O tym, kto się przejmuje i dlaczego dzisiaj to nie jestem ja

piątek, września 29, 2017

Jeszcze zanim pojawiła się na zajęciach, wzbudziła moją ciekawość. Bo gdyby odwrócić sytuację i to ja miałabym pomagać na lekcjach polskiego dla obcokrajowców, wybrałabym grupę dla początkujących. Zwykła logika podpowiedziałaby mi, że to tam mogę być najbardziej potrzebna. A tymczasem ona nie. Tak się broniła przed żółtodziobami, że jeszcze na etapie wymiany maili zaczęłam podejrzewać ją o nietutejsze korzenie.

Nie przyszło mi do głowy, że ona po prostu chce ogarnąć język. Swój własny.

Uczę więc ambitnych zaawansowanych, dla których Kraina Deszczu to albo chwilowa przygoda, albo związek na resztę życia, oraz ją - autochtonkę, kobietę, która po przekroczeniu kolejnej dziesiątki życia wymyśliła sobie nauczanie, ale żeby robić to przyzwoicie, najpierw sama musi się nauczyć, co to w ogóle ten past perfect i jak wytłumaczyć go innym. Życie pełne jest paradoksów, a to właśnie jeden z nich. Dokładnie ten sam, co kilka lat temu, kiedy tłumaczyłam Finowi zawiłości polskiej odmiany przez przypadki.

Kontakt z drugim człowiekiem pozwala mi spojrzeć na samą siebie z dystansu. Szczególnie w życiu zawodowym. Bo nie, nie wszyscy tak mają, że się przejmują - błędami, tym, jak zabrzmieli, czy nie byli zbyt lub za mało jacyś. Są tacy, co płyną, pędzą, na łeb, na szyję, na złamanie karku i nawet chwili nie poświęcą refleksji, czy to, co powiedzieli w szesnastej minuście i czwartej sekundzie lekcji, to właściwie po angielsku było, czy może w fatalnej kalce z ojczystego. Bardzo im tego zazdroszczę. Tego szczerego, wypisanego na czole who cares?

Ale te rzadkie chwile olśnienia wynagradzają mi te wszystkie momenty zwątpień, te godziny spędzone nad grubym zeszytem w paski i słownikiem Cambridge. Te chwile, kiedy nowa, podnosząc długopis znad gęsto zapisanej kartki w jej własnym notesie, mówi mi po zajęciach:
- Masz niesamowitą umiejętność dawania jasnego i czytelnego przekazu. Mogłabyś trenować przyszłych nauczycieli na kursach Celty.

Doskonale wiem, że nie mogłabym. A przynajmniej jeszcze nie.

Ale fajnie jest czasem wsiąść we własne auto, zawieźć samą siebie do domu, bo przecież dziś potrafię, a jeszcze rok temu nic na to nie wskazywało, a po drodze puścić do siebie oko, bo właśnie dziś po tej trudnej lekcji, na której ambitni zaawansowani bez uprzedzenia zagrali ze mną w Sto Pytań Do,  popatrzyłam na zawodową wersję siebie z dystansu.

I to był całkiem przyjemny widok.

You Might Also Like

3 komentarze

  1. Już ci kiedyś pisałam, że chętnie bym się z Tobą uczyła...

    OdpowiedzUsuń
  2. Też chętnie zostanę Twoim uczniem :) Tylko muszę się przeprowadzić, a to już nie jest takie proste ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię czasem wracać myślami do chwil z dalszej i bliższej przyszłości, bo widać wtedy, jak niespodziewanie niemożliwe potrafi "z dnia na dzień" stać się możliwe. Coś co dwa lata temu było nie do pomyślenia dziś jest chlebem powszednim. Życie potrafi pięknie zaskakuwać :)

    OdpowiedzUsuń