O chwili chwały

Ćwiczyła na długo przed imprezą, mniej więcej od września. Rano, po południu i wieczorem. Raczej w tej samej tonacji, co nie ułatwiało postronnym prowadzenia normalnego życia. Jako laik mogę się jedynie domyślać, że chodziło jej o doprowadzenie zaplanowej wersji pieśni do poziomu masterXfactor, choć jak dla mnie mogłaby poprzestać na porankach do początku października. I tak byłoby rewelacyjnie.

W dniu imprezy śpiewała od bladego świtu, zamilkła dopiero w samochodzie, w drodze na przyjęcie. Bynajmniej nie z powodu tremy; była tak podekscytowana, że ledwie mogła wysiedzieć w foteliku. Wszak to ten dzień, ten wielce zapowiadany od półtora miesiąca moment - urodziny jej Albiego, co za emocje! Przewidywaliśmy, że jej 'Happy birthday' przebije Marylin Monroe, hymn Edyty Górniak i wszystkie hity Golców w jednym. Taka była szczęśliwa.

Kiedy po półtoragodzinnym szaleństwie na dmuchanym zamku, gonieniu balonów i objadaniu się urodzinowym fast foodem impreza zaczęła chylić się ku upadkowi końcowi, lekko zdziwieni skonstatowaliśmy, że te babeczki wręczane we wszystkie małe, lepkie ręce, to chyba zamiast tortu były, i że dziwnie tak jakoś, bo nawet nikt nie zaintonował pieśni głównej. A ponieważ nie lubimy być tymi, którzy trochę bez sensu przedłużają gospodarzom kulturalne pozbywanie się ociągających się z wyjściem gości, postanowiliśmy opuścić imprezę pierwsi. Piętnaście minut przed zaznaczonym na zaproszeniu czasem. To taki angielski zwyczaj - impreza od-do. (To dlatego na drugich urodzinach Fruzi, mniej więcej w trzeciej godzinie imprezy, Sąsiadka oznajmiła radośnie, że skoro nie określiliśmy się jednoznacznie, nikt nie zamierza opuszczać przyjęcia. Choć ja obstawiam, że to nie z powodu braku od-do na zaproszeniach, a z powodu dyskretnej obecności napoju bogów plączącego się po kątach sali.) Podeszłam do mamy Albiego.
- Chcielibyśmy się pożegnać, bo mała jest już zmęczona i podziękować za za...
- Nie poczekacie na tort? - weszła mi w słowo Jen.
Ups.
Nie ma to jak wyczucie czasu i lokalnych obrzędów.
- Poczekamy, oczywiście, że poczekamy - odparłam uprzejmie.
Spojrzeniem zawróciłam Inżyniera i Fruzię sprzed drzwi.
- Twoja wielka chwila chwały, Tasmanie - szepnął jej w ucho Inżynier, podnosząc małą do góry.
Ktoś nieśmiało zaczął śpiewać. Na torcie zapłonęła świeczka.
- Happy birthday to you... - popłynęło w sali.
Oczy Fruzi w jednej chwili zrobiły się okrągłe. Myśleliśmy, że zaraz usłyszymy jej natchniony wokal, a tymczasem Fruzia ani myślała dołączać do chóru.
- No dalej, mała, przecież to twój Albie! - zachęcał Inżynier.
Tasman zdawał się być w innym świecie. Nie wiemy dokładnie, w jakim, być może gdzieś tam obok zdmuchującego świeczkę Albiego, ale wyglądała jakby ktoś zamienił ją w posąg. Gapiła się jak zahipnotyzowana na tort i świeczkę, aż otworzyła buzię z wrażenia i tak trwała i trwała aż umilkły ostatnie takty uroczystej pieśni. Albie wyszeptał życzenie i wszyscy zaczęli wiwatować.

Popatrzyłam na Inżyniera.
To po to przez dwa miesiące dzielnie znosiliśmy tę samą linię melodyczną od świtu do nocy? Po to właśnie?
Mąż Mój nie dał rady stłumić parsknięcia.
A Fruzia...

Odblokowało ją dokładnie w tej samej chwili, kiedy zamknęły się za nami drzwi.
- Happy birthday to you! - wrzasnęła gromko na pustym horytarzu. - Happy birthday to you!

Ratunkuuuu, tylko nie to!

O zmęczeniu

Wiesz, że jesteś zmęczony, kiedy:

a) bierzesz rano prysznic i w trakcie kąpieli zdajesz sobie sprawę, że kompletnie nie pamiętasz, czy to, co właśnie spłukujesz sobie z włosów to był szampon, odżywka, coś jeszcze innego, czy może... woda?

b) zbierasz ubrania z podłogi (Team Fruzia & Daddy) z zamiarem wrzucenia ich do kosza na brudną bieliznę, ale ostatecznie wrzucasz je z rozpędu do kibla *

c) chcesz zrobić herbatę, ale zamiast wlać wrzątek do kubka, wlewasz go do cukiernicy.

Listopad w pełnej krasie.

* przynajmniej ich nie spłukałam...

Piąta Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny

- Mummy, daddy, p(l)ane!
Pisk na pół hali odlotów. Nos przyklejony do wielkiej szyby, za którą Ryanair szykuje się do kolejnej powietrznej wyprawy.
- A do kogo lecisz?
- Babi!
Dziecięce podskoki i uśmiech od ucha do ucha.
Taniec radości.

Podczas gdy cały świat jednym głosem grzmi o zagrożeniach płynących z nadmiernego korzystania z dobrodziejstw współczesnej technologii, my, niczym rodzina z mocno rozwojoną jaźnią, z jednej strony odliczamy Fruzi minuty spędzone na oglądaniu piosenek w komórce, a z drugiej namacalnie wręcz widzimy, gdzie aktualnie byśmy byli bez tejże wyklętej z ambony technologii. W studni rozpaczy byśmy byli. Lub innej czarnej d...ziurze.
- Dzięki Bogu za skype'a - mantruje Mamuśka.
Czasem wznosi przy tym oczy do nieba, a czasem wypiskuje te swoje hymny pochwalne na cześć Internetu, wtórując skaczącej wesoło Fruzi, która doskonale, dos-ko-na-le zna swoich dziadków, pomimo kilometrów i braku spotkań przy niedzielnym obiedzie. Zna ich tak dobrze, że na lotnisku pędzi na oślep przed siebie, kiedy słyszy, że ''o, zobacz, Baba i Siasia już czekają", a potem do klatki w Rodzinnym Town, byle szybciej to swoje "hello, Babi!" wykrzyczeć jeszcze na parterze. I na wiadukcie, przekrzykując ptaki i pociągi, kiedy po smutnej minie na do widzenia jeszcze raz, zaskoczona i szczęśliwa, ponownie widzi Babcię na peronie.

Dzięki temu, że oni prawie codziennie u nas, a my u nich, niby tylko dwuwymiarowo, a jednak jakby wielo-, na tym etapie nikt nie dziwi się przez tydzień, że taka ona duża, nikt nie odczuwa uwierającej obcości, nie potrzebuje się oswajać ani uczyć drugiego człowieka jakby od nowa. Znają się, więc radość bez końca przy powitaniach i niemal łzy małego człowieka przy pożegnaniu.

Pierwszy raz to u niej widzieliśmy. Ten wymalowany na jasnej buzi wyraźny znak, że jeszcze nie, ona wcale nie ma ochoty nigdzie od dziadków wyjeżdżać, i że jak babciu będziesz robić taką smutną minę, to i ja się zaraz rozpłaczę, o, popatrz, broda już mi się trzęsie...

(...)

Jednym zgrabnym ruchem małego ciała wślizgnęła się na fotel Dziadka Dyrektora, ten, na który nikt inny oprócz niego  nie siada, a jeśli już mu się zdarzy pod dyrektorską nieobecność, to gdy wróci Dyrektor, będzie musiał go opuścić. To taka niepisana zasada, bo nikt nikogo nie wyrzuca, nie wygania, nie marszczy brwi, a jednak to się wie. No dobrze, raz czy dwa zostałam kulturalnie poproszona o przemieszczenie się, próbowałam walczyć, stawiać opór, ale nikt z rodziny mnie nie wsparł, sam Ojczulo zaś (nad)używał jedynie łagodnej perswazji, więc skapitulowałam. Fruzia tymczasem postanowiła nie respektować żadnych pisanych i niepisanych umów i na fotelu nie tylko pozostać, ale również mieć ten tupet, aby na jego oczach triumfować zwycięstwo.

Wszystkich Dziadek Dyrektor wytrenował w kwestii fotela, Fruzi nawet nie próbował.

I wyobraźcie sobie, że czuję się z tym dziwnie. Zupełnie nie wiem, czy to dobrze, że Fruzia postanowiła wziąć się za bary z tym jawnym, fotelowym patriarchatem, czy raczej źle, że tak bezdusznie burzy starannie tkaną sieć rodzinnych tradycji, swoisty symbol (szlachecki?) istniejący w niej od pokoleń lat.

(...)

Uporządkowała Babci Mamuśce biżuterię. A mówiąc dokładniej - kilka pudeł z biżuterią. Wyglądała jak na targach sztuki ludowej skrzyżowanych z pokazem najnowszej kolekcji Svarowskiego. Nie jestem pewna, czy po naszym wyjeździe Mamuśce udało się ponownie skompletować cokolwiek. Przezornie nie pytałam.

(...)

Drugiemu Dziadkowi zaśpiewała 'Happy Birthday' i tym razem była to właściwa piosenka wykonana o właściwym czasie i we właściwym miejscu. Może jedynie liczba napędzanych przez samą artystkę bisów mogła wydać się lekko niepokojąca, ale tylko tym, którzy nie słyszeli Fruzi w zwykły, powszedni dzień.

27 powtórek to naprawdę nie jest szczyt jej możliwości.

(...)

Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to na poważnie obraziła się raptem 3-4 razy. A i to nie bez ważnego powodu. Raz nie chciała się ubrać, za drugim razem jeść, za trzecim pójść spać, a za czwartym chciała jeść, ale tylko cukierki. Sami, państwo, rozumiecie. Nie pozostało jej nic innego jak tylko rzucić się na z góry upatrzoną pozycję twarzą do dołu i odczynić swą powinność.
- Żydowskie kucki - zawyrokowała Mamuśka, która z wyraźną fascynacją obserwowała tak dobrze jej znany spektakl, tym razem w wersji 3D.
Parsknęłam.
- Co??
- Kucki - powtórzyła. - Żydowskie. No nie widzisz?

Mamuśka na długo osłodziła mi frustrację wynikającą z patrzenia na frustrację Fruzi.

(...)

Wychodzimy z marketu i od razu wpadam w objęcia Kota. Gadamy chwilę, umawiamy się na widzenie, po czym rozchodzimy się w swoje strony. Wieczorem Kocur opowiada, że kiedy się rozstałyśmy, ona i Buńka natychmiast zaczęły się śmiać z braku czapki u Fruzi.
- A ty wiesz, że ja od razu pomyślałam, że  ty pomyślisz o tej czapce?

Kocurze, aby ukoić twoje matczyne serce, spieszę donieść, że od tamtej wizyty w kraju Fruzia codziennie nosi czapkę.

I to nie tylko dlatego, że przed chwilą skończyła pierwszy w życiu antybiotyk. ;-)

(...)

Z Lilką długo badały się wzrokiem, zanim postanowiły się polubić. Z Emilką zaklikało od progu i mogliśmy wszyscy spędzić dwa październikowe dni nad Bałtykiem. Wiało nieziemsko, ale przezorna Mamuśka zaopatrzyła Tasmana w komin i czapkę, nikomu więc nie oberwało uszu ani kudłów. Dziewczyny upatrzyły sobie sięgające ziemi rolety do zabawy w chowanego, Fruzia chowała się również w szafie i kazała sobie śpiewać 'Sleeping Bunnies'. Poza tym nic się w tej kwestii nie zmieniło - to dziecko jest stworzone do podróżowania, wędrowania po lotniskach, poznawania nowych miejsc i spania gdzie popadnie.

Oczywiście pod warunkiem, że ma ochotę spać.

(...)

Mogłabym mieszkać w Sopocie. A na pewno chciałabym wrócić do Naszego Miasta. Tęsknię za nim chyba bardziej niż za Rodzinnym Town. Poza tym ostatnim, chyba tylko w Naszym Mieście tak naprawdę czułam, że to moje miejsce. I pomyśleć, że kiedy 17 lat temu zjawiłam się tam, żeby złożyć dokumenty do tamtejszego koledżu, to miasto było brzydsze niż noc listopadowa. Obecnie jest piękne, niech się schowa Kraków i Praga.

A może to ja patrzę na nie zupełnie inaczej niż 17 lat temu.

O tym, że nadchodzą, czyli zdaje się, że wróciliśmy

Poważne rozmowy.

Zmywam naczynia. Do kuchni wkracza Fruzia z rysunkiem najnowszej produkcji. Na białej kartce pysznią się granatowe kółka, jedno na drugim. Choć może 'kółka' to niekoniecznie to, co udało się osiągnąć Tasmanowi, niemniej jednak przypomina to kółka.
- O, jak pięknie! - chwalę dziecię.
Chwalę za każdym razem, bo Fruzia dopiero niedawno naprawdę odkryła rysowanie i usiłuję podtrzymać w niej zapał. Sami rozumiecie - dziecko rysujące to dziecko skupione = matka ma trzy minuty dla siebie.
- Baby - oświadcza Fruzia.
- Oł-kej - mówię, gdyż nie wiem, co powiedzieć.
(Trochę jak tu: "dzwonię do ciebie, bo nie mogę rozmawiać.")
Tasman podciąga do góry koszulkę, klepie się po brzuchu i powtarza:
- Mummy, baby.
Gorączkowo nadstawiam uszu. Czy to naprawdę już?
- Tak, kochanie? Baby w brzuszku?
Fuzia przytakuje, szczęśliwa, że załapałam, o co chodzi.
Mała dłoń wędruje w kierunku mojego brzucha.
- Baby.

Tak, to już.

- Mama nie ma dzidziusia, ale ty kiedyś byłaś w innym brzuchu, wiesz? - mówię. - A potem przyjechałaś do nas, adoptowaliśmy cię i mama z tatą oszaleli z radości, pamiętasz?
- Yeś - Fruzia radośnie potakuje, po czym pędzi do swoich spraw.

A ja wciąż nie wiem, czy te kółka to miał być jej brzuch, baby, czy może artystyczne ujęcie tematu sprowadzania dzieci na świat.

Nie dopuszczam do siebie myśli, że to była aluzja do rozmiarów mojej osobistej ochronnej oponki.

O tym, co mnie rusza

Mamuśka mówi, że ma łzy pod skórką, bo wzrusza się łatwo i często. Ja jestem typem przeżywacza nomen omen od środka. Kiedy coś mnie porusza, przeżywam i przeżuwam, ale niekoniecznie płaczę. Częściej ryczę ze złości i żalu niż wzruszenia.

