O tym, kto ma gorzej

środa, marca 01, 2017

Najwięcej uczę się wtedy, kiedy muszę nauczyć innych.

Taki tubylec to ma dobrze, myślę, spędzając kolejny wieczór przy słowniku. Rzuci okiem na materiał, przemyśli kolejność zdarzeń i lekcja gotowa. Ja przyglądam się każdemu potencjalnie nowemu dla kursantów słowu, dopisuję do niego synonimy, przyimki i kolokacje, sprawdzam po raz dziesiąty wymowę i akcent, zanim odhaczę je na liście 'gotowe'. To z pewnością dlatego moja tutorka z CELTY powiedziała mi kiedyś, że dobrze prezentuję i objaśniam leksykę, a Inżynier dodał później, że mam zdolność przekładania zawiłych zwrotów na prosty i czytelny język, w obu narzeczach. Trzymam się tego jak tarczy obronnej, kiedy intuicja nie wystarcza i dostaję phrasalem lub idiomem w twarz w samym środku lekcji. Przeklęty, wszędobylski dostęp do sieci!, klnę w duchu. Nawet pod ławką w klasie! Jeśli intuicji nie udało się wybrnąć z klasą, wtedy odrabiam zadanie domowe na szóstkę i na następnych zajęciach torpeduję podławkowego poszukiwacza przygód mini wykładem na temat pochodzenia i wszystkich możliwych znaczeń rzuconego mi z sieci wyzwania. Ręce opadają mi w chwili, kiedy orientuję się, że delikwent kompletnie nie pamięta, że dwa dni wcześniej zadał mi takie pytanie. Albo że w ogóle zadał mi jakiekolwiek pytanie.

Coś mi jednak zostało z tej szkolnej prymuski. A może to zesłanie na drugą stronę biurka to rodzaj karmy z poprzedniego życia. Zaprawdę powiadam Wam, pilnujcie się w tym wcieleniu, bo z tą k(a)r(m)ą nie ma przelewek.

Ale potem dociera do mnie, że to niekoniecznie tak.

- To niesamowite - powiedziała mi jedna z kursantek CELTY, rodowita Brytyjka - że angielski jest dla ciebie językiem obcym, a mimo to masz większą jego świadomość niż ja. Wyobraź sobie, że kiedy dyskutujemy o czasach, ja wciąż muszę się upewniać, że wiem, o którym aktualnie jest mowa. A widzę, że dla ciebie ta cała terminologia to chleb powszedni.

A potem ktoś inny oblał jedną z praktyk, bo pomylił past perfect z past simple i cała grupa wyszła z lekcji skołowana.

Pamiętam też, jak przez rok uczyłam polskiego. Magicznego JPJO. Moim uczniem był pracujący w Polsce na rocznym kontrakcie bardzo inteligentny i mówiący kilkoma językami Fin, którego narzeczona była Polką, i dla której ten postanowił nauczyć się jej ojczystego narzecza. Co też ja się wówczas nagłówkowałam, żeby po angielsku wyjaśnić mu gramatykę własnego, wydawać by się mogło, że znanego mi od podszewki, języka!
- A dlaczego mówi się do Wrocławi-a, kiedy mówi się też do Bydgoszcz-y? Albo do Zakopaneg-o? - pytał znienacka Fin, a ja, kiedy opanowałam już drżenie podbródka po zrozumieniu tych wszystkich wyartykułowanych przez niego z wielkim trudem  dźwięków, robiłam kolejną mentalną notkę, z którą biegłam najpierw do Drugiej Mamy, specjalistki od polskiego dla niesłyszących, a dopiero potem do starego i wyświechtanego podręcznika do gramatyki.

Wiec to chyba niekoniecznie tak. Tubylec może i nie da się zaskoczyć phrasalem, ale zwinie się w sobie na hasło future perfect continuous, o którym ja opowiem wraz z przykładami w środku najciemniejszej nocy.

I to chyba dlatego tak bardzo nam ze sobą po drodze. Temu obcemu i mnie. W tym duecie nigdy nie będziemy się ze sobą nudzić. On mnie będzie stawiał przed wyzwaniami, ja wciąż będę się starała coś mu udowodnić. I samej sobie.

