O potrzebach

Wchodzę do sali Fruzi. Toddlery siedzą przy stoliku i pałaszują owoce. Snack time. Szukam wzrokiem blond loków, które dopiero po chwili wychylają się zza innej małej głowy.
- Cześć, Fruziu! - mówię radośnie.
Lico młodej rozjaśnia się w szerokim uśmiechu, ale Fruzińska wcale nie zrywa się do dzikiego, stęsknionego biegu. Zamiast tego, macha mi na powitanie, widzę, że pod stołem stuka kozakiem w krzesło sąsiada i spokojnie konsumuje swoją porcję.

Moja głowa w ułamku sekundy trzykrotnie produkuje tę samą myśl.

Ona mnie nie potrzebuje! (duma)

Ona mnie nie potrzebuje! (niebotyczne zdumienie)

Ona-mnie-nie-potrzebuje! (chyba zaraz się rozpłaczę!)

Chwilę później Fruzia kończy jeść, pędzi do mnie i wesoło macha wszystkim na pożegnanie.

Wieczorem, kiedy już całą wieczność próbuję spacyfikować wiercącego się jak owsik toddlera, z ulgą myślę, że ten mały człowiek jednak mnie potrzebuje.

I jeszcze długo będzie.

Tak jak ja wciąż potrzebuję mojej Mamy.

O czym należy pamiętać

- Intensywnie poszukujemy lektora na poranne zajęcia w Kampusie C - powiedział mój manager i znacząco zawiesił głos.
- A dokładnie na które poranki? - zapytałam kurtuazyjnie, starając się zabrzmieć neutralnie i nie wzbudzać zbytniej nadziei w szefie.
Zbyt dobrze wiem, jak daleko jest do Kampusu C.
- Poniedziałki i środy.
Teoretycznie idealnie. Choć nie powiedziałam tego na głos, bo w praktyce punkt C na mapie naszego hrabstwa odpada. Za daleko dla doświadczonego kierowcy, a dla takiego żółtodzioba jak ja to byłoby zwykłe szaleństwo.
- Wiesz, gdyby to byłoby tutaj, wzięłabym te zajęcia bez zastanowienia. Ale dla mnie oznacza to trzy godziny dziennie w samochodzie. Przy czym nie jeżdżę jeszcze zbyt dobrze i to byłaby trzecia trasa, której musiałabym się nauczyć.
- ... albo jeździć pociągiem - szef nie dawał za wygraną. - Wiesz, jesteśmy tak zdesperowani, że bylibyśmy gotowi opłacać twój bilet.

Dobrze, że mój manager nie zagrał sprytniejszą kartą. Wiecie, "jesteś najlepszą lektorą w tej szkole, nikomu innemu nie powierzylibyśmy tej grupy!" Próżność zapewne pozwoliłaby mi uwierzyć, że mają mnie za genialnego nauczyciela zaledwie pod dwóch tygodniach pracy. Na szczęście szef jest przyzwoitym facetem, a na desperację nikt przy zdrowych zmysłach nie leci.

Wystarczyłoby kilkugodzinne opóźnienie w drodze powrotnej z Polandii, a mogłabym pomaszerować na pierwsze zajęcia prosto z trasy. Nawet ćwiczenia miałam ze sobą, bo w tym szale przedświątecznym nie udało mi się przygotować kserówek. Nie miałam więc czasu na dywagacje, zastanawianie się, jak to będzie i w co się ubrać, bo podróż mnie wykończyła, a włożyć mogłam jedynie to, co zostało czyste w walizkach. Prawda, że to ogromna oszczędność energii i redukcja stresu? Stres pojawił się dopiero po pierwszych zajęciach, kiedy pod Kampus B podjechała moja Mikruska wraz z zawartością (Instruktor + toddler), po czym Instruktor wręczył mi kierownicę i zakomenderował:
- Jedź, ciotka.
Co było dalej, już wiecie.
Niechętnie, ale jednak pojechałam.

