Fruzia - odsłona druga i osiem dwunastych

wtorek, października 10, 2017

- Fruziu, a gdzie jest tata? - pyta Babcia Mamuśka podczas rozmowy na skypie.
- Daddy work.
- A ty co robisz dzisiaj z mamą?
- A mummy a Rudolf, park.
(Czyżby indefinite article?)
To prawda, właśnie wróciliśmy ze spaceru.
- A grzeczna byłaś w przedszkolu? - kontynuuje Babcia.
- No - oświadcza dziecię i na dowód własnej prawdomówności przekonująco gestykuluje, wytyka język i prycha, blowing raspberries*.
W ten sposób pokazuje nam zawsze, na czym dokładnie polegało to jej nie-grzeczne bycie. A może nie-bycie grzeczną.
Kiedy zrobiła to po raz pierwszy, byłam zaskoczona, że po kilku godzinach od awantury pamiętała dokładnie, o co poszło, bo wtedy mogłabym przysiąc, że jak tylko otarła łzy rozpaczy, natychmiast zapomniała o całym incydencie. Ale nie. Pamiętała, wiedziała, dlaczego mummy była sad i opowiedziała nam o tym w swoim własnym języku polsko-angielsko-chińsko-migowym. Z jednej strony cudowne są te zalążki myślenia logicznego, a z drugiej...
- Mummy, ice - powiedziała któregoś dnia, stojąc przed otwartą na oścież zamrażarką. Zaglądała właśnie do drugiej szuflady, w której jeszcze kilka godzin temu chłodziły się dwa lody na patyku. Jednego zjadła ona.
- Nie ma - dodała, patrząc na mnie wymownie.
- No nie ma, nie ma - potwierdziłam. - Pewnie Rudolf ma z tym coś wspólnego.
Przez resztę dnia unikałam jego wzroku.

Dziadkowie uwielbiają jej kosmiczne opowieści, które najczęściej wymagają tłumacza i didaskaliów. Jak wtedy, kiedy Fruzia opowiadała o urodzinach Amelii. Przywlokła z nich czerwony balon, z którym uparła się spać i chociaż zastanawialiśmy się, jak długo jej nowy przyjaciel pożyje, zgodziliśmy się na kolejnego lokatora w jej - oraz nad ranem w naszym własnym - łóżku. Do pasji doprowadzało mnie usypianie Tasmana z balonem w objęciach, bo każdy jej ruch powodował irytujący dla uszu dźwięk tartej gumy. Trzy noce później, około szóstej nad ranem, czerwony z hukiem wyzionął ducha, a dla Fruzi przez kilka kolejnych dni było to wydarzenie sezonu.
- Baba, a bubble pop - oświadczyła do telefonu Babci Mamuśce jeszcze zanim ta pojawiła się na ekranie.
Bardzo była przejęta, więc pomiędzy baba-bubble-pop padło sporo anime-niemi-tomo-aba, czyli chińszczyzny stosowanej.
- Matka, tłumacz - zażądała jak zwykle Babcia.
Tym sposobem ona też uczy się angielskiego. A podczas następnej wirtualnej sesji sprawdza, czy Fruzia akceptuje jej akcent.
- Daddy work? - pyta niewinnie.
- Yeś - rzeczowo odpowiada Tasman.
Być może zamiast o emeryturze, Rodzicielka powinna pomyśleć o przebranżowieniu. Angielski komunikatywny już może spokojnie wrzucić do własnego CV.

