O różnych formach ekspresji

To oczywiste, że nie pamiętam, jaka byłam w jej wieku. Mamuśka twierdzi, że grzeczna, pogodna, zawsze ze wszystkiego zadowolona. Godzinami potrafiąca bawić się w swoim własnym towarzystwie. "Jak cię włożyłam do łóżeczka z zabawkami, to tak się bawiłaś, dopóki cię stamtąd nie wyjęłam." I to ostatnie jakby zgadza się z późniejszą, moją własną już opowieścią. Bo początek mojej pamięci to ja wtedy zupełnie taka jak ja teraz. Introwertyczka z tendencjami do ekstrawertyzmu, choć na podatnym gruncie ekstrawertyczka z introwertycznymi skłonnościami. Co zrozumiałam dopiero pod koniec trzeciej dekady życia, a może nawet dopiero na początku czwartej.

Lubiłam przeskakiwanie pod kręcącym się sznurkiem. Skakanie w gumę, w pojedynkę najlepiej. Huśtawki, choć nigdy nie pretendowałam do tytułu królowej wysokości. Sporty zespołowe czasem, z siatkówką było mi dobrze, choć nigdy na zawodach. Ciężar odpowiedzialności za własne błędy, które przekładały się na straty dla całej drużyny, kompletnie mnie rozbijał. Książki, numer jeden od zawsze, na zawsze. Dzięki nim bywałam w kilku światach równoległych naraz. Klocki. Łamigłówki, zagadki i rebusy rozwiązywane wieczorem w łóżku lub w klasie, w zeszycie ćwiczeń. Kolorowe pinezki wbijane w plastikową tarczę z dziurkami, tworzące symetryczne lub niekoniecznie wzory. Zdolności w tym zakresie brakowało, ale do dziś mam słabość do tego typu gier. Lalki owszem, jakieś ukochane były, ale nie potrafiłam z nimi długo. Herbatki, zabawa w dom, ty mama, a ja córka, a teraz pobawmy się w sklep - mało tego w mojej pamięci. Jakbym jakaś mało kreatywna była. Przyjaciółka jedna, względnie dwie, choć na brak koleżanek nigdy nie narzekałam. Dzienniki pisane pod kołdrą i chowane na dno szuflady, żeby tylko nikt nie znalazł, bo o mój boże, to dopiero byłby wstyd! Pierwszy wpis z 1989 roku. Odgrywanie scenek i teatrzyków ad hoc dyktowanych własną wyobraźnią wychodziło mi kiepsko, ale niechże ktoś wręczył mi scenariusz, słowo już powstałe, które miało ze mnie wybrzmieć, wyjść wraz z gestami i intonacją, a już wiedziałam, jak powinno być. I tupałam nogą tam, gdzie słowo się złościło, marszczyłam brwi, grymasiłam, mizdrzyłam się przed lustrem jako zła siostra Kopciuszka. Recytowałam "Śmierć Pułkownika" z taką siłą, że koleżanki prawie mi się popłakały w ławkach. A jednocześnie, kiedy na luźniejszych lekcjach graliśmy w kalambury, nie potrafiłam nic. Czułam się śmiesznie zażenowana, usiłując odegrać scenę brania prysznica na angielskim. I strasznie wyczerpana próbą ukrycia tego wstydu. Dziś, bogatsza o wiedzę o samej sobie, dobrze się bawię, pokazując moim uchodźcom znaczenie angielskich zwrotów. Samoświadomość to naprawdę pożyteczne narzędzie.

