O tym, co mnie rusza

Mamuśka mówi, że ma łzy pod skórką, bo wzrusza się łatwo i często. Ja jestem typem przeżywacza nomen omen od środka. Kiedy coś mnie porusza, przeżywam i przeżuwam, ale niekoniecznie płaczę. Częściej ryczę ze złości i żalu niż wzruszenia.

A jednak są słowa i obrazy, które zapadają we mnie natychmiast i na długo, a dodatkowo wywołują nagłe pogorszenie wzroku i zamglenie obrazu. Bardzo to niekomfortowe uczucie, bardzo. Szczególnie jeśli próbuje się jednocześnie zrobić trzy rzeczy: 1. obejrzeć do końca film, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności innych oglądaczy, 3. NIE wyobrażać sobie Fruzi na miejscu głównego bohatera. Albo: 1. obejrzeć program do końca, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności męża słuchającego programu znad gara z gotującym się rosołem, 3. nie ignorować Fruzi, po raz trzydziesty trzeci usiłującej powiedzieć ci coś bardzo ważnego (czyli to, co zawsze: 'mummy, (ch)oć!')

Te obrazy za mną chodzą. Wciąż.

"Lion. Droga do domu" (2016) reż. Garth Davis

Pierwszy raz usłyszałam o tym filmie od mojego ucznia. W trakcie próbnego egzaminu ze speakingu wylosował pytanie o film, który poleciłby innym. Tak mnie zaintrygował swoją opowieścią, że - co rzadko mi się zdarza, bo pamięć do tytułów mam beznadziejną - natychmiast zakodowałam ją w głowie. Kilka tygodni później obejrzeliśmy film z Wielką Szwagierką i Tym Właściwym podczas ich wizyty w Krainie Deszczu, a ja spędziłam ten wieczór pod kocem, rozsypana na tysiące drobnych kawałków.

Saroo, główny bohater (w tej roli rewelacyjni Sunny Pawar i Dev Patel), to pięcioletni chłopiec, który gubi się na ulicach Kalkuty i desperacko próbuje odnaleźć drogę do domu, ale błądzi tak bardzo, że wreszcie trafia do przytułku. Na swój sposób okazuje się jednak szczęściarzem, ponieważ  wkrótce znajduje nową rodzinę, australijskie małżeństwo, dla których Saroo będzie pierwszym dzieckiem. Nowi rodzice kochają go szaleńczo, chłopiec wyrasta na mądrego mężczyznę, próbuje ułożyć sobie życie, ale... No właśnie. Tych kilka wspomnień o dawnym życiu tak bardzo nie daje mu spokoju, że chłopak wyrusza na poszukiwanie swych biologicznych korzeni.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak silna jest ludzka potrzeba wiedzy o własnym pochodzeniu? Albo co zrobilibyście, wychowując się w kochającej rodzinie ze świadomością, że mieliście kiedyś inną, najlepszą na świecie mamę? Myśleliście kiedyś o tym, jak długo czekalibyście na powrót dziecka? Na ile lat starczyłoby wam wiary i nadziei? Albo co czulibyście, gdyby wasze dziecko śniło o swojej pierwszej mamie?

"Lion. Droga do domu" to film o stracie, o rozstaniach i powrotach, o miłości i o adopcji też, ale przede wszystkim to film o poszukiwaniu własnej tożsamości. Polecam go każdemu, kto wciąż wątpi, że adoptowanemu dziecku należy się prawda o jego korzeniach (więcej o tym, dlaczego warto - tutaj: Nasze Bąbelkowo) oraz tym, którzy boją się, co z takiej prawdy może wyniknąć.


"Kobieta na krańcu świata: Pakistan" (sezon 9)

Martyny Wojciechowskiej nie trzeba Wam przedstawiać. Ani jej programu. "Kobietę na krańcu świata" znają chyba wszyscy, ale może nie wszyscy obejrzeli odcinek o kobietach w Pakistanie.

Do głównej bohaterki reportażu, Musarrat Misbah, businesswoman i właścielki prężnie rozwijającego się salonu piękności, przyszła kiedyś 'kobieta bez twarzy'. Oblana przez męża i jego rodzinę kwasem solnym za 'nieposłuszeństwo' zapragnęła odzyskać choćby część siebie. Jak się szybko okazało, po pierwszej ocalonej do salonu zaczęły zgłaszać się kolejne dręczone przez bliskich kobiety.

W Pakistanie kilka tysięcy kobiet rocznie jest oblewanych kwasem solnym i/lub podpalanych. KILKA TYSIĘCY! Dręczycielami są zarówno mężczyźni - najczęściej znudzeni i agresywni mężowie, którzy szukają pretekstu do pozbycia się niewygodnej żony z domu - jak i kobiety, na przykład teściowe. Skatowane ofiary albo już nigdy nie odzyskują pełnej sprawności (np. nie mogą otworzyć oczu) albo po prostu umierają w ogromnych cierpieniach. I oczywiście nikt nic nie wie, bo takich rzeczy nie zgłasza się na policję.

Oprócz próby wyobrażenia sobie, jak straszne musi być przeżycie takiej traumy, dwie rzeczy zapadły mi mocno w pamięć w trakcie oglądania programu. Pierwsza to słowa Martyny, która mocno podkreśla, że to nie religia jest winna temu, co dzieje się w Pakistanie z kobietami, a kultura. A druga to stwierdzenie Musarrat, że właśnie ta kultura zostawia ogromne piętno na człowieku, bo nawet ona, wykształcona, mieszkająca przez jakiś czas w Anglii, a więc tzw. cywilizowanym świecie, też nie potrafiła zgłosić się na policję, kiedy jej były już mąż dopuszczał się wobec niej przemocy. Bardzo mocno to do mnie trafiło, bo czyż nie mamy tendencji do dziwienia się, że regularnie dręczona przez faceta kobieta ukrywa to przed resztą świata? Czy zastanawiamy się, w jakim otoczeniu, w jakiej kulturze wychowano tę kobietę? Jak słusznie zauważa główna bohaterka odcinka, nie da się zmienić sposobu myślenia danego narodu w ciągu jednej nocy. Ale należy edukować i małymi krokami pokazywać, że można i TRZEBA inaczej.

To ostatnie odnosi się w zasadzie to wszystkich negatywnych zjawisk współczesnego świata.
Mądra edukacja jest kluczem do naprawdę wielu zmian.

A jak już obejrzycie i ochłoniecie, to na deser pędem do Janiny, aby przeczytać jeden z jej wpisów. Ten najlepiej. Bo to nie jest tak, że tylko Fruzia i Fruzia. Odkąd mamy Rudolfa, człowiek jakoś szybciej mięknie na widok tych wszystkich psich mord. I tym bardziej mu przykro, kiedy pomyśli, że wiele z nich nie ma nikogo, kto by podrapał za uszkiem. A często nie ma nawet nic w misce.

Lećcie koniecznie, spłaczcie się jak i ja się spłakałam, a potem pomóżcie, proszę.

Bo ten tekst też za mną łazi i nie chce się odczepić.

Fruzia - odsłona druga i osiem dwunastych

- Fruziu, a gdzie jest tata? - pyta Babcia Mamuśka podczas rozmowy na skypie.
- Daddy work.
- A ty co robisz dzisiaj z mamą?
- A mummy a Rudolf, park.
(Czyżby indefinite article?)
To prawda, właśnie wróciliśmy ze spaceru.
- A grzeczna byłaś w przedszkolu? - kontynuuje Babcia.
- No - oświadcza dziecię i na dowód własnej prawdomówności przekonująco gestykuluje, wytyka język i prycha, blowing raspberries*.
W ten sposób pokazuje nam zawsze, na czym dokładnie polegało to jej nie-grzeczne bycie. A może nie-bycie grzeczną.
Kiedy zrobiła to po raz pierwszy, byłam zaskoczona, że po kilku godzinach od awantury pamiętała dokładnie, o co poszło, bo wtedy mogłabym przysiąc, że jak tylko otarła łzy rozpaczy, natychmiast zapomniała o całym incydencie. Ale nie. Pamiętała, wiedziała, dlaczego mummy była sad i opowiedziała nam o tym w swoim własnym języku polsko-angielsko-chińsko-migowym. Z jednej strony cudowne są te zalążki myślenia logicznego, a z drugiej...
- Mummy, ice - powiedziała któregoś dnia, stojąc przed otwartą na oścież zamrażarką. Zaglądała właśnie do drugiej szuflady, w której jeszcze kilka godzin temu chłodziły się dwa lody na patyku. Jednego zjadła ona.
- Nie ma - dodała, patrząc na mnie wymownie.
- No nie ma, nie ma - potwierdziłam. - Pewnie Rudolf ma z tym coś wspólnego.
Przez resztę dnia unikałam jego wzroku.

