Fruzia - odsłona druga i pięć dwunastych

piątek, lipca 07, 2017

To było gdzieś w połowie maja.
- Mummy, poo! - wykrzyknęło dziecię w samym środku jakiegoś nieszczególnie powalającego aurą dnia.
Jednocześnie w mgnieniu oka Fruzia oszacowała nasze językowe zdolności i aby ułatwić nam rozszyfrowanie zagadki, złapała się za swój mały tyłek odziany w pieluchę. - Poo! - powtórzyła z mocą.
Sama nie wiem, co mnie bardziej wbiło w podłogę - fakt, że Fruzia wreszcie zdążyła poinformować nas o nadchodzącym wydarzeniu zanim przeszło ono w fazę "odbyło się", czy też to, że Tasman całkiem nieoczekiwanie złożyła dwa słowa w jakby-na-to-nie-spojrzeć zdanie. Z odpowiednią interpunkcją wiszącą w powietrzu i jeszcze odpowiedniejszą intonacją.

A więc to prawda, pomyślałam już po raz któryś w tym macierzyńskim życiu. Fruzinopodobni docierają do tych punktów wtedy, kiedy po prostu przychodzi na nich pora.

Poczekałyśmy jednak na więcej luzu i plam słońca. Zaczęłyśmy w miniony piątek i kiedy w ciągu dwóch godzin Fruziak siedem razy nie zdążyła na nocnik, za każdym razem szczerze zdziwiona, że to tak szybko, pomyślałam spokojnie, że pewnie chwilę to potrwa. A tymczasem od dnia numer dwa to ja pytam, szczerze zdzwiona: - To tak szybko? Nawet Inżynier zapomniał o właściwym odzianiu dziecka do przedszkola. Trzy godziny po zalogowaniu Fruzi w Różowej koleżanka zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy Tasmanowi mogą założyć pampersa, bo wprawdzie wspominałam o potty training, ale zapomniałam wrzucić do jej plecaka zapasu suchych majtek, a właśnie przydarzyła jej się mokra niespodzianka. Parsknęłam lekko nieprzytomnym śmiechem, wybita ze snu po nocnej zmianie u Seniorów. Przez sekundę wydawało mi się, że rozmawiam z własnym szefem i dość zabawne wydało mi się to, że ten porusza w rozmowie temat sikania, nawet jeśli tylko i na szczęście w kontekście mojej własnej córki. Ocknęłam się w ostatniej chwili.
- Tak, jasne, załóżcie jej pieluszkę.
Skoro wytrzymała trzy godziny, to znaczy, że jest gotowa podbijać świat.

Ona chyba też uważa, że dorosła, dając nam dobitnie do zrozumienia, że nocnik to było jedynie preludium do prawdziwego (u)życia, i natychmiast przesiadając się na toaletę. Komicznie wygląda na tym swoim siedzisku z hipopotamem, kiedy tak usiłuje zaglądać w czeluście sedesu, wygłupiając się przy tym i robiąc do mnie dzikie miny.
- Wee-wee! Mummy, wee-wee! - nawija jak nakręcona.
Oraz:
- Mimejakabagooo!
Cokolwiek to znaczy.
Uparcie powtarzam - siku? zrobiłaś siku? - ale młodzież tylko potakuje, a potem znów oznajmia w jej - cóż, nie bójmy się prawdy - ulubionym języku: - Yeś, wee-wee!

