Dla świeżo upieczonych i dla tych, co już niebawem

- A pamiętasz, jak kiedyś mówiłaś, że nie będziesz za dużo nosić, żeby się dziecko nie przyzwyczaiło? - zapytała chytrze Mamuśka, kiedy tuliłam do siebie zapłakaną Fruzię.
Ta sama Mamuśka, która na najdrobniejszą łzę wnuczki reaguje hasłem "przytul się do mamy i od razu będzie lepiej."
- Ja tak mówiłam? - zdziwiłam się szczerze.
Mama pokiwała głową, choć widziałam, że sama nie jest do końca przekonana, czy to faktycznie ja, czy może... ona sama. Jeszcze w erze przed nami.
A może to mój umysł płata mi figle i wypiera fakt, że mogłam kiedyś wygłosić taką mądrość. Bo ja od zawsze wiedziałam, że będę nosić własne dziecko tyle, ile będę czuła, że chcę i powinnam. A raczej tyle, ile to ono będzie chciało i uważało, że powinnam.

- Jesteś rozpieszczona - mówi jej często Babcia Mamuśka z diabelskim figlikiem w oku.
- Ty rozpieszczu - mówimy do niej my sami.
I natychmiast przypomina mi się Gwiazda sprzed dobrych sześciu lub siedmiu lat, kiedy oświadczyła, że "mama mówi, że mnie rozpuszczycie".
- A od czego są matki chrzestne i babcie? - zapytałyśmy wtedy wesoło.
Od rozpieszczania i rozpuszczania.
Choć przysięgam, że już sama nie wiem, co to znaczy.

I tutaj i tam staram się otaczać normalnością. Czytam niewiele*, a słucham opinii tych, których cenię, i którzy nie stracili kontaktu z ziemią po pojawieniu się w ich życiu dziecka. Radzę się Mam i mądrych koleżanek, które na wieść, że zabieramy się za odsmoczkowanie, nie łapią się za głowę z minami sugerującymi, że powinnam była to zrobić dwa lata temu, najlepiej jeszcze przed pojawieniem się Fruzi. A kiedy widzą mnie zmierzającą do pokoju dla matki z dzieckiem, nie wystrzeliwują w kosmos szczerze zdziwionego "TO ONA JESZCZE W PIELUSZCE?" Kiedy Fruzia miała dziesięć miesięcy, ktoś życzliwy wygłosił specjalnie dla mnie (szczęściara!) prelekcję na temat mojego opóźnienia w temacie, bo przecież już od dobrych trzech miesięcy dziecię me powinno siadać na nocniku przy każdej zmianie pieluszki. (A w ogóle to w jej wieku trening czystości powinien być już w zaawansowanej fazie.) Usprawiedliwiał mnie jedynie fakt, że nie byłam świadoma owego trendu. "Bo wiesz... ja myślę, że ci rodzice, którzy tego świadomie nie robią, są po prostu leniwi."

Człowiek uczy się przez całe życie. Nawet grubo po trzydziestce można dowiedzieć się, że nie dość, że ona rozpieszczona, to jeszcze ja leniwa. Choć zawsze mi się wydawało, że te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczają.

Ale to wyjątki w naszym życiu. Być może dlatego, że intuicyjnie omijam szerokim łukiem ekspertów od wszystkiego. Skupiamy się na tych, którzy podpowiedzą, kiedy pytamy, podzielą się swoimi wzlotami i upadkami, i nie będą aranżować przesłuchania na temat tego, co nasze dziecko już potrafi i dlaczego jeszcze nie.

I to jest moja dedykacja dla Was, Kochane Kobiety, Które Już Jesteście Lub Za Chwilę Będziecie Mamami. Słuchajcie tych, których chcecie słuchać, a przede wszystkim słuchajcie samych siebie. Oprócz stu tysięcy poradników, z których czasem warto skorzystać, macie też intuicję. Macie moc! 

I tak bardzo, bardzo cieszę się razem z Wami, że to już lub niebawem!