A jednak są słowa i obrazy, które zapadają we mnie natychmiast i na długo, a dodatkowo wywołują nagłe pogorszenie wzroku i zamglenie obrazu. Bardzo to niekomfortowe uczucie, bardzo. Szczególnie jeśli próbuje się jednocześnie zrobić trzy rzeczy: 1. obejrzeć do końca film, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności innych oglądaczy, 3. NIE wyobrażać sobie Fruzi na miejscu głównego bohatera. Albo: 1. obejrzeć program do końca, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności męża słuchającego programu znad gara z gotującym się rosołem, 3. nie ignorować Fruzi, po raz trzydziesty trzeci usiłującej powiedzieć ci coś bardzo ważnego (czyli to, co zawsze: 'mummy, (ch)oć!')

Te obrazy za mną chodzą. Wciąż.

"Lion. Droga do domu" (2016) reż. Garth Davis

Pierwszy raz usłyszałam o tym filmie od mojego ucznia. W trakcie próbnego egzaminu ze speakingu wylosował pytanie o film, który poleciłby innym. Tak mnie zaintrygował swoją opowieścią, że - co rzadko mi się zdarza, bo pamięć do tytułów mam beznadziejną - natychmiast zakodowałam ją w głowie. Kilka tygodni później obejrzeliśmy film z Wielką Szwagierką i Tym Właściwym podczas ich wizyty w Krainie Deszczu, a ja spędziłam ten wieczór pod kocem, rozsypana na tysiące drobnych kawałków.

Saroo, główny bohater (w tej roli rewelacyjni Sunny Pawar i Dev Patel), to pięcioletni chłopiec, który gubi się na ulicach Kalkuty i desperacko próbuje odnaleźć drogę do domu, ale błądzi tak bardzo, że wreszcie trafia do przytułku. Na swój sposób okazuje się jednak szczęściarzem, ponieważ  wkrótce znajduje nową rodzinę, australijskie małżeństwo, dla których Saroo będzie pierwszym dzieckiem. Nowi rodzice kochają go szaleńczo, chłopiec wyrasta na mądrego mężczyznę, próbuje ułożyć sobie życie, ale... No właśnie. Tych kilka wspomnień o dawnym życiu tak bardzo nie daje mu spokoju, że chłopak wyrusza na poszukiwanie swych biologicznych korzeni.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak silna jest ludzka potrzeba wiedzy o własnym pochodzeniu? Albo co zrobilibyście, wychowując się w kochającej rodzinie ze świadomością, że mieliście kiedyś inną, najlepszą na świecie mamę? Myśleliście kiedyś o tym, jak długo czekalibyście na powrót dziecka? Na ile lat starczyłoby wam wiary i nadziei? Albo co czulibyście, gdyby wasze dziecko śniło o swojej pierwszej mamie?

"Lion. Droga do domu" to film o stracie, o rozstaniach i powrotach, o miłości i o adopcji też, ale przede wszystkim to film o poszukiwaniu własnej tożsamości. Polecam go każdemu, kto wciąż wątpi, że adoptowanemu dziecku należy się prawda o jego korzeniach (więcej o tym, dlaczego warto - tutaj: Nasze Bąbelkowo) oraz tym, którzy boją się, co z takiej prawdy może wyniknąć.


"Kobieta na krańcu świata: Pakistan" (sezon 9)

Martyny Wojciechowskiej nie trzeba Wam przedstawiać. Ani jej programu. "Kobietę na krańcu świata" znają chyba wszyscy, ale może nie wszyscy obejrzeli odcinek o kobietach w Pakistanie.

Do głównej bohaterki reportażu, Musarrat Misbah, businesswoman i właścielki prężnie rozwijającego się salonu piękności, przyszła kiedyś 'kobieta bez twarzy'. Oblana przez męża i jego rodzinę kwasem solnym za 'nieposłuszeństwo' zapragnęła odzyskać choćby część siebie. Jak się szybko okazało, po pierwszej ocalonej do salonu zaczęły zgłaszać się kolejne dręczone przez bliskich kobiety.

W Pakistanie kilka tysięcy kobiet rocznie jest oblewanych kwasem solnym i/lub podpalanych. KILKA TYSIĘCY! Dręczycielami są zarówno mężczyźni - najczęściej znudzeni i agresywni mężowie, którzy szukają pretekstu do pozbycia się niewygodnej żony z domu - jak i kobiety, na przykład teściowe. Skatowane ofiary albo już nigdy nie odzyskują pełnej sprawności (np. nie mogą otworzyć oczu) albo po prostu umierają w ogromnych cierpieniach. I oczywiście nikt nic nie wie, bo takich rzeczy nie zgłasza się na policję.

Oprócz próby wyobrażenia sobie, jak straszne musi być przeżycie takiej traumy, dwie rzeczy zapadły mi mocno w pamięć w trakcie oglądania programu. Pierwsza to słowa Martyny, która mocno podkreśla, że to nie religia jest winna temu, co dzieje się w Pakistanie z kobietami, a kultura. A druga to stwierdzenie Musarrat, że właśnie ta kultura zostawia ogromne piętno na człowieku, bo nawet ona, wykształcona, mieszkająca przez jakiś czas w Anglii, a więc tzw. cywilizowanym świecie, też nie potrafiła zgłosić się na policję, kiedy jej były już mąż dopuszczał się wobec niej przemocy. Bardzo mocno to do mnie trafiło, bo czyż nie mamy tendencji do dziwienia się, że regularnie dręczona przez faceta kobieta ukrywa to przed resztą świata? Czy zastanawiamy się, w jakim otoczeniu, w jakiej kulturze wychowano tę kobietę? Jak słusznie zauważa główna bohaterka odcinka, nie da się zmienić sposobu myślenia danego narodu w ciągu jednej nocy. Ale należy edukować i małymi krokami pokazywać, że można i TRZEBA inaczej.

To ostatnie odnosi się w zasadzie to wszystkich negatywnych zjawisk współczesnego świata.
Mądra edukacja jest kluczem do naprawdę wielu zmian.

A jak już obejrzycie i ochłoniecie, to na deser pędem do Janiny, aby przeczytać jeden z jej wpisów. Ten najlepiej. Bo to nie jest tak, że tylko Fruzia i Fruzia. Odkąd mamy Rudolfa, człowiek jakoś szybciej mięknie na widok tych wszystkich psich mord. I tym bardziej mu przykro, kiedy pomyśli, że wiele z nich nie ma nikogo, kto by podrapał za uszkiem. A często nie ma nawet nic w misce.

Lećcie koniecznie, spłaczcie się jak i ja się spłakałam, a potem pomóżcie, proszę.

Bo ten tekst też za mną łazi i nie chce się odczepić.

Fruzia - odsłona druga i osiem dwunastych

- Fruziu, a gdzie jest tata? - pyta Babcia Mamuśka podczas rozmowy na skypie.
- Daddy work.
- A ty co robisz dzisiaj z mamą?
- A mummy a Rudolf, park.
(Czyżby indefinite article?)
To prawda, właśnie wróciliśmy ze spaceru.
- A grzeczna byłaś w przedszkolu? - kontynuuje Babcia.
- No - oświadcza dziecię i na dowód własnej prawdomówności przekonująco gestykuluje, wytyka język i prycha, blowing raspberries*.
W ten sposób pokazuje nam zawsze, na czym dokładnie polegało to jej nie-grzeczne bycie. A może nie-bycie grzeczną.
Kiedy zrobiła to po raz pierwszy, byłam zaskoczona, że po kilku godzinach od awantury pamiętała dokładnie, o co poszło, bo wtedy mogłabym przysiąc, że jak tylko otarła łzy rozpaczy, natychmiast zapomniała o całym incydencie. Ale nie. Pamiętała, wiedziała, dlaczego mummy była sad i opowiedziała nam o tym w swoim własnym języku polsko-angielsko-chińsko-migowym. Z jednej strony cudowne są te zalążki myślenia logicznego, a z drugiej...
- Mummy, ice - powiedziała któregoś dnia, stojąc przed otwartą na oścież zamrażarką. Zaglądała właśnie do drugiej szuflady, w której jeszcze kilka godzin temu chłodziły się dwa lody na patyku. Jednego zjadła ona.
- Nie ma - dodała, patrząc na mnie wymownie.
- No nie ma, nie ma - potwierdziłam. - Pewnie Rudolf ma z tym coś wspólnego.
Przez resztę dnia unikałam jego wzroku.

Dziadkowie uwielbiają jej kosmiczne opowieści, które najczęściej wymagają tłumacza i didaskaliów. Jak wtedy, kiedy Fruzia opowiadała o urodzinach Amelii. Przywlokła z nich czerwony balon, z którym uparła się spać i chociaż zastanawialiśmy się, jak długo jej nowy przyjaciel pożyje, zgodziliśmy się na kolejnego lokatora w jej - oraz nad ranem w naszym własnym - łóżku. Do pasji doprowadzało mnie usypianie Tasmana z balonem w objęciach, bo każdy jej ruch powodował irytujący dla uszu dźwięk tartej gumy. Trzy noce później, około szóstej nad ranem, czerwony z hukiem wyzionął ducha, a dla Fruzi przez kilka kolejnych dni było to wydarzenie sezonu.
- Baba, a bubble pop - oświadczyła do telefonu Babci Mamuśce jeszcze zanim ta pojawiła się na ekranie.
Bardzo była przejęta, więc pomiędzy baba-bubble-pop padło sporo anime-niemi-tomo-aba, czyli chińszczyzny stosowanej.
- Matka, tłumacz - zażądała jak zwykle Babcia.
Tym sposobem ona też uczy się angielskiego. A podczas następnej wirtualnej sesji sprawdza, czy Fruzia akceptuje jej akcent.
- Daddy work? - pyta niewinnie.
- Yeś - rzeczowo odpowiada Tasman.
Być może zamiast o emeryturze, Rodzicielka powinna pomyśleć o przebranżowieniu. Angielski komunikatywny już może spokojnie wrzucić do własnego CV.

Dużo śpiewa. (Fruzia, nie Mamuśka.) Zaczęła patriotycznie, od "Sto lat", które podsunęła jej sieć, żeby następnie płynnie przejść do "Happy Birthday". Mamy więc trochę niepewne "to tat, to tat", brzmiące prawie jak "tota tata" ("szczotka, pasta, ..."), na przemian z głośniejszym "hepi bebe tu-u", które z kolei pojawiło się nie wiadomo, panie, skąd. A jak nie wiadomo, to obwiniamy Różową. To się nawet łączy w jedną, logiczną całość, bo niedawno Tasman otrzymała pierwsze oficjalne zaproszenie, nie mające nic wspólnego z rodzicielskim zapleczem towarzyskim, na urodziny do Albiego.
- Pomyślałam, że skoro Fruzia tak bardzo lubi Albiego, to się ucieszy - wyjaśniła mama chłopca.
Albie i Sisi to mentorzy Tasmana. Wystarczy poinformować ją, że dziś idziemy do dzieci, a narządy artykulacji Fruzi automatycznie składają się do wymówienia imion tych dwojga. Sisi w samochodzie, Albie na parkingu, Sisi w progu placówki, Albie w progu sali. Na zmianę a czasem jednocześnie.
- To dość zabawne - powiedziała mi koleżanka z Różowej, kiedy śmiałam się z tej monotematyczności dziecięcia. - Bo z Albim ona właściwie w ogóle się nie bawi!
A my wcale nie byliśmy zdziwieni. Sisi przeszła właśnie do pre-school, Albie dołączy do niej za miesiąc. Starsze dzieci imponują Fruzi samym tylko faktem, że są starsze i więcej mogą. Tacy mali bogowie, którym Tasman usiłuje dorównać. I może stąd to "hepi bebe tu-u". Młoda ćwiczy, coby zabłysnąć w dojrzalszym gronie.
Przed snem repertuar nieco jej się zmienia. Na dwa głosy zastanawiamy się, co też powie tata, każda na swój sposób. Ja zachowuję się tak, jakbym startowała co najmniej do Idola, Fruzia eksperymentuje z wokalem. Do niej też, jak zawsze, należy ostatnie słowo.
- Co powie... - zaczynam refren.
- Dada - wtrąca cicho Fruzia.
Ja: Co powie...
F (głośniej): Daddy!
Ja: Co tata mi powie, co na to odpowie mi...
F (pieje): siiiiiiś!
Ja: Co powie...
F (szybko i krótko): Dada
Ja: Co powie...
F: (odmawia współpracy)
Ja: Czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci, on...
F (wrzeszczy): piiiiiiiii!!!

Poza tym reszta bez zmian. Ja do niej z czekoladą, ona do mnie, że chce "more chock, piś". Ja proszę, żeby powiedziała jabłko, ona mi na to, że przecież to "apple", a gruszka to nie gruszka, tylko "pear".
- A gdzie jest mrówka?
Pokazuje. I natychmiast mnie poprawia:
- Ant.
 I weź już, mamo, się nie wygłupiaj, tylko daj mi "bunny". Banana, jak by się ktoś pogubił.
Dobrze, że czasem oznajmi, że chce jej się pić i (s)pać, albo że dzik jest dziki, bo jeszcze chwila, a byłabym skłonna puszczać w świat własnoręcznie ukute rewolucyjne teorie na temat przyswajania pierwszego języka przez dzieci. I musiałabym oskarżyć Fostersów o manipulowanie Tasmanem w początkowych miesiącach jej życia.

Poranki z nią to nowy rodzaj interaktywnej gry dla całej rodziny. Do etapu mleka jest łagodna jak baranek, szczególnie że naprawdę przypomina baranka z tą burzą splątanych loków. Potem jest tylko gorzej.
- Fruziu, chodź, założymy skarpetki.
- No!
- Ależ tak, nie możesz pójść z gołymi stopami, jest zimno.
- No!
Tasman zwiewa na drugi koniec chaty, żeby tylko uniknąć kontaktu ze śmiertelną zarazą. Bez słowa idę za nią, podchodzę, aby założyć jej te przeklęte skarpety, Fruziak wyrywa się, machając wszystkimi kończynami na boki. (Każdego poranka. Każ-de-go.) 
- No! Daddy!
Wymieniamy się z Inżynierem spojrzeniami.
Daddy jest od skarpet, spinek i majtek z Peppą. Ale i on nie ma łatwo, bo to działa tylko wtedy, kiedy Fruzia nie chce, żebym zrobiła to ja. Więc jeśli ja nie spróbuję, to on też jest bez szans. Czujecie logikę, prawda? Mama natomiast robi kitki, pomaga włożyć spodnie i bluzkę. A także nosi Fruziakową torbę z przedszkola i zapina suwak, tak tylko na trzy milimetry, żeby Tasman sama mogła zapiąć resztę. Bo jak zapnę na cztery, to trzeba wszystko zaczynać od nowa i to przy zmarszczonych tasmańskich brwiach.
Fruzia ucieka też przed włożeniem butów, myciem zębów i czesaniem. Generalnie poranki są na nie. Inżynier mawia, że przynajmniej będziemy przyzwyczajeni i za naście lat, kiedy Tasmana trzeba będzie ściągać rano z łóżka dźwigiem, niewiele nas już zdziwi.

