O czym należy pamiętać

środa, stycznia 25, 2017

- Intensywnie poszukujemy lektora na poranne zajęcia w Kampusie C - powiedział mój manager i znacząco zawiesił głos.
- A dokładnie na które poranki? - zapytałam kurtuazyjnie, starając się zabrzmieć neutralnie i nie wzbudzać zbytniej nadziei w szefie.
Zbyt dobrze wiem, jak daleko jest do Kampusu C.
- Poniedziałki i środy.
Teoretycznie idealnie. Choć nie powiedziałam tego na głos, bo w praktyce punkt C na mapie naszego hrabstwa odpada. Za daleko dla doświadczonego kierowcy, a dla takiego żółtodzioba jak ja to byłoby zwykłe szaleństwo.
- Wiesz, gdyby to byłoby tutaj, wzięłabym te zajęcia bez zastanowienia. Ale dla mnie oznacza to trzy godziny dziennie w samochodzie. Przy czym nie jeżdżę jeszcze zbyt dobrze i to byłaby trzecia trasa, której musiałabym się nauczyć.
- ... albo jeździć pociągiem - szef nie dawał za wygraną. - Wiesz, jesteśmy tak zdesperowani, że bylibyśmy gotowi opłacać twój bilet.

Dobrze, że mój manager nie zagrał sprytniejszą kartą. Wiecie, "jesteś najlepszą lektorą w tej szkole, nikomu innemu nie powierzylibyśmy tej grupy!" Próżność zapewne pozwoliłaby mi uwierzyć, że mają mnie za genialnego nauczyciela zaledwie pod dwóch tygodniach pracy. Na szczęście szef jest przyzwoitym facetem, a na desperację nikt przy zdrowych zmysłach nie leci.

Wystarczyłoby kilkugodzinne opóźnienie w drodze powrotnej z Polandii, a mogłabym pomaszerować na pierwsze zajęcia prosto z trasy. Nawet ćwiczenia miałam ze sobą, bo w tym szale przedświątecznym nie udało mi się przygotować kserówek. Nie miałam więc czasu na dywagacje, zastanawianie się, jak to będzie i w co się ubrać, bo podróż mnie wykończyła, a włożyć mogłam jedynie to, co zostało czyste w walizkach. Prawda, że to ogromna oszczędność energii i redukcja stresu? Stres pojawił się dopiero po pierwszych zajęciach, kiedy pod Kampus B podjechała moja Mikruska wraz z zawartością (Instruktor + toddler), po czym Instruktor wręczył mi kierownicę i zakomenderował:
- Jedź, ciotka.
Co było dalej, już wiecie.
Niechętnie, ale jednak pojechałam.

I tak sobie nadal jeżdżę, rano ze zdziwieniem skrobiąc szyby Mikruski, bo w Krainie Deszczu wciąż mróz, a w trakcie jazdy coraz częściej głośno stwierdzając - "o, to mój ulubiony kawałek" albo - "tego odcinka nie znoszę, skup się". Na tych ulubionych zdarza mi się pomyśleć, że chyba oszaleję, jeśli dziś znowu dostanę maila z pracy od kogoś, kogo jeszcze nie znam, a kto chciałby (powinien) się ze mną spotkać w Bardzo Ważnej Kwestii. Okazuje się bowiem, że oprócz nauczania, mam jeszcze tygodniowo średnio czterdzieści osiem Bardzo Ważnych Kwestii do omówienia z czterdziestoma ośmioma osobami odpowiedzialnymi za moją łatwą i przyjemną adaptację w nowej placówce. Koledż objął mnie swymi spracowanymi ramionami i przysięgam, że nie wygląda jakby zamierzał puścić.

Ale, co najważniejsze, jestem na swoim miejscu. Lubię moich kursantów, biurka, przy których pracuję, oswoiłam wielkie jak traktor urządzenia kopiująco-drukujące, rzutnik, który odpala dopiero po kilku nerwowych przyciśnięciach włącznika i elektroniczne dzienniki. Wciąż mam bałagan w papierach, zalegam z planami i szkoleniami online, ale powoli zaczynam widzieć większość tego obrazka, zamiast stosu pomieszanych puzzli, i ten obrazek naprawdę mi się podoba.

On też (wiedzieliście?) jest w nowym miejscu. Otworzyły się przed nim nowe możliwości, co było główną przyczyną rozstania z piekarnią. Wydłużył mu się dzień pracy, wydłużyły dojazdy, miejmy jednak nadzieję, że długofalowo wyjdzie mu to na dobre. Pierwszego styczniowego tygodnia wciąż musieliśmy przypominać sobie, kto i czym ma się zająć, kogo skąd odebrać i kiedy właściwie mamy znaleźć czas na moje ćwiczenia za kółkiem. Choroba Fruzi zmuszała do przestawiania planu po raz trzeci i czwarty, ale jak dotąd jedziemy z tym koksem, zatrzymując się jedynie w weekendy na piątkowe Polaków rozmowy, kiedy Fruzia już zaśnie.

A powiem Wam, że niechętnie zasypia. Nie wiem, czy sama nie kręce na siebie bicza tym stwierdzeniem, ale już nie mogę doczekać się, kiedy Fruzia przeprowadzi się na zwykłe łóżko. To już niebawem, już za chwilkę! Wówczas matka wstąpi do raju. (A przynajmniej tak to wygląda w jej wyobraźni.) Bo.Nie.Będzie.Musiała.Więcej.Wisieć.Głową.W.Dół. Dwa lata narażania się na wylew powinny wystarczyć. A i łóżeczko skrzecząco daje do zrozumienia, że wypracowało już swoje i należy mu się godziwa emerytura. Nawet w schowku będzie mu lepiej niż aktualnie z Fruziakiem.