Wydawało mi się, że to przyjdzie troszkę później. Ta przewaga tutejszego nad naszym. Bo przecież w Piątej jedynie patriotyzm, hymn, flagi i stadionowe słownictwo, a ona nam, żeby dać jej apple.
- Powiedz mi, co ona chce, bo ja nie rozumiem - śmiała się Mamuśka z Fruzi, kiedy ta zaczęła się domagać więcej mleka.
More i more, a Babcia nic nie kapuje.
Niemal codziennie wyskakuje z czymś nowym. Był tractor w czasie spaceru, shoe po którejś (zapewne grubo ponad setnej) lekturze słownika obrazkowego dla toddlerów, purple przy układaniu pisaków w piórniku, black sheep, kiedy domagała się swojej ulubionej, a szczerze znienawidzonej przez matkę piosenki, oraz - znów ku memu bezbrzeżnemu zdziwieniu* - that book! wypowiedziane z takim naciskiem i taką artykulacją ti-ejcz, że natychmiast przyszło mi do głowy, iż moi dorośli i bardzo kumaci kursanci będą w stanie osiągnąć ten level nie wcześniej niż po wystąpieniu Krainy Deszczu z Unii. Czasem słyszymy, że liczy pod nosem klocki, przypadkowo łącząc w pary coś, co brzmi jak zlepki liczebników. Po cichu, tylko do siebie, jakby zawstydzona faktem, że nie do końca czuje, w którym to kościele tak dzwoni. Szy, one, da. Już się doliczy kieszonkowego.

Odgłosy zwierząt zgrabnie podzieliła na polskie (kum kum, gę gę), angielskie (baa baa, quack quack) oraz chińskie (iiii, yyyy, niii). Zdarza jej się brak konsekwencji (- Fruziu, to w końcu woof czy hau?), ale być może jest w tym jakaś logika, do której wyłożenia tępemu rodzicowi brakuje dziecięciu niezbędnych narzędzi lingwistycznych.

Jest oburzona faktem, że w tym kraju nikt nie sprząta na ulicy poo po swoich koniach.
Ja również.

Dla równowagi, ma swoje ulubione słowa w ojczystym (choć to też zależy od punktu widzenia i siedzenia) języku. (Choć po chwili refleksji nie jestem już taka pewna, czy to aby rzeczywiście ten język.) Siasia była z nami już zimą, ale Jami, Ten Właściwy Szwagierki, dołączył do naszego słownika dopiero po ostatniej ich wizycie w Krainie Deszczu. Czasem doprawdy trudno rozstrzygnąć, czy mowa o Janku, czy o suto zastawionym stole.
Bo Fruzia nadal lubi jeść. Tyle tylko, że aktualnie to najbardziej lody.
- Nie ma - rozkłada bezradnie ręce, kiedy po przyjściu z Różowej pędzi do zamrażarki i odkrywa, że w górnej szufladzie zrobiło się pusto.
- No nie ma, nie ma - powtarzam za nią, ciesząc się z tej naszej konwersacji w polskim narzeczu.
- Gone - dodaje po namyśle Tasman.
(Masz ci los! A tak nam dobrze szło!)
Fruzia długo nie rozpacza. Z trzaskiem zamyka zamrażarkę, domaga się orzechów, po czym bierze mnie za rękę i uprzejmym, lecz nieznoszącym sprzeciwu tonem zarządza:
- Choć.
To idę.

Do klocków, puzzli, lalek i książek.