Dużo śpiewa. (Fruzia, nie Mamuśka.) Zaczęła patriotycznie, od "Sto lat", które podsunęła jej sieć, żeby następnie płynnie przejść do "Happy Birthday". Mamy więc trochę niepewne "to tat, to tat", brzmiące prawie jak "tota tata" ("szczotka, pasta, ..."), na przemian z głośniejszym "hepi bebe tu-u", które z kolei pojawiło się nie wiadomo, panie, skąd. A jak nie wiadomo, to obwiniamy Różową. To się nawet łączy w jedną, logiczną całość, bo niedawno Tasman otrzymała pierwsze oficjalne zaproszenie, nie mające nic wspólnego z rodzicielskim zapleczem towarzyskim, na urodziny do Albiego.
- Pomyślałam, że skoro Fruzia tak bardzo lubi Albiego, to się ucieszy - wyjaśniła mama chłopca.
Albie i Sisi to mentorzy Tasmana. Wystarczy poinformować ją, że dziś idziemy do dzieci, a narządy artykulacji Fruzi automatycznie składają się do wymówienia imion tych dwojga. Sisi w samochodzie, Albie na parkingu, Sisi w progu placówki, Albie w progu sali. Na zmianę a czasem jednocześnie.
- To dość zabawne - powiedziała mi koleżanka z Różowej, kiedy śmiałam się z tej monotematyczności dziecięcia. - Bo z Albim ona właściwie w ogóle się nie bawi!
A my wcale nie byliśmy zdziwieni. Sisi przeszła właśnie do pre-school, Albie dołączy do niej za miesiąc. Starsze dzieci imponują Fruzi samym tylko faktem, że są starsze i więcej mogą. Tacy mali bogowie, którym Tasman usiłuje dorównać. I może stąd to "hepi bebe tu-u". Młoda ćwiczy, coby zabłysnąć w dojrzalszym gronie.
Przed snem repertuar nieco jej się zmienia. Na dwa głosy zastanawiamy się, co też powie tata, każda na swój sposób. Ja zachowuję się tak, jakbym startowała co najmniej do Idola, Fruzia eksperymentuje z wokalem. Do niej też, jak zawsze, należy ostatnie słowo.
- Co powie... - zaczynam refren.
- Dada - wtrąca cicho Fruzia.
Ja: Co powie...
F (głośniej): Daddy!
Ja: Co tata mi powie, co na to odpowie mi...
F (pieje): siiiiiiś!
Ja: Co powie...
F (szybko i krótko): Dada
Ja: Co powie...
F: (odmawia współpracy)
Ja: Czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci, on...
F (wrzeszczy): piiiiiiiii!!!

Poza tym reszta bez zmian. Ja do niej z czekoladą, ona do mnie, że chce "more chock, piś". Ja proszę, żeby powiedziała jabłko, ona mi na to, że przecież to "apple", a gruszka to nie gruszka, tylko "pear".
- A gdzie jest mrówka?
Pokazuje. I natychmiast mnie poprawia:
- Ant.
 I weź już, mamo, się nie wygłupiaj, tylko daj mi "bunny". Banana, jak by się ktoś pogubił.
Dobrze, że czasem oznajmi, że chce jej się pić i (s)pać, albo że dzik jest dziki, bo jeszcze chwila, a byłabym skłonna puszczać w świat własnoręcznie ukute rewolucyjne teorie na temat przyswajania pierwszego języka przez dzieci. I musiałabym oskarżyć Fostersów o manipulowanie Tasmanem w początkowych miesiącach jej życia.

Poranki z nią to nowy rodzaj interaktywnej gry dla całej rodziny. Do etapu mleka jest łagodna jak baranek, szczególnie że naprawdę przypomina baranka z tą burzą splątanych loków. Potem jest tylko gorzej.
- Fruziu, chodź, założymy skarpetki.
- No!
- Ależ tak, nie możesz pójść z gołymi stopami, jest zimno.
- No!
Tasman zwiewa na drugi koniec chaty, żeby tylko uniknąć kontaktu ze śmiertelną zarazą. Bez słowa idę za nią, podchodzę, aby założyć jej te przeklęte skarpety, Fruziak wyrywa się, machając wszystkimi kończynami na boki. (Każdego poranka. Każ-de-go.) 
- No! Daddy!
Wymieniamy się z Inżynierem spojrzeniami.
Daddy jest od skarpet, spinek i majtek z Peppą. Ale i on nie ma łatwo, bo to działa tylko wtedy, kiedy Fruzia nie chce, żebym zrobiła to ja. Więc jeśli ja nie spróbuję, to on też jest bez szans. Czujecie logikę, prawda? Mama natomiast robi kitki, pomaga włożyć spodnie i bluzkę. A także nosi Fruziakową torbę z przedszkola i zapina suwak, tak tylko na trzy milimetry, żeby Tasman sama mogła zapiąć resztę. Bo jak zapnę na cztery, to trzeba wszystko zaczynać od nowa i to przy zmarszczonych tasmańskich brwiach.
Fruzia ucieka też przed włożeniem butów, myciem zębów i czesaniem. Generalnie poranki są na nie. Inżynier mawia, że przynajmniej będziemy przyzwyczajeni i za naście lat, kiedy Tasmana trzeba będzie ściągać rano z łóżka dźwigiem, niewiele nas już zdziwi.

Za to wieczory są nasze. Z naciskiem na długie wieczory. Fruzia systematycznie odmawia spania w Różowej w porach uznawanych przez rodziców za przyzwoite, ale po powrocie do domu jest gotowa do drzemki już w progu Piątej, tak jak stoi, w butach i kurtce. Serio. Potrafi zasnąć na siedząco na kanapie, a jeśli spróbujesz ją obudzić... to masz powtórkę poranka. Pod koniec dnia, wypoczęta i zadowolona, uparcie usiłuje przekonać nas, że chodzenie spać między dwudziestą a dwudziestą pierwszą jest dla mięczaków. Nawet przykład Rudolfa, który chodzi spać z kurami, nie pomaga. Kiedy zbliża się pora wędrówki do sypialni, Fruzia raptem zaczyna być głoda, spragniona, chce wee wee, poo poo, chce czytać, sprzątać, oglądać z tatą mecz... Nic dziwnego, że po takim dniu pełnym wrażeń chrapie dosłownie jak Ojciec Dyrektor.