Przyglądam się jej kątem oka. Często. Zaśmiewamy się bezgłośnie z tego, jak mową ciała wyraża wszystko. Jest taka inna niż ja wtedy, choć podobno łączy nas pogoda ducha. Dwa lata, dwa miesiące, wciąż trzy poprawnie wymówione słowa na krzyż. Tych, których nawet się nie domyślamy, jest całe mnóstwo, chińczyzna absolutna. A komunikacja płynna, przejrzysta i całkowicie czytelna. Bo jej narzędzia do porozumienia to nie słowa, a gest, mimika, ruch i spojrzenie. Co w środku, to na zewnątrz, bez tego mogłoby ją rozsadzić. Nosi lalki, całuje, głaszcze, przytula, klepie po pleckach, tak jak my ją. Długo potrafi serwować kawkę w filiżance lego duplo, sadzać miniaturowe postacie na białym sedesie. Wchodzi w swoją rolę cała, jakby w zgodzie z buddyjskim tu i teraz. Na dźwięk muzyki jej ciało samo zaczyna się ruszać, nawet przez sen, automatycznie i bez udziału świadomości. Nie ma czasu na nudne powtarzanie fraz, szybciej będzie złapać tatę za rękę i poprowadzić go do drzwi, pokazując z przejęciem, że pora na sesję w ogródku. Wiosna, kochani, trzeba pobiegać, zamiast siedzieć z nosami w książkach. Potrafi przekonywać tak sugestywnie, że człowiek się nabiera na tę jej argumentację, chwilę później ze zdumieniem stwierdzając własną przegraną w debacie z toddlerem.

Zastanawiam się, czy za trzydzieści lat odnajdzie w tym, jak widzę ją dzisiaj, cząstkę przyszłej siebie. 

O moich uchodźcach

Znam ich dopiero od dwóch tygodni, a już dostarczyli mi tyle wrażeń, że mają szansę zapisać się złotymi zgłoskami w dziejach mojego belferstwa.

- Teacher, ok? - zapytał jeden z nich, wchodząc do klasy z kilkuletnią dziewczynką.
Miała piękne, czarne włosy związane w koński ogon i oczy tego samego koloru. Jak dwa węgielki. Patrzyła na mnie z ciekawością, bez cienia nieśmiałości.
- Ok - uniosłam w górę kciuk prawej dłoni.
Patrycja uprzedzała mnie, że latem mają problem ze żłobkami i przedszkolami, bo państwo nie refunduje opieki w czasie wakacji.
- Spodziewaj się dzieci na zajęciach - powiedziała.
I wskazała na wielkie kartonowe pudło pełne zabawek schowane za regałem ze słownikami.

Ale żeby już w marcu? Na drugim naszym spotkaniu?

- Ok, no worries - uśmiechnęłam się raz jeszcze, gwałcąc po raz kolejny wszystkie zasady health and safety.
Szkoda, że szkolenia online nie mówią nic o dokonywaniu takich wyborów. Bo tu zasady są zupełnie inne - albo nielegalnie miewasz kursantów z dziećmi, albo widzisz tych samych kursantów co dziesiątą lekcję.

A przecież oni tutaj nie po to są, żeby coś ich omijało. Oni muszą i oni chcą. A ja przecież najbardziej chcę, żeby oni wciąż chcieli.

Mała spędziła te trzy godziny, oglądając bajki na telefonie taty. Ożywiła się dopiero wtedy, kiedy cała grupa - dziesięciu chłopa i cztery kobiety - zaczęła rysować domki, ryby, kwiatki i kotki. Co kto umiał nazwać i napisać po tutejszemu. Jaskrawymi markerami na pastelowych kartkach przyczepianych przez Dalię do białej tablicy.

Bo awarię prądu mieliśmy. Bladym świtem stanęły komputery i drukarki we wszystkich kampusach koledżu i jak większość wykładowców tego poranka, nie mogłam skserować żadnego ćwiczenia. Nic. Null. Improwizacja live przez trzy bite godziny. Oni wyszli z zajęć roześmiani, ja wykończona i umazana czarnym markerem od stóp po głowę. Standuperzy mają naprawdę ciężką robotę.

Na trzecim spotkaniu ojciec Dalii wtoczył do sali wózek. A w wózku niemowlę.
- Teacher, ok? - zapytał.
Parsknęłam śmiechem.
- Ok - uniosłam w górę kciuk i nim ktokolwiek połapał się, o co chodzi, wpakowałam głowę do wózka, przyglądając się kolejnej parze czarnych oczu.
- Kocham bobasy - wyjaśniłam chwilę później całej grupie, która wymieniała już między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
I koniecznie muszę mieć jeszcze jednego takiego, pomyślałam życzeniowo.