To pewnie wszystko przez te książki. Różową Chmurkę i książki. Te książki, polskie i angielskie, które co rano ustawiam na białych półkach z Ikei, a które to Fruzia entuzjastycznie ściąga jedną po drugiej i układa w wysoką wieżę na łóżku tuż przed snem, a następnie każe je sobie wszystkie przeczytać. Wszystkie z dolnej półki, czasem w towarzystwie wybranych pozycji z górnych. Nie trzy, nie pięć i nie siedem książek, a dwadzieścia.
- Próbowałem oszukiwać... - wyznał kiedyś szeptem Inżynier.
I zanim zdążył dokończyć, niemal odkrzyknęłam z radości, że ja też, że jaka ulga, bo w takim razie nie tylko ja jestem okropna, i że och, trzymajmy sztamę, bo...
- ... ja pierdolę, to przecież czasem trwa godzinę! - przewrócił oczami on.
Co wieczór. Popołudniowe sesje mają osobny licznik.
Czasem w trakcie prowadzenia wieczornych zajęć zerkam na zegarek, myśląc, że tak, teraz to już na pewno śpi, taka zmęczona dziś była, a tymczasem ona wciąż jeszcze wykrzykuje more, sprawnie wyławiając spod łóżka strącone ukradkiem przez udręczonego ojca księgi i posyłając mu karcące spojrzenia za nieudolne próby oszustwa.
 - We're going on a bear hunt... - oczyma wyobraźni widzę, jak Inżynier znów wczuwa się w rolę. - What a beautiful day! We're not scared.
Pauza.
Fruzia patrzy w napięciu.
- No dawaj, teraz ty - lekki kuksaniec w cienkie żeberka.
To też rytuał.
- Uh-uh! - wykrzykuje dziecię, dumne ze swojej roli w narracji.
Kiedy wreszcie udaje się zapolować na niedźwiedzia, a potem schować przed nim pod kołdrę, Fruzia wydaje z siebie zabawne westchnienie ulgi.

Pamiętam, jak czytałam tę książkę toddlerom w Różowej. Zapewniałam wtedy samą siebie, że kiedyś przeczytam ją naszemu dziecku.

- Ja też jej muszę śpiewać, wiesz? - Inżynier ciągnął dalej wieczór zwierzeń.
Z "Fasolkami" nie ma problemu, to przecież pieśni naszego dzieciństwa, gorzej z tym, co klasyczne tutaj. Wielka księga stu przedszkolnych pieśni, którą Fruzia dostała na Gwiazdkę od sąsiadki, w okolicach wiosny została laureatką konkursu na najulubieńszą knigę, tytuł ten dumnie dzierży do dzisiaj i nic nie zwiastuje zmian.
Domyśliłam się więc, że jego też nie oszczędzi, choć wcześniej nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać,  jak on to robi.
- Jedną lub dwie zapamiętałem z tego, jak ty śpiewałaś, a resztę melodii wymyślam - pochwalił się tymczasem Mąż Mój. - Czasem Fruzia dziwnie na mnie patrzy, ale tylko czasem. Najczęściej się śmieje.
Ja też zaczęłam, kiedy Inżynier zaprezentował mi własną wersję "Lavender Blue". Nareszcie wiem, jak to powinno wyglądać!

Nie myślcie jednak, drodzy czytacze, iż samymi książkami rodzic Tasman jest dręczony, Inżynier ruszył bowiem ze swoim własnym zestawem tortur. Od niedawna w sobotnie poranki zwlekamy umęczone życiem ciała z łóżka, (niektórzy nawet nie myją włosów tego strasznego dnia!), po czym wieziemy Fruzię do szkoły gimnastyki. Jest dokładnie tak, jak myślicie i nie zamierzam się wypierać - Mąż Mój postanowił spełnić swe niespełnione ambicje za pomocą potomkini i uczynić ją złotą medalistką olimpijską w lekkoatletyce.
- Potrójną złotą medalistką - już słyszę jak mnie poprawia.
Potrójną.
Odkąd porzucił wizje czempionki speedwaya, poddałam się.
Z związku z czym pierwszy trening na bieżni, równoważni, trampolinach i innych dziwnych przyrządach został nagrany, rozesłany po Unii i oklejony kolorowymi etykietami w domowym archiwum. Niech spokojnie czeka na swoje pięć minut, kiedy wzruszony ojciec-trener będzie opowiadał o nim wśród błysków fleszy. (Ja, niczym kobieta wschodu, będę stała krok za mężem, odziana w kiecę od jakiegoś Dolce i Gabona, ukradkiem ocierała łzy i pocieszała się, że może chociaż to drugie dziecko spełni moje niespełnione ambicje i otrzyma literackiego Nobla.)