I tak sobie nadal jeżdżę, rano ze zdziwieniem skrobiąc szyby Mikruski, bo w Krainie Deszczu wciąż mróz, a w trakcie jazdy coraz częściej głośno stwierdzając - "o, to mój ulubiony kawałek" albo - "tego odcinka nie znoszę, skup się". Na tych ulubionych zdarza mi się pomyśleć, że chyba oszaleję, jeśli dziś znowu dostanę maila z pracy od kogoś, kogo jeszcze nie znam, a kto chciałby (powinien) się ze mną spotkać w Bardzo Ważnej Kwestii. Okazuje się bowiem, że oprócz nauczania, mam jeszcze tygodniowo średnio czterdzieści osiem Bardzo Ważnych Kwestii do omówienia z czterdziestoma ośmioma osobami odpowiedzialnymi za moją łatwą i przyjemną adaptację w nowej placówce. Koledż objął mnie swymi spracowanymi ramionami i przysięgam, że nie wygląda jakby zamierzał puścić.

Ale, co najważniejsze, jestem na swoim miejscu. Lubię moich kursantów, biurka, przy których pracuję, oswoiłam wielkie jak traktor urządzenia kopiująco-drukujące, rzutnik, który odpala dopiero po kilku nerwowych przyciśnięciach włącznika i elektroniczne dzienniki. Wciąż mam bałagan w papierach, zalegam z planami i szkoleniami online, ale powoli zaczynam widzieć większość tego obrazka, zamiast stosu pomieszanych puzzli, i ten obrazek naprawdę mi się podoba.

On też (wiedzieliście?) jest w nowym miejscu. Otworzyły się przed nim nowe możliwości, co było główną przyczyną rozstania z piekarnią. Wydłużył mu się dzień pracy, wydłużyły dojazdy, miejmy jednak nadzieję, że długofalowo wyjdzie mu to na dobre. Pierwszego styczniowego tygodnia wciąż musieliśmy przypominać sobie, kto i czym ma się zająć, kogo skąd odebrać i kiedy właściwie mamy znaleźć czas na moje ćwiczenia za kółkiem. Choroba Fruzi zmuszała do przestawiania planu po raz trzeci i czwarty, ale jak dotąd jedziemy z tym koksem, zatrzymując się jedynie w weekendy na piątkowe Polaków rozmowy, kiedy Fruzia już zaśnie.

A powiem Wam, że niechętnie zasypia. Nie wiem, czy sama nie kręce na siebie bicza tym stwierdzeniem, ale już nie mogę doczekać się, kiedy Fruzia przeprowadzi się na zwykłe łóżko. To już niebawem, już za chwilkę! Wówczas matka wstąpi do raju. (A przynajmniej tak to wygląda w jej wyobraźni.) Bo.Nie.Będzie.Musiała.Więcej.Wisieć.Głową.W.Dół. Dwa lata narażania się na wylew powinny wystarczyć. A i łóżeczko skrzecząco daje do zrozumienia, że wypracowało już swoje i należy mu się godziwa emerytura. Nawet w schowku będzie mu lepiej niż aktualnie z Fruziakiem.

Różowa Chmurka, jak można było przewidzieć, bardzo szybko zapamiętała Fruzię. Być może to efekt bycia niezauważoną przez Baptystów, a może chęć ustalenia od początku, kto tu rządzi... Pozostaje nam się domyślać, dlaczego pierwszego oficjalnego dnia pobytu dziecięcia w Różowej Chmurce matka usłyszała, że Fruziak szczypie w policzki, zaś dnia drugiego i trzeciego musiała podpisać Incident Form, który to podetknęła matce pod nos lekko zażenowana koleżanka po fachu. Fruzia nie płacze w Różowej. Fruzia do niej biegnie i ponagla rodzicielkę, żeby szła szybciej, bo dzieci czekają. I bawi się z dziećmi, a jakże. Je, co dadzą. Śpi, kiedy wszyscy śpią. Jest wszystkim zainteresowana. I tylko od czasu do czasu postanowi zostawić ślad na przypadkowym, dziecięcym policzku.

Jak to dobrze, że dwa z trzech razy w tygodniu z Różowej będzie odbierał ją Inżynier.

Ta nowa rzeczywistość jeszcze daje w kość, bo oswajanie nie jest proste, ale czuję, że się polubimy. Jak tylko będę o wszystkim pamiętać. Na przykład o tym, żeby zjeść śniadanie przed wyjściem z domu. I żeby włożyć tenisówki do jazdy samochodem, bo na koturnach to zupełnie nie czuć, kiedy wciskam gaz. Żeby spakować smoczek do plecaka Fruzi. Mieć drobne w portfelu na wypadek, gdybym nie znalazła miejsca parkingowego przed Koledżem. I żeby koniecznie przywiązać Rudolfa do drzewa przed wejściem na teren Różowej Chmurki, bo znowu mi się dostanie od Matki Przełożonej III.