Za to wieczory są nasze. Z naciskiem na długie wieczory. Fruzia systematycznie odmawia spania w Różowej w porach uznawanych przez rodziców za przyzwoite, ale po powrocie do domu jest gotowa do drzemki już w progu Piątej, tak jak stoi, w butach i kurtce. Serio. Potrafi zasnąć na siedząco na kanapie, a jeśli spróbujesz ją obudzić... to masz powtórkę poranka. Pod koniec dnia, wypoczęta i zadowolona, uparcie usiłuje przekonać nas, że chodzenie spać między dwudziestą a dwudziestą pierwszą jest dla mięczaków. Nawet przykład Rudolfa, który chodzi spać z kurami, nie pomaga. Kiedy zbliża się pora wędrówki do sypialni, Fruzia raptem zaczyna być głoda, spragniona, chce wee wee, poo poo, chce czytać, sprzątać, oglądać z tatą mecz... Nic dziwnego, że po takim dniu pełnym wrażeń chrapie dosłownie jak Ojciec Dyrektor.

Ale gdzieś między tymi porankami i wieczorami, a nawet w ich trakcie, jest najfajniejszym stworzeniem, jakie tylko można sobie wyobrazić. Emocje wręcz z niej kipią, jak się złości, to na całego, kiedy się cieszy, to też słyszy ją całe osiedle. Przytula się do drzew, a czasem z rozpędu nawet do słupów telegraficznych. Wszystko, co małe lub młode, to dla niej baby. Kotek, kasztan, drzewko, które jest cienkie jak gałązka. Uwielbia łączyć się z dziadkami na skypie, fascynuje ją obraz kibiców na stadionie śpiewających hymn narodowy. Kiedy się boi, krótkim hand! domaga się naszych dłoni w swojej. Ostatnio przesiedziałyśmy tak w samochodzie kilka minut, dłoń w dłoni, kiedy wielkie buczące szczoty polerowały nam auto. Tylko dlatego się nie rozpłakała, choć buzię miała już w podkówkę. Całuje swoje lalki i Rudolfa na do widzenia, kiedy wychodzimy do przedszkola. Zbiera dla Rudego jeżyny i wszystko to, co da się urwać wśród chaszczy, choćby nawet jeżyn wcale nie przypominało. Wszystko dlatego, że złapała kiedyś sierściucha na podjadaniu ich prosto z krzaka. Próbuje rzucać mu patyki, ale jej starszy brat jest trochę zbyt nieokiełznany na takie zabawy, więc zwykle muszę ich godzić na spacerze. Włazi ludziom do ogródków, zupełnie jak on. Zawsze do tych samych i zawsze z miną łobuza, który wie, że psoci.

I jakimś niesamowitym zrządzeniem losu jest nasza.

To chyba jej najfajniejsza cecha.


* Uwielbiam to określenie. Szczególnie, że nie ma ono jednego krótkiego odpowiednika w języku polskim w wydaniu dziecięcym. 

Deja vu

Jadę na rozmowę kwalifikacyjną. Znowu.

(Jeszcze chwila a ten post przestanie być aktualny i będę musiała napisać nowy. O moich pierwszych trzydziestu rozmowach w sprawie pracy.)

Jadę i oczywiście cieszę się. Trochę to głupawa podszyta adrenaliną, jak słusznie zauważył Mąż Mój, dając mi buziaka i życząc powodzenia, bo przecież to jednak interview, a trochę zwyczajnie dobre samo- i prze-czucie, bo aż tak zestresowana nie jestem, no bez jaj, chyba do cholery dostanę tę robotę.
Przypomina mi się rozmowa sprzed niemalże roku. Pamiętam, że na pytanie o to, jak ewentualnie zamierzam poruszać się między kampusami, odpowiedziałam nonszalancko, że mam prawo jazdy, co prawda obecnie nie jeżdżę, ale zamierzam kupić samochód, więc nie ma problemu. Ha. Naprawdę nie wiem, skąd ja to wzięłam. Zabrzmiałam jednak tak przekonująco, że jeszcze chwila, a przekonałabym samą siebie. Tyle tylko, że nie do końca, bo kiedy Mikruska faktycznie stanęła przed Piątą Chatką tuż obok Blaszaka, byłam autentycznie przerażona myślą, w co się właśnie wpakowałam.

Wiozę więc samą siebie na tę rozmowę i próbuję się ogarnąć. Powinnam przećwiczyć moją naprędce sporządzoną prezentację, uruchomić ten swój tryb bije-ode-mnie-stonowana-pewność-siebie, ale coś mi nie idzie, bo kiedy tylko przestaję głupkować, załączają mi się w głowie obrazki z porannych zajęć. Mój Najambitniejszy, który po wykonaniu ćwiczenia potrafi zapytać 'jaki był cel tego zadania', dał się dziś ponieść dyskusji na temat różnych etapów w życiu i oświadczył tym swoim korporacyjnym tonem, że 'ten materiał jest naprawdę dobry' i że jest wdzięczny za linki do całego artykułu, bo 'zamierza zgłębić temat'. Z wrażenia niemalże wpadłam pod przyklejony do podłogi dywan. Po raz drugi tego dnia, bo chwilę wcześniej moja autochtonka wyskoczyła z pytaniem, czy jestem głową naszego departamentu. Nie wiem, na podstawie czego mogła wysnuć choćby cień takiego  wniosku, ale wiem, że prawie mnie nim zabiła, choć myślę, że mogło mieć to coś wspólnego z liczbą papierów, w których tonie moja klasa ilekroć pobędę w niej dłużej niż dziesięć minut. Powszechnie wiadomo przecież, że im większą głową jesteś, tym więcej drzew niszczysz. Jak się okazuję, ja nie muszę być żadną głową, żeby doprowadzać planetę do zagłady, nad czym szczerze ostatnio ubolewam.

Docieram wreszcie do koledżu. Jak zwykle przed czasem, to silniejsze ode mnie. Wędruję prosto do pokoju obsługi, gdzie bardzo przyjemny pan od wszystkiego wręcza mi klucz do gabloty, na który czekałam ponad miesiąc. To jest dobry dzień, myślę. To jest bardzo dobry dzień.
Choć to zależy od punktu widzenia, bo w bibliotece, gdzie kseruję materiały na wieczorne zajęcia, jeden z uczniów dostaje ataku epilepsji. Opiekująca się nim nauczycielka reaguje sprawnie i profesjonalnie, ale ręce jej się trzęsą jak zawodowemu pijakowi. Pytam, jak mogę pomóc, prosi tylko o podłożenie chłopakowi kurtki pod głowę, zostaję z nimi jeszcze parę chwil do przyjścia kogoś z pierwszej pomocy, trochę gadamy do chłopaka, który powoli dochodzi do siebie i koniecznie chce wstać, zawstydzony sytuacją. Leż, śmieję się do niego, odpocznij sobie trochę, póki masz okazję.

Siadam w recepcji. Poprzednio czekałam na mój panel kwalifikacyjny w kampusie A, teraz jestem w B i to dość dziwne uczucie siedzieć tu i po prostu czekać aż moi przełożeni zaproszą mnie na rozmowę. Jestem tu codziennie, każdego poranka w drodze na drugie piętro macham do recepcjonistek i pędzę prosto do swojej klasy, a dziś każą mi siedzieć i czekać, bo nawet nie wiem, do której sali się udać, no świat się kończy.
Przychodzi po mnie Tan. Rok temu zaczynałyśmy razem, wygląda na to, że teraz też zaczniemy. W tej samej pracy, na nowych zasadach. Jeśli oczywiście dostaniemy tę robotę. Tan mówi, że wałkowali ją godzinę, teraz czekają na mnie. Prowadzi mnie do pokoju konferencyjnego, przez szklane drzwi widzę moich przełożonych, o matko, myślę, serio będziemy rozmawiać na serio? To Tan przekonywała mnie jeszcze tego samego poranka, że te rozmowy to formalność, jesteśmy dwie, stanowiska są dwa, no nie ma innej opcji, chcą nas, tylko trzeba dopełnić formalności. Teraz Tan wygląda jak ktoś, kto jest potwornie zmęczony i doprawdy sam nie uwierzyłby sobie drugi raz na słowo.

Pytają mnie, dlaczego powinnam dostać tę pracę. Zaczynam się śmiać. Odpowiedź jest tylko jedna. Lubię tę robotę, a wy chyba szukacie ludzi, którzy lubią swoją pracę, prawda? Tak, prawda, ale pogadajmy o twoim doświadczeniu z ostatnich miesięcy. Czego się nauczyłam. Nad czym wciąż muszę popracować. Jak monitoruję postępy kursantów. Co robię z ewentualnymi absencjami. Szkolenia. Trudne przypadki. Jak formułuję indywidualne cele dla studentów. Zaczynamy dyskutować, bo dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, bronię swojego stanowiska i chyba udaje mi się przekonać początkowo nieprzekonaną szefową. Prezentuję przygotowane materiały z lekcji. Gadam, gadam, pytam. Po czterdziestu pięciu minutach wypuszczają mnie, proszą, żebym dołączyła do Tan i poczekała na werdykt.

Kilka minut później stoimy w czwórkę w sali, którą traktujemy z Tan jak nasze wspólne biuro, czując się jak na planie The Great British Bake-Off lub innego Master Chefa. Pytanie, kto odpadnie. Zamiast tego, szefowa śmieje się i mówi, że wita nas w gronie zatrudnionych na stałe lektorów koledżu.

Dostałam pracę, ludzie. Tą samą, co rok temu. 

O tym, kto się przejmuje i dlaczego dzisiaj to nie jestem ja

Jeszcze zanim pojawiła się na zajęciach, wzbudziła moją ciekawość. Bo gdyby odwrócić sytuację i to ja miałabym pomagać na lekcjach polskiego dla obcokrajowców, wybrałabym grupę dla początkujących. Zwykła logika podpowiedziałaby mi, że to tam mogę być najbardziej potrzebna. A tymczasem ona nie. Tak się broniła przed żółtodziobami, że jeszcze na etapie wymiany maili zaczęłam podejrzewać ją o nietutejsze korzenie.

Nie przyszło mi do głowy, że ona po prostu chce ogarnąć język. Swój własny.

Uczę więc ambitnych zaawansowanych, dla których Kraina Deszczu to albo chwilowa przygoda, albo związek na resztę życia, oraz ją - autochtonkę, kobietę, która po przekroczeniu kolejnej dziesiątki życia wymyśliła sobie nauczanie, ale żeby robić to przyzwoicie, najpierw sama musi się nauczyć, co to w ogóle ten past perfect i jak wytłumaczyć go innym. Życie pełne jest paradoksów, a to właśnie jeden z nich. Dokładnie ten sam, co kilka lat temu, kiedy tłumaczyłam Finowi zawiłości polskiej odmiany przez przypadki.

Kontakt z drugim człowiekiem pozwala mi spojrzeć na samą siebie z dystansu. Szczególnie w życiu zawodowym. Bo nie, nie wszyscy tak mają, że się przejmują - błędami, tym, jak zabrzmieli, czy nie byli zbyt lub za mało jacyś. Są tacy, co płyną, pędzą, na łeb, na szyję, na złamanie karku i nawet chwili nie poświęcą refleksji, czy to, co powiedzieli w szesnastej minuście i czwartej sekundzie lekcji, to właściwie po angielsku było, czy może w fatalnej kalce z ojczystego. Bardzo im tego zazdroszczę. Tego szczerego, wypisanego na czole who cares?

Ale te rzadkie chwile olśnienia wynagradzają mi te wszystkie momenty zwątpień, te godziny spędzone nad grubym zeszytem w paski i słownikiem Cambridge. Te chwile, kiedy nowa, podnosząc długopis znad gęsto zapisanej kartki w jej własnym notesie, mówi mi po zajęciach:
- Masz niesamowitą umiejętność dawania jasnego i czytelnego przekazu. Mogłabyś trenować przyszłych nauczycieli na kursach Celty.

Doskonale wiem, że nie mogłabym. A przynajmniej jeszcze nie.

Ale fajnie jest czasem wsiąść we własne auto, zawieźć samą siebie do domu, bo przecież dziś potrafię, a jeszcze rok temu nic na to nie wskazywało, a po drodze puścić do siebie oko, bo właśnie dziś po tej trudnej lekcji, na której ambitni zaawansowani bez uprzedzenia zagrali ze mną w Sto Pytań Do,  popatrzyłam na zawodową wersję siebie z dystansu.

I to był całkiem przyjemny widok.

O tym, że być może to naprawdę koniec

Ojciec Dyrektor postanowił, że to koniec. A ja, niczym Przyszywany Brat, który na wieść o mym zamążpójściu oświadczył, że uwierzy, jak zobaczy, wciąż się z niego podśmiewuję. Nie tylko z niego zresztą, wszak wszystkim wiadomo, że to Mamuśka celuje w tych wszystkich "mam dość, to już naprawdę koniec!" Jedno i drugie od lat tylko się odgraża, a potem każdego ranka z pokorą wydeptuje te same szlaki.

W tę ich emeryturę to ja uwierzę, jak w końcu zobaczę.

Choć przyznaję, że coś wisi w powietrzu. Mamuśka i Ojczulo znaleźli wreszcie nowe lokum, Rodzinny Drapacz Chmur przez najbliższych kilka lat będzie czekał na moment, aż po latach rozłąki z Kocurem znów staniemy się sąsiadkami (o ile to Kocur do tego czasu nie zwieje z Town), a Ojciec Nasz jest aktualnie na etapie wyszukiwania sobie zajęć alternatywnych. Hobby czyli. Na tę rzekomą emeryturę. Bo znów wszystkim wiadomo, że co jak to, ale Ojciec Dyrektor na tej emerytce COŚ robić MUSI. Bo inaczej się udusi. Ewentualnie Mamuśka udusi jego. I dramat rodzinny gotowy. Wszyscy więc zadręczają Ojca jednym pytaniem.

ALE CO TY BĘDZIESZ NA TEJ EMERYTURZE ROBIŁ??

Zauważcie, że nikt nie pyta o to Mamę. Nikt. Mamuśka zawsze coś robi, nawet jak nic nie robi, więc może pierwszego września przez chwilę będzie zdziwiona, że nikt nie oczekuje jej sprawozdań na radzie pedagogicznej, ale potem rzuci się w wir robienia wszystkiego innego i to ją pochłonie bez reszty. Natomiast Ojczulo?

- No właśnie pracuję nad tym - zwierzył nam się niedawno Dyrektor.
(Czujecie tę prześmiewczość losu? Pracuje nad tym, co będzie robił jak przestanie pracować!)
I rapem bardzo się ożywił.
- Bo ja to bym chciał sobie na część etatu popracować w banku. Nie wziąłbym od nich dużo, tyle tylko, żeby trochę zarobić, ważne, że mógłbym sobie siedzieć i przekładać bankoty, wiecie, ja bym je sobie rachował, układał, tulił, głaskał... Jak w raju!

(Prawda, że każdy z Was tak właśnie wyobraża sobie niebo?)

Nawet Mąż Mój, który dotąd przysłuchiwał się majakom teścia w milczeniu, dał się porwać tej wizji.
- To wiesz co? To ty lepiej przyjedź do nas, zorganizujemy ci jakiś wolontariat w banku, kasy z tego może nie będzie, ale za to funty będziesz sobie układał w równe stosiki! Funty, nie jakiś tam złotówki!
Ojcu Memu aż się oczy zaświeciły ze wzruszenia.