Dziadkowie uwielbiają jej kosmiczne opowieści, które najczęściej wymagają tłumacza i didaskaliów. Jak wtedy, kiedy Fruzia opowiadała o urodzinach Amelii. Przywlokła z nich czerwony balon, z którym uparła się spać i chociaż zastanawialiśmy się, jak długo jej nowy przyjaciel pożyje, zgodziliśmy się na kolejnego lokatora w jej - oraz nad ranem w naszym własnym - łóżku. Do pasji doprowadzało mnie usypianie Tasmana z balonem w objęciach, bo każdy jej ruch powodował irytujący dla uszu dźwięk tartej gumy. Trzy noce później, około szóstej nad ranem, czerwony z hukiem wyzionął ducha, a dla Fruzi przez kilka kolejnych dni było to wydarzenie sezonu.
- Baba, a bubble pop - oświadczyła do telefonu Babci Mamuśce jeszcze zanim ta pojawiła się na ekranie.
Bardzo była przejęta, więc pomiędzy baba-bubble-pop padło sporo anime-niemi-tomo-aba, czyli chińszczyzny stosowanej.
- Matka, tłumacz - zażądała jak zwykle Babcia.
Tym sposobem ona też uczy się angielskiego. A podczas następnej wirtualnej sesji sprawdza, czy Fruzia akceptuje jej akcent.
- Daddy work? - pyta niewinnie.
- Yeś - rzeczowo odpowiada Tasman.
Być może zamiast o emeryturze, Rodzicielka powinna pomyśleć o przebranżowieniu. Angielski komunikatywny już może spokojnie wrzucić do własnego CV.

Dużo śpiewa. (Fruzia, nie Mamuśka.) Zaczęła patriotycznie, od "Sto lat", które podsunęła jej sieć, żeby następnie płynnie przejść do "Happy Birthday". Mamy więc trochę niepewne "to tat, to tat", brzmiące prawie jak "tota tata" ("szczotka, pasta, ..."), na przemian z głośniejszym "hepi bebe tu-u", które z kolei pojawiło się nie wiadomo, panie, skąd. A jak nie wiadomo, to obwiniamy Różową. To się nawet łączy w jedną, logiczną całość, bo niedawno Tasman otrzymała pierwsze oficjalne zaproszenie, nie mające nic wspólnego z rodzicielskim zapleczem towarzyskim, na urodziny do Albiego.
- Pomyślałam, że skoro Fruzia tak bardzo lubi Albiego, to się ucieszy - wyjaśniła mama chłopca.
Albie i Sisi to mentorzy Tasmana. Wystarczy poinformować ją, że dziś idziemy do dzieci, a narządy artykulacji Fruzi automatycznie składają się do wymówienia imion tych dwojga. Sisi w samochodzie, Albie na parkingu, Sisi w progu placówki, Albie w progu sali. Na zmianę a czasem jednocześnie.
- To dość zabawne - powiedziała mi koleżanka z Różowej, kiedy śmiałam się z tej monotematyczności dziecięcia. - Bo z Albim ona właściwie w ogóle się nie bawi!
A my wcale nie byliśmy zdziwieni. Sisi przeszła właśnie do pre-school, Albie dołączy do niej za miesiąc. Starsze dzieci imponują Fruzi samym tylko faktem, że są starsze i więcej mogą. Tacy mali bogowie, którym Tasman usiłuje dorównać. I może stąd to "hepi bebe tu-u". Młoda ćwiczy, coby zabłysnąć w dojrzalszym gronie.
Przed snem repertuar nieco jej się zmienia. Na dwa głosy zastanawiamy się, co też powie tata, każda na swój sposób. Ja zachowuję się tak, jakbym startowała co najmniej do Idola, Fruzia eksperymentuje z wokalem. Do niej też, jak zawsze, należy ostatnie słowo.
- Co powie... - zaczynam refren.
- Dada - wtrąca cicho Fruzia.
Ja: Co powie...
F (głośniej): Daddy!
Ja: Co tata mi powie, co na to odpowie mi...
F (pieje): siiiiiiś!
Ja: Co powie...
F (szybko i krótko): Dada
Ja: Co powie...
F: (odmawia współpracy)
Ja: Czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci, on...
F (wrzeszczy): piiiiiiiii!!!

