O moich uchodźcach

poniedziałek, kwietnia 10, 2017

Znam ich dopiero od dwóch tygodni, a już dostarczyli mi tyle wrażeń, że mają szansę zapisać się złotymi zgłoskami w dziejach mojego belferstwa.

- Teacher, ok? - zapytał jeden z nich, wchodząc do klasy z kilkuletnią dziewczynką.
Miała piękne, czarne włosy związane w koński ogon i oczy tego samego koloru. Jak dwa węgielki. Patrzyła na mnie z ciekawością, bez cienia nieśmiałości.
- Ok - uniosłam w górę kciuk prawej dłoni.
Patrycja uprzedzała mnie, że latem mają problem ze żłobkami i przedszkolami, bo państwo nie refunduje opieki w czasie wakacji.
- Spodziewaj się dzieci na zajęciach - powiedziała.
I wskazała na wielkie kartonowe pudło pełne zabawek schowane za regałem ze słownikami.

Ale żeby już w marcu? Na drugim naszym spotkaniu?

- Ok, no worries - uśmiechnęłam się raz jeszcze, gwałcąc po raz kolejny wszystkie zasady health and safety.
Szkoda, że szkolenia online nie mówią nic o dokonywaniu takich wyborów. Bo tu zasady są zupełnie inne - albo nielegalnie miewasz kursantów z dziećmi, albo widzisz tych samych kursantów co dziesiątą lekcję.

A przecież oni tutaj nie po to są, żeby coś ich omijało. Oni muszą i oni chcą. A ja przecież najbardziej chcę, żeby oni wciąż chcieli.

Mała spędziła te trzy godziny, oglądając bajki na telefonie taty. Ożywiła się dopiero wtedy, kiedy cała grupa - dziesięciu chłopa i cztery kobiety - zaczęła rysować domki, ryby, kwiatki i kotki. Co kto umiał nazwać i napisać po tutejszemu. Jaskrawymi markerami na pastelowych kartkach przyczepianych przez Dalię do białej tablicy.

Bo awarię prądu mieliśmy. Bladym świtem stanęły komputery i drukarki we wszystkich kampusach koledżu i jak większość wykładowców tego poranka, nie mogłam skserować żadnego ćwiczenia. Nic. Null. Improwizacja live przez trzy bite godziny. Oni wyszli z zajęć roześmiani, ja wykończona i umazana czarnym markerem od stóp po głowę. Standuperzy mają naprawdę ciężką robotę.

Na trzecim spotkaniu ojciec Dalii wtoczył do sali wózek. A w wózku niemowlę.
- Teacher, ok? - zapytał.
Parsknęłam śmiechem.
- Ok - uniosłam w górę kciuk i nim ktokolwiek połapał się, o co chodzi, wpakowałam głowę do wózka, przyglądając się kolejnej parze czarnych oczu.
- Kocham bobasy - wyjaśniłam chwilę później całej grupie, która wymieniała już między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
I koniecznie muszę mieć jeszcze jednego takiego, pomyślałam życzeniowo.

Po czwartej sesji w sali został Ahmed.
- Teacher, I need to say something - zaczął swoje przemówienie.
Po tym zdaniu komunikacja nam padła, więc Ahmed zadzwonił do swojej żony. Żonę mam w zaawansowanej grupie, jak się okazało. Szybko wymienili ze sobą kilka zdań, po czym Ahmed podał mi swój telefon.
- Speak, teacher - powiedział zachęcająco.
Zanim zdążyłam jednak cokolwiek powiedzieć, Ala wyjaśniła mi, że jej mąż bardzo lubi nasze zajęcia i serdecznie zaprasza mnie i moją rodzinę do siebie do domu na obiad.
- Teacher, you come, please - złożył ręce jak do modlitwy, kiedy oddałam mu telefon.

W głowie natychmiast zadźwięczały mi wszystkie szkoleniowe przypominajki: "nie przyjmujemy zaproszeń od kursantów na facebooku", "nie podwozimy kursantów", "nie prowadzimy prywatnych rozmów".

- A może po prostu pójdziemy wszyscy latem z dzieciakami do parku? - zapytałam po chwili wahania.
- Ok, teacher, ok! - Ahmed nie potrafił ukryć szczęścia, które wymalowało się w jednej sekundzie na jego twarzy.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi klasy, usiadłam przy biurku i wybuchnęłam śmiechem.