Dlatego myślę, że trzeba będzie mu sprawić dobry prezent na tę przyszłoroczną, nową drogę życia, o ile Dyrektor faktycznie zdecyduje się na nią wkroczyć. Jakiś "Monopol" albo zestaw małego bankiera w rozmiarze XXL.

Bo jeśli Ojciec pozostanie z niczym, to wówczas wszyscy będziemy w poważnych kłopotach.

O tym, co skomplikowane

Mąż Mój pochodzi z katolickiej, bardzo wierzącej, praktykującej, a jednocześnie normalnej (to ważne) rodziny.  Jak nietrudno się domyślić, Drudzy Rodzice zaszczepili wiarę w Boga oraz szacunek do Kościoła swoim dzieciom. Wielka Szwagierka śpiewała w kościelnym chórze, a przynajmniej tak mi się wydaje, a mini Inżynier przez 10 lat posługiwał przy ołtarzu jako ministrant, od czasu do czasu podpijając mszalne wino ze swymi religijnymi współbraćmi. I szczerze wierzył w Pismo, upatrując w Kościele źródła życiowej mądrości.

Pamiętam nasze pierwsze wspólne Boże Ciało - nocowaliśmy u Chemików, poszliśmy spać w godzinach porannych, a o nieludzkiej porze, w okolicach ósmej ej em, Mąż Mój stwierdził, że idzie na mszę. Na mszę ORAZ na procesję. Na ciężkim kacu. Ja, pochodząca z bardzo mieszanej pod względem pobożności rodziny, byłam wówczas bardzo niesprecyzowana w kwestii własnej wiary i stosunku do Kościoła. Zakładam, że gdyby tylko istniała taka opcja, ustawiłabym sobie na fejsbuku status "związek z Kościołem: to skomplikowane". Myślę zresztą, że do dziś byłby on aktualny. Anyway, poszłam z nim wtedy na tę procesję, ale do dziś się śmiejemy, że od tamtego momentu to ja systematycznie sprowadzałam go na złą drogę, a nie on mnie na dobrą.

Bo wiele się zmieniło od tamtego czasu. Tak wiele, że Mąż Mój, tak oddany ministrant i parafianin, obecnie ma problem nawet z tym, aby pójść do kościoła w Święta. Role trochę się odwróciły. To ja - ta sama, która sprowadziła go na złą drogę - zwykle namawiam go na wizyty w świątyni Bożej dwa razy w roku. (Na Boga i Karmę, to faktycznie JEST skomplikowane!) Inżynier wciąż powtarza, że wierzy w Coś lub Kogoś Kto Nakręca Ten Świat, że wie, iż Kościół robi dla potrzebujących wiele dobrego, ale jednocześnie nie może patrzeć na te wszystkie praktyki, rytuały, ceremonie, kadzidła, konieczność spowiedzi... Brr! Nie wspominając o mieszaniu się Kościoła do polityki.
- Niedobrze mi się robi, kiedy patrzę na hipokryzję kościelnych głów - mawia.

Nic jednak nie oddaje lepiej jego aktualnego podejścia do Kościoła Katolickiego, głównie polskiego, niż jego sierpniowy komentarz do rzeczywistości.

Weszłam do pokoju i zastałam go stojącego przed telewizorem, plecami do mnie. Oglądał coś na Polsacie, całkowicie skupiony na tym, co przed nim, więc nie miał pojęcia, że stoję tuż za nim. Chciałam go o coś spytać, ale nie zdążyłam, bo naraz usłyszałam jak mamrocze do siebie półgłosem:

- Boszeeee...Święto Przemienienia! Wy się sami, kurwa, przemieńcie!

O wieczornych medytacjach

Stoję na szczycie wysokiej góry. Dookoła pocztówkowy krajobraz - przestrzeń, błękitne niebo, trochę niżej korony drzew. Rozpościeram ramiona, biorę głęboki wdech, na dwie sekundy przestaję oddychać, po czym zaczynam wrzeszczeć.
- Fruziuuuuuuuuu!
Powietrze drży. Chmury ptaków podrywają się z drzew z głośnym trzepotem skrzydeł.
- Fruziuuuuuuuu!
- ... uziuuuuu! ... uziuuuuuu! - zdaje się krzyczeć ze mną cała ziemia.
Jeszcze dwa razy. Albo trzy. Aż zaczyna brakować mi tchu.
Lepiej mi.

Przynajmniej w wyobraźni.

Bo tak naprawdę siedzę na brzegu łóżka, oddycham głęboko, usiłując znaleźć w sobie ten mityczny spokój i nawet odrobinę nie jest mi lepiej.

- Fruziu - mówię poirytowana. - Jak zaraz nie przestaniesz szaleć, to ja oszaleję!

A  do siebie szepczę:
- Zaraz pierdolnę sobie w łeb!

Fruzia zasypia po kolejnych dziesięciu minutach. Stres wieczornego usypiania mija, a ja...

Ja jestem z siebie dumna, bo to jeden z tych dni, kiedy po godzinnych przytulasach, śpiewankach i szeptankach, Fruzia tylko przez kilka minut podwyższała mi temperaturę ciała. Podgrzewała mnie na małym ogniu, można by rzec. A przecież potrafi doprowadzić do wrzenia i nie zmniejszać płomienia nawet na chwilę, aż do momentu, kiedy wszystko kipi i natychmiast zasyfia moje matczyne samopoczucie. Zawsze wtedy, kiedy już ochłonę i przestanę zagryzać zęby, wściekła o to jej godzinne kopanie, szamotanie się, rzucanie smoczkiem i lalkami, zawsze wtedy patrzę na nią jak śpi spokojnie, jak ooddycha rmiarowo, na te jej loki patrzę i myślę sobie, że durna jestem, bo powinnam się przyzwyczaić, nie wkurzać się, bo i po co, w końcu i tak zaśnie jak teraz, a poza tym popatrz sobie, matko głupia i pomyśl, co teraz czujesz. Miłość, czystą, matczyną miłość. I głaszczę ją i mówię jej, że i tak kocham ją najmocniej w kosmosie, nawet jak wkurza mnie nieziemsko. Następnego dnia znów przytulanki, szeptanki, śpiewanie. Luz i spokój, nawet jeśli ona w swym zmęczeniu znów zaczyna się szarpać. - To ostatnia faza przed właściwym zasypianiem - śmiejemy się z Inżynierem. Śmiejemy się aż do następnego razu, kiedy hormon stresu zalewa mi mózg. On sugeruje, że może ona sama już powinna, książeczka, buzi w czółko, dobranoc, papa, ale ja się uparłam jak muł bagienny, choć widzę wiele racji w jego rozumowaniu. Nawet spróbowałam raz czy dwa. Dramatyczne 'mummyyyyy!' dobiegające z jej sypialni wierciło mi dziurę w głowie, a ja, zamiast odpoczywać, stresowałam się jeszcze bardziej niż gdybym tam z nią była i odbywała jedną z naszych małych - wielkich sprzeczek. Więc wracam, jak bumerang wracam, mimo dobrych i prawdziwie życzliwych rad. Wracam, bo wciąż chcę, bo tak sobie wymyśliłam, ja sama, nie żadna matkapolka wtłaczająca mi do głowy, co powinnam, a czego nie. Wracam i widzę, że robię postępy w matczynym programie osiągania stanu oświecenia. Aż do następnego razu.

Wracam co wieczór, bo kiedyś ona i tak mi powie, że mam sobie iść. Da mi buziaka w czółko, powie dobranoc, zrobi zawadiackie papa i tyle mnie tam będzie.

A do tego czasu, zawsze wtedy, kiedy zawita  pms albo szczególnie dokuczy jesienna chandra, będę wdrapywać się na tę swoją górę i będę wrzeszczeć w wyobraźni do utraty tchu.

Albo w afekcie naprawdę pierdolnę sobie w łeb. :-)

O mummy, która długo była sad

Na drugie urodziny Fruzia dostała układankę. W jej skład wchodzi cała rodzinka drewnianych misiów - mama, tata, córeczka i synek. Cała zabawa polega na tym, aby w odpowiednio wyżłobione miejsca na drewnianej deseczce powstawiać misiowe główki, tułowia i nóżki w różnych rozmiarach, a to wszystko odziane w fantazyjne wstążki, kapelusze, spodnie, sukienki i co tam jeszcze misie noszą. Ubrania można układać w kolorystycznie dobrane zestawy lub pokierować się tasmańską fantazją, na przykład strojąc głowę rodziny w kapcie, dół od piżamy i puchową, zimową kurtkę. Bo kto zabroni?

Fruzia zakochiwała się w misiach powoli. W przeciwieństwie do mnie, bo ja straciłam dla nich głowę natychmiast. (Gdybym nie czuła się idiotycznie, zażyczyłabym sobie podobny zestaw na własne urodziny. Może tylko wymieniłabym większość garderoby mamy miś na coś bardziej modnego, bo nasze gusta jakoś się w tej kwestii rozjeżdżają.) W pewnym momencie pomyślałam nawet, że być może to po prostu nie jest to, co Fruzie lubią najbardziej i tyle. A tymczasem z początkiem lata uczucie zaskoczyło i rozwitło gwałtownie z pełną mocą. Co, nie ukrywam, trochę wpłynęło na moje własne uczucia do misiów (babie nie dogodzisz), bo wiecie jak to jest, kiedy zmuszeni jesteście towarzyszyć dziecku przy jednej układance jakieś trzydzieści razy dziennie. Wiecie, prawda? No właśnie.

Do tego Fruzia nie ułatwiała sprawy, bo od początku jest strasznie monotematyczna w kwestii własnego (córeczka miś) oraz mojego (mama miś) stroju. Jakimś cudem Rudolfa (synek miś) i tatę misia ubiera różnorako, siebie jedynie w nieśmiertelny różowy zestaw, a mnie... Szkoda gadać. Czarne buty z białymi skarpetkami, a do tego fioletowa bluzka. Fioletowa! Wszyscy wiedzą, że we fioletach wyglądam... fioletowo, a mimo to Fruzia uparcie stroi mnie w ten kolor. I gdyby jeszcze na tym się skończyło...

- Fruziu, czy mogłabyś zmienić mamie buźkę na uśmiechniętą? - pytałam spokojnie w czerwcu.
Nie, nie mogła.
- Mummy sad! - mówiła z mocą.
No dobra, niech jej będzie. Przecież nikt nie jest na okrągło wesoły, prawda? *
- Fruziu, ale zobacz, przecież mama dużo się uśmiecha - nalegałam w lipcu, szczerząc się przesadnie do Tasmana.
Misiowa mama wciąż tryskała na boki japońskimi łzami.
- Mummy sad! - wkurzało się dziecię, kiedy przemocą usiłowałam wyrwać z deseczki misiową głowę mamy.
- Fruziu, proszę natychmiast zmienić mamie twarz! - zażądałam na początku sierpnia.
No ileż można płakać??
Zaczęłam też zastanawiać się, czy przypadkiem mnie się tylko nie wydaje, że dużo się uśmiecham. Może Fruzia widzi we mnie wiecznie smutną i niezadowoloną z życia babę? Może...

- Fruzia bardzo często pociesza płaczące dzieci - powiedzieli mi w przedszkolu. - Wodzi palcem wzdłuża policzka, pokazując, że płyną im łzy. Dlatego naszym kolejnym krokiem będzie nauka słów wyrażających emocje. Na razie wiemy, że potrafi jedynie powiedzieć 'sad'.
Parsknęłam śmiechem.
Rzeczywiście, nagle dotarło do mnie, że pierwsze nieśmiałe 'happy' dopiero niedawno zaczęło wydobywać się z jej wnętrza. A więc to tak! Fruziak, mądrala, nauczyła się jednego słówka, nasłuchała się zawodzących bejbików z sali obok i teraz wszyscy na tym świecie są 'sad'!* Do końca dnia nie mogłam przestać się śmiać.

Kilka dni później udało mi się przekonać Tasmana, że mama chciałaby mieć radosną buzię w układance. Niech już te straszne buty i fiolety zostaną, ważne, że wreszcie - i bardzo wyraźnie - Fruzia zdecydowała, że 'mummy happy'.
- Mummy! Happy! - krzyczy teraz, kiedy wysypujemy kawałki misiowej rodziny na dywan.

Bo że tata miś od zawsze śmieje się pełną gębą, to chyba oczywiste? Nawet wtedy, kiedy werbalnie wszyscy wokół byli 'sad', tata miś pozostawał milcząco radosny. Od dnia numer jeden.

- Przeklęty napój bogów! - skomentowałam sobie kiedyś półgłosem. - To dlatego wciąż się tak szczerzy!

* Oprócz taty misia...

O karmie

Mój śp. Dziadek Stefan miał z nami, szarańczą, ciężkie życie. Nie dość, że chłopaczyska palili ogniska tuż przy wiśniach, chowając się w ich gałęziach i udając, że ich tam nie ma, a ten dym to w ogóle nie wiadomo skąd tam się wziął, to jeszcze wszyscy łaziliśmy po dachu długiego budynku gospodarczego, od którego nie mogliśmy czasem odkleić stóp, bo pod wpływem wysokiej temperatury papa lepiła się do podeszew, a z którego łatwo było spaść i się połamać. Tak widzę to dzisiaj, bo wówczas nie bardzo czułam, o co tyle szumu, choć z drugiej strony, jak znałam dziadka, ułana z krwi i kości, to nie martwił się on zbytnio o nasze zdolności cyrkowe lub instynkt samozachowawczy; chyba bardziej chodziło o to, że my mu ten dach zwyczajnie systematycznie niszczyliśmy.
- I nawet ty! - rzucał od czasu do czasu Dziadek, widząc mnie w towarzystwie chłopaczysków.
Bo rzadki to był widok. Oni mieli swój świat, do którego bronili mi dostępu, czasem kusząc możliwością akcesu, jeśli zaliczę wszystkie wyznaczone mi przez aktualnego herszta bandy zadania; ja miałam swój, w którym szyłam lalkom ubranka, czytałam książki i podlewałam z Babcią kwiaty, choć momentami tęsknie wodziłam za Wielkim Bratem, Pedrem i Młodszym osamotnionym, dziewczyńskim wzrokiem. Żadnego chrztu nie zaliczyłam. Nie umiałam pluć, strzelać kulkami z rurek, z procy, ani z łuku własnej roboty, bałam się wspinać zbyt wysoko na drzewo... I tylko włażenie po drabinie na dach szopy i budynku gospodarczego jakimś cudem nieźle mi wychodziło.
- Cholery jedne! Złaźcie natychmiast, bo was zaraz sam przegonię! - wygrażał nam Dziadek, który chwilę wcześniej zobaczył nasze harce przez okno i natychmiast wybiegł z domu, żeby dać nam burę, podczas gdy my, jak to dzieciaki, albo chichraliśmy się niespokojnie, chowając za komin i drażniąc Dziadka jeszcze bardziej, albo w końcu złaziliśmy, choć z daleko posuniętą ostrożnością, coby nas Dziadek nie capnął za ucho lub dwa.