Po czwartej sesji w sali został Ahmed.
- Teacher, I need to say something - zaczął swoje przemówienie.
Po tym zdaniu komunikacja nam padła, więc Ahmed zadzwonił do swojej żony. Żonę mam w zaawansowanej grupie, jak się okazało. Szybko wymienili ze sobą kilka zdań, po czym Ahmed podał mi swój telefon.
- Speak, teacher - powiedział zachęcająco.
Zanim zdążyłam jednak cokolwiek powiedzieć, Ala wyjaśniła mi, że jej mąż bardzo lubi nasze zajęcia i serdecznie zaprasza mnie i moją rodzinę do siebie do domu na obiad.
- Teacher, you come, please - złożył ręce jak do modlitwy, kiedy oddałam mu telefon.

W głowie natychmiast zadźwięczały mi wszystkie szkoleniowe przypominajki: "nie przyjmujemy zaproszeń od kursantów na facebooku", "nie podwozimy kursantów", "nie prowadzimy prywatnych rozmów".

- A może po prostu pójdziemy wszyscy latem z dzieciakami do parku? - zapytałam po chwili wahania.
- Ok, teacher, ok! - Ahmed nie potrafił ukryć szczęścia, które wymalowało się w jednej sekundzie na jego twarzy.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi klasy, usiadłam przy biurku i wybuchnęłam śmiechem.

Co za grupa.

Karmią mnie chipsami, czekoladą podawaną w kawałkach bezpośrednio do ręki i ciastkami, kiedy mówię mimochodem, że burczy mi w brzuchu. Kiedy nie możemy się dogadać, jeden z nich przekłada angielski na arabski. Czasem się śmieją, a ja nie wiem z czego, ale nie wyczuwam w tym złych wibracji. Próbowali nauczyć mnie nazw miesięcy w swoim języku. Czasem odpalamy mapę google i po raz kolejny sprawdzamy odległość między naszymi krajami.

Dzisiaj w wiadomościach widziałam obrazki z ich kraju. Maleńkie dzieci wiezione karetkami do szpitala.

W każdej z tych małych twarzy widziałam Fruzię i te dwie dziewczynki, które za sprawą wielu nieprawdopodobnie splątanych ścieżek zjawiły się na moich zajęciach w Krainie Deszczu.

O stresie

- Powiedz Ojcu Dyrektorowi, że nareszcie skończyliśmy te wygłupy z bezstresowym wychowaniem - oznajmiłam Mamuśce trzeciego dnia detoksu. - Dziecię jest w takim stresie, że wystarczy jej na całą podstawówkę.

Ojciec Dyrektor, jak na dyrektora z prawdziwego zdarzenia przystało, nie może ogarnąć tej całej mody na bezstres. Bo jak to tak bez-trosko, bez dyscypliny i bez kindersztuby? Ja i Wielki dostaliśmy przecież, w jego własnym mniemaniu, odpowiednią dawkę stresu  pozytywnej dyscypliny i proszę, jakie piękne efekty. Nie wszystko się Ojcu udało, sam to przyznaje. Na przykład ten mój wypad do stolicy, kiedy nie wróciłam do domu na noc i nie zadzwoniłam nawet, bo to era kamienia łupanego była. Wtedy faktycznie mu nie wyszło, bo kiedy już pojawiłam się w domu, Ojciec jeno zacisnął zęby i kazał mi udać się do swej komnaty na przemyślenia, a przecież to jasne, że był to błąd wychowawczy, który mógł mnie źle ukształtować na przyszłość. Jakim cudem po takim incydencie wyrosłam na człowieka, tego nie wie nikt. Potem trochę się coś Ojcu przestawiło i chyba zapomniał o swojej antybezstresowej teorii, a wszystkim wiadomo, że w teoriach nie ma sobie Ojciec równych. Ale zapomniał. I biegał po te petitki dla małej Gwiazdy jak szalony, a teraz nie pozwala nikomu odklejać nalepek, którymi Fruzia gustownie upstrzyła mu ścianę w pokoju. Ani skrytykować nowego wzoru wykonanego przez pomysłodawczynię czarnym długopisem na monitorze komputera.

Dobrze, że wreszcie się za Fruzię wzięliśmy i skończyliśmy ten bezstres, bo jeszcze i Ojciec przeszedłby mimochodem na ciemną stronę mocy.

