O chwili chwały

Ćwiczyła na długo przed imprezą, mniej więcej od września. Rano, po południu i wieczorem. Raczej w tej samej tonacji, co nie ułatwiało postronnym prowadzenia normalnego życia. Jako laik mogę się jedynie domyślać, że chodziło jej o doprowadzenie zaplanowej wersji pieśni do poziomu masterXfactor, choć jak dla mnie mogłaby poprzestać na porankach do początku października. I tak byłoby rewelacyjnie.

W dniu imprezy śpiewała od bladego świtu, zamilkła dopiero w samochodzie, w drodze na przyjęcie. Bynajmniej nie z powodu tremy; była tak podekscytowana, że ledwie mogła wysiedzieć w foteliku. Wszak to ten dzień, ten wielce zapowiadany od półtora miesiąca moment - urodziny jej Albiego, co za emocje! Przewidywaliśmy, że jej 'Happy birthday' przebije Marylin Monroe, hymn Edyty Górniak i wszystkie hity Golców w jednym. Taka była szczęśliwa.

Kiedy po półtoragodzinnym szaleństwie na dmuchanym zamku, gonieniu balonów i objadaniu się urodzinowym fast foodem impreza zaczęła chylić się ku upadkowi końcowi, lekko zdziwieni skonstatowaliśmy, że te babeczki wręczane we wszystkie małe, lepkie ręce, to chyba zamiast tortu były, i że dziwnie tak jakoś, bo nawet nikt nie zaintonował pieśni głównej. A ponieważ nie lubimy być tymi, którzy trochę bez sensu przedłużają gospodarzom kulturalne pozbywanie się ociągających się z wyjściem gości, postanowiliśmy opuścić imprezę pierwsi. Piętnaście minut przed zaznaczonym na zaproszeniu czasem. To taki angielski zwyczaj - impreza od-do. (To dlatego na drugich urodzinach Fruzi, mniej więcej w trzeciej godzinie imprezy, Sąsiadka oznajmiła radośnie, że skoro nie określiliśmy się jednoznacznie, nikt nie zamierza opuszczać przyjęcia. Choć ja obstawiam, że to nie z powodu braku od-do na zaproszeniach, a z powodu dyskretnej obecności napoju bogów plączącego się po kątach sali.) Podeszłam do mamy Albiego.
- Chcielibyśmy się pożegnać, bo mała jest już zmęczona i podziękować za za...
- Nie poczekacie na tort? - weszła mi w słowo Jen.
Ups.
Nie ma to jak wyczucie czasu i lokalnych obrzędów.
- Poczekamy, oczywiście, że poczekamy - odparłam uprzejmie.
Spojrzeniem zawróciłam Inżyniera i Fruzię sprzed drzwi.
- Twoja wielka chwila chwały, Tasmanie - szepnął jej w ucho Inżynier, podnosząc małą do góry.
Ktoś nieśmiało zaczął śpiewać. Na torcie zapłonęła świeczka.
- Happy birthday to you... - popłynęło w sali.
Oczy Fruzi w jednej chwili zrobiły się okrągłe. Myśleliśmy, że zaraz usłyszymy jej natchniony wokal, a tymczasem Fruzia ani myślała dołączać do chóru.
- No dalej, mała, przecież to twój Albie! - zachęcał Inżynier.
Tasman zdawał się być w innym świecie. Nie wiemy dokładnie, w jakim, być może gdzieś tam obok zdmuchującego świeczkę Albiego, ale wyglądała jakby ktoś zamienił ją w posąg. Gapiła się jak zahipnotyzowana na tort i świeczkę, aż otworzyła buzię z wrażenia i tak trwała i trwała aż umilkły ostatnie takty uroczystej pieśni. Albie wyszeptał życzenie i wszyscy zaczęli wiwatować.

Popatrzyłam na Inżyniera.
To po to przez dwa miesiące dzielnie znosiliśmy tę samą linię melodyczną od świtu do nocy? Po to właśnie?
Mąż Mój nie dał rady stłumić parsknięcia.
A Fruzia...

Odblokowało ją dokładnie w tej samej chwili, kiedy zamknęły się za nami drzwi.
- Happy birthday to you! - wrzasnęła gromko na pustym horytarzu. - Happy birthday to you!

Ratunkuuuu, tylko nie to!

O zmęczeniu

Wiesz, że jesteś zmęczony, kiedy:

a) bierzesz rano prysznic i w trakcie kąpieli zdajesz sobie sprawę, że kompletnie nie pamiętasz, czy to, co właśnie spłukujesz sobie z włosów to był szampon, odżywka, coś jeszcze innego, czy może... woda?

b) zbierasz ubrania z podłogi (Team Fruzia & Daddy) z zamiarem wrzucenia ich do kosza na brudną bieliznę, ale ostatecznie wrzucasz je z rozpędu do kibla *

c) chcesz zrobić herbatę, ale zamiast wlać wrzątek do kubka, wlewasz go do cukiernicy.