:-)

* z serii " skuteczne sposoby na " oraz "jak sprawić, żeby dziecko"

O Bebi, czyli Fruzia mówi

- Mummy! - krzyczy dziecię, kiedy tylko dotrze do niej, że ten głos, który usłyszała za swoimi plecami podczas zabawy w przedszkolu, to naprawdę głos mamy.
Wolę, kiedy radośnie wyrzuca w powietrze swojskie mama, bo wtedy mam przynajmniej pewność, że to nie dummy schowany w różowym plecaku i czekający na jej wyjście z sali jest powodem tej dzikiej radości.

Grupa rówieśnicza to jednak mocna siła i niech się schowa przy niej jakikolwiek, jeśli taki w ogóle istnieje, rodzicielski autorytet. Nigdy specjalnie nie byliśmy dla Tasmana wystarczającym bodźcem do powtarzania artykułowanych przez nas z precyzją godną pana Jot od fonetyki słów. Fruzia powtarzała, owszem, ale zawsze coś innego.
- Powiedz pies - zachęcaliśmy.
- Baba - odpowiadała zadowolona Fruzia.
- Du-pek, du-pek - powtarzaliśmy, sądząc, że może pies to zbyt wyrafinowane słownictwo dla rozemocjonowanego toddlera.
- Mama - wypalała młoda.
Zaczęliśmy nawet zastanawiać się, czy jej skojarzenia są pierwszymi jaskółkami czyniącymi z niej geniusza lingwistycznego, czy też może przestrogą, że za naście lat słowo dupek nadal będzie kojarzyło jej się z matką.

Aż tu nagle Fruzia postanowiła, że może jednak parę nowych słów nie zaszkodzi. Nie żeby od razu w ekstrema popadać, bez przesady, wszak językowy wyścig (matek) dwuletnich szczurów to nie dla niej. Tasman nadal woli otworzyć szeroko buzię i palcem wskazującym skierowanym do otworu gębowego oznajmić światu, że twarz jej się zdekompletowała wskutek braku dydusia, niż zwyczajnie o smoczka poprosić, ale postępy są wyraźne.
- Piś - wyartykułowała przedwczoraj, kiedy zmierzałam w jej kierunku z nieodłącznym elementem jej toddlerowego wizerunku.
- Please? - zapytałam zaskoczona.
- Piś, mama - rzekło nieśmiało dziecię.
I dodało na zakończenie:
- Ta.
(z ang. - dziękuję)

Ach. Królewskie maniery.

Psa naszych przyjaciół, wabiącego się Bimber, ochrzciła znacznie łatwiejszą wersją psiego imienia.
- Bebi! - krzyczy za nim jak opętana podczas spaceru, od czasu do czasu rzucając komendę swojemu własnemu sierściuchowi i oczekując, że ta dwójka wyglądająca jak Flip i Flap będzie jej słuchać. - Gaga! Bebi!
- Lubisz Bimbra? - pytam ją po kolejnym wybuchu czułości w stronę mniejszego sierściucha.
- Ka - przytakuje Fruzia.

Coraz lepiej wychodzi jej odróżnianie tak od nie, choć wciąż zdarzają jej się wtopy.

- Chcesz marchewkę?
- Ka. Makeke.
(Uuu, myślę sobie. Co za elokwencja!)
- Chcesz jogurt? - pytam retorycznie.
- Nie - słyszę w odpowiedzi, choć mała głowa pokazuje, że tak, natychmiast, oczywiście!
- Ok, skoro nie, to idę włożyć go do lodówki - odwracam się teatralnie.
- Mamaaaa! Kaa! Mamaaaa! - Tasman wpada w rozpacz i z tej rozpaczy po awarii komunikacyjnej rzuca się na podłogę.

I po co było testować własne dziecko, głupia kobieto?