Ale gdzieś między tymi porankami i wieczorami, a nawet w ich trakcie, jest najfajniejszym stworzeniem, jakie tylko można sobie wyobrazić. Emocje wręcz z niej kipią, jak się złości, to na całego, kiedy się cieszy, to też słyszy ją całe osiedle. Przytula się do drzew, a czasem z rozpędu nawet do słupów telegraficznych. Wszystko, co małe lub młode, to dla niej baby. Kotek, kasztan, drzewko, które jest cienkie jak gałązka. Uwielbia łączyć się z dziadkami na skypie, fascynuje ją obraz kibiców na stadionie śpiewających hymn narodowy. Kiedy się boi, krótkim hand! domaga się naszych dłoni w swojej. Ostatnio przesiedziałyśmy tak w samochodzie kilka minut, dłoń w dłoni, kiedy wielkie buczące szczoty polerowały nam auto. Tylko dlatego się nie rozpłakała, choć buzię miała już w podkówkę. Całuje swoje lalki i Rudolfa na do widzenia, kiedy wychodzimy do przedszkola. Zbiera dla Rudego jeżyny i wszystko to, co da się urwać wśród chaszczy, choćby nawet jeżyn wcale nie przypominało. Wszystko dlatego, że złapała kiedyś sierściucha na podjadaniu ich prosto z krzaka. Próbuje rzucać mu patyki, ale jej starszy brat jest trochę zbyt nieokiełznany na takie zabawy, więc zwykle muszę ich godzić na spacerze. Włazi ludziom do ogródków, zupełnie jak on. Zawsze do tych samych i zawsze z miną łobuza, który wie, że psoci.

I jakimś niesamowitym zrządzeniem losu jest nasza.

To chyba jej najfajniejsza cecha.


* Uwielbiam to określenie. Szczególnie, że nie ma ono jednego krótkiego odpowiednika w języku polskim w wydaniu dziecięcym. 

You Might Also Like

9 komentarze

  1. Wasza, Wasza nie da sie ukryc, wrosla w rodzine idealnie poczynajac od pokolenia dziadkow:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziadek Dyrektor pęka z dumy nawet wtedy, kiedy mówię, że Fruziak rządzenie ma po nim! ;-)

      Usuń
  2. Wasza,nic więcej nie napisze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam tą waszą dziewczynę! :))

    OdpowiedzUsuń
  4. No wreszcie kolejny wpis o Fruzi :) Rośnie Wam ten mały Tasman, rośnie i coraz fajniejszy jest :* Łobuz po Rudolfie - jaki ma przykład tak robi ;) a słodziak po sobie samej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie myślałam, że się stęskniłyście za nią. Jak tam jej kumpelki, Kasia i Martyna?

      Usuń
    2. Kasia radzi sobie coraz lepiej, jak na buntownika przystało odmawia samodzielnego ubierania kurtki i butów, kiedy mają iść na spacer. Przedszkolna miłość chyba trochę przygasła, bo "chłopak" był przez trzy tygodnie chory i teraz nie mogą wrócić na dawne tory znajomości (pomijam, że Kasia w tym czasie znalazła inny obiekt zainteresowania, a właściwie dwa ;).
      Martyna szkołę lubi nadal, chociaż dzisiaj pierwszy raz zaliczyła wpadkę, bo miała przez weekend nauczyć się wiersza i... zapomniała, a ja akurat po raz pierwszy nie sprawdziłam zeszytu, zawsze sprawdzm, czasem nawet oboje a teraz no nikt, pytałam ją w czwartek i w piątekczy na pewno nie ma nic zadane i twierdziła, że nie, a tu rano w poniedziałek wyjmuję śniadaniówkę, odruchowo sięgam po zeszyt a tam - na piamię na poniedziałek! Ale był placz... no nic trudno, zdarza się, niestety. Powiedziałam, żeby przeprosiła panią i powiedziała, że zapomniała ale nie wiem czy się przyznała i czy będą jakieś konsekwencje - wiersz potrzebny jest tak naprawdę na 25.10. na ślubowanie, ale zobaczymy dzisiaj jak wrócę do domu. Szkoda mi jej, bo była naprawdę załamana, ale no cóż - pytałam kilka razy, mój błąd że nie sprawdziłam, ale nie mogę całe życie za nią wszystkiego robić.

      Usuń