- Biedactwo - użaliła się Mama nad Fruzią, kiedy już przestała się śmiać. - Jak ja ją dobrze rozumiem!
- Też tak przeżywałaś rozstanie ze smoczkiem? - zapytałam niedowierzająco.
- Nie, z papierosami - usłyszałam. - Nałóg to straszna rzecz, straszna!

Fruzia zdawała się nie zgadzać z Babcią Mamuśką i było to wydarzenie bezprecedensowe. Babcia miała tyle samo współczucia dla Fruzi, co i przekonania, że to słuszna decyzja, co z kolei nie podobało się wnuczce. Babcia była jednak w posiadaniu magicznego przycisku na klawiaturze, który jednym kliknięciem odcinał ją od dramatycznej walki wnuczki o prawo do nałogu, my natomiast zmuszeni byliśmy oglądać tę walkę na żywo. Twenty-four seven.

I nie wiem doprawdy co by z nami wszystkimi było, gdybyśmy nie potrafili pójść na ustępstwa. Konsekwencja za wszelką cenę to, na szczęście, nie jest nasze drugie imię.

- Już trzy godziny wytrzymałaś! - mówiliśmy Fruzi pierwszego dnia detoksu, kiedy dziecię charakterystycznym i zniecierpliwionym gestem wskazywało na pusty otwór gębowy. - We wtorek pójdziemy do przedszkola i sprawdzimy, czy może tam nie zawieruszył się twój dyduś.
Dziecię niechętnie potakiwało na te nieudolne kłamstwa starszyzny, dawało się przekonać do kolejnej zabawy, w której matka i ojciec stawali na głowie, aby Fruzia zapomniała, ale im bliżej było popołudniowej drzemki, tym bardziej dramatyczna stawała się nasza rodzinna sytuacja.

O pierwszej Fruzia ryczała wniebogłosy. Do wpół do drugiej na przemian podsypiała na moim ramieniu i budziła się z krzykiem. O drugiej leżała z nami w łóżku, przez sen łkając i próbując wpakować sobie do buzi gumową główkę jednej ze swoich lalek.

I to był ten moment, kiedy coś w nas pękło.

- Ona płacze tak, jakby straciła najlepszego przyjaciela - wyszeptał Inżynier. - Jakby w prawdziwej żałobie była.
- To co? - zapytałam natychmiast, bo już od dobrej pół godziny biłam się z myślami. - Tylko do snu?
- Tylko do snu - potwierdził on z ulgą.

Trzy minuty później Fruzia  cała rodzina odzyskała spokojny sen.

I ja wiem, że istnieją na tym świecie dużo gorsze rzeczy, ale wciąż jeszcze robi mi się nieswojo na wspomnienie tego jej dramatycznego płaczu.

Przez kilka następnych dni dziecię regularnie domagało się gumowego ustrojstwa, ale spożywania czyichkolwiek sztucznych główek już nie było. Naszą magiczną godziną stała się osiemnasta, kiedy to Tasman zaczynała zbliżać się do skraju wyczerpania. Potem było dziesięć po szóstej, dwadzieścia po, wpół do siódmej. W drugim tygodniu tak się wszyscy przyzwyczailiśmy do braku smoczka, że nawet Fruzi zdarzyło się zapomnieć w chwili zmęczenia o zatykaczu. Nie na dobre, o nie. Ale rano Fruziak bez walki oddaje błękitnego przyjaciela, nie targa go już ze sobą na spacery i do przedszkola, bo tam na porę drzemki czeka już na nią różowy, przezornie chowany do wiszącej na ścianie szafki, nie pędzi więc też do plecaka z okrzykiem 'dummy!', kiedy po południu widzi mnie w drzwiach swojej toddlerowej sali. My natomiast nie biegamy po Piątej jak opętani, tylko dlatego, że po raz trzydziesty w ciągu dnia nie możemy znaleźć smoczka.

Smoczek jest. Bezpiecznie schowany w kubku w grochy. Fruzia wie, gdzie i w którym. Ale nauczyła się z tą wiedzą żyć bez popadania w nastroje dekandenckie.

A przy okazji, jak to wśród burz i zawieruch bywa, Fruzia zaczęła korzystać z nocnika.

Zupełnie bezstresowo, więc chyba znów daliśmy ciała.