Poza tym reszta bez zmian. Ja do niej z czekoladą, ona do mnie, że chce "more chock, piś". Ja proszę, żeby powiedziała jabłko, ona mi na to, że przecież to "apple", a gruszka to nie gruszka, tylko "pear".
- A gdzie jest mrówka?
Pokazuje. I natychmiast mnie poprawia:
- Ant.
 I weź już, mamo, się nie wygłupiaj, tylko daj mi "bunny". Banana, jak by się ktoś pogubił.
Dobrze, że czasem oznajmi, że chce jej się pić i (s)pać, albo że dzik jest dziki, bo jeszcze chwila, a byłabym skłonna puszczać w świat własnoręcznie ukute rewolucyjne teorie na temat przyswajania pierwszego języka przez dzieci. I musiałabym oskarżyć Fostersów o manipulowanie Tasmanem w początkowych miesiącach jej życia.

Poranki z nią to nowy rodzaj interaktywnej gry dla całej rodziny. Do etapu mleka jest łagodna jak baranek, szczególnie że naprawdę przypomina baranka z tą burzą splątanych loków. Potem jest tylko gorzej.
- Fruziu, chodź, założymy skarpetki.
- No!
- Ależ tak, nie możesz pójść z gołymi stopami, jest zimno.
- No!
Tasman zwiewa na drugi koniec chaty, żeby tylko uniknąć kontaktu ze śmiertelną zarazą. Bez słowa idę za nią, podchodzę, aby założyć jej te przeklęte skarpety, Fruziak wyrywa się, machając wszystkimi kończynami na boki. (Każdego poranka. Każ-de-go.) 
- No! Daddy!
Wymieniamy się z Inżynierem spojrzeniami.
Daddy jest od skarpet, spinek i majtek z Peppą. Ale i on nie ma łatwo, bo to działa tylko wtedy, kiedy Fruzia nie chce, żebym zrobiła to ja. Więc jeśli ja nie spróbuję, to on też jest bez szans. Czujecie logikę, prawda? Mama natomiast robi kitki, pomaga włożyć spodnie i bluzkę. A także nosi Fruziakową torbę z przedszkola i zapina suwak, tak tylko na trzy milimetry, żeby Tasman sama mogła zapiąć resztę. Bo jak zapnę na cztery, to trzeba wszystko zaczynać od nowa i to przy zmarszczonych tasmańskich brwiach.
Fruzia ucieka też przed włożeniem butów, myciem zębów i czesaniem. Generalnie poranki są na nie. Inżynier mawia, że przynajmniej będziemy przyzwyczajeni i za naście lat, kiedy Tasmana trzeba będzie ściągać rano z łóżka dźwigiem, niewiele nas już zdziwi.

Za to wieczory są nasze. Z naciskiem na długie wieczory. Fruzia systematycznie odmawia spania w Różowej w porach uznawanych przez rodziców za przyzwoite, ale po powrocie do domu jest gotowa do drzemki już w progu Piątej, tak jak stoi, w butach i kurtce. Serio. Potrafi zasnąć na siedząco na kanapie, a jeśli spróbujesz ją obudzić... to masz powtórkę poranka. Pod koniec dnia, wypoczęta i zadowolona, uparcie usiłuje przekonać nas, że chodzenie spać między dwudziestą a dwudziestą pierwszą jest dla mięczaków. Nawet przykład Rudolfa, który chodzi spać z kurami, nie pomaga. Kiedy zbliża się pora wędrówki do sypialni, Fruzia raptem zaczyna być głoda, spragniona, chce wee wee, poo poo, chce czytać, sprzątać, oglądać z tatą mecz... Nic dziwnego, że po takim dniu pełnym wrażeń chrapie dosłownie jak Ojciec Dyrektor.