O tym, kto tu kogo

Nie wiedzą, czy zostaną tu na stałe, czy kiedyś wrócą do swoich krajów. Tak o nich mówią - "mój kraj". Rzadko kiedy przywołują nazwy, jak gdyby nie one były ważne, a to jedynie, że mówią właśnie o swoim kawałku świata. Krainę Deszczu też nieczęsto nazywają po imieniu, nadali jej inny przydomek - "tutaj". Wszyscy wiedzą jednak, dlaczego i po co "tutaj" są. Wyjechali, bo w kraju ciężko, bo chcieli doświadczyć nowego, bo mąż, bo żona, bo. Czasem boję się pytać, więc nie pytam, a zahaczając w rozmowie o religię, uważnie dobieram słowa. Pracują, uczą się, chcą kontynuować przerwane studia, wrócić do zawodu wykonywanego w ich kraju. Prawnicy, księgowe, fryzjerki, au pair, studenci, pełnoetatowe mamy. Nie siedzą bezczynnie, licząc na mannę płynącą z nieba. Wychowują dzieci, chodzą na nocne zmiany, w czasie których myją podłogi, zmieniają pościel w hotelowych pokojach lub stoją przy taśmie, w nielicznych przerwach od żmudnej pracy powtarzając angielskie słówka. Dopytują, ile lat uczyłam się angielskiego i co robiłam, zanim stanęłam "tutaj" po drugiej stronie biurka. Kiedy wspominam Błękitną, potakują głowami z pełnym zrozumieniem.

Są marzeniem i koszmarem każdego nauczyciela. Wiedzą dużo i chcą wiedzieć jeszcze więcej. Zapytają o każdy przyimek, wyciągną każde przykurzone w mojej głowie słowo. Sprawiają, że czasem klnę w duchu, bo stojąc tak przed nimi, przed piętnastoma parami oczu, zaczynam wątpić, czy banalne obsessed, wyciągnięte przez El, to rzeczywiście z 'with', czy może z 'by'. El uczył kiedyś angielskiego w szkole podstawowej w swoim kraju. Teraz ja mam nauczyć jego. Chwilami czuję się dokładnie tak jak oni, kiedy podchodzą do tablicy interaktywnej. Znają odpowiedź, ale w obliczu ogromu białej ściany zaczynają zastanawiać się, czy to rzeczywiście dobre rozwiązanie. Potem, kiedy zamykają się za nimi drzwi, natychmiast łapię za słownik. 'With' i 'by'. Rzeczywiście.

Ożywiają się, kiedy pytam o ich książki, ich filmy, ich kulturę i system edukacji. Śmieją się, kiedy próbuję wymówić słowo w ich języku. I kiedy mówią mi nazwę owocu, o którego istnieniu nie miałam pojęcia.

Nawet nie wiedzą (a może jednak?), że ja wciąż uczę się razem z nimi.

Dwoje z nich wie, jak naprawdę wygląda wojna.

Fejsbukowi prorocy, którzy nigdy nie opuścili własnego ogródka na dłużej niż trwają zakupy w pobliskim supermarkecie, powinni otrzymywać imienne zaproszenia na takie lekcje.

Otwarte lekcje otwierające umysł.

O tym, kto ma gorzej

Najwięcej uczę się wtedy, kiedy muszę nauczyć innych.

Taki tubylec to ma dobrze, myślę, spędzając kolejny wieczór przy słowniku. Rzuci okiem na materiał, przemyśli kolejność zdarzeń i lekcja gotowa. Ja przyglądam się każdemu potencjalnie nowemu dla kursantów słowu, dopisuję do niego synonimy, przyimki i kolokacje, sprawdzam po raz dziesiąty wymowę i akcent, zanim odhaczę je na liście 'gotowe'. To z pewnością dlatego moja tutorka z CELTY powiedziała mi kiedyś, że dobrze prezentuję i objaśniam leksykę, a Inżynier dodał później, że mam zdolność przekładania zawiłych zwrotów na prosty i czytelny język, w obu narzeczach. Trzymam się tego jak tarczy obronnej, kiedy intuicja nie wystarcza i dostaję phrasalem lub idiomem w twarz w samym środku lekcji. Przeklęty, wszędobylski dostęp do sieci!, klnę w duchu. Nawet pod ławką w klasie! Jeśli intuicji nie udało się wybrnąć z klasą, wtedy odrabiam zadanie domowe na szóstkę i na następnych zajęciach torpeduję podławkowego poszukiwacza przygód mini wykładem na temat pochodzenia i wszystkich możliwych znaczeń rzuconego mi z sieci wyzwania. Ręce opadają mi w chwili, kiedy orientuję się, że delikwent kompletnie nie pamięta, że dwa dni wcześniej zadał mi takie pytanie. Albo że w ogóle zadał mi jakiekolwiek pytanie.