Ale najbardziej to trzeba pamiętać, żeby nie powtarzać raz popełnionych błędów  i nie wyrżnąć się spektakularnie pod Kampusem A w błoto.

O tym, jak zostałam kierowcą

Wkładam do torebki jedyny koralik, który został mi z bransoletki podarowanej mi przez Mamuśkę po którymś z ich wakacyjnych wypadów. Oko proroka.
- Na szczęście - powiedziała, wręczając mi niebieskie koraliki na gumce.
Nosiłam je wtedy przez całe lato, potem schowałam do torebki jak najcenniejszy skarb. Nieważne, czyje to oko, ważne, że od Mamy.
Torebki zmieniły się w międzyczasie zapewne ze czterdzieści razy; nic dziwnego, że prorokowi została tylko ta jedna źrenica.

Kiedyś nosiłam różaniec, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Też od Mamuśki.

Muszę poprosić ją o nowy talizman. I obrazek świętego Krzysztofa. Koniecznie.

Całą noc nie mogłam spać. Wierciłam się jak owsik, a kiedy już udało mi się przysnąć, dręczyły mnie niespokojne sny. Te z serii - wjeżdżam na rondo z dziką prędkością, nie mogę zahamować, ruch potworny, a ja nie panuję nad kierownicą. Albo - hamuję z piskiem opon na skrzyżowaniu, w ostatniej chwili. To już chyba lepiej w ogóle nie spać.
Rano nie mogę nic przełknąć, żołądek mam zawiązany w supeł, wmuszam w siebie kawałek tosta z masłem. Nie mogę skupić myśli na niczym innym oprócz tego, że za parę godzin mam ruszyć sama z naszej wsi do Kampusu A. Sama.
Sa-ma.
Sa-ma.
SA-MA.
SA-MA.
Samasamasamasamasama.
24 km.
Dwadzieścia cztery. O jakieś dwadzieścia trzy za dużo. Jak to się stało? Dlaczego to już? Przecież dopiero zaczęłam ćwiczyć. Ranyboskie, chyba zaraz zwymiotuję.

Nie pomaga fakt, że Fruzia zaczyna płakać, kiedy tylko w drzwiach staje Niania. Nie lubi tych moich wyjść do pracy. Wiem, że minutę po zamknięciu drzwi uspokoi się i jak gdyby nigdy nic wróci do swoich małych zajęć, ale dziś ten jej płacz przeżywam podwójnie. Potrójnie nawet. Cała się trzęsę. Jeszcze chwila, a ja też zacznę płakać.

Ejże, to tylko jazda samochodem. Ćwiczyłaś. Próba generalna zdana. Dostałaś od niego zielone światło.

A poza tym ... sama to wymyśliłaś, mała!

Chyba zaraz zwymiotuję.

Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówi do mnie Niania. Myślami jestem już za kółkiem. W pośpiechu całuję Fruzię w czoło, przytulam i wychodzę, zanim wybuchnę płaczem.

Odpalam silnik. Wyjeżdżam z osiedla. Włączam się do ruchu. Jadę. Trochę się wyluzowuję. Połowa trasy jest dość prosta, dopiero później zaczynają się ronda. Mnóstwo rond. Nie wiem, piętnaście? Siedemnaście? Muszę patrzeć na znaki, nie ma szans, żeby nauczyć się tej drogi na pamięć. Przynajmniej nie na tym etapie. W głowie huczą mi wszystkie wykrzykniki Inżyniera. - Na tym rondzie uważaj, trzymaj się bardzo blisko lewej. - Zmień pas jak najszyciej, ale upewnij się dwa razy, czy nikt cię nie wyprzedza. - All routes, pamiętasz? Pierwszy zjazd z ronda.
- Aaaaaa! - piszczę sama do siebie, kiedy na wąskiej drodze mijam się z wielkimi ciężarówkami.
- Aaaaaa! Co ja tu robię??! - rzucam w przestrzeń.
Przejeżdżając przez miasto rozpoznaję kolejne skrzyżowania i ronda.
- Dobra, teraz drugim zjazdem. Dru-gim. Potem będzie to durne, małe rondko, trzymaj się lewej... Aaaaa! Jest, teraz w lewo... Boże, zaraz będę na miejscu. Nie wierzę.