A Fruzia tymczasem spokojnie zwisa sobie z drążka i radośnie ląduje w basenie pełnym gąbek, w którym oboje z Inżynierem niemal pogubiliśmy skarpetki. Zupełnie nieświadoma pisanego jej (przez starych) losu królowej świata. Jakie to słodkie, prawda? (Wzrusz.)

Przyjaźń ze smoczkiem rozkwitła z mocą w Polandii, zakładam, że moim bystrym czytelnikom nie trzeba wyjaśniać, za czyją sprawą. Po powrocie do Krainy Deszczu z ulgą i tylko z dwiema lub trzeba aferami powróciliśmy do stanu sprzed.
- Dyduś jest do spania - mówimy, kiedy Fruzińska domaga się gumowego ustrojstwa.
Tasman potakuje skwapliwie, po czym teatralnie zamyka oczy, otwiera je, żeby sprawdzić, czy widzieliśmy, jak bardzo nagle zrobiła się zmęczona, składa ręce jak do pacierza, przykłada je do policzka, po czym zabawnie przechylając głowę na bok w języku migowym toddlerów oświadcza, że jest gotowa do snu.
- Idź się więc połóż - mówimy.
To taka nasza rodzinna gra. My wiemy, że ona wcale nie jest śpiąca, ona wie, że my wiemy, my wiemy, że ona wie, że my wiemy...
Fruzia idzie. Układa się na łóżku, zamyka oczy. Jedno z nas daje jej buziaka, życzy miłych snów i zostawia ją w sypialni.
Po trzech minutach drzwi do salonu głośnym łupnięciem walą klamką o przyległą ścianą. Fruzia stoi na progu, ogromnie z siebie zadowolona.
- Wyspałaś się już? - pytamy jak gdyby nigdy nic.
- Yeś.
Tasman oddaje smoczka i wraca do swoich zajęć.
 Miał rację ktoś z czytaczy, kiedy wieki temu stwierdził, że z pieluchami pójdzie nam szybciej niż ze smoczkiem. Zaprawdę powiadam Wam, prorocze to były słowa.

Życie toczy się więc dalej. Fruzia rośnie, czasem doprowadza nas do wrzenia, ale najczęściej rozśmiesza do łez. Robi miny, fikołki, biega, skacze, każe sobie malować paznokcie, usiłuje usypiać i tak śpiącego już Rudolfa, skwapliwie korzysta z przysługujących jej dwudziestu minut dziennie (oraz wszystkich nadrogramowych bonusów) na zabawę którymś z naszych telefonów, opala się w ogródku (przez całe pięć sekund) i dużo się mądrzy.
- Wczoraj cały dzień gadaliśmy tylko o tym, jak nam brakuje tego małego szkudnika - oznajmiła Mamuśka ze śmiechem, kiedy znów zobaczyłyśmy się po dwóch stronach monitora.

Moja Babcia nazywała swoje wnuki szarańczą.

Ja też coś wymyślę na swoje.

*Powiecie mi, że mam się tak nie dziwić głupio, skoro mieszkamy, gdzie mieszkamy, ale na próżno, kochani, na próżno. W moim życiu dzieją się rzeczy, o których na różnych jego etapach myślałam, że przydarzają się wszystkim innym i raczej / być może / pewnie nigdy nie przydarzą się mnie, jak na przykład dzieci, dwujęzyczne dzieci, mieszkanie za granicą lub prowadzenie auta - więc po prostu uznajcie mnie za przypadek nieuleczalny.