Coś mi jednak zostało z tej szkolnej prymuski. A może to zesłanie na drugą stronę biurka to rodzaj karmy z poprzedniego życia. Zaprawdę powiadam Wam, pilnujcie się w tym wcieleniu, bo z tą k(a)r(m)ą nie ma przelewek.

Ale potem dociera do mnie, że to niekoniecznie tak.

- To niesamowite - powiedziała mi jedna z kursantek CELTY, rodowita Brytyjka - że angielski jest dla ciebie językiem obcym, a mimo to masz większą jego świadomość niż ja. Wyobraź sobie, że kiedy dyskutujemy o czasach, ja wciąż muszę się upewniać, że wiem, o którym aktualnie jest mowa. A widzę, że dla ciebie ta cała terminologia to chleb powszedni.

A potem ktoś inny oblał jedną z praktyk, bo pomylił past perfect z past simple i cała grupa wyszła z lekcji skołowana.

Pamiętam też, jak przez rok uczyłam polskiego. Magicznego JPJO. Moim uczniem był pracujący w Polsce na rocznym kontrakcie bardzo inteligentny i mówiący kilkoma językami Fin, którego narzeczona była Polką, i dla której ten postanowił nauczyć się jej ojczystego narzecza. Co też ja się wówczas nagłówkowałam, żeby po angielsku wyjaśnić mu gramatykę własnego, wydawać by się mogło, że znanego mi od podszewki, języka!
- A dlaczego mówi się do Wrocławi-a, kiedy mówi się też do Bydgoszcz-y? Albo do Zakopaneg-o? - pytał znienacka Fin, a ja, kiedy opanowałam już drżenie podbródka po zrozumieniu tych wszystkich wyartykułowanych przez niego z wielkim trudem  dźwięków, robiłam kolejną mentalną notkę, z którą biegłam najpierw do Drugiej Mamy, specjalistki od polskiego dla niesłyszących, a dopiero potem do starego i wyświechtanego podręcznika do gramatyki.

Wiec to chyba niekoniecznie tak. Tubylec może i nie da się zaskoczyć phrasalem, ale zwinie się w sobie na hasło future perfect continuous, o którym ja opowiem wraz z przykładami w środku najciemniejszej nocy.

I to chyba dlatego tak bardzo nam ze sobą po drodze. Temu obcemu i mnie. W tym duecie nigdy nie będziemy się ze sobą nudzić. On mnie będzie stawiał przed wyzwaniami, ja wciąż będę się starała coś mu udowodnić. I samej sobie.

- Na koniec muszę ci wytknąć coś jeszcze - powiedziała moja managerka, kiedy  powoli kończyła omawiać moją obserwowana lekcję.
Wbrew temu, co myślałam w trakcie tej lekcji (bawiąca się ze mną w kotka i myszkę tablica interaktywna, nieobecność połowy grupy, spóźnienie drugiej połowy oraz abstrakcyjne zdania tworzone przez słuchaczy, które doprawdy trudno było sensownie poprawić), usłyszałam, że jest dobrze, i że mam się nigdzie z Koledżu nie ruszać.
Ohoooo, pomyślałam jednak po tym dobrym wstępie. Pewnie popełniłam jakieś niewybaczalne błędy!

Moja rozmówczyni zawiesiła głos.

- ... jestem pewna, że o tym nie wiedziałaś, bo tego nie ma w naszym spisanym dress codzie, ale nie możesz nosić jeasnów do pracy... - usłyszałam w końcu.