Nie wierzę. Naprawdę jestem na miejscu, parking w połowie pusty, gaszę silnik. Dojechałam. Opieram dłonie na kierownicy, rozluźniam spięte mięśnie.

W drodze powrotnej jest gorzej. Zaparowały mi szyby mimo włączonej dmuchawy. Leje jak cholera. Jest dwudziesta pierwsza, ciemno, zimno, sunę ulicami miasta trochę po omacku, niemal wiszę na przedniej szybie, mijające mnie samochody oślepiają w tym deszczu i mam momenty, że zwalniam maksymalnie, bo niewiele widzę. Inni kierowcy snują się w tym samym tempie co ja, najwyraźniej to nie jest przypadłość mojej eLki. Dopiero za miastem robi się jakby lepiej. Nadal leje, ale widoczność się poprawia.
- Boże, pozwól mi dojechać do domu! - zaczynam szeptać, ale coraz bardziej chce mi się śmiać.

Zostałam kierowcą. Jeszcze dwa miesiące temu nie postawiłabym na to złamanego grosza.
Przez tyle lat żadna siła, żadne postanowienia noworoczne nie zmusiły mnie do jazdy w ojczyźnie, a tu raptem jedna oferta pracy robi ze mnie (początkującego) kierowcę w ruchu lewostronnym.

Masz jeszcze jakieś ciekawe pomysły na życie, mała?

W domu padam na łóżko i przytulam się do śpiącej z Inżynierem Fruzi. On oddycha z ulgą. Bardzo się martwił. Fruzia wybudza się i sadowi głowę na mojej szyi. Jak ciepło. (I ciężko, ale to nieważne.) Jak dobrze.

Jutro wyjazd do Kampusu B i parkowanie na zatłoczonym parkingu.

Przetrzepuję torebkę. Może znajdę jeszcze jakiś talizman od Mamy.

Druga Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny (z dygresjami matki)

Kiedy wśród burz i zawieruch usypiam w sobie wewnętrznego kronikarza zdarzeń, usiłując złapać uciekający grunt pod nogami, szybko zaczynam czuć, że żyję bez kropki nad i. Nie pamiętam, gubię chronologię, potykam się o dni i godziny. I brakuje mi. Ewidentnie brakuje mi przekładania naszej rzeczywistości na słowa.

(...)

Przetrwaliśmy dzięki samoprzylepnym emotikonom, którymi Fruzia upstrzyła siebie, pół Blaszaka i kawałek ucha Rudolfa od czasu do czasu wystawiającego z bagażnika ciężki łeb na oparcia naszych siedzeń. Emotikonek było, zdaje się, kilogram. Trzydzieści deko zużyłyśmy jeszcze w domu, co zainspirowało mnie do schowania reszty na podróż, pozostałe Fruzia wyciągała, przyklejała, odklejała, przeklejała... Z ulgą myślałam, że zanim dotrzemy do Deutschlandu, nie będę musiała już na nie patrzeć, a tymczasem trzy tygodnie później wciąż je skądś wyjmuję. Znalazca płaczącej rozpaczliwie granatowej emotikony w toalecie którejś ze stacji Unii niech wie, że tu byłam. Fruzia.

(...)

Sprawiedliwie obdarowała Dziadków i chrzestnych radością. U jednych Dziadków zawzięcie odkurzała różowym odkurzaczem, u drugich prała rękawiczki i smoczki w miniaturowej pralce o wiadomym kolorze, od czasu do czasu wymownie dając nam do zrozumienia, że zjadła już cały słodki proszek do prania i wypadałoby napełnić szufladę. Z Wielką Szwagierką, od niedawna nazywaną Siasią, szalała na rowerku biegowym tak długo, aż zaliczyła upadek godny Golloba na wirażu, za to u Wielkiego Brata z dumą prezentowała plecak podarowany na okoliczność rozpoczęcia edukacji żłobkowej oraz okupowała stworzony specjalnie z myślą o niej bufet. Szwedzki stół na wysokości pół metra od podłogi składał się ze szklanic wypełnionych paluszkami, dużej miski maślanego popcornu, jeszcze większej miski chrupków i ogromnej michy chipsów, którą to Mamuśka, zagorzała przeciwniczka 'tego syfu', natychmiast skonfiskowała. Nie szkodzi. Fruzia i tak nie odstępowała stołu przez bitą godzinę, przez co nabrałam podejrzeń, że jeszcze moment, a Fruzia zacznie strzelać. Tym popcornem.