Ale gdzieś między tymi porankami i wieczorami, a nawet w ich trakcie, jest najfajniejszym stworzeniem, jakie tylko można sobie wyobrazić. Emocje wręcz z niej kipią, jak się złości, to na całego, kiedy się cieszy, to też słyszy ją całe osiedle. Przytula się do drzew, a czasem z rozpędu nawet do słupów telegraficznych. Wszystko, co małe lub młode, to dla niej baby. Kotek, kasztan, drzewko, które jest cienkie jak gałązka. Uwielbia łączyć się z dziadkami na skypie, fascynuje ją obraz kibiców na stadionie śpiewających hymn narodowy. Kiedy się boi, krótkim hand! domaga się naszych dłoni w swojej. Ostatnio przesiedziałyśmy tak w samochodzie kilka minut, dłoń w dłoni, kiedy wielkie buczące szczoty polerowały nam auto. Tylko dlatego się nie rozpłakała, choć buzię miała już w podkówkę. Całuje swoje lalki i Rudolfa na do widzenia, kiedy wychodzimy do przedszkola. Zbiera dla Rudego jeżyny i wszystko to, co da się urwać wśród chaszczy, choćby nawet jeżyn wcale nie przypominało. Wszystko dlatego, że złapała kiedyś sierściucha na podjadaniu ich prosto z krzaka. Próbuje rzucać mu patyki, ale jej starszy brat jest trochę zbyt nieokiełznany na takie zabawy, więc zwykle muszę ich godzić na spacerze. Włazi ludziom do ogródków, zupełnie jak on. Zawsze do tych samych i zawsze z miną łobuza, który wie, że psoci.

I jakimś niesamowitym zrządzeniem losu jest nasza.

To chyba jej najfajniejsza cecha.


* Uwielbiam to określenie. Szczególnie, że nie ma ono jednego krótkiego odpowiednika w języku polskim w wydaniu dziecięcym. 

Deja vu

Jadę na rozmowę kwalifikacyjną. Znowu.

(Jeszcze chwila a ten post przestanie być aktualny i będę musiała napisać nowy. O moich pierwszych trzydziestu rozmowach w sprawie pracy.)

Jadę i oczywiście cieszę się. Trochę to głupawa podszyta adrenaliną, jak słusznie zauważył Mąż Mój, dając mi buziaka i życząc powodzenia, bo przecież to jednak interview, a trochę zwyczajnie dobre samo- i prze-czucie, bo aż tak zestresowana nie jestem, no bez jaj, chyba do cholery dostanę tę robotę.
Przypomina mi się rozmowa sprzed niemalże roku. Pamiętam, że na pytanie o to, jak ewentualnie zamierzam poruszać się między kampusami, odpowiedziałam nonszalancko, że mam prawo jazdy, co prawda obecnie nie jeżdżę, ale zamierzam kupić samochód, więc nie ma problemu. Ha. Naprawdę nie wiem, skąd ja to wzięłam. Zabrzmiałam jednak tak przekonująco, że jeszcze chwila, a przekonałabym samą siebie. Tyle tylko, że nie do końca, bo kiedy Mikruska faktycznie stanęła przed Piątą Chatką tuż obok Blaszaka, byłam autentycznie przerażona myślą, w co się właśnie wpakowałam.

Wiozę więc samą siebie na tę rozmowę i próbuję się ogarnąć. Powinnam przećwiczyć moją naprędce sporządzoną prezentację, uruchomić ten swój tryb bije-ode-mnie-stonowana-pewność-siebie, ale coś mi nie idzie, bo kiedy tylko przestaję głupkować, załączają mi się w głowie obrazki z porannych zajęć. Mój Najambitniejszy, który po wykonaniu ćwiczenia potrafi zapytać 'jaki był cel tego zadania', dał się dziś ponieść dyskusji na temat różnych etapów w życiu i oświadczył tym swoim korporacyjnym tonem, że 'ten materiał jest naprawdę dobry' i że jest wdzięczny za linki do całego artykułu, bo 'zamierza zgłębić temat'. Z wrażenia niemalże wpadłam pod przyklejony do podłogi dywan. Po raz drugi tego dnia, bo chwilę wcześniej moja autochtonka wyskoczyła z pytaniem, czy jestem głową naszego departamentu. Nie wiem, na podstawie czego mogła wysnuć choćby cień takiego  wniosku, ale wiem, że prawie mnie nim zabiła, choć myślę, że mogło mieć to coś wspólnego z liczbą papierów, w których tonie moja klasa ilekroć pobędę w niej dłużej niż dziesięć minut. Powszechnie wiadomo przecież, że im większą głową jesteś, tym więcej drzew niszczysz. Jak się okazuję, ja nie muszę być żadną głową, żeby doprowadzać planetę do zagłady, nad czym szczerze ostatnio ubolewam.

