosem, że dzisiaj na przykład jest poniedziałek, dziecię jest w placówce, więc nie, nie zapomniałam zabrać jej z domu, dziś jak co rano jadę do kampusu B, a wieczorem do A, i że jestem w pełni obudzona, więc nie zagrażam pieszym na drodze. Co oczywiście jest bujdą na resorach, bo budzę się w okolicach dziesiątej. Jeszcze chwila, a znajdą mnie pod Różową z głową na kierownicy Mikruski w okolicach południa.

Za Fruzią też nie nadążam, a skądże, no bo niby coś tam sobie notuję, że wow, powiedziała dziś 'Fruzia funny', kiedy zanosząc się śmiechem po raz trzeci przywaliła mi w twarz, a ja próbowałam wytłumaczyć jej, że wręcz przeciwnie, not funny at all, ale dziecię następnego dnia wyskakuje znowu z czymś innym, czego już nie mogę sobie przypomnieć po dwóch godzinach biegania między życiem a życiem i czuję, że dupa ze mnie, a nie rodzinny kronikarz, skoro nie rejestruję każdej nowej sylaby naszego jakże zabawnego dziecka. 

Rudolf nie lepszy, za nim, mówiąc szczerze, nawet nie próbuję nadążać. Kilka dni temu na ostatniej prostej w kierunku smyczy coś mu się w tej rudej głowie poprzestawiało, nieoczekiwanie wziął ostry zakręt w lewo i tyle go z Fruzią widziałyśmy. Kiedy zrobił to po raz pierwszy, lamentowałam, spazmowałam, w wyobraźni rozwieszałam już na okolicznych słupach plakaty informujące o jego zaginięciu i oczywiście zjadłam wszystkie paznokcie, które mi zostały, a powrót Rudego do domu był powodem do świętowania. Teraz po prostu najpierw się wkurwiłam, potem pomyślałam, że nie powinnam tego przekładać na wiązanki słowne, bo mam przy sobie dziecko, które chłonie jak gąbka, a potem było mi już wszystko jedno.
- Rudolf jest niegrzeczny, bo nam uciekł - powiedziałam tylko przy czwartym okrążeniu lasku. 
- Naughty - z przejęciem pokiwała głową Fruzia.
A ponoć to zakazane słowo w Różowej.
Kiedy odbierałam sierściucha od przemiłego starszego pana, który ściągnął Rudolfa z obrzeży boiska do krykieta, tuż przy ruchliwej ulicy, nawet nie miałam siły go opierdalać. Rudolfa znaczy, nie przemiłego pana, któremu byłam bardzo wdzięczna za przygarnięcie naszego głąba.
- Ty to jednak durna pała jesteś - oświadczyłam, głaszcząc sierścia po pustym łbie. - Jak cię kiedyś znajdę w formie naleśnika na ulicy, to sam sobie będziesz winien.

Rozumiecie już, o czym ja tutaj?

Dokładnie.

Jeśli nie mam siły na łajanie Rudolfa, to znak, że jestem naprawdę zmęczona.

Albo że Boże Narodzenie za pasem.