Listopad w pełnej krasie.

* przynajmniej ich nie spłukałam...

Piąta Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny

- Mummy, daddy, p(l)ane!
Pisk na pół hali odlotów. Nos przyklejony do wielkiej szyby, za którą Ryanair szykuje się do kolejnej powietrznej wyprawy.
- A do kogo lecisz?
- Babi!
Dziecięce podskoki i uśmiech od ucha do ucha.
Taniec radości.

Podczas gdy cały świat jednym głosem grzmi o zagrożeniach płynących z nadmiernego korzystania z dobrodziejstw współczesnej technologii, my, niczym rodzina z mocno rozwojoną jaźnią, z jednej strony odliczamy Fruzi minuty spędzone na oglądaniu piosenek w komórce, a z drugiej namacalnie wręcz widzimy, gdzie aktualnie byśmy byli bez tejże wyklętej z ambony technologii. W studni rozpaczy byśmy byli. Lub innej czarnej d...ziurze.
- Dzięki Bogu za skype'a - mantruje Mamuśka.
Czasem wznosi przy tym oczy do nieba, a czasem wypiskuje te swoje hymny pochwalne na cześć Internetu, wtórując skaczącej wesoło Fruzi, która doskonale, dos-ko-na-le zna swoich dziadków, pomimo kilometrów i braku spotkań przy niedzielnym obiedzie. Zna ich tak dobrze, że na lotnisku pędzi na oślep przed siebie, kiedy słyszy, że ''o, zobacz, Baba i Siasia już czekają", a potem do klatki w Rodzinnym Town, byle szybciej to swoje "hello, Babi!" wykrzyczeć jeszcze na parterze. I na wiadukcie, przekrzykując ptaki i pociągi, kiedy po smutnej minie na do widzenia jeszcze raz, zaskoczona i szczęśliwa, ponownie widzi Babcię na peronie.

Dzięki temu, że oni prawie codziennie u nas, a my u nich, niby tylko dwuwymiarowo, a jednak jakby wielo-, na tym etapie nikt nie dziwi się przez tydzień, że taka ona duża, nikt nie odczuwa uwierającej obcości, nie potrzebuje się oswajać ani uczyć drugiego człowieka jakby od nowa. Znają się, więc radość bez końca przy powitaniach i niemal łzy małego człowieka przy pożegnaniu.

Pierwszy raz to u niej widzieliśmy. Ten wymalowany na jasnej buzi wyraźny znak, że jeszcze nie, ona wcale nie ma ochoty nigdzie od dziadków wyjeżdżać, i że jak babciu będziesz robić taką smutną minę, to i ja się zaraz rozpłaczę, o, popatrz, broda już mi się trzęsie...

(...)

Jednym zgrabnym ruchem małego ciała wślizgnęła się na fotel Dziadka Dyrektora, ten, na który nikt inny oprócz niego  nie siada, a jeśli już mu się zdarzy pod dyrektorską nieobecność, to gdy wróci Dyrektor, będzie musiał go opuścić. To taka niepisana zasada, bo nikt nikogo nie wyrzuca, nie wygania, nie marszczy brwi, a jednak to się wie. No dobrze, raz czy dwa zostałam kulturalnie poproszona o przemieszczenie się, próbowałam walczyć, stawiać opór, ale nikt z rodziny mnie nie wsparł, sam Ojczulo zaś (nad)używał jedynie łagodnej perswazji, więc skapitulowałam. Fruzia tymczasem postanowiła nie respektować żadnych pisanych i niepisanych umów i na fotelu nie tylko pozostać, ale również mieć ten tupet, aby na jego oczach triumfować zwycięstwo.

Wszystkich Dziadek Dyrektor wytrenował w kwestii fotela, Fruzi nawet nie próbował.

I wyobraźcie sobie, że czuję się z tym dziwnie. Zupełnie nie wiem, czy to dobrze, że Fruzia postanowiła wziąć się za bary z tym jawnym, fotelowym patriarchatem, czy raczej źle, że tak bezdusznie burzy starannie tkaną sieć rodzinnych tradycji, swoisty symbol (szlachecki?) istniejący w niej od pokoleń lat.

(...)

Uporządkowała Babci Mamuśce biżuterię. A mówiąc dokładniej - kilka pudeł z biżuterią. Wyglądała jak na targach sztuki ludowej skrzyżowanych z pokazem najnowszej kolekcji Svarowskiego. Nie jestem pewna, czy po naszym wyjeździe Mamuśce udało się ponownie skompletować cokolwiek. Przezornie nie pytałam.

(...)

Drugiemu Dziadkowi zaśpiewała 'Happy Birthday' i tym razem była to właściwa piosenka wykonana o właściwym czasie i we właściwym miejscu. Może jedynie liczba napędzanych przez samą artystkę bisów mogła wydać się lekko niepokojąca, ale tylko tym, którzy nie słyszeli Fruzi w zwykły, powszedni dzień.

27 powtórek to naprawdę nie jest szczyt jej możliwości.