Różowa Chmurka, jak można było przewidzieć, bardzo szybko zapamiętała Fruzię. Być może to efekt bycia niezauważoną przez Baptystów, a może chęć ustalenia od początku, kto tu rządzi... Pozostaje nam się domyślać, dlaczego pierwszego oficjalnego dnia pobytu dziecięcia w Różowej Chmurce matka usłyszała, że Fruziak szczypie w policzki, zaś dnia drugiego i trzeciego musiała podpisać Incident Form, który to podetknęła matce pod nos lekko zażenowana koleżanka po fachu. Fruzia nie płacze w Różowej. Fruzia do niej biegnie i ponagla rodzicielkę, żeby szła szybciej, bo dzieci czekają. I bawi się z dziećmi, a jakże. Je, co dadzą. Śpi, kiedy wszyscy śpią. Jest wszystkim zainteresowana. I tylko od czasu do czasu postanowi zostawić ślad na przypadkowym, dziecięcym policzku.

Jak to dobrze, że dwa z trzech razy w tygodniu z Różowej będzie odbierał ją Inżynier.

Ta nowa rzeczywistość jeszcze daje w kość, bo oswajanie nie jest proste, ale czuję, że się polubimy. Jak tylko będę o wszystkim pamiętać. Na przykład o tym, żeby zjeść śniadanie przed wyjściem z domu. I żeby włożyć tenisówki do jazdy samochodem, bo na koturnach to zupełnie nie czuć, kiedy wciskam gaz. Żeby spakować smoczek do plecaka Fruzi. Mieć drobne w portfelu na wypadek, gdybym nie znalazła miejsca parkingowego przed Koledżem. I żeby koniecznie przywiązać Rudolfa do drzewa przed wejściem na teren Różowej Chmurki, bo znowu mi się dostanie od Matki Przełożonej III.

Ale najbardziej to trzeba pamiętać, żeby nie powtarzać raz popełnionych błędów  i nie wyrżnąć się spektakularnie pod Kampusem A w błoto.

You Might Also Like

7 komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. Staram się, Inesko, no bo w końcu sama tego chciałam :-)

      Usuń
  2. Brawo Ty i brawo Wy wszyscy,z Rudolfem włącznie! :) Wydajesz się zdeterminowana i zadowolona z nowej sytuacji - więc na pewno świetnie sobie ze wszystkim poradzisz. Chciałabym móc za jakiś czas znaleźć taką pracę, o której będę mogła powiedzieć wreszcie "to jest naprawdę MOJE miejsce". Mam nadzieję, że Ty właśnie na taką trafiłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę trzymać kciuki, żeby Twoje studia pomogły Ci trafić do tej wymarzonej pracy. Będziesz świetnym pedagogiem.

      Ach, Rudolf! Jeszcze Wam opowiem, co on sądzi o tych wszystkich zmianach... ;-)

      Usuń
  3. Bardzo się cieszę, że wreszcie masz swoją pracę, o którą tak walczyłaś, jak już wszystko się pouklada i odbędziesz swoją milion pięćsetną rozwowę w Bardzo Ważnej Kwestii, a ramiona Koledżu będą Cię już zupełnie przyjacielsko obejmowały to i może tu będzie Cię trochę wiecej? :) :*
    Moje dziewczyny obie mają "drosłe" łóżka i obu udało się w nocy z nich spaść ;) Martyna sama się pozbierała i weszła spowrotem ale Kasia była tak zaskoczona, że leży na podłodze, że podniosła alarm :D
    mój mały Kasion zaczął w domu przygotowanie przedszkolne, tzn. zaznajamiam ją z farbami, nożyczkami, plasteliną itp, no i naprawdę bardzo staram się, żeby siedziała przy stoliku i swojej pracy chociaż z 5 minut - póki co z marnym skutkiem :/ A plastelina ostatnio wylądowała zamiast na obrazku, który miała wykleić to w dziurkach po wkrętach od podstawki do karmienia w krzesełku, ehh

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest szansa, że będzie mnie tu trochę więcej. Dzisiaj na przykład jest pierwszy dzień w nowej rzeczywistości, kiedy zaraz po pracy nie pędzę po Fruzię do przedszkola, tylko siedzę sama w domu. Sama. Jak dziwnie. A wszystko dlatego, że pod koniec dnia pędzę jeszcze na kolejne zajęcia, a Fruziak musi poczekać aż z pracy wróci tata... No serio, nie wierzę, że nikt nie zjada mi ciasta z talerza!

      Kochana, a Ty wierzyłaś, że Kasik wysiedzi przy stoliku? ;-) Fruzia wysiaduje, jeśli jej się zachce, ewentualnie kiedy je (posiłki święta rzecz), a najchętniej siedziałabym NA stole.

      Och, jak ja czekam na to dorosłe łóżko! Pewnie nie raz, nie dwa sama w nim zasnę. Fruziak też spadła wczoraj z łóżka, tyle że z naszego, dość wysokiego. Porysowała sobie buzię (o co? nie mam pojęcia!) i była w takim szoku, że nie mogła przestać płakać... Oszołomy z tych dziewczyn! :-)

      Usuń
    2. Na szczęście jeszcze pół roku może do tego czasu jakoś dorośnie ;) Och! Jak ja sobie życzę żeby Kasia z takim entuzjazmem chodziła do swojej placówki :)

      Usuń