O tym, że być może to naprawdę koniec

Ojciec Dyrektor postanowił, że to koniec. A ja, niczym Przyszywany Brat, który na wieść o mym zamążpójściu oświadczył, że uwierzy, jak zobaczy, wciąż się z niego podśmiewuję. Nie tylko z niego zresztą, wszak wszystkim wiadomo, że to Mamuśka celuje w tych wszystkich "mam dość, to już naprawdę koniec!" Jedno i drugie od lat tylko się odgraża, a potem każdego ranka z pokorą wydeptuje te same szlaki.

W tę ich emeryturę to ja uwierzę, jak w końcu zobaczę.

Choć przyznaję, że coś wisi w powietrzu. Mamuśka i Ojczulo znaleźli wreszcie nowe lokum, Rodzinny Drapacz Chmur przez najbliższych kilka lat będzie czekał na moment, aż po latach rozłąki z Kocurem znów staniemy się sąsiadkami (o ile to Kocur do tego czasu nie zwieje z Town), a Ojciec Nasz jest aktualnie na etapie wyszukiwania sobie zajęć alternatywnych. Hobby czyli. Na tę rzekomą emeryturę. Bo znów wszystkim wiadomo, że co jak to, ale Ojciec Dyrektor na tej emerytce COŚ robić MUSI. Bo inaczej się udusi. Ewentualnie Mamuśka udusi jego. I dramat rodzinny gotowy. Wszyscy więc zadręczają Ojca jednym pytaniem.

ALE CO TY BĘDZIESZ NA TEJ EMERYTURZE ROBIŁ??

Zauważcie, że nikt nie pyta o to Mamę. Nikt. Mamuśka zawsze coś robi, nawet jak nic nie robi, więc może pierwszego września przez chwilę będzie zdziwiona, że nikt nie oczekuje jej sprawozdań na radzie pedagogicznej, ale potem rzuci się w wir robienia wszystkiego innego i to ją pochłonie bez reszty. Natomiast Ojczulo?

- No właśnie pracuję nad tym - zwierzył nam się niedawno Dyrektor.
(Czujecie tę prześmiewczość losu? Pracuje nad tym, co będzie robił jak przestanie pracować!)
I rapem bardzo się ożywił.
- Bo ja to bym chciał sobie na część etatu popracować w banku. Nie wziąłbym od nich dużo, tyle tylko, żeby trochę zarobić, ważne, że mógłbym sobie siedzieć i przekładać bankoty, wiecie, ja bym je sobie rachował, układał, tulił, głaskał... Jak w raju!

(Prawda, że każdy z Was tak właśnie wyobraża sobie niebo?)

Nawet Mąż Mój, który dotąd przysłuchiwał się majakom teścia w milczeniu, dał się porwać tej wizji.
- To wiesz co? To ty lepiej przyjedź do nas, zorganizujemy ci jakiś wolontariat w banku, kasy z tego może nie będzie, ale za to funty będziesz sobie układał w równe stosiki! Funty, nie jakiś tam złotówki!
Ojcu Memu aż się oczy zaświeciły ze wzruszenia.

Dlatego myślę, że trzeba będzie mu sprawić dobry prezent na tę przyszłoroczną, nową drogę życia, o ile Dyrektor faktycznie zdecyduje się na nią wkroczyć. Jakiś "Monopol" albo zestaw małego bankiera w rozmiarze XXL.

Bo jeśli Ojciec pozostanie z niczym, to wówczas wszyscy będziemy w poważnych kłopotach.

O tym, co skomplikowane

Mąż Mój pochodzi z katolickiej, bardzo wierzącej, praktykującej, a jednocześnie normalnej (to ważne) rodziny.  Jak nietrudno się domyślić, Drudzy Rodzice zaszczepili wiarę w Boga oraz szacunek do Kościoła swoim dzieciom. Wielka Szwagierka śpiewała w kościelnym chórze, a przynajmniej tak mi się wydaje, a mini Inżynier przez 10 lat posługiwał przy ołtarzu jako ministrant, od czasu do czasu podpijając mszalne wino ze swymi religijnymi współbraćmi. I szczerze wierzył w Pismo, upatrując w Kościele źródła życiowej mądrości.

Pamiętam nasze pierwsze wspólne Boże Ciało - nocowaliśmy u Chemików, poszliśmy spać w godzinach porannych, a o nieludzkiej porze, w okolicach ósmej ej em, Mąż Mój stwierdził, że idzie na mszę. Na mszę ORAZ na procesję. Na ciężkim kacu. Ja, pochodząca z bardzo mieszanej pod względem pobożności rodziny, byłam wówczas bardzo niesprecyzowana w kwestii własnej wiary i stosunku do Kościoła. Zakładam, że gdyby tylko istniała taka opcja, ustawiłabym sobie na fejsbuku status "związek z Kościołem: to skomplikowane". Myślę zresztą, że do dziś byłby on aktualny. Anyway, poszłam z nim wtedy na tę procesję, ale do dziś się śmiejemy, że od tamtego momentu to ja systematycznie sprowadzałam go na złą drogę, a nie on mnie na dobrą.

Bo wiele się zmieniło od tamtego czasu. Tak wiele, że Mąż Mój, tak oddany ministrant i parafianin, obecnie ma problem nawet z tym, aby pójść do kościoła w Święta. Role trochę się odwróciły. To ja - ta sama, która sprowadziła go na złą drogę - zwykle namawiam go na wizyty w świątyni Bożej dwa razy w roku. (Na Boga i Karmę, to faktycznie JEST skomplikowane!) Inżynier wciąż powtarza, że wierzy w Coś lub Kogoś Kto Nakręca Ten Świat, że wie, iż Kościół robi dla potrzebujących wiele dobrego, ale jednocześnie nie może patrzeć na te wszystkie praktyki, rytuały, ceremonie, kadzidła, konieczność spowiedzi... Brr! Nie wspominając o mieszaniu się Kościoła do polityki.
- Niedobrze mi się robi, kiedy patrzę na hipokryzję kościelnych głów - mawia.

Nic jednak nie oddaje lepiej jego aktualnego podejścia do Kościoła Katolickiego, głównie polskiego, niż jego sierpniowy komentarz do rzeczywistości.

Weszłam do pokoju i zastałam go stojącego przed telewizorem, plecami do mnie. Oglądał coś na Polsacie, całkowicie skupiony na tym, co przed nim, więc nie miał pojęcia, że stoję tuż za nim. Chciałam go o coś spytać, ale nie zdążyłam, bo naraz usłyszałam jak mamrocze do siebie półgłosem:

- Boszeeee...Święto Przemienienia! Wy się sami, kurwa, przemieńcie!

O wieczornych medytacjach