(...)

Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to na poważnie obraziła się raptem 3-4 razy. A i to nie bez ważnego powodu. Raz nie chciała się ubrać, za drugim razem jeść, za trzecim pójść spać, a za czwartym chciała jeść, ale tylko cukierki. Sami, państwo, rozumiecie. Nie pozostało jej nic innego jak tylko rzucić się na z góry upatrzoną pozycję twarzą do dołu i odczynić swą powinność.
- Żydowskie kucki - zawyrokowała Mamuśka, która z wyraźną fascynacją obserwowała tak dobrze jej znany spektakl, tym razem w wersji 3D.
Parsknęłam.
- Co??
- Kucki - powtórzyła. - Żydowskie. No nie widzisz?

Mamuśka na długo osłodziła mi frustrację wynikającą z patrzenia na frustrację Fruzi.

(...)

Wychodzimy z marketu i od razu wpadam w objęcia Kota. Gadamy chwilę, umawiamy się na widzenie, po czym rozchodzimy się w swoje strony. Wieczorem Kocur opowiada, że kiedy się rozstałyśmy, ona i Buńka natychmiast zaczęły się śmiać z braku czapki u Fruzi.
- A ty wiesz, że ja od razu pomyślałam, że  ty pomyślisz o tej czapce?

Kocurze, aby ukoić twoje matczyne serce, spieszę donieść, że od tamtej wizyty w kraju Fruzia codziennie nosi czapkę.

I to nie tylko dlatego, że przed chwilą skończyła pierwszy w życiu antybiotyk. ;-)

(...)

Z Lilką długo badały się wzrokiem, zanim postanowiły się polubić. Z Emilką zaklikało od progu i mogliśmy wszyscy spędzić dwa październikowe dni nad Bałtykiem. Wiało nieziemsko, ale przezorna Mamuśka zaopatrzyła Tasmana w komin i czapkę, nikomu więc nie oberwało uszu ani kudłów. Dziewczyny upatrzyły sobie sięgające ziemi rolety do zabawy w chowanego, Fruzia chowała się również w szafie i kazała sobie śpiewać 'Sleeping Bunnies'. Poza tym nic się w tej kwestii nie zmieniło - to dziecko jest stworzone do podróżowania, wędrowania po lotniskach, poznawania nowych miejsc i spania gdzie popadnie.

Oczywiście pod warunkiem, że ma ochotę spać.

(...)

Mogłabym mieszkać w Sopocie. A na pewno chciałabym wrócić do Naszego Miasta. Tęsknię za nim chyba bardziej niż za Rodzinnym Town. Poza tym ostatnim, chyba tylko w Naszym Mieście tak naprawdę czułam, że to moje miejsce. I pomyśleć, że kiedy 17 lat temu zjawiłam się tam, żeby złożyć dokumenty do tamtejszego koledżu, to miasto było brzydsze niż noc listopadowa. Obecnie jest piękne, niech się schowa Kraków i Praga.

A może to ja patrzę na nie zupełnie inaczej niż 17 lat temu.

O tym, że nadchodzą

Poważne rozmowy.

Zmywam naczynia. Do kuchni wkracza Fruzia z rysunkiem najnowszej produkcji. Na białej kartce pysznią się granatowe kółka, jedno na drugim. Choć może 'kółka' to niekoniecznie to, co udało się osiągnąć Tasmanowi, niemniej jednak przypomina to kółka.
- O, jak pięknie! - chwalę dziecię.
Chwalę za każdym razem, bo Fruzia dopiero niedawno naprawdę odkryła rysowanie i usiłuję podtrzymać w niej zapał. Sami rozumiecie - dziecko rysujące to dziecko skupione = matka ma trzy minuty dla siebie.
- Baby - oświadcza Fruzia.
- Oł-kej - mówię, gdyż nie wiem, co powiedzieć.
(Trochę jak tu: "dzwonię do ciebie, bo nie mogę rozmawiać.")
Tasman podciąga do góry koszulkę, klepie się po brzuchu i powtarza:
- Mummy, baby.
Gorączkowo nadstawiam uszu. Czy to naprawdę już?
- Tak, kochanie? Baby w brzuszku?
Fuzia przytakuje, szczęśliwa, że załapałam, o co chodzi.
Mała dłoń wędruje w kierunku mojego brzucha.
- Baby.

Tak, to już.

- Mama nie ma dzidziusia, ale ty kiedyś byłaś w innym brzuchu, wiesz? - mówię. - A potem przyjechałaś do nas, adoptowaliśmy cię i mama z tatą oszaleli z radości, pamiętasz?
- Yeś - Fruzia radośnie potakuje, po czym pędzi do swoich spraw.

A ja wciąż nie wiem, czy te kółka to miał być jej brzuch, baby, czy może artystyczne ujęcie tematu sprowadzania dzieci na świat.

Nie dopuszczam do siebie myśli, że to była aluzja do rozmiarów mojej osobistej ochronnej oponki.