Potęga autorytetu, bo nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek to zrobił.

Wszystkie te scenki stanęły mi przed oczami któregoś słonecznego, sierpniowego dnia. Fruzia biegała z Rudolfem między kuchnią a naszym kawałkiem trawnika na tyłach domu. Wyjście na przód domu, a ostatecznie też i na ulicę, jak zwykle w okresie letnim zatarasowaliśmy położonym na ziemi dużym koszem na śmieci. Fruzia jest jeszcze zbyt mała, żeby swobodnie go odsunąć, zaś Rudolf zbyt leniwy na próbę sforsowania przeszkody jednym zgrabnym labradorskim skokiem. Oboje zresztą uwielbiają snuć się po tym wydzielonym kawałku przestrzeni bez ciągłego otwierania i zamykania drzwi oraz bramki do ogródka, wszyscy więc byli szczęśliwi. Oni, bo mogli biegać, ja - bo mogłam spokojnie odkurzyć. Takie to ekscytujące rzeczy czyniłam w chwilach wolnych od pracy i rzadko ustającego "mummy, (ch)oć!".
Po kilku minutach względnej ciszy - a ciszą nazywam ten stan, w którym słychać jedynie włączony odkurzacz / pralkę / kosiarkę bądź inne wyjące urządzenie elektryczne - wyłączyłam wreszcie sprzęt i zaczęłam nasłuchiwać. Jakikolwiek odgłos bawiącej się, kłócącej z Rudolfem, czy też mamroczącej do siebie Fruzi byłby dla mnie wystarczającym znakiem, że wszystko jest ok, nic niepokojącego się nie dzieje, możesz matka odkurzać dalej. Ale cisza była naprawdę głucha. Taka, że nic a nic, nawet muchy akurat nie brzęczały. Westchnęłam więc, zastanawiając się, co też tak stonowało tę głośną zazwyczaj dwójkę i powlokłam się do kuchni. Wystarczył mi jeden rzut oka przez okno na ogródek nasz i sąsiadki z góry, żebym wybiegła z domu jak oparzona.

Fruzia stała na drabinie w ogródku Zamroczonej. Była w połowie drogi na murek. Rudolf zaś spokojnie skubał sobie trawę u jej stóp, zupełnie niezainteresowany poczynaniami siostry.

Zamroczona też dojrzała ich z okna i wybiegła z domu w tym samym momencie co ja.

- Fruziu, zejdź natychmiast, nie wolno wchodzić na drabinę - powiedziałam najspokojniej jak się dało, choć miałam wrażenie, że tylko ja z zebranych dostrzegam ten swój stoicki spokój i zimną krew. Znów zero uznania ze strony otoczenia.
Mała spojrzała na mnie niewinnie, ale posłusznie zaczęła wracać na ziemię, coś tam do siebie mamrocząc pod nosem.
(- I już zaczyna pyskować! - pomyślałam po raz kolejny w tym macierzyńskim życiu.)
- A ty... ty cholero jedna! - zwróciłam się z wyrzutem do Rudego. - Ty miałeś jej pilnować!
Sierściuch machnął kitą na znak, że przecież właśnie tak wygląda jego pilnowanie - w końcu jest tam, gdzie ona, prawda? - po czym wyluzowany wrócił do wpieprzania trawy. Wegetarianin się znalazł, psia mać!

Tamtego dnia trochę się wystraszyłam, ale kolejne dwa razy, kiedy ściągałam Fruzię z drabiny Zamroczonej dokładnie z tej samej wysokości, trochę mnie uspokoiły. I rozbawiły.
- Ty naprawdę nie odpuszczasz! - rzuciłam po cichu w przestrzeń. - Zawsze wracasz, zawsze, choćby z najmniejszą pokutą!

I chociaż nie mogłam jej zobaczyć, dosłownie czułam, że się uśmiechnęła.

Do Fruzi też wróci w odpowiednim momencie. :-)

O tym, co robię w pracy, kiedy (nie) uczę

- Fruziu, jutro jest ostatni dzień naszych prawie-wakacji - oznajmiłam córce tonem dalekim od żałobnego. - Od poniedziałku wpadamy w szpony rutyny - dodałam.

Założę się o bloga, że to kwestia tej pracy, w tym miejscu i z tymi ludźmi. Po raz pierwszy w tym życiu tutaj przepracowane lato wciąż miało smak lata, odliczanie do weekendu wiązało się jedynie z oczekiwaniem na więcej czasu razem lub kolejny wypad przed siebie, a perspektywa nowego roku szkolnego nie wydaje się końcem świata. Choć i tak w placówce nikt zdaje się nie wierzyć w moje zapewnienia, że było fajnie. Wciąż tylko bless you! na zmianę z poor you! od tych, co to świeżo po Hawajach. Jeszcze chwila, jeszcze momencik, a na ołtarze mnie wyniosą. Męczennica koledżowej ławy niosąca kaganek oświaty integrującym się w Królestwie przybyszom. To o mnie. A w zasadzie mogłoby być o mnie. Mogłoby, gdyby nie ten drobny fakt, że w na wpół opustoszałym koledżu mogłam wreszcie poczuć się jak na czerwonym dywanie wśród klikających na mój widok kserokopiarek błysków fleszy, oraz to, że moi kursanci zadbali o iście radosną atmosferę w klasie. Jak na lato przystało. I doprawdy cieszę się, że nikt w najbliższym czasie nie zamierza przepytywać mnie z zakresu moich zawodowych obowiązków, bo gdybym miała wyrecytować taki na podstawie ostatnich dwóch miesięcy, ręczę identyfikatorem otwierającym mi wszystkie koledżowe drzwi, że byłby to poemat zupełnie inny od tego, jaki dostarczono mi na papierze niespełna rok temu.

Tylko wczoraj na jednej trzygodzinnej sesji niańczyłam dziesięciomiesięcznego, czarnookiego skrzata, który usiłował zjeść długopis, kartkę i jednocześnie własną dłoń, podczas gdy jego rodzice rozwiązywali krzyżówkę o intrygującym tytule 'Jobs', umawiałam do-dziś-nie-wiem-kogo (kuzyna kolegi kuzyna kursanta?) na wizytę w szpitalu na oddziale ortopedii, brata mojego kursanta na spotkanie w job centre, szukałam odpowiedzi na pytanie, czy w Krainie Deszczu można zdawać egzamin na prawo jazdy po arabsku, rozmawiałam o spawaniu, o którym nie wiem nic oraz drukowałam bilet do Londynu. I to chyba oczywiste, że nie dla siebie.

Wcześniej zresztą też było wszystko.

Ktoś koniecznie chciał kupić mój samochód, ale że Mikruska pomyślnie przeszła ostatnie em-oł-ti, nasz związek jeszcze się nie rozpadł, wobec czego rozżalony samozwańczy kupiec znalazł sobie na ebayu Mikrusowego sobowtóra, o czym nie omieszkał mnie poinformować pewnego poniedziałkowego poranka, triumfalnie wymachując mi zdjęciem w telefonie przed nosem. Wiedziałam, że ja i Mikruska jesteśmy lokalną atrakcją, ale żeby aż taką, by od razu iść w nasze ślady?!

Ktoś odmówił napisania testu diagnostycznego. I żeby jeszcze odmówił i kropka, nie kruszyłabym kopii, ot, uznałabym, że ma testofobię. Albo że po prostu ma na mnie alergię. Ale nie, on odmówił, bo uznał, że jak tylko własnoręcznie postawi jakikolwiek znak graficzny na podsuniętym mu pod brodę papierze, ja ten cenny znak natychmiast oddam do urzędu imigracyjnego, coby delikwenta legalnie przebywającego w Królestwie wydalić na mocy nieistniejących przepisów. Potrzeba było czterech innych osób, siedemnastu pieczęci od dwudziestu niezależnych od siebie instytucji oraz tłumacza przysięgłego, aby wy-tłumaczyć nowemu nabykowi, że test jest bezpieczny. Długopis również.

Jeszcze ktoś inny nie mógł przestać zapraszać nas na lunch. Wszelkie wiarygodne i niewiarygodne wymówki skończyły się mnie i pomagającym mi - wedle nomenklatury Ojca Dyrektora - asystentkom w okolicach czerwca. Argument, że Kraina Deszczu nie przewiduje relacji uczeń - nauczyciel wykraczającej poza koledżowe mury, nijak nie trafiał do Mojżesza. Nawet wtedy, kiedy z pomocą słownika wyklepałam mu go - ten argument znaczy - na klawiaturze.
- Teacher! - Mojżesz uczynił w powietrzu nieokreślony ruch dłonią, a twarz wykrzywił w dziwnym grymasie trochę przypominającym mi złoszczącą się Fruzię.
(Może mnie właśnie przeklął w imię Allaha?)
- Teacher, no worry, it's ok!
Po czym ponowił zaproszenie.

I właśnie wtedy jedna z moich nieocenionych asystentek wpadła na pomysł, że skoro my nie bardzo możemy na ten lunch, to niech ten lunch do nas przyjdzie! Jak nie Mahomet do góry, to góra do Mahometa. Albo jakoś tak. Nawet etnicznie się zgadza. Miesiąc i osiemdziesiąt przypominajek później na koledżowe ławy wjechało syryjsko-polsko-angielskie jadło, a mnie aż zatkało nie tylko od tego, co właśnie mieliło moje jakże nagle egzotyczne podniebienie, ale przede wszystkim z wrażenia, że oni to jedzenie naprawdę tak na serio, serio, śmiertelnie poważnie traktują. W sensie - jaki McDonalds? Jakie KFC? Domowe żarcie, poczynione dłońmi żon i matek lub co bardziej do przodu mężczyzn, to podstawa nie tylko ramadanu, nie tylko przeżycia, ale przede wszystkim satysfakcjonującego lifestyle'u. Czego akurat Kraina Deszczu powinna się od nich uczyć. A jedliśmy między innymi to:


Przepis na kurczaka w galarecie made by Inżynier oraz na rolmopsy made by Aldi Wam daruję. Zdradzę tylko, że galareta się przyjęła.
- Yes, teacher, thank you, I take it for my wife - z aprobatą przyjął Mojżesz moją propozycję rozparcelowania resztek jedzenia na kilka domów.
Śledzie zaś niekoniecznie.
- I'm allergic to seafood! - wykrzyknął Fadi płynną angielszczyzną.
W ostatniej chwili powstrzymałam parsknięcie buzią pełną dziwnych liści. Nie mogłam bowiem przypomnieć sobie, kiedy ostatnio usłyszałam od Fadiego równie piękne zdanie w języku tubylców. Wygląda na to, iż potrzeba (strach?) jest matką lepszej komunikacji.

Inżynier zaś ze stoickim spokojem przyjął powrót rolmopsów do naszej lodówki.
- Super, miałem nadzieję, że nie będą im smakowały! - uśmiechnął się chytrze.

Zupełnie jak Fruzia.

O życiu na czterech kółkach

Przytarłam dzisiaj koło o krawężnik przy Różowej. Nie z mojej winy. Rzecz jasna. Wyjazd z parkingu jest wąski jak szyjka od butelki po złocistym napoju bogów, a ktoś z personelu Chmurki bądź przyklejonej do niej szkoły nagminnie zostawia auto w jego najwęższym odcinku, na zakręcie. Nie pomógł fakt, że niemal leżałam na przedniej szybie, sunąc przed siebie dystyngowanym tempem królowej szos (czyt: na dwójce). W pewnym momencie poczułam charakterystyczne szuranie o burtnik, auto jeszcze bardziej zwolniło, choć wydawało się to niemożliwe, a ja poczułam dreszcz emocji dostępny tylko dla uprzywilejowanej grupy kierowców, a do niedawna całkiem niedostępny dla mnie.

- No proszę! - powiedziałam do siebie głośno, całkiem z siebie zadowolona. - Jutro minie 7 miesięcy od mojej pierwszej samodzielnej jazdy, a ja dopiero dziś nie wyrobiłam na zakręcie!

Poczułam, że należy mi się jakiś order za potencjalne ocalenie wielu istnień dzięki bezkolizyjnej jeździe.

Raz co prawda straciłam panowanie nad kierownicą, na ułamek ułamka sekundy, kiedy usiłowałam złapać lecącą z przedniego siedzenia w dół butelkę z wodą, ale szybko nauczyłam się, że te ułamki ułamków sekund mogą mnie za drogo kosztować. I och, nie o Mikruskę mi chodziło, o nie. Ona nie z tych, co to płaczą nad złamanym paznokciem, zarysowanym lakierem lub straconym kołpakiem, bez którego jeździmy już kolejny (czwarty) miesiąc. Ona z tych twardych kobiet, co to żadnej przygody się nie boją. Wtedy o mały włos nie wylądowałam w krzaczorach, ale przecież w prawdziwym życiu są rzeczy znacznie gorsze niż krzaczory. Zające na przykład. Albo lecące znienacka na maskę wielkie piankowe maty do ćwiczeń (że tak zacytuję samą siebie z tamtego kwietniowego dnia - co to, kurwa, jest???), kiedy ty pędzisz z zawrotną jak na twoje świeżo nabyte umiejętności prędkością 45 m/h. Wiecie, wiatr we włosach, zimny łokieć, Farna z głośniczków... Zaprawdę powiadam wam, szaleństwo.

Innym razem, przy cofaniu, nie zauważyłam wyjeżdżającego z parkingu auta i tylko dzięki Bogu i Karmie nie wjechałam mu tyłkiem w twarz. Rzecz się działa na początku mej kariery pogromcy dróg i była kolejną lekcją, którą skrupulatnie odrobiłam. Tamtego dnia nauczyłam się, że te wszystkie lusterka to naprawdę nie są po to, żebym widziała swoje odbicie z różnych stron. Ani nawet po to, żeby sprawdzić, co robi Fruzia wpięta w fotelik na tylnym siedzeniu.

Albowiem musicie wiedzieć, że awansowałam na szofera Fruzi!

Szoferowanie odbywa się cztery razy w tygodniu i trwa mniej więcej minutę w jedną oraz minutę w drugą stronę, do Różowej i z powrotem, ale same przecież wiecie, że nie długość, a jakość się liczy, prawda? (#qualityoverquantity). I to doprawdy w różnych dziedzinach życia. No właśnie. Toteż jeździmy. Kiedyś, kiedy jeszcze miałyśmy CZAS (czyt: wykupione dłuższe sesje w przedszkolu, coby mama miała szansę na bezkolizyjny powrót po pracy do domu), chodziłyśmy do i z Różowej pieszo, teraz jeździmy, bo luksusy się skończyły. W sezonie letnim mama nie traci więc tego cennego czasu na zbędne pierdoły typu dzienniki, głębokie rozmowy z kursantami, czy też inteletualne przemierzanie koledżowych korytarzy z plikiem Bardzo Ważnych Dokumentów pod pachą, i po zakończeniu zajęć po prostu wypycha swych uczniów za drzwi sali, tym bardziej rozgadanym pomagając obuwiem marki CCC, po czym wskakuje do Mikruski, każe jej zapiąć pasy i przygotować się na jazdę bez trzymanki, aby punktualnie o 12.45 stanąć w progu Różowej i jak gdyby nigdy nic oznajmić niewychowawczo:
- Cześć kochanie, pędziłam do ciebie jak szalona! Mam czekoladki w samochodzie!