(...)

Nie dla niej całodniowe Polaków rozmowy przy stole w lokalu. Tym bardziej, jeśli w sąsiedniej sali odbywa się inna polska impreza. Nie udało nam się odnaleźć solenizanta wśród dzieci i rodziny wyglądającej na dobre 35+, ale podobno była to osiemnastka. Fruzia wbiła do sali balowej, rozejrzała się i w amoku frustracji spowodowanej faktem, iż parkiet jest pusty, tak przytuliła plączącą się po nim dziewczynkę, że ta nie odważyła się już więcej do Tasmana podejść. Zniesmaczona brakiem potańcówy Fruzia musiała zadowolić się jednoosobowym show na własnej imprezie bożonarodzeniowej.

(...)

- A jej nie jest tak zimno bez szalika? - zapytała niespokojnie Kocur.
Przechodziłyśmy z Fruziakiem i Kluskiem z naszych Rodzinnych Drapaczów Chmur do trzeciego. Dwadzieścia? Dobrze, może trzydzieści metrów. (Los tak to wszystko genialnie urządził, że w dzieciństwie mogłam zaglądać w Kocurowe okna z pokoju Wielkiego Brata, a teraz będę ją podglądać z salonu. Mój Rodzinny Drapacz Chmur, do którego - uwaga, uwaga! - jeszcze wrócimy całą rodziną, stoi dokładnie pomiędzy Rodzinnym a Obecnym Drapaczem Chmur Kocura. Małe przetasowanie, a ile uchronionych od zakurzenia wspomnień.) Kurtka, czapka - wszystko na miejscu. Oprócz jednego.
Zaczęłam się śmiać, bo przerabiałyśmy tę rozmowę dzień wcześniej.
Kocur zadziornie uniosła do góry głowę, po czym mnie samą zaczęła owijać szalikiem.
- Obsmaruję cię na forum dla szalonych Matek Polek - pogroziłam jej.
- Możesz mnie obsmarowywać, gdzie tylko chcesz - nie straciła rezonu Kot. - Ty to ty, ale dziecko masz ciepło ubierać, bo mróz jest.

Po powrocie zrobiłam w szafie osobne miejsce na bardzo ciepłą garderobę, którą opatrzyłam etykietką do-użytku-w-obecności-Kocura. Zakładam, że kiedy zjedziemy do Rodzinnego Town na kolejny, kilkuletni etap w życiu, może być nam bardzo potrzebna.
(- Bez sensu! To znaczy z sensem, że tu wrócicie, ale dlaczego tylko na chwilę? Gdzie wam będzie lepiej? Zostaniecie tu na zawsze! - zarządziła radośnie Kocur, kiedy wyjawiliśmy jej nasz kolejny plan na życie. Po czym zrobiła smutną minę i oznajmiła, że ona nie wierzy w ten nasz powrót. 
Ona, of all people!)

(...)

Kocur ma najładniejszą choinkę świata. Wedle Kocurowego Małżona to ''masakra, nie choinka'', o czym nie omieszkał nas poinformować Klusek na progu Kocurowej chaty, ale ja ją uwielbiam. Szkoda, że Liz i Kocur się nie znają *. Mogłyby razem urządzać wnętrza. Najlepiej dla nas.

(...)

Już dawno temu ustaliłyśmy z Kotem, że Fruzia i Klusek będą kumplami. Nie będziemy ich swatać. O słuszności tej decyzji przekonałyśmy się podczas Drugiej Pielgrzymki.
- Ciociu, a Fruzia to nie wie, że to są moje zabawki i powinna mnie najpierw zapytać, czy może się nimi bawić? - zapytał zaniepokojony Klusek.
- Nie wie, kochanie, bo jest jeszcze za mała - odpowiedziałam, czując, że trochę zaczynam kłamać.
Kto ją tam wie, co ona wie, a czego nie. Toż to Tasman, a te loki zupełnie o niczym nie świadczą.