- Na koniec muszę ci wytknąć coś jeszcze - powiedziała moja managerka, kiedy  powoli kończyła omawiać moją obserwowana lekcję.
Wbrew temu, co myślałam w trakcie tej lekcji (bawiąca się ze mną w kotka i myszkę tablica interaktywna, nieobecność połowy grupy, spóźnienie drugiej połowy oraz abstrakcyjne zdania tworzone przez słuchaczy, które doprawdy trudno było sensownie poprawić), usłyszałam, że jest dobrze, i że mam się nigdzie z Koledżu nie ruszać.
Ohoooo, pomyślałam jednak po tym dobrym wstępie. Pewnie popełniłam jakieś niewybaczalne błędy!

Moja rozmówczyni zawiesiła głos.

- ... jestem pewna, że o tym nie wiedziałaś, bo tego nie ma w naszym spisanym dress codzie, ale nie możesz nosić jeasnów do pracy... - usłyszałam w końcu.

You Might Also Like

11 komentarze

  1. Zawsze chciałam mowic po angielsku jak native speaker!żeby nie mial przede mną tajemic.. żeby takbez trudu ten future z past perfect i present simple gladko przecjodzic ;-) zdawalam nawet kiedys na filologię angielską w rezultacie wybrałam swoj zawod teraz zaluje bo trzeba bylo dwa kierunki zrobic jak byl czas:-( ehh ale puenta z dzinsami..niezla no tego się nie spodziewałas co? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę chciałaś być filolożką? No popatrz, to łączy nas jeszcze więcej niż sądziłam! Ale nie żałuj. Oszczędziłaś sobie życia z nosem w słowniku!;-)

      No nie, rozstania z jeansami się nie spodziewałam. A kiedy zrobiłam przeglądad szafy, okazało się, że w niej właśnie same jeansy, więc od razu ruszyłam na zakupy. Każdy pretekst jest dobry, prawda? :-)

      Usuń
    2. No poważnie chciałam ! I czasami jeszcze we mnie tli się ta myśl że moze jakis kurs? A moze choc licencjat.

      Ha :-) pewnie że tak, każdy pretekst jest dobry do tego by sobie humor poprawić a przy okazji pochwalic sie przepisowym dress code ;-).Ale nie spodziewałam sie ze tam nie wolno chodzic w jeansach

      Usuń
  2. Kurka żeby tak w jeansach nie móc chodzić?? Bez sensu jednak, jak dobrze że u mnie nawet szefowa je nosi :) Nawet nie wiesz jak ja Ci zazdroszczę tej lekkości przechodzenia z języka ojczystego na obcy, ehh ja już tak dawno nie używałam angielskiego ze chyba mi wszystko z głowy wyleciało.
    Czy Fruzia obchodziła ostatki i przebierańce w związku z tym? U mnie była Elsa z Krainy Lodu i mały kociak ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nooo... kompletnie bez sensu! Ja się chyba urodziłam w jeansach i w sumie to nawet powinni mnie skremować w jeansach (muszę to gdzieś oficjalnie zapisać).

      Fruzia będzie obchodzić przebieranki jutro z okazji Światowego Dnia Książki (tutaj obchodzony w innym terminie niż w innych krajach), więc wędruje do Różowej w błękitnej sukni - zdaje się, że to właśnie kieca Elsy (wiesz, ja jeszcze nie jestem na tym etapie, żeby wiedzieć na pewno... ;-)) Dżizas, musiałam ją podkładać dzisiaj, bo jest o piętnascie centrymetrów za długa! Ja i szycie! Moja Kochana Babcia pewnie grozi mi z góry palcem :-)

      Usuń
    2. Niebieska z peleryną to jak nic Frozen ;) Szycie u mnie kończy się podobnie, niestety od biedy zaszyję dziurę i przyszyję guzik (czasem nawet nie doszywając siebie) ale grubsze sprawy to już do mamy.
      Dzisiaj odebrałam skierowanie Kasi do przedszkola, Martyny do pierwszej klasy, mój Boże ja się chyba starzeję!!!

      Usuń
    3. Buahaha! No to jeśli Ty się starzejesz, to co ze mną? :-)

      Usuń
  3. Ale jak to? Masz tam pracować BEZ jeansów? To wtedy to dopiero uczniowie niczego z lekcji nie zapamiętają. Poza Tobą oczywiście :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na to wygląda. I tak sobie myślę, że może to i dobry patent? Będą pamiętać, że mieli ticzerkę jedyną w swoim rodzaju! Nawet jeśli nie zapamiętają jej twarzy... ;-)

      Usuń
  4. Ale nie skoczylas do M&S po kwiecista spodnice i zakiet z poliestru? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A skąd wiedziałaś? Śledziłaś mnie, Ty... Ty... Ty Kaczko jedna!

      Usuń