Fruzia to kocha, uwierzcie mi. Swój fotelik, minutową jazdę i te czekoladki. Bądź lekko podtopione lody, które ekspresowo udało się mamie kupić na stacji, kiedy podczas szaleńczej jazdy zyskała minutową przewagę w stosunku do Przewidywanego Czasu Dotarcia Do Tego Miejsca Na Drodze. Fruzia zwykle wybiega z Różowej z rozwianymi lokami (pozostałość po kitce), z czerwonym od nadmiaru emocji licem, a zdarza się, tak jak dzisiaj, że w sandałach założonych na stopy odwrotnie niż czyni to reszta ludzkości w wieku 3+. Wybiega, rozgląda się po parkingu, bezbłędnie wyłapuje wzrokiem Mikruskę i wrzeszczy:
- Mummy! Car!
A mnie nieodmiennie strasznie to śmieszy, bo przecież nie sposób przeoczyć Mikruskę. Nie dość, że najmniejsza, nie dość, że najstarsza, to jeszcze z plamami na twarzy, bez kołpaka i z wielkimi P na froncie i zadzie. Zaprawdę powiadam Wam, nie ma bardziej uroczego stworzenia na naszej wiosce.

Osobny order przyznaję też sobie za podróże w nieznane. Och, to takie typowo wodnicze, nieprawdaż? Ruszyć przed siebie, nie mając pojęcia, dokąd się dotrze! Dokładnie tak czułam się pewnego poranka, kiedy po wieczornej prośbie szefa, abym w jego zastępstwie udała się do pewnej firmy w celu przetestowania językowych możliwości grupy potencjalnych kursantów w miejscu ich pracy, wsiadłam w auto, przeżegnałam się, odpaliłam - tylko w głowie, ale zawsze to coś - mapę Google i pojechałam po przygodę. Dotarłam i wróciłam, choć zupełnie nie wiem jak. Kiedy wreszcie ochłonęłam, udało mi się ustalić dwa fakty:
1. Nie jechałam trasą, której dzień wcześniej nauczyłam się na pamięć z Google.
2. W obie strony jechałam dwiema różnymi trasami, przy czym - patrz pkt.1
(Wygląda na to, że jak bym nie skręciła, wszystkie drogi prowadzą tam, dokąd chcę.)

Kiedy w miniony czwartek udawałam się w kolejną, nową podróż mojego życia, byłam lepiej do niej przygotowana. Google do mnie mówił, a ja jechałam. Kiedy Mąż Mój wrócił tamtego dnia do domu, oznajmiłam mu, że właśnie dostałam drugie życie jako kierowca. Z Google mogę jechać wszędzie, dosłownie wszędzie! Ten głos, te maniery, to zaufanie, które się między nami zrodziło...!

Może tylko pod naszą pocztę nie podjadę, bo nie za bardzo wiem, jak tam parkować.
Ani do tego miasteczka, gdzie trzeba wjeżdżać pod wielką górę.
Do Liz też nie każcie mi jechać, bo tam tak wąsko.
A w dużych miastach to z kolei za szeroko.

Ale tak poza tym to mogę jechać wszędzie!

O tym, że wszystko płynie. Albo rośnie. A czasem jedno i drugie.

7.58. Stoimy z Fruzią w recepcji Różowej Chmurki. Jak zwykle jesteśmy jednymi z pierwszych duetów rodzic-dziecko czekających aż punktualnie o ósmej personel Różowej otworzy przed nami wrota dziecięcej przechowalni. Jeden z niecierpliwych przedszkolaków naciska dzwonek. Świdrujący dźwięk rozlega się chyba w całej okolicy, mama impulsywnego małolata karci go spojrzeniem. Śmiać mi się chce na myśl o tym, co w tej właśnie chwili, dwie minuty przed godziną zero, musi dziać się w staff roomie.
- Chwila, mamy jeszcze całe dwie minuty - mówi zapewne spokojnie któraś z opiekunek, zawiązując sobie przedszkolny uniform wokół talii. Ten, w którym dziewczyny wciąż wyglądają jak kelnerki z amerykańskiej jadłodajni lat pięćdziesiątych. - Poczekają.
To o nas, rodzicach kłębiących się w poczekalni.
- Och, niech spadają - dodaje wściekle Plotkara. - Przecież wiedzą, że otwieramy o ósmej, po jaką cholerę znów wydzwaniają wcześniej?? A poza tym, nie rozumiem, jak ktoś, kto mieszka tuż za rogiem, może codziennie przyprowadzać dziecko PRZED ósmą, skoro wie, że będzie musiał poczekać te dwie, trzy minuty przed drzwiami??
(For fuck's sake. Na pewno doda 'for fuck's sake!')
Teraz ta mieszkająca za rogiem to ja. Zawsze na posterunku tuż przed. Bawi mnie myśl, jak bardzo muszę denerwować Plotkarę samym faktem grzecznego stania w korytarzu.

Opieram się o ścianę, wzrokiem wędruję po twarzach bobasów, toddlerów, przedszkolaków i szkolniaków, którzy w jednej z sal Chmurki, niczym w polskiej świetlicy, czekają na rozpoczęcie zajęć w przyległej podstawówce. Sporo nas tu dzisiaj, jak nigdy.
Połowę drzwi tarasuje chłopiec na wózku inwalidzkim. Ma nogę w gipsie. Siedzi bokiem do mnie i wciąż się wierci, więc nie widzę dokładnie jego twarzy. Rozmawia jednocześnie z dwoma kolegami.
- Jest złamana - mówi jeden z nich do drugiego z przejęciem. - Masakrycznie złamana!
Patrzę na połamańca, który raptem nawet z profilu wydaje się jakiś taki znajomy... Hm.. Ja go muszę znać... Tak, na pewno skądś go znam... Nie mam pojęcia skąd, ale zaczynam skanować twarz młodego milimetr po milimetrze.
 I nagle już wiem. No jasne, on był w pre-school, kiedy zaczęłam pracę w Różowej! Taki żywy, wesoły, wciąż gadający (o-boże-ile-on-gadał!) chłopiec. Ma na imię... no kurczę...mam to na końcu języka... Martin? Nie... George? Eee... nie, nie pamiętam, ale jego brat to chyba... nie, na pewno... jego brat to...
Patrzę odruchowo na jednego z chłopców rozmawiających z tym na wózku. I doznaję wstrząsu.

Lucas!

Przecież to Baby Lucas!

Baby Lucas, który rozkochał mnie w sobie już podczas mojej pierwszej wizyty w Różowej. Wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziałam, czy dostanę tę pracę. Ten Lucas na małych, tłuściutkich nóżkach, łobuz jakich mało, który kiedyś zwiał nam do plastikowego domku w ogródku, rozebrał się do naga i rozbawiony czekał, aż go znajdziemy. Ten Lucas. Baby Lucas.

Nie mogę w to uwierzyć. Mam przed sobą wysokiego sześciolatka, który w zasadzie w niczym nie przypomina tamtego bobasa. Teraz już wiem, że to on, bo obok siedzi jego brat, a do tego, co dopiero teraz zauważam, wciśnięta  w kąt recepcji stoi jego mama - wciąż w tym samym charakterystycznym uniformie służb specjalnych, po którym rozpoznawałyśmy ją z daleka.

Lucas, jego wciąż-nie-pamiętam-jak-ma-na-imię brat oraz ich mama pięć lat później.

Pięć lat to pestka. Pięć lat to nic naprzeciw wieczności. 1825 dni. Nie tak znowu wiele. Mniej więcej tyle, co nasz pobyt tutaj.

A ile się wydarzyło!

Pięć lat tutaj to w sumie osiem różnych miejsc pracy, dwie przeprowadzki, cztery in vitro, jeden proces adopcyjny, jedno dziecko, kilka dziwnych kolorów włosów, jedna grzywka, powrót za kółko, trudno-policzyć-ile lotów tam i powrotów tu. Dużo.

Ale pięć lat rozwoju od niemowlęcia do ucznia to cały kosmos. Miliard nowo nabytych umiejętności, tysiące wdrukowanych w młody umysł zasad, norm i przekonań. Przemiana z jajka w kurę. I to wszystko tuż pod naszym nosem, codziennie, w każdej chwili.

Czasem mam wrażenie, że nic się nie dzieje. No nic, panie, nuda, piwko pijemy. Same old, same old. I że to tylko jeden z wielu tak podobnych do siebie poniedziałków. A tymczasem dziś Fruzia po raz pierwszy odpowiedziała w przedszkolu na bardzo podchwytliwe pytanie:
- What's your dog's name?
- Rudolf - odrzekło rezolutne dziecię.
W domu zapytałam ją więc, jak ma na imię jej mama, skoro taka jest wszystkowiedząca. W odpowiedzi Tasman wrzasnęła przejęta:
- Mummy!
I rzuciła mi się na szyję. Zapewne porażona własną mądrością.

Nie będzie już drugiego takiego poniedziałku.

O tym, że każdy ma jakiegoś fisia

 Śladami Bridget:

- liczba letnich ciuchów i butów zapakowanych do walizki: 38
- liczba przeciwdeszczowych ciuchów zapakowanych do walizki: 5
- liczba wykorzystanych letnich ciuchów i butów: 0
- liczba wykorzystanych przeciwdeszczowych ciuchów: 2x5
- liczba deszczowych dni w ciągu czterech dni: 4
- wygrane w scrabble: 2
- przegrane w chińczyka: 3 (w tym 1, kiedy moimi pionkami grał Inżynier)
- ulubione słowo: ćul

(...)

Przeszła nie tylko kawał linii brzegowej jeziora, ale też i samą siebie, bo tylko raz w ciągu tych kilku dni wszczęła dziesięciominutową awanturę nie wiadomo o co. Uspokoiła się tak samo gwałtownie jak się wściekła i to by było na tyle. Cudowna odmiana po tygodniu pełnym rzucania różową zastawą o podłogę.

Rudolf przeszedł samego siebie, ale bynajmniej nie dlatego, że wędrował z nami niezmordowanie po krzakach, ścieżkach i pagórkach, tylko dlatego, że:
a) wędrował na smyczy i nikt nie doznał urazu stawu barkowego
b) właził po kamiennych schodach bez barierek, przy których normalnie uspokaja skołatane psie serce
c) sprawiał wrażenie kogoś, kto nie dość, że nigdy nie cierpiał na lęk wysokości, to jeszcze chętnie sprawdziłby, jak się skacze z wodospadu na rudy łeb (ewentualnie rudą dupę).
Nie bez powodu Inżynier kilka razy nieufnie przyjrzał się sierściuchowi i pouczył mnie troskliwie:
- Jeśli poczujesz gwałtowne szarpnięcie, natychmiast puść smycz, dobra? Jak mu coś odbije i będzie chciał skakać, to przynajmniej niech ciebie nie pociągnie za sobą.

(...)

Zapytani o drogę tubylcy odpowiadali uprzejmie:
- Jeszcze jakieś dwie mile, potem w prawo, bo jeśli pójdziecie w lewo, nie dacie radę z tym wózkiem, ścieżka idzie stromo pod górę i jest zbyt wąska.
Byliśmy jedyną taką ekipą na trasie: czworo dorosłych, dwa psy, roczniak w wózku i dwulatek.

Poszliśmy w lewo. Skoro dzień wcześniej zdobyliśmy pół wodospadu, damy radę zdobyć pół jeziora.

Po tym kilkugodzinnym spacerze natychmiast rozgrzeszyłam się z moich niezrealizowanych planów biegowych w ostatnim dwuleciu.

(...)

Frytki, żelki i parówki na główne. Na deser lody i apple. Żaden Happy Meal nie wygra z takim zestawem. A wszystko oczywiście organic. Prosto z krzaka.

(...)

Inżynier twierdzi, że pierwszy raz widział mnie w takim stanie, choć przecież trzymałam formę. Takim widziałem-że-zależy-ci-na-wygranej stanie. I że to chyba dlatego, że czytam tyle książek, a do tego stukam w klawiaturę, a ktoś kto czyta książki i stuka w klawiaturę czuje towarzyską presję i zapewne chce wygrać potyczkę na słowa.

Phew! Gdzie on był przez ostatnie dziesięć lat??

Przecież to oczywiste, że ktoś, kto całe życie przegrywa w karty, kości, warcaby, monopol i - najnowsze odkrycie - w chińczyka, ten jak brzytwy uczepi się literówek.

(...)

Nie uwierzyli mi - nomen omen - na słowo, że fiś to fiś, a hyś to hyś. Wujek google zawiódł, nie łapiąc aluzji fis z angielskiej klawiatury. Ugryzłam się w język, w ciszy przełknęłam fakt, że w czwartej klasie dostałam szóstkę z dyktanda, bo jako jedyna napisałam poprawnie oryginalny, a następnie udławiłam się zakupowanym (dopuszczalne w grach).

Inżynier chyba miał rację. To nie dlatego chciałam wygrać, bo we wszystko przegrywam. Chciałam wygrać, bo przecież fiś to fiś, do jasnej cholery!

I tak sobie myślę, że dobrą ścieżkę kariery obrałam. Tam mogę być sobą, otoczona literami i słownikami, i jeśli mówię, że tak jest dobrze, to tak jest dobrze, czy cała sala mnie słyszy??! Nawet jeśli jest źle.

Za to w chińczyka grało się cudownie. Przecież i tak miałam przegrać, więc jaki luz!

(...)

To zadziwiające, że wystarczy zmienić własne krzaczory na oddalone kilkaset kilometrów od domu inne krzaczory, a już człowiekowi jakoś wznioślej na duszy.

Lake District jest piękne nawet w deszczu. I sprawia, że tęsknię do polskich krajobrazów.

(...)

Ostatniej nocy przyśnił mi się hinduski chłopiec, moje key child z Różowej. Trzymałam go na ręku, takiego już dobrze wyrośniętego, kilkuletniego, i wiedziałam, że to jest nasz syn, którego właśnie zamierzamy adoptować. Social services najwyraźniej dały ciała, bo młody ani nie był młodszy od Fruzi, ani kulturowo z nami zgodny.

No chyba, że to był sen z dalekiej przyszłości, w której to Fruzia zbliża się do dziesiątych urodzin, my mamy w kieszeniach deszczowe paszporty-umożliwiające-cuda-na-kiju, a ja już dawno jestem po szalonym weekendzie w Paryżu z Kotem i Warszawianką. A to z kolei oznacza, że mam w tym śnie ponad czterdzieści lat. Być może nawet planujemy wówczas z dziewczynami tydzień w Las Vegas na kolejne dziesiąte urodziny.

I pomyśleć, że w ciągu całego pobytu nad deszczowymi jeziorami tylko jeden raz pomyślałam, patrząc na syna naszych przyjaciół, że to byłoby w sumie dość ciekawe mieć chłopca. Po całym tym różu, lokach i spinkach.

(A potem natychmiast to odwołałam. Potrzebuję jeszcze więcej spinek i loków.)