You Might Also Like

14 komentarze

  1. Jaki tasiemiec Ci wyszedł :) Hmm to tak jak dla mnie możesz być nieuleczalny, niereformowalny i w ogóle nie-jakis-tam-jeszcze i tak nie zapomnę o blogu :)
    Fruziak wkracza na ścieżkę buzia mi się już nie zamknie więc uważajcie co mówicie ;) Oj ja juz wiele razy żałowałam, że tak przeklinam. Ostatnio na spacerze Kasia do psa: idź sobie kurwa mać! Spieprzaj nie rozumiesz po polsku? Taaa ona generalnie boi się psów, małych dużych - każdych. A, że przekleństw używa adekwatnie? Hmm... (dobrze że nasza wioska to taki wygwizdów, bo nie wiem czy bym nie musiała sie chować).
    Fruziak porzuci smoczek i pieluszki jak dojdzie do wniosku, że czas na to najwyższy, także oczy i uszy otwarte na wszelkie oznaki usamodzielnienia w tych kwestiach (chociaż w smoczkowej jest przebiegła jak lisica ;).
    Ja wreszcie na urlopie i za dwa dni powitamy polskie morze - pewnie szału z temperaturą nie będzie bo to nie Karaiby ale chociaż raz na 25 lat zdałoby się nad morze pojechać (25 bo już byłam daaawnoo temu).
    Pozdrowionka dla wszystkich.
    PS. Chrapek nam zginął, chyba przeze mnie bo nie domknelam klatki na noc :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Soniu, ubawilas mnie tym przeklinaniem:))) Zebys Ty widziala jaka ja jestem grzeczna jak przyjezdzaja wnuki, ale tez strasznie malomowna jestem wtedy:)) Na szczescie nie dzieje sie to z jakas nadmierna czestotliwoscia wiec zadna ze stron nie cierpi;))

      Usuń
    2. Kasia - filigranowa blondynka, buzia jak u lalki i takie słownictwo ;) Mały trzyletni Aniołek z Diabełkiem za skóra.

      Usuń
    3. (Trzy lata pózniej...)
      Red_Sonia, cieszy mnie każdy komentarz, w którym rodzic przyznaje się do plugawego języka w obecności dziatek ;-) Kasia jest moją idolką! :-)))

      Ale zaginął i nie znaleźliście go dotąd? Kurczę, dziewczyny muszą to przeżywać, co?

      Usuń
    4. Mieszkam na wsi,w okolicy pełno kotów - sama mam trzy na podworku, marne szanse żeby go odnaleźć :/

      Usuń
    5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Nie wiem czy Fruzia bedzie medalistka sportowa, ale na pewno bedzie dwujezyczna, a to juz bardzo wazne:)) Juz teraz widac, ze doskonale rozumie polecenia bez wzgledu na jezyk w jakim sa wydawane. A ze nie zawsze je respektuje to juz zupelnie inna broszka:)))
    Takie sa dzieci i fajnie, ze takie sa;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Star, ja Cię w sumie znam tylko z pisania, ale jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że jesteś małomówna... :-) Nawet tylko 'niekiedy' :-)

      Usuń
  3. Litermatko kochana, nie żebym coś sugerowała, ale... gdzie się zgłasza kandydatów do literackiego Nobla?

    OdpowiedzUsuń
  4. wiecie, ja to Wam trochę zazdroszczę - bo macie dwujęzyczne dziecko tak naturalnie i "od razu" - a u nas to się trzeba napocić, na dodatkowe zajęcia z angielskiego nachodzić, do szkół przeróżnych zapisywać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, ja to sobie i zazdroszczę i wciąż się temu dziwię. Bo wiesz, niby te książki i czytanie po angielsku, ale jednak w domu tylko polski. Tak, dwujęzyczność to duzy atut. Kiedyś zarzuciłam Inżynierowi, że nie jest innej narodowości niż polska i angielska, bo mielibyśmy naturalnie trzeci język! ;-)

      Usuń
  5. Fruzia lingwistka i poliglotka!super zazdroszczę 😀.Moja mama nazywa swoje wnuki Huny 😉zawsze mówi że ma najazd Hunów.Kolezanka zaś z roku nazywała swoje dzieci szkodnikami😉. Buziaki 😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, o Hunach w tym kontekscie gdzieś już też słyszałam:-)

      Usuń