Piąta Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny

wtorek, listopada 14, 2017

- Mummy, daddy, p(l)ane!
Pisk na pół hali odlotów. Nos przyklejony do wielkiej szyby, za którą Ryanair szykuje się do kolejnej powietrznej wyprawy.
- A do kogo lecisz?
- Babi!
Dziecięce podskoki i uśmiech od ucha do ucha.
Taniec radości.

Podczas gdy cały świat jednym głosem grzmi o zagrożeniach płynących z nadmiernego korzystania z dobrodziejstw współczesnej technologii, my, niczym rodzina z mocno rozwojoną jaźnią, z jednej strony odliczamy Fruzi minuty spędzone na oglądaniu piosenek w komórce, a z drugiej namacalnie wręcz widzimy, gdzie aktualnie byśmy byli bez tejże wyklętej z ambony technologii. W studni rozpaczy byśmy byli. Lub innej czarnej d...ziurze.
- Dzięki Bogu za skype'a - mantruje Mamuśka.
Czasem wznosi przy tym oczy do nieba, a czasem wypiskuje te swoje hymny pochwalne na cześć Internetu, wtórując skaczącej wesoło Fruzi, która doskonale, dos-ko-na-le zna swoich dziadków, pomimo kilometrów i braku spotkań przy niedzielnym obiedzie. Zna ich tak dobrze, że na lotnisku pędzi na oślep przed siebie, kiedy słyszy, że ''o, zobacz, Baba i Siasia już czekają", a potem do klatki w Rodzinnym Town, byle szybciej to swoje "hello, Babi!" wykrzyczeć jeszcze na parterze. I na wiadukcie, przekrzykując ptaki i pociągi, kiedy po smutnej minie na do widzenia jeszcze raz, zaskoczona i szczęśliwa, ponownie widzi Babcię na peronie.

Dzięki temu, że oni prawie codziennie u nas, a my u nich, niby tylko dwuwymiarowo, a jednak jakby wielo-, na tym etapie nikt nie dziwi się przez tydzień, że taka ona duża, nikt nie odczuwa uwierającej obcości, nie potrzebuje się oswajać ani uczyć drugiego człowieka jakby od nowa. Znają się, więc radość bez końca przy powitaniach i niemal łzy małego człowieka przy pożegnaniu.

Pierwszy raz to u niej widzieliśmy. Ten wymalowany na jasnej buzi wyraźny znak, że jeszcze nie, ona wcale nie ma ochoty nigdzie od dziadków wyjeżdżać, i że jak babciu będziesz robić taką smutną minę, to i ja się zaraz rozpłaczę, o, popatrz, broda już mi się trzęsie...

(...)

Jednym zgrabnym ruchem małego ciała wślizgnęła się na fotel Dziadka Dyrektora, ten, na który nikt inny oprócz niego  nie siada, a jeśli już mu się zdarzy pod dyrektorską nieobecność, to gdy wróci Dyrektor, będzie musiał go opuścić. To taka niepisana zasada, bo nikt nikogo nie wyrzuca, nie wygania, nie marszczy brwi, a jednak to się wie. No dobrze, raz czy dwa zostałam kulturalnie poproszona o przemieszczenie się, próbowałam walczyć, stawiać opór, ale nikt z rodziny mnie nie wsparł, sam Ojczulo zaś (nad)używał jedynie łagodnej perswazji, więc skapitulowałam. Fruzia tymczasem postanowiła nie respektować żadnych pisanych i niepisanych umów i na fotelu nie tylko pozostać, ale również mieć ten tupet, aby na jego oczach triumfować zwycięstwo.

Wszystkich Dziadek Dyrektor wytrenował w kwestii fotela, Fruzi nawet nie próbował.

I wyobraźcie sobie, że czuję się z tym dziwnie. Zupełnie nie wiem, czy to dobrze, że Fruzia postanowiła wziąć się za bary z tym jawnym, fotelowym patriarchatem, czy raczej źle, że tak bezdusznie burzy starannie tkaną sieć rodzinnych tradycji, swoisty symbol (szlachecki?) istniejący w niej od pokoleń lat.

(...)

Uporządkowała Babci Mamuśce biżuterię. A mówiąc dokładniej - kilka pudeł z biżuterią. Wyglądała jak na targach sztuki ludowej skrzyżowanych z pokazem najnowszej kolekcji Svarowskiego. Nie jestem pewna, czy po naszym wyjeździe Mamuśce udało się ponownie skompletować cokolwiek. Przezornie nie pytałam.

(...)

Drugiemu Dziadkowi zaśpiewała 'Happy Birthday' i tym razem była to właściwa piosenka wykonana o właściwym czasie i we właściwym miejscu. Może jedynie liczba napędzanych przez samą artystkę bisów mogła wydać się lekko niepokojąca, ale tylko tym, którzy nie słyszeli Fruzi w zwykły, powszedni dzień.