Co za grupa.

Karmią mnie chipsami, czekoladą podawaną w kawałkach bezpośrednio do ręki i ciastkami, kiedy mówię mimochodem, że burczy mi w brzuchu. Kiedy nie możemy się dogadać, jeden z nich przekłada angielski na arabski. Czasem się śmieją, a ja nie wiem z czego, ale nie wyczuwam w tym złych wibracji. Próbowali nauczyć mnie nazw miesięcy w swoim języku. Czasem odpalamy mapę google i po raz kolejny sprawdzamy odległość między naszymi krajami.

Dzisiaj w wiadomościach widziałam obrazki z ich kraju. Maleńkie dzieci wiezione karetkami do szpitala.

W każdej z tych małych twarzy widziałam Fruzię i te dwie dziewczynki, które za sprawą wielu nieprawdopodobnie splątanych ścieżek zjawiły się na moich zajęciach w Krainie Deszczu.

You Might Also Like

10 komentarze

  1. Mam to samo w głowie, kiedy widzę wiadomości, moje dziewczyny. I bardzo się boję tego co może być.

    OdpowiedzUsuń
  2. A mnie wkurw nie opuszcza jak patrze na to co robia "wielcy" tego swiata. Tym bardziej mam ciaglego wkurwa, ze ci "wielcy" to wlasnie glownie z mojego kraju.
    A placa za to tylko niewinni ludzie i te dzieci z czarnymi jak wegliki oczkami... ech serce sie kraje:((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, Star. Przeciętny człowiek tylko słucha i patrzy i nie ma żadnego, ŻADNEGO wpływu na decyzje tych u góry. Pozostaje wiara w karmę. Niech do nich wróci.

      Usuń
  3. Litermatko Kochana... najpierw się uśmiałam, potem spłakałam podczas lektury Twojego wpisu. Zawsze coś walniesz takiego na zakończenie, że człowiek czuje się jak po zimnym prysznicu i gorącej kawie jednocześnie. Fakt, ja też w każdym skrzywdzonym dziecku widzę Księżniczkę. I mam ochotę bić, gryźć i drapać, a jeszcze bardziej przywdziać pelerynę Superwoman i lecieć ratować świat. I kto wie, może bym poleciała, ale przecież mam dziecko i swój mały światek do ratowania ;) A tak poważnie - na zło, zwłaszcza wobec najmłodszych, nie da się uodpornić. Rozumiem Twoje emocje aż za dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, Mamuśka Moja lubuje się w oglądaniu bardzo mrocznych kanałów w TV (typu ID Channel - o zbrodniach itp.), naprawdę dziwny z niej człowiek w tej kwestii ;-), ale odkąd tylko pamiętam, nie jest w stanie oglądać nic, co dotyczy krzywdy dzieci. Większość mam tak ma i pewnie wielu niedzieciatych też. Przykre jest to, że - tak jak napisałam wyżej - możemy jedynie wspierać, pomagać, udzielać się w zbiórkach, ale czy możemy zapobiegać? Wątpię.

      Usuń
  4. Targasz moimi emocjami, Litermatko. Płaczę sobie po tym wpisie - trochę ze śmiechu, a bardziej ze smutku i z przerażenia, dokąd ten świat zmierza. I trochę Ci zazdroszczę takiej pracy - i takiej grupy oraz doświadczeń, które na pewno zapadną w pamięci do końca życia. Na Twoim miejscu nie zamieniłabym tego nawet na kilka zer więcej na jakimkolwiek innym stanowisku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zamierzam zamieniać. Jesli tylko będą nadal mnie chcieli, zostane tam jak długo się da.:-)

      Usuń
  5. Ja napiszę tak( jakbym miala przemawiac do Wielkich tego świata)powiedzialabym to: nigdy więcej wojny!....zawsze uderza w bezbronnych tych najbardziej....straszne..A zmieniając temat to jak chidzilam z Malzonem na nauki przedmałżeńskie to też przychodzili ludzie z dziewczynką ale na oko 7-9 lat mloda ni pisnela dzielnue rysowala kolorowala :-) :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń