Fruzia - odsłona dwudziesta czwarta

niedziela, lutego 19, 2017

Cisza mnie niepokoi, jak każdego czujnego rodzica, ale kiedy słyszę jej mamrotanie pod nosem dochodzące z salonu, wiem, że jest czymś pochłonięta do granic i nie warto przerywać tego błogiego, szczególnie dla rodzica, stanu. Czasem podglądam ją z przedpokoju. Widzę jak układa w równych rządkach ciastka z plasteliny, segreguje kredki tak, aby ich czubki równo wystawały z otwartego piórnika, zapamiętale kręci pedałami od roweru stacjonarnego, albo wyrównuje brzegi przylegających do siebie kart edukacyjnych. Tylko takie czynności angażują ją do tego stopnia, żeby Fruzia nie szukała towarzystwa. W pozostałych przypadkach Tasman potrzebuje drugiego człowieka.
- Mama! - ciągnie mnie za rękę do swoich zabawek.
- Mama! - powtarza, kiedy potrzebuje jego.
To wcale nie o mnie chodzi. Mama jest jest słowem-kluczem. Jest jak Sezamie otwórz się, jak mówisz i masz, jak czary mary i abrakadabra w jednym. I jak sok z gumijagód. Mama sprawia, że niemożliwe staje się możliwe. To z jej punktu widzenia. Bo dla nas mama to brak litości. Mama oznacza dla nas tylko jedno - trzeba iść. Jej dusza nieustająco łaknie dodatkowej pary oczu i fizycznej obecności. Różowa Chmurka musi jawić się w jej dziecięcej głowie jako raj. Nic dziwnego, że wystarczy hasło "pójdziemy do dzieci", a młodzież pędzi po plecak i ochoczo wskakuje w chińskie kozaki.

Wciąż gardzi lingwistycznymi normami. Owszem, mówi dużo i chętnie, ale coraz częściej zastanawiamy się, po jakiemu. Dużo w tych jej przemowach gestykulacji i ekspresji, i chyba tylko dlatego tak dobrze się rozumiemy. Po pierwszych sesjach w żłobku zaskoczyła nas swoim mummy! wykrzykiwanym na przemian z mama! A nasze przeświadczenie, że niektóre jej 'słowa' brzmią bardziej wyspiarsko niż ojczyście, niespodziewanie okazało się słuszne.
- Tak, mówi - usłyszałam któregoś dnia w Różowej. - Ostatnio ruszyło jej słownictwo. Potrafi powiedzieć cuddle i more.
Że more, to akurat mnie nie dziwi. To podstawowe słowo zapewniające jej i jej podobnym uzyskanie dodatkowej garści rodzynek lub kolejnego breadsticka. (Nie oszukujmy się - o kisz tak nie walczą.) Ale cuddle?! Na Boga i Karmę!

Inżynier mówi, że jest wyraźna. W dobrym nastroju tryska optymizmem i uśmiechem, jak się wścieknie, latają dydki i co-tam-jest-pod-ręką. Nie zna nudy ani stanów pośrednich. Nie snuje się po domu bez celu, zawsze wie, dokąd zmierza i o co jej w danej chwili chodzi. My nie zawsze, więc kiedy łączność między nami pada, Fruzia teatralnie pada na podłogę twarzą do dołu i albo ryczy, albo w milczeniu czeka na pożądaną reakcję. Ryczy coraz rzadziej, bo ... reakcji nie ma.
- Pa pa - mówię do niej spokojnie, przestępując równie teatralnie nad jej rozciągniętym jak szczupak ciałem.
- Przyjdź do nas jak ci przejdzie - mówi on.
Tym sposobem nauczyła się, że dydek sam do niej nie wróci, musi podnieść dwuletni tyłek i udać się po niego w drugi koniec pokoju. Potem krótki przytulas, pokrzepiające poklepanie rodziców po plecach ("dobrze wam idzie, staruszkowie") i wracamy do równowagi. W gorszych chwilach Inżynier bierze jej plastikowy telefon, który tuż przed chwilą młodzież posłała w diabły, przykłada go sobie do ucha i poważnym tonem przeprowadza dialog z powietrzem:
- Tak... przyjedźcie po nią... najlepiej zaraz...
Fruzia z zainteresowaniem zaczyna przysłuchiwać się rozmowie.
- Koniecznie... musicie ją zabrać... będziemy czekać... tak, kaftan bezpieczeństwa się przyda...
- Podwójny - podpowiadam.
- Podwójny... jak najszyciej, bo nie dajemy rady!!
Fruzia patrzy na tatę łobuzersko. Jestem pewna, że ten Tasman rozumie więcej niż sam potrafi powiedzieć.

Uwielbia skrytki, zakątki, przejścia na skróty, dziury w chodniku i wszelkie zakamarki. Jedna niezabezpieczona przed jej wścibskimi łapkami kuchenna szafka została mianowana JEJ szafką. Kilka miesięcy temu tak długo Fruzia przekładała konserwy i słoiczki z dżemem, tak natrętnie ładowała tam swoje małe ciałko, że górna półka rąbnęła w końcu na dół, razem z korpusem zdziwionego lotem dziecięcia. Nie zraziło to bynajmniej naszej córki. Usunięta półka zrobiła miejsce dla całego Tasmana i do dziś Fruzia potrafi przesiedzieć tam za zamknietymi drzwiczkami nawet pół godziny, przesypując mieszkankę herbat z wielkiej miski na pranie do małych miseczek. A wczoraj wlazła do piekarnika.
- Mummy! - dobiegł mnie z salonu cienki głosik, kiedy sortowałam w łazience pranie.
Nie brzmiała ani dramatycznie, ani zbyt radośnie, ale coraz bardziej ponaglająco.
Westchnęłam, przełożyłam jeszcze kilka rzeczy na osobną kupkę i ruszyłam do pokoju. Tam natychmiast uderzyłam w śmiech.

Z różowej, plastikowej kuchenki wystawała blond czupryna i ramiona, cały brzuch schowany był w piekarniku, nogi wystawały z drugiego końca piecyka. Fruzia najwyraźniej poległa przy matematycznych obliczeniach. Wyglądała jak Puchatek, który utknął w wejściu do norki Królika.
- Mummy! - zawołała radośnie Tasman, kiedy zorientowała się, że dostarczyła mi rozrywki.
Potrzeba było dwóch dorosłych osób, żeby ją stamtąd wyciągnąć. I na swoją obronę dodam, że to Inżynier pierwszy powiedział:
- Poczekaj, zróbmy jej zdjęcie, skoro nie płacze!
(Co za nieczułe pokolenie!)

Śpi w swoim własnym, dorosłym łóżku. W Ikei trudno było utrzymać ją przy sobie, najchętniej kupiłaby nie tylko łóżko, ale też szafę, wózek sklepowy, wagę oraz sprzedawców. Ochoczo pomagała tacie skręcać nowy nabytek, wiernie naśladując wszystkie czynności - tutaj trzeba włożyć śrubkę, teraz przykręcić, tam lekko przyklepać... Bez żalu pożegnała łóżeczko z żyrafą, które spokojnie poczeka na swoje kolejne pięć minut. Duże łóżko to więcej zabawy i nowe rytuały. Obowiązkowo czytamy przed snem - Fruzia pędzi po książki, układa całą ich stertę na kołdrze, po czym mości wygodnie tyłek tuż przy poduszce i ponaglająco wskazuje palcem na wybrane pozycje. Bywa, że trzeba też zaśpiewać jedną z tych ekspresyjnych przedszkolnych piosenek, które Fruzia podchwyciła już w pierwszym tygodniu pobytu w Różowej. Najchętniej "Wheels on the Bus" i "Twinkle, Twinkle". A potem, kiedy zgasimy już światło, wierci się. Jeszcze.Więcej.Niż.W.Łóżeczku. Układa się. Przekłada. Kopie mnie przypadkowo i całkiem nie. Kładzie się na lalce i obok lalki. Albo lokuje ją sobie na twarzy. Co rusz wali głową w ścianę, bo przy takim przekładańcu trudno zorientować się, gdzie kończy się łóżko. Leży w poprzek, wzdłuż i po skosie. Wisi głową w dół. Albo nogami. Chce być otulona pluszakami albo żąda przestrzeni. A w tym wszystkim ja usiłuję znaleźć sobie miejsce obok niej...

Ale nie - nie tęsknię za wiszeniem głową w dół!

Zaliczyła pierwsze kroki na łyżwach. Nie było ich wiele, część z nich dokonała się w powietrzu, kiedy usilowaliśmy postawić ją przy ciężkim jak granat pingwinie, ale pierwsze koty za płoty. Wyglądała komicznie i nic a nic się nie bała. Wściekła się dopiero po kilku minutach, bo te nogi w ogóle nie chciały jej słuchać, a ona przecież chciała śmigać jak mama i tata! (Poważnie sądziłam, że uda nam się wypożyczyć łyżwy dla toddlerów, takie z dwiema płozami, takie bardziej... toddlerowe. A tu niespodzianka - łyżwa to łyżwa, nie ma mowy o jakiejkolwiek taryfie ulgowej dla dwulatków. W końcu toddler też człowiek, prawda?) Nic to, spróbujemy za rok. (A tymczasem wypadało skorzystać z wizyty na lodowisku. Nie wiem, kto się bardziej tam zmęczył - my, usiłujac opanować drewniane po długiej przerwie od łyżew nogi, czy też ona, biegając bez opamiętania między szafkami, porzuconymi pingwinami i automatami z czekoladą.)

A jednak przy całym swoim temperamencie dokładnie wie, kiedy należy trzymać fason. W dniu urodzin rozdawała gwiazdorskie uśmiechy wszystkim zebranym przed monitorami gościom. Zdmuchnęła świeczkę, zatańczyła solo i wygłosiła przemowę (kilka/naście razy.) Z godnością i spokojem wysłuchała kilku okolicznościowych pieśni wydobywających się z gardeł najbliższych. Ani razu nie rzuciła (w nikogo) dydkiem. Sama urodzinowa słodycz, której baterie padły grubo po dwudziestej drugiej w naszym łóżku nad miską chrupek.

Następnego dnia, jak to zwykle bywa, wszystko wróciło do normy.

(Trochę ją rozumiem. Musiała zrobić sobie jednodniową przerwę od tych królewskich manier, bo chwilę później czekało ją dalsze świętowanie ze starszymi w rolach głównych. Znów trzeba było wziąć się w garść. Co też, przyznaję, udało jej się wyśmienicie.)

You Might Also Like

16 komentarze

  1. Wszystkiego najlepszego dla panny Fruzi :)
    Ta dziecięca teatralność bywa rozbrajajaca ale niekiedy odbijająca ;) W łóżku Kasia ma tak samo, leży w poprzek, głową w nogach, a do tego w towarzystwie kilkunastu miśków i obowiązkowo ze swoją ukochaną poduszką.
    Poproszę o wysłanie zdjęcia zakleszczonego toddlera :) Może byc na messengera albo maila :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję w imieniu Fruziaka! :-*

      PS. Mówisz i masz. Zajrzyj tam, gdzie tak rzadko zaglądam :-)

      Usuń
  2. Wszystkiego najlepszego dla Solenizantk! Sto lat :)))

    Lodowisko po latach to jest przeżycie ;) Junior też zaliczyl niedawno swój pierwszy raz na łyżwach, a teraz w sobotę była powtórka i było już całkiem nieźle! Coraz lepiej mu idzie :) Wasza Mała też będzie niedługo śmigać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy, Inesko! Tak naprawdę to my sami już się nie mogliśmy doczekać wyprawy na lodowisko, Fruziak był przy okazji ;-) Ale chyba jeszcze chwilę poczekamy, zanim znów ją tam zabierzemy, mam wrażenie, że dla niej to jeszcze o pół roku za wcześnie. Ale jestem prawie pewna, że złapie bakcyla. Fajnie, że Juniorowi tak dobrze idzie na śliskim gruncie ;-)

      Usuń
  3. Sto lat! Pingwiny tylko przeszkadzaja😀Sprawdzone!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też miałam takie wrażenie, jak patrzyłam na starsze dzieciaki. Może następnym razem zdamy się na własne umiejętności bycia podpórką... ekhm...

      Usuń
  4. Najlepsze życzenia dla uroczej Solenizantki ! :*

    A "Przyjdź do nas jak ci przejdzie" - to jeden z tekstów najczęściej używanych w naszym domu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biedne te nasze dzieci... takie pozostawione same sobie na tej podłodze... ;-)

      Usuń
  5. Brawa dla Fruzi!!!!
    I moglabys czasem rzucic cos tam gdzie ja wiem, a Ty rozumiesz?
    Ilez moge sie zachwycac tak na sucho? :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sezamie otwórz się, mówisz i masz, abrakadabra, czary mary... Pac czarodziejską różdżką i... tadaaaaam!

      Zajrzyj tam, gdzie wiesz, a ja rozumiem :-) :-*

      Usuń
    2. OMG!!! Czy to juz zawsze bedzie tak dzialalo? ;))

      Usuń
  6. 100 lat Fruzienko!!! Zdrówka radości i szczęścia spełnienia marzeń i pociechy ze Starszych ;-):-) wielkie urodzinowe buziaki od nas a szczególnie od Gwiazdki ! .My tez lubimy Twinkle Twinkle i Fasolki Szczotka pasta Gwiazdka przy tym az piszczy z radości a no i juz szał jest przy Can't Stop The Feeling Justina Timberlake :-) .Toddlery sa cudne and very very fine :-):-D buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha ha, widzę, że mamy w domu ten sam repertuar (no, nie próbowaliśmy Justina, ale mamy T-Rexa). Toddlery są cudne i mega kosmiczne! :-)

      Buziaki!!

      Usuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. 100 lat dla Fruzi:-)to o czym piszesz to dla mnie sprawy z prekambru:-) ale dobrze się czyta!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ps wiesz nie moge sie dostać na stare miejsce

    OdpowiedzUsuń