27 powtórek to naprawdę nie jest szczyt jej możliwości.

(...)

Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to na poważnie obraziła się raptem 3-4 razy. A i to nie bez ważnego powodu. Raz nie chciała się ubrać, za drugim razem jeść, za trzecim pójść spać, a za czwartym chciała jeść, ale tylko cukierki. Sami, państwo, rozumiecie. Nie pozostało jej nic innego jak tylko rzucić się na z góry upatrzoną pozycję twarzą do dołu i odczynić swą powinność.
- Żydowskie kucki - zawyrokowała Mamuśka, która z wyraźną fascynacją obserwowała tak dobrze jej znany spektakl, tym razem w wersji 3D.
Parsknęłam.
- Co??
- Kucki - powtórzyła. - Żydowskie. No nie widzisz?

Mamuśka na długo osłodziła mi frustrację wynikającą z patrzenia na frustrację Fruzi.

(...)

Wychodzimy z marketu i od razu wpadam w objęcia Kota. Gadamy chwilę, umawiamy się na widzenie, po czym rozchodzimy się w swoje strony. Wieczorem Kocur opowiada, że kiedy się rozstałyśmy, ona i Buńka natychmiast zaczęły się śmiać z braku czapki u Fruzi.
- A ty wiesz, że ja od razu pomyślałam, że  ty pomyślisz o tej czapce?

Kocurze, aby ukoić twoje matczyne serce, spieszę donieść, że od tamtej wizyty w kraju Fruzia codziennie nosi czapkę.

I to nie tylko dlatego, że przed chwilą skończyła pierwszy w życiu antybiotyk. ;-)

(...)

Z Lilką długo badały się wzrokiem, zanim postanowiły się polubić. Z Emilką zaklikało od progu i mogliśmy wszyscy spędzić dwa październikowe dni nad Bałtykiem. Wiało nieziemsko, ale przezorna Mamuśka zaopatrzyła Tasmana w komin i czapkę, nikomu więc nie oberwało uszu ani kudłów. Dziewczyny upatrzyły sobie sięgające ziemi rolety do zabawy w chowanego, Fruzia chowała się również w szafie i kazała sobie śpiewać 'Sleeping Bunnies'. Poza tym nic się w tej kwestii nie zmieniło - to dziecko jest stworzone do podróżowania, wędrowania po lotniskach, poznawania nowych miejsc i spania gdzie popadnie.

Oczywiście pod warunkiem, że ma ochotę spać.

(...)

Mogłabym mieszkać w Sopocie. A na pewno chciałabym wrócić do Naszego Miasta. Tęsknię za nim chyba bardziej niż za Rodzinnym Town. Poza tym ostatnim, chyba tylko w Naszym Mieście tak naprawdę czułam, że to moje miejsce. I pomyśleć, że kiedy 17 lat temu zjawiłam się tam, żeby złożyć dokumenty do tamtejszego koledżu, to miasto było brzydsze niż noc listopadowa. Obecnie jest piękne, niech się schowa Kraków i Praga.

A może to ja patrzę na nie zupełnie inaczej niż 17 lat temu.

You Might Also Like

5 komentarze

  1. Fruzinka mały podróżnik no no mała Martyna Wojciechowska 😉.Moja Gwiazdeczka też skradła sobie serce dziadka może wszystko ;-) nie wspominając już o babciach eh tak już mają te najmłodsze i najsłodsze w rodzinie. Literatki kochana ja jestem zakochana w Orłowie uwielbiam to miejsce tuż nad brzegiem morza... Sopot to wielka impreza choć ma swój urok 😉. Wracajcie Kochani;-) :-D to w końcu się zobaczymy:*buźka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, latem Sopot musi przeżywać prawdziwe oblężenie przez turystów, ale w październiku, pomimo wiatru, było tam naprawdę uroczo, choć ludzi i tak sporo. Zobaczymy się, zobaczymy, w lutym minie nam na obczyźnie 6 lat (kiedy? kiedy to zleciało?) i oficjalnie zaczniemy wsteczne odliczanie, choć tak naprawdę to ja już odliczam;-)

      My pewnie też będziemy tak rozpieszczać wnuki. (Ha ha ha, nie wierzę, że to napisałam! Wnuki! Toż to chyba w następnym życiu! ;-))

      Usuń
  2. To chyba tak jest, że dopiero z perspektywy czasu zauważamy to co mamy pod nosem ;) Wydaje mi się że mogłabym mieszkać wszędzie, że nie miałabym problemu żeby zaczynać od początku, ale moi domownicy są innego zdania, co najwyżej możemy się przeprowadzić na naszą drugą działkę - za płotem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze to jakaś perspektywa - widok z okna niby ten sam, a pod innym kątem ;-)

      Usuń