Ale jeśli mają zostać kumplami, to się dogadają bez naszej ingerencji. Gdyby się w sobie zakochali, wszyscy bylibyśmy w kłopotach.

(...)

Za chwilę na świat wyjrzy Klusek II. Szlag mnie trafia, że zobaczę go dopiero w czerwcu.

(...)

Rozgadała się. Nie żeby zaraz po polsku albo w innym rozpoznawalnym narzeczu, ale - o ile to w ogóle możliwe - jest jeszcze głośniejsza i jeszcze bardziej wyrazista. Mama, tata, Gaga, baba, dziadzia to wciąż zestaw pierwszej pomocy linwistycznej. Siasia w chwilach radosnego grzebania w kosmetyczce matki chrzestnej, z której wyciągała i roznosiła po całym domu tampony. Zachwycone łaaaa wymawiane na wydechu z buzią wciągniętą w ciup, kiedy ta sama przybrana matka dokonywała pierwszego prawdziwego manicuru na miniaturowych i ostrych jak brzytwa paznokciach. Pomalowała dziewięć. Na dziesiąty nie starczyło Fruzi cierpliwości.

(...)

Jak przystało na prawdziwą kobietę, wróciła z wojaży z nowymi butami, bodziakami i mnóstwem spinek. Matka z nowymi butami na wysokich szpilach, dwoma zimowymi płaszczami i zaległą prasą.

Ojciec wrócił z Newsweekiem.

(...)

Siły starczyło jej na tydzień. Ósmego dnia, co daje jednodniowy postęp w stosunku do Pierwszej Pielgrzymki, Fruzi zaczęły puszczać nerwy, co szczególnie niekorzystnie odbiło się na relacji z kuzynkami, jednak w sylwestrowy wieczór dziecię postanowiło wymienić baterie. Wybrała Duracell, choć uprzedzała lojalnie, że nikt za lokowanie produktu mi nie zapłaci. Mamuśka twierdzi, że bawiła się fantastycznie, dzięki czemu i oni mieli wystrzałowego i historycznego Sylwestra (wszystkie wnuczęta zgromadzone pod opiekuńczymi skrzydłami Mamuśki i Ojca Dyrektora), ale tylko Gwiazda odważyła się wyznać, że pod koniec już wymiękali. Nic dziwnego. Fruzia padła jak rażona piorunem o 2.20 am.
- Ona jest niemożliwa - powtarzała następnego dnia Mama. - Jeśli nie śpi, to wciąż się rusza.

My też się ruszaliśmy. To dopiero było wychodne. Pierwsze od dwudziestu miesięcy. W sali, w której ponad siedem lat temu rozpoczynaliśmy życie pod wspólnym nazwiskiem. Z fajerwerkami, szampanem, tańcami. Rozmowami przy fajce i atmosferze Rancza. I z przytupem. Na wielu płaszczyznach.

(...)

Z Gwiazdą rozumiem się w pół słowa. Wiem, kiedy tylko udaje, że śpi, wiem, że rozumie więcej niż się wszystkim wydaje. Powstrzymujemy śmiech w tych samych momentach, zawstydzamy się tak samo, choć w momentach krytycznych potrafimy wypalić tak, że zaskakujemy same siebie. Mogę z nią porozmawiać jak z dorosłą, choć wiem też, że do dorosłości jeszcze jej daleko. Czuję jednak, że to nie tylko bardzo podobne postrzeganie świata, ale też wspólnota dziecięcych doświadczeń.

Kiedyś z nią o tym porozmawiam.

(...)

W drodze powrotnej głowa pękała mi od nadmiaru historii i ludzkich dylematów. Wydaje ci się, że dobrze kogoś znasz, aż przychodzi dzień, kiedy zaczynasz zastanawiać się, czy aby na pewno. I co tak naprawdę siedzi w drugim człowieku.

Każdy z nas w jakimś punkcie swojego życia zostaje zraniony. Jedni lekko, draśnięci zaledwie, nie ma o czym mówić. Inni poważniej, choć da się z tym żyć. Pechowcy dostają tak, że trudno potem nieść taki bagaż. Choć przecież skala porównawcza nie istnieje.

Ale nawet tym pierwszym zwykłe draśnięcie może odbić się czkawką.

(...)

Tęsknię za nimi.

* jeszcze