O stresie

niedziela, kwietnia 09, 2017

- Powiedz Ojcu Dyrektorowi, że nareszcie skończyliśmy te wygłupy z bezstresowym wychowaniem - oznajmiłam Mamuśce trzeciego dnia detoksu. - Dziecię jest w takim stresie, że wystarczy jej na całą podstawówkę.

Ojciec Dyrektor, jak na dyrektora z prawdziwego zdarzenia przystało, nie może ogarnąć tej całej mody na bezstres. Bo jak to tak bez-trosko, bez dyscypliny i bez kindersztuby? Ja i Wielki dostaliśmy przecież, w jego własnym mniemaniu, odpowiednią dawkę stresu  pozytywnej dyscypliny i proszę, jakie piękne efekty. Nie wszystko się Ojcu udało, sam to przyznaje. Na przykład ten mój wypad do stolicy, kiedy nie wróciłam do domu na noc i nie zadzwoniłam nawet, bo to era kamienia łupanego była. Wtedy faktycznie mu nie wyszło, bo kiedy już pojawiłam się w domu, Ojciec jeno zacisnął zęby i kazał mi udać się do swej komnaty na przemyślenia, a przecież to jasne, że był to błąd wychowawczy, który mógł mnie źle ukształtować na przyszłość. Jakim cudem po takim incydencie wyrosłam na człowieka, tego nie wie nikt. Potem trochę się coś Ojcu przestawiło i chyba zapomniał o swojej antybezstresowej teorii, a wszystkim wiadomo, że w teoriach nie ma sobie Ojciec równych. Ale zapomniał. I biegał po te petitki dla małej Gwiazdy jak szalony, a teraz nie pozwala nikomu odklejać nalepek, którymi Fruzia gustownie upstrzyła mu ścianę w pokoju. Ani skrytykować nowego wzoru wykonanego przez pomysłodawczynię czarnym długopisem na monitorze komputera.

Dobrze, że wreszcie się za Fruzię wzięliśmy i skończyliśmy ten bezstres, bo jeszcze i Ojciec przeszedłby mimochodem na ciemną stronę mocy.

- Biedactwo - użaliła się Mama nad Fruzią, kiedy już przestała się śmiać. - Jak ja ją dobrze rozumiem!
- Też tak przeżywałaś rozstanie ze smoczkiem? - zapytałam niedowierzająco.
- Nie, z papierosami - usłyszałam. - Nałóg to straszna rzecz, straszna!

Fruzia zdawała się nie zgadzać z Babcią Mamuśką i było to wydarzenie bezprecedensowe. Babcia miała tyle samo współczucia dla Fruzi, co i przekonania, że to słuszna decyzja, co z kolei nie podobało się wnuczce. Babcia była jednak w posiadaniu magicznego przycisku na klawiaturze, który jednym kliknięciem odcinał ją od dramatycznej walki wnuczki o prawo do nałogu, my natomiast zmuszeni byliśmy oglądać tę walkę na żywo. Twenty-four seven.

I nie wiem doprawdy co by z nami wszystkimi było, gdybyśmy nie potrafili pójść na ustępstwa. Konsekwencja za wszelką cenę to, na szczęście, nie jest nasze drugie imię.

- Już trzy godziny wytrzymałaś! - mówiliśmy Fruzi pierwszego dnia detoksu, kiedy dziecię charakterystycznym i zniecierpliwionym gestem wskazywało na pusty otwór gębowy. - We wtorek pójdziemy do przedszkola i sprawdzimy, czy może tam nie zawieruszył się twój dyduś.
Dziecię niechętnie potakiwało na te nieudolne kłamstwa starszyzny, dawało się przekonać do kolejnej zabawy, w której matka i ojciec stawali na głowie, aby Fruzia zapomniała, ale im bliżej było popołudniowej drzemki, tym bardziej dramatyczna stawała się nasza rodzinna sytuacja.

O pierwszej Fruzia ryczała wniebogłosy. Do wpół do drugiej na przemian podsypiała na moim ramieniu i budziła się z krzykiem. O drugiej leżała z nami w łóżku, przez sen łkając i próbując wpakować sobie do buzi gumową główkę jednej ze swoich lalek.

I to był ten moment, kiedy coś w nas pękło.

- Ona płacze tak, jakby straciła najlepszego przyjaciela - wyszeptał Inżynier. - Jakby w prawdziwej żałobie była.
- To co? - zapytałam natychmiast, bo już od dobrej pół godziny biłam się z myślami. - Tylko do snu?
- Tylko do snu - potwierdził on z ulgą.

Trzy minuty później Fruzia  cała rodzina odzyskała spokojny sen.

I ja wiem, że istnieją na tym świecie dużo gorsze rzeczy, ale wciąż jeszcze robi mi się nieswojo na wspomnienie tego jej dramatycznego płaczu.

Przez kilka następnych dni dziecię regularnie domagało się gumowego ustrojstwa, ale spożywania czyichkolwiek sztucznych główek już nie było. Naszą magiczną godziną stała się osiemnasta, kiedy to Tasman zaczynała zbliżać się do skraju wyczerpania. Potem było dziesięć po szóstej, dwadzieścia po, wpół do siódmej. W drugim tygodniu tak się wszyscy przyzwyczailiśmy do braku smoczka, że nawet Fruzi zdarzyło się zapomnieć w chwili zmęczenia o zatykaczu. Nie na dobre, o nie. Ale rano Fruziak bez walki oddaje błękitnego przyjaciela, nie targa go już ze sobą na spacery i do przedszkola, bo tam na porę drzemki czeka już na nią różowy, przezornie chowany do wiszącej na ścianie szafki, nie pędzi więc też do plecaka z okrzykiem 'dummy!', kiedy po południu widzi mnie w drzwiach swojej toddlerowej sali. My natomiast nie biegamy po Piątej jak opętani, tylko dlatego, że po raz trzydziesty w ciągu dnia nie możemy znaleźć smoczka.

Smoczek jest. Bezpiecznie schowany w kubku w grochy. Fruzia wie, gdzie i w którym. Ale nauczyła się z tą wiedzą żyć bez popadania w nastroje dekandenckie.

A przy okazji, jak to wśród burz i zawieruch bywa, Fruzia zaczęła korzystać z nocnika.

Zupełnie bezstresowo, więc chyba znów daliśmy ciała.

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Brawo Fruzia, brawo Wy! :) Dobrze, że w tym szaleństwie smoczkowym znaleźliście metodę :) nocnika gratuluje :* Kasia nauczyła sie korzystać z rowerka biegowego, więc teraz Martyna jeździ swoim dużym, Kasia na biegowce a ja (mimo że nie lubię ale wyjścia nie mam) biegam za nimi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, my też zabieramy się za rowerek biegowy. Fruzia dostała taki od chrzestnej na Gwiazdkę, dziś właśnie Inżynier go złoży i ... ja też wracam do biegania;-)

      Usuń