(...)

Niebezpiecznie podążam w stronę abstynencji. Nawet kiedy okoliczności stają się barowo sprzyjające, a osobisty i umęczony toddler śpi bezpiecznie w objęciach równie umęczonego Rudolfa, prędzej zasnę z głową na planszy, upojona zwycięstwem w walce na słowa niż alkoholem. W przeciwieństwie do Męża Mego i jego towarzysza. Choć, mówiąc szczerze, ich złota era sprzyjających okoliczności i możliwości z biegiem lat i pojawiających się nie-wiadomo-skąd-i-jak dzieci również oddala się od nich coraz gwałtowniej.

Może kiedy adoptujemy sobie hinduskiego chłopca, oboje obierzemy przeciwny kierunek.

Liz twierdzi, że raczej na pewno.

I że to jedyny właściwy kierunek.

O sile przyzwyczajenia

Co wieczór Fruzia odgrywa swój spektakl.

Po wyjścu z łazienki, ubrana w piżamę i uzbrojona w smoczka najpierw układa na łóżku stos książek, które należy jej przeczytać, a następnie podekscytowana na łeb na szyję pędzi do salonu, ewentualnie kuchni, w której rządzi tata, i sprzedaje mu swoje mokre całusy. Cmok, cmok, głośne pa pa, po czym przychodzi czas na Rudolfa tradycyjnie rozwalonego w pokoju na lewej połowie sofy. Prawa jest dla Inżyniera. Soczysty buziak w czubek wyblakłego psiego nosa, krótki głask po rudej czuprynie, kolejne głośne pa pa, które Rudolf lekceważąco ignoruje i już Fruzia wrzuca wsteczny. Choćby nie wiem jak zmęczona była, jak wściekła, rozgoryczona, czy sfochowana - jeśli nie jesteśmy poza domem, kolejność wydarzeń musi zostać zachowana.

Miniony weekend spędziliśmy w Cardiff. Fruzi bardzo nie spodobał się fakt, że nie mogliśmy zabrać ze sobą Rudolfa. To dziecko szalenie dba o więzi rodzinne.
- Mummy? - pytała, kiedy opowiadaliśmy jej, że zaraz ruszamy na małą  wycieczkę.
- Tak, mama jedzie - odpowiadaliśmy.
- Dada? - kontynuowała wyliczankę Fruzia.
- Tak, tata też jedzie. I Fruzia też. Mama, tata i Fruzia - dorzucałam na wszelki wypadek.
Tasman najpewniej czuje się w towarzystwie wszystkich członków rodziny i nie lubi, kiedy kogoś brakuje.
- Rudolf? - padało wtedy kolejne nieuniknione pytanie.
- Rudolf też jedzie, ale do kolegów na wakacje - tłumaczyliśmy.
Do psiego hotelu czyli.
Znaleźliśmy w końcu jeden, z którego korzystamy raz w roku w niespodziewanych okolicznościach przyrody, kiedy znajomi nie mogą przygarnąć naszej psiej mordy do siebie, i z którego to hotelu Rudolf nie wraca zdziczały albo obrażony.
- Rudolf no? - Fruzia nie ustawała w próbach przeciągnięcia nas na jasną stronę mocy.
- Nie, Rudolf nie jedzie, ale nie martw się, bo będzie się dobrze bawił, a w poniedziałek go odbierzemy.

I tak przez dwa dni. Bezradnie rozłożone ręce, pytająca mina i jego imię na jej ustach od rana do wieczora.

Wróciliśmy w niedzielę, ale było już za późno, żeby odebrać sierściucha. Wytłumaczyliśmy Fruzi, że następnego dnia po lunchu odbiorę ją z przedszkola i razem pojedziemy po Rudolfa. Młodzież przyjęła do wiadomości, poszła się wykąpać, wskoczyła w piżamę, ułożyła stertę książek na łóżku, po czym w te pędy ruszyła do salonu, żeby dać Inżynierowi buziaka na dobranoc.
- Śpij dobrze, Fruziaku, kocham cię - powiedział on.
- Pa pa - wykrzyknęła Tasman.
I spojrzała na puste miejsce po lewej stronie sofy.
- Pa pa - szepnęła i królewsko pomachała kanapie dłonią.

A potem pochyliła się, zostawiła mokrego całusa na Rudolfowym siedzisku i pobiegła do swojej sypialni.

Pogubiliśmy kapcie ze śmiechu.

Siła przyzwyczajenia.

A może po prostu siła miłości.

O dzieciach naszej córki

Nie planowaliśmy tego zakupu, ale ten bobas tak prosząco patrzył mi w oczy, że nie mogłam mu się oprzeć. Siedział w ostatnim rzędzie stoiska, wciśnięty między inne lalki, lekko tylko przykurzony, w błękitnych śpiochach i takiej samej czapeczce. Moje zaprawione w bojach oko matki natychmiast zarejestrowało, że mały ma w gumowej buzi smoczka, a o małe, pulchne nóżki oparta jest butelka na mleko. Natychmiast pomyślałam, że Fruzia, która nie miała szansy zauważyć małego na wysokim stoliku, na pewno marzy o wielodzietnej rodzinie, że przydałby się jej chłopiec, bo przecież dwie córki już ma, i że nie będzie miała nic przeciwko nieoczekiwanej adopcji w ten niedzielny, car bootowy poranek.

To się chyba projekcją w psychologii nazywa.

Ale miałam rację. W chwili, gdy spotkały się spojrzenia tych dwojga, narodziła się kolejna macierzyńska miłość Fruzi.

Szła przez pole targowiska totalnie pochłonięta swoim nowym dzieckiem. Nie zraził jej ani upał, ani tłum ludzi, przez który musieliśmy przemykać do kolejnych stoisk, wciąż ponaglając zaaferowaną i wędrującą w tempie ślimaka Fruzię, ani waga dziecka, które okazało się być w wieku 3 miesiące plus i najwyraźniej nie narzekało na brak apetytu. Zaprawdę powiadam Wam, ciężki ten nasz nowy wnuk, a jednak Fruzia jakby zupełnie tego nie zauważała. Tuliła, karmiła, na przemian wkładała i wyjmowała mu z buzi smoczka, kołysała i coś tłumaczyła. Być może zapewniała o dozgonnej miłości, opowiadała, jak długo na niego czekała albo pokrótce przedstawiała historię naszej rodziny. Opieka społeczna byłaby zachwycona taką adopcyjną mamą.

Trochę obawialiśmy się, jak na powiększenie rodziny zareagują dwie córki Fruzi, a szczególnie Różowa Bobaska, bo Mała jakoś nie wydawała nam się typem zazdrośnicy, ale trzeba przyznać, że dziewczyny spisały się na medal. Od razu zaakceptowały brata i godnie zniosły chwilowy brak czasu mamy Fruzi dla starszych dzieci. Zresztą, jak tylko Fruzia zakończyła ten pierwszy miodowy tydzień z nowym synkiem, równo podzieliła swoją uwagę między wszystkie dzieci.

Jest więc nas... sporo.

Spacery udaje się odbywać w towarzystwie jednego psa, jednego toddlera, jednego małego wózka i jednego leżącego w nim wnuka bądź wnuczki, ale ze spaniem nie jest już tak prosto. Fruzia zasypia we własnym łóżku otoczona gromadką swych dzieci, ale nad ranem tradycyjnie i głośno domaga się transportu do naszej sypialni również ze swoim potomstwem. O takich dzikich porach, wyrwana ze snu i po omacku torując sobie drogę do jej pokoju i z powrotem, to ja ledwie sama mogę trafić w otwór drzwiowy, a co dopiero z toddlerem i trzeba bobasami na rękach. Z czego dwoje z nich naprawdę dużo waży. A kiedy już jakoś uda mi się znaleźć łóżko i ułożyć na nim tę czwórkę, nagle okazuje się, że dla mnie nie ma już miejsca...

Ale serce topnieje, kiedy nie nich patrzymy. Podglądamy ją ukradkiem, kiedy układa swoje dzieci do snu. W tych jej ruchach widzimy samych siebie i przedszkolanki z Różowej. Delikatne poklepywanie po plecach, całowanie w czoło i głaskanie po głowie to my. Sadowienie się pomiędzy dwoma leżącymi bobasami i zakreślanie kółek na ich brzuszkach to moje koleżanki z Chmurki. Tak je pamiętam i tak je widzę każdego popołudnia po lunchu, kiedy odbieram Fruzię z przedszkola. I ta czułość w jej oczach. Jakby naprawdę tuliła żywe, potrzebujące opieki dzieci.

Nie wiem, czy przeniosłaby tą swoją miłość na prawdziwego, wrzeszczącego po nocach brata lub siostrę, ale ilekroć widzimy ją w otoczeniu tych swoich gumowych dzieci, bardzo żałujemy, że nie możemy się przekonać, jak by to było. Teraz. Teraz właśnie.

Jest bardziej niż gotowa na rodzeństwo.

O tym, czego wciąż jeszcze nie wiem

Środek zajęć. Dzień jak co dzień, nic specjalnego się nie dzieje, może oprócz tego, że zbliżamy się do przerwy i moich kursantów zaczynają w ławkach boleć tyłki. Jeden z nich kręci się niespokojnie, widzę, że marzy już o kawie. Nagle podnosi się z krzesła, zmierza do drzwi, tuż przed wyjściem z sali odwraca się do mnie i wskazując dłonią korytarz mówi łamaną angielszczyzną:
- Teacher, please, can I talk?
- Teraz? - pytam zdziwiona. - Czy to nie może poczekać do przerwy za kilka minut?
Nie, okazuje się, że nie.
Przerywam więc zajęcia, proszę moją wolontariuszkę o kontynuowanie zajęć, a sama wychodzę za Mojżeszem. (- Masz asystentkę w klasie? - pyta dumny Ojciec Dyrektor. - Oj tam, wolontariuszkę, która mi pomaga - prostuję. - Czyli asystentkę! - pręży klatę Ojczulo.)
- Co się dzieje? - pytam.
Mojżesz zaczyna tłumaczyć. Niewiele z tego rozumiem, bo jest bardzo poddenerwowany, język go zawodzi i coraz bardziej daje się ponieść emocjom. Po kilku prośbach, żeby się uspokoił i postarał powiedzieć wszystko jeszcze raz, wol-niej, dociera do mnie, że oto trafiliśmy na kulturową minę. Bo on spojrzał nie tam gdzie trzeba, a teraz ona oskarża go o gapienie się na nią.
- Ale zaraz, zaraz - próbuję go wyciszyć. - Przecież ja jestem w tej klasie cały czas, nie zauważyłam, żebyś zachowywał się niestosownie.
Żeby ktokolwiek kiedykolwiek.

Nawet wtedy, kiedy na tablicy interaktywnej przez pomyłkę i na kilka sekund pojawiły się dziewczyny w bikini. Nic zdrożnego, ot, laski, jakich pełno na plaży i na billboardach reklamujących kobiecą bieliznę. Chciałam wklikać 'hot food' w wyszukiwarkę, żeby wytłumaczyć przymiotnik, ale jakimś cudem wujek google się ze mnie zaśmiał, akceptując tylko pierwsze słowo. Na tych kilka sekund w klasie zapadła cisza, a spojrzenia zebranych rozbiegły się na wszystkie strony.
- Przepraszam, klawiatura mnie dziś nie słucha - powiedziałam.
Wyobraziłam sobie reakcję chłopaków w moim dawnym technikum na taką pomyłkę.
A tu nic. Grobowa cisza.

Poprosiłam ją na rozmowę. Wyszła z ławki wściekła, gdyby mogła, zabiłaby mnie i jego samym spojrzeniem.
- Chciałabym rozmawiać w obecności tłumacza - odezwała się zdecydowanie, zanim na dobre zamknęły się za nami drzwi.
Och.
Odruchowo się wyprostowałam. Przybrałam ton profesjonalnego doradcy, terapeuty i prawnika w jednym. Albo przynajmniej tak mi się wydaje.
- Posłuchaj, to trochę moja wina, bo to ja poprosiłam Mojżesza, żeby odwrócił się do chłopaków z tyłu. Pamiętasz? Mieli pracować w grupie. Może spojrzał na ciebie przez przypadek, naprawdę nie wydaje mi się, żeby robił coś celowo złego - zaczęłam.
W odpowiedzi usłyszałam, że to nie pierwszy raz, że on się na nią często patrzy, że jak dalej tak będzie, to jej noga więcej w tej szkole nie postanie.

Zrobiło się gorąco.

- Słuchaj Gabi, porozmawiam z nim jeszcze raz, a tobie mogę obiecać, że będziecie teraz siedzieć po przekątnej i nikt nie będzie się do nikogo odwracał, dobrze? Może tak być?
Trochę się uspokoiła. Miałam nawet wrażenie, że jakby odetchnęła. Wróciła do klasy, a ja zarządziłam przerwę.

W poniedziałek rano weszłam do klasy z plikiem pokserowanych kartek w dłoni i mój wzrok natychmiast wychwycił w sali nieznajomą twarz.
- O, cześć, jesteś nowym kursantem? - zapytałam.
- Nie - usłyszałam w odpowiedzi. - Jestem mężem Gabi. Chciałbym z tobą porozmawiać o tym, co tu zaszło kilka dni temu.

Ups.

Dopiero w zeszłym tygodniu odważyłam się ustawić w klasie ławki w podkowę. Tak, żeby wszyscy mogli widzieć wszystkich.

W drugiej połowie maja powiedzieli mi, że niedługo zaczyna się ramadan. Ok, pomyślałam trochę beznamiętnie. A głośno zapytałam tylko:
- Będziecie dużo czasu spędzać na modliwie?
Chyba tylko z tym kojarzyłam ramadan. Modlitwa, meczet i jakieś bliżej nieokreślone święto religijne.
- No food, no drink - raptem bardzo się uaktywnili. - 19 hours a day.
Ja też tak jakby trochę się ocknęłam. Co też oni wygadują? 19 godzin dziennie?
- A jak długo? - zapytałam pdejrzliwie.
- Cztery tygodnie.

Cztery tygodnie!

Skromny posiłek przed trzecią nad ranem, następny po dwudziestej pierwszej. 

- Mhm - przytaknęła Wolontariuszka. Jak się okazało, znawczyni tematu.
- Przygotuj się na to, że przez cały czerwiec będą ci spać na zajęciach.
 I nie było w tym ani krztyny przesady.

W pierwszym tygodniu robili dobrą minę do złej gry. Żartowali, tęsknie wywracali oczami na słowo 'papieros', poklepywali się po pustych brzuchach. W drugim pilnowałam się, żeby w czasie przerwy nie wyjmować z torby żelków, które podkradłam Fruzi. Strasznie byli nieprzytomni, jednego z nich dwa razy wysłałam do domu z obstawą, bojąc się, że zasłabnie mi w ławce. Kobiety, co stwierdzam nie bez dumy, radziły sobie znacznie lepiej. Jakby przyzwyczajone. Trzeciego tygodnia wyglądali na zadowolonych z życia.
- To dobre dla ciała - mówili. - I dla umysłu.
Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Zanim wyjechałam na urlop, poprosili, żebym przypomniała zastępującemu mnie nauczycielowi, że w poniedziałek to ich na zajęciach nie będzie.
- A dlaczego? - znów nie skojarzyłam faktów.
- Koniec ramadanu - zobaczyłam ich radosne twarze. - Uczta!

Pomyślałam, że chyba nikt kogo znam nigdy nie poczuł takiej radości z samego tylko faktu, że wreszcie będzie mogł najeść się do syta.

Trochę mi głupio, że tak strasznie mało wiem o świecie, w którym żyję.

Fruzia - odsłona druga i pięć dwunastych

To było gdzieś w połowie maja.
- Mummy, poo! - wykrzyknęło dziecię w samym środku jakiegoś nieszczególnie powalającego aurą dnia.
Jednocześnie w mgnieniu oka Fruzia oszacowała nasze językowe zdolności i aby ułatwić nam rozszyfrowanie zagadki, złapała się za swój mały tyłek odziany w pieluchę. - Poo! - powtórzyła z mocą.
Sama nie wiem, co mnie bardziej wbiło w podłogę - fakt, że Fruzia wreszcie zdążyła poinformować nas o nadchodzącym wydarzeniu zanim przeszło ono w fazę "odbyło się", czy też to, że Tasman całkiem nieoczekiwanie złożyła dwa słowa w jakby-na-to-nie-spojrzeć zdanie. Z odpowiednią interpunkcją wiszącą w powietrzu i jeszcze odpowiedniejszą intonacją.

A więc to prawda, pomyślałam już po raz któryś w tym macierzyńskim życiu. Fruzinopodobni docierają do tych punktów wtedy, kiedy po prostu przychodzi na nich pora.

Poczekałyśmy jednak na więcej luzu i plam słońca. Zaczęłyśmy w miniony piątek i kiedy w ciągu dwóch godzin Fruziak siedem razy nie zdążyła na nocnik, za każdym razem szczerze zdziwiona, że to tak szybko, pomyślałam spokojnie, że pewnie chwilę to potrwa. A tymczasem od dnia numer dwa to ja pytam, szczerze zdzwiona: - To tak szybko? Nawet Inżynier zapomniał o właściwym odzianiu dziecka do przedszkola. Trzy godziny po zalogowaniu Fruzi w Różowej koleżanka zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy Tasmanowi mogą założyć pampersa, bo wprawdzie wspominałam o potty training, ale zapomniałam wrzucić do jej plecaka zapasu suchych majtek, a właśnie przydarzyła jej się mokra niespodzianka. Parsknęłam lekko nieprzytomnym śmiechem, wybita ze snu po nocnej zmianie u Seniorów. Przez sekundę wydawało mi się, że rozmawiam z własnym szefem i dość zabawne wydało mi się to, że ten porusza w rozmowie temat sikania, nawet jeśli tylko i na szczęście w kontekście mojej własnej córki. Ocknęłam się w ostatniej chwili.
- Tak, jasne, załóżcie jej pieluszkę.
Skoro wytrzymała trzy godziny, to znaczy, że jest gotowa podbijać świat.

Ona chyba też uważa, że dorosła, dając nam dobitnie do zrozumienia, że nocnik to było jedynie preludium do prawdziwego (u)życia, i natychmiast przesiadając się na toaletę. Komicznie wygląda na tym swoim siedzisku z hipopotamem, kiedy tak usiłuje zaglądać w czeluście sedesu, wygłupiając się przy tym i robiąc do mnie dzikie miny.
- Wee-wee! Mummy, wee-wee! - nawija jak nakręcona.
Oraz:
- Mimejakabagooo!
Cokolwiek to znaczy.
Uparcie powtarzam - siku? zrobiłaś siku? - ale młodzież tylko potakuje, a potem znów oznajmia w jej - cóż, nie bójmy się prawdy - ulubionym języku: - Yeś, wee-wee!

Wydawało mi się, że to przyjdzie troszkę później. Ta przewaga tutejszego nad naszym. Bo przecież w Piątej jedynie patriotyzm, hymn, flagi i stadionowe słownictwo, a ona nam, żeby dać jej apple.
- Powiedz mi, co ona chce, bo ja nie rozumiem - śmiała się Mamuśka z Fruzi, kiedy ta zaczęła się domagać więcej mleka.
More i more, a Babcia nic nie kapuje.
Niemal codziennie wyskakuje z czymś nowym. Był tractor w czasie spaceru, shoe po którejś (zapewne grubo ponad setnej) lekturze słownika obrazkowego dla toddlerów, purple przy układaniu pisaków w piórniku, black sheep, kiedy domagała się swojej ulubionej, a szczerze znienawidzonej przez matkę piosenki, oraz - znów ku memu bezbrzeżnemu zdziwieniu* - that book! wypowiedziane z takim naciskiem i taką artykulacją ti-ejcz, że natychmiast przyszło mi do głowy, iż moi dorośli i bardzo kumaci kursanci będą w stanie osiągnąć ten level nie wcześniej niż po wystąpieniu Krainy Deszczu z Unii. Czasem słyszymy, że liczy pod nosem klocki, przypadkowo łącząc w pary coś, co brzmi jak zlepki liczebników. Po cichu, tylko do siebie, jakby zawstydzona faktem, że nie do końca czuje, w którym to kościele tak dzwoni. Szy, one, da. Już się doliczy kieszonkowego.

Odgłosy zwierząt zgrabnie podzieliła na polskie (kum kum, gę gę), angielskie (baa baa, quack quack) oraz chińskie (iiii, yyyy, niii). Zdarza jej się brak konsekwencji (- Fruziu, to w końcu woof czy hau?), ale być może jest w tym jakaś logika, do której wyłożenia tępemu rodzicowi brakuje dziecięciu niezbędnych narzędzi lingwistycznych.

Jest oburzona faktem, że w tym kraju nikt nie sprząta na ulicy poo po swoich koniach.
Ja również.

Dla równowagi, ma swoje ulubione słowa w ojczystym (choć to też zależy od punktu widzenia i siedzenia) języku. (Choć po chwili refleksji nie jestem już taka pewna, czy to aby rzeczywiście ten język.) Siasia była z nami już zimą, ale Jami, Ten Właściwy Szwagierki, dołączył do naszego słownika dopiero po ostatniej ich wizycie w Krainie Deszczu. Czasem doprawdy trudno rozstrzygnąć, czy mowa o Janku, czy o suto zastawionym stole.
Bo Fruzia nadal lubi jeść. Tyle tylko, że aktualnie to najbardziej lody.
- Nie ma - rozkłada bezradnie ręce, kiedy po przyjściu z Różowej pędzi do zamrażarki i odkrywa, że w górnej szufladzie zrobiło się pusto.
- No nie ma, nie ma - powtarzam za nią, ciesząc się z tej naszej konwersacji w polskim narzeczu.
- Gone - dodaje po namyśle Tasman.
(Masz ci los! A tak nam dobrze szło!)
Fruzia długo nie rozpacza. Z trzaskiem zamyka zamrażarkę, domaga się orzechów, po czym bierze mnie za rękę i uprzejmym, lecz nieznoszącym sprzeciwu tonem zarządza:
- Choć.
To idę.

Do klocków, puzzli, lalek i książek.

To pewnie wszystko przez te książki. Różową Chmurkę i książki. Te książki, polskie i angielskie, które co rano ustawiam na białych półkach z Ikei, a które to Fruzia entuzjastycznie ściąga jedną po drugiej i układa w wysoką wieżę na łóżku tuż przed snem, a następnie każe je sobie wszystkie przeczytać. Wszystkie z dolnej półki, czasem w towarzystwie wybranych pozycji z górnych. Nie trzy, nie pięć i nie siedem książek, a dwadzieścia.
- Próbowałem oszukiwać... - wyznał kiedyś szeptem Inżynier.
I zanim zdążył dokończyć, niemal odkrzyknęłam z radości, że ja też, że jaka ulga, bo w takim razie nie tylko ja jestem okropna, i że och, trzymajmy sztamę, bo...
- ... ja pierdolę, to przecież czasem trwa godzinę! - przewrócił oczami on.
Co wieczór. Popołudniowe sesje mają osobny licznik.
Czasem w trakcie prowadzenia wieczornych zajęć zerkam na zegarek, myśląc, że tak, teraz to już na pewno śpi, taka zmęczona dziś była, a tymczasem ona wciąż jeszcze wykrzykuje more, sprawnie wyławiając spod łóżka strącone ukradkiem przez udręczonego ojca księgi i posyłając mu karcące spojrzenia za nieudolne próby oszustwa.
 - We're going on a bear hunt... - oczyma wyobraźni widzę, jak Inżynier znów wczuwa się w rolę. - What a beautiful day! We're not scared.
Pauza.
Fruzia patrzy w napięciu.
- No dawaj, teraz ty - lekki kuksaniec w cienkie żeberka.
To też rytuał.
- Uh-uh! - wykrzykuje dziecię, dumne ze swojej roli w narracji.
Kiedy wreszcie udaje się zapolować na niedźwiedzia, a potem schować przed nim pod kołdrę, Fruzia wydaje z siebie zabawne westchnienie ulgi.

Pamiętam, jak czytałam tę książkę toddlerom w Różowej. Zapewniałam wtedy samą siebie, że kiedyś przeczytam ją naszemu dziecku.

- Ja też jej muszę śpiewać, wiesz? - Inżynier ciągnął dalej wieczór zwierzeń.
Z "Fasolkami" nie ma problemu, to przecież pieśni naszego dzieciństwa, gorzej z tym, co klasyczne tutaj. Wielka księga stu przedszkolnych pieśni, którą Fruzia dostała na Gwiazdkę od sąsiadki, w okolicach wiosny została laureatką konkursu na najulubieńszą knigę, tytuł ten dumnie dzierży do dzisiaj i nic nie zwiastuje zmian.
Domyśliłam się więc, że jego też nie oszczędzi, choć wcześniej nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać,  jak on to robi.
- Jedną lub dwie zapamiętałem z tego, jak ty śpiewałaś, a resztę melodii wymyślam - pochwalił się tymczasem Mąż Mój. - Czasem Fruzia dziwnie na mnie patrzy, ale tylko czasem. Najczęściej się śmieje.
Ja też zaczęłam, kiedy Inżynier zaprezentował mi własną wersję "Lavender Blue". Nareszcie wiem, jak to powinno wyglądać!

Nie myślcie jednak, drodzy czytacze, iż samymi książkami rodzic Tasman jest dręczony, Inżynier ruszył bowiem ze swoim własnym zestawem tortur. Od niedawna w sobotnie poranki zwlekamy umęczone życiem ciała z łóżka, (niektórzy nawet nie myją włosów tego strasznego dnia!), po czym wieziemy Fruzię do szkoły gimnastyki. Jest dokładnie tak, jak myślicie i nie zamierzam się wypierać - Mąż Mój postanowił spełnić swe niespełnione ambicje za pomocą potomkini i uczynić ją złotą medalistką olimpijską w lekkoatletyce.
- Potrójną złotą medalistką - już słyszę jak mnie poprawia.
Potrójną.
Odkąd porzucił wizje czempionki speedwaya, poddałam się.
Z związku z czym pierwszy trening na bieżni, równoważni, trampolinach i innych dziwnych przyrządach został nagrany, rozesłany po Unii i oklejony kolorowymi etykietami w domowym archiwum. Niech spokojnie czeka na swoje pięć minut, kiedy wzruszony ojciec-trener będzie opowiadał o nim wśród błysków fleszy. (Ja, niczym kobieta wschodu, będę stała krok za mężem, odziana w kiecę od jakiegoś Dolce i Gabona, ukradkiem ocierała łzy i pocieszała się, że może chociaż to drugie dziecko spełni moje niespełnione ambicje i otrzyma literackiego Nobla.)

A Fruzia tymczasem spokojnie zwisa sobie z drążka i radośnie ląduje w basenie pełnym gąbek, w którym oboje z Inżynierem niemal pogubiliśmy skarpetki. Zupełnie nieświadoma pisanego jej (przez starych) losu królowej świata. Jakie to słodkie, prawda? (Wzrusz.)

Przyjaźń ze smoczkiem rozkwitła z mocą w Polandii, zakładam, że moim bystrym czytelnikom nie trzeba wyjaśniać, za czyją sprawą. Po powrocie do Krainy Deszczu z ulgą i tylko z dwiema lub trzeba aferami powróciliśmy do stanu sprzed.
- Dyduś jest do spania - mówimy, kiedy Fruzińska domaga się gumowego ustrojstwa.
Tasman potakuje skwapliwie, po czym teatralnie zamyka oczy, otwiera je, żeby sprawdzić, czy widzieliśmy, jak bardzo nagle zrobiła się zmęczona, składa ręce jak do pacierza, przykłada je do policzka, po czym zabawnie przechylając głowę na bok w języku migowym toddlerów oświadcza, że jest gotowa do snu.
- Idź się więc połóż - mówimy.
To taka nasza rodzinna gra. My wiemy, że ona wcale nie jest śpiąca, ona wie, że my wiemy, my wiemy, że ona wie, że my wiemy...
Fruzia idzie. Układa się na łóżku, zamyka oczy. Jedno z nas daje jej buziaka, życzy miłych snów i zostawia ją w sypialni.
Po trzech minutach drzwi do salonu głośnym łupnięciem walą klamką o przyległą ścianą. Fruzia stoi na progu, ogromnie z siebie zadowolona.
- Wyspałaś się już? - pytamy jak gdyby nigdy nic.
- Yeś.
Tasman oddaje smoczka i wraca do swoich zajęć.
 Miał rację ktoś z czytaczy, kiedy wieki temu stwierdził, że z pieluchami pójdzie nam szybciej niż ze smoczkiem. Zaprawdę powiadam Wam, prorocze to były słowa.

Życie toczy się więc dalej. Fruzia rośnie, czasem doprowadza nas do wrzenia, ale najczęściej rozśmiesza do łez. Robi miny, fikołki, biega, skacze, każe sobie malować paznokcie, usiłuje usypiać i tak śpiącego już Rudolfa, skwapliwie korzysta z przysługujących jej dwudziestu minut dziennie (oraz wszystkich nadrogramowych bonusów) na zabawę którymś z naszych telefonów, opala się w ogródku (przez całe pięć sekund) i dużo się mądrzy.
- Wczoraj cały dzień gadaliśmy tylko o tym, jak nam brakuje tego małego szkudnika - oznajmiła Mamuśka ze śmiechem, kiedy znów zobaczyłyśmy się po dwóch stronach monitora.

Moja Babcia nazywała swoje wnuki szarańczą.

Ja też coś wymyślę na swoje.

*Powiecie mi, że mam się tak nie dziwić głupio, skoro mieszkamy, gdzie mieszkamy, ale na próżno, kochani, na próżno. W moim życiu dzieją się rzeczy, o których na różnych jego etapach myślałam, że przydarzają się wszystkim innym i raczej / być może / pewnie nigdy nie przydarzą się mnie, jak na przykład dzieci, dwujęzyczne dzieci, mieszkanie za granicą lub prowadzenie auta - więc po prostu uznajcie mnie za przypadek nieuleczalny.