Docieram wreszcie do koledżu. Jak zwykle przed czasem, to silniejsze ode mnie. Wędruję prosto do pokoju obsługi, gdzie bardzo przyjemny pan od wszystkiego wręcza mi klucz do gabloty, na który czekałam ponad miesiąc. To jest dobry dzień, myślę. To jest bardzo dobry dzień.
Choć to zależy od punktu widzenia, bo w bibliotece, gdzie kseruję materiały na wieczorne zajęcia, jeden z uczniów dostaje ataku epilepsji. Opiekująca się nim nauczycielka reaguje sprawnie i profesjonalnie, ale ręce jej się trzęsą jak zawodowemu pijakowi. Pytam, jak mogę pomóc, prosi tylko o podłożenie chłopakowi kurtki pod głowę, zostaję z nimi jeszcze parę chwil do przyjścia kogoś z pierwszej pomocy, trochę gadamy do chłopaka, który powoli dochodzi do siebie i koniecznie chce wstać, zawstydzony sytuacją. Leż, śmieję się do niego, odpocznij sobie trochę, póki masz okazję.

Siadam w recepcji. Poprzednio czekałam na mój panel kwalifikacyjny w kampusie A, teraz jestem w B i to dość dziwne uczucie siedzieć tu i po prostu czekać aż moi przełożeni zaproszą mnie na rozmowę. Jestem tu codziennie, każdego poranka w drodze na drugie piętro macham do recepcjonistek i pędzę prosto do swojej klasy, a dziś każą mi siedzieć i czekać, bo nawet nie wiem, do której sali się udać, no świat się kończy.
Przychodzi po mnie Tan. Rok temu zaczynałyśmy razem, wygląda na to, że teraz też zaczniemy. W tej samej pracy, na nowych zasadach. Jeśli oczywiście dostaniemy tę robotę. Tan mówi, że wałkowali ją godzinę, teraz czekają na mnie. Prowadzi mnie do pokoju konferencyjnego, przez szklane drzwi widzę moich przełożonych, o matko, myślę, serio będziemy rozmawiać na serio? To Tan przekonywała mnie jeszcze tego samego poranka, że te rozmowy to formalność, jesteśmy dwie, stanowiska są dwa, no nie ma innej opcji, chcą nas, tylko trzeba dopełnić formalności. Teraz Tan wygląda jak ktoś, kto jest potwornie zmęczony i doprawdy sam nie uwierzyłby sobie drugi raz na słowo.

Pytają mnie, dlaczego powinnam dostać tę pracę. Zaczynam się śmiać. Odpowiedź jest tylko jedna. Lubię tę robotę, a wy chyba szukacie ludzi, którzy lubią swoją pracę, prawda? Tak, prawda, ale pogadajmy o twoim doświadczeniu z ostatnich miesięcy. Czego się nauczyłam. Nad czym wciąż muszę popracować. Jak monitoruję postępy kursantów. Co robię z ewentualnymi absencjami. Szkolenia. Trudne przypadki. Jak formułuję indywidualne cele dla studentów. Zaczynamy dyskutować, bo dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, bronię swojego stanowiska i chyba udaje mi się przekonać początkowo nieprzekonaną szefową. Prezentuję przygotowane materiały z lekcji. Gadam, gadam, pytam. Po czterdziestu pięciu minutach wypuszczają mnie, proszą, żebym dołączyła do Tan i poczekała na werdykt.

Kilka minut później stoimy w czwórkę w sali, którą traktujemy z Tan jak nasze wspólne biuro, czując się jak na planie The Great British Bake-Off lub innego Master Chefa. Pytanie, kto odpadnie. Zamiast tego, szefowa śmieje się i mówi, że wita nas w gronie zatrudnionych na stałe lektorów koledżu.

Dostałam pracę, ludzie. Tą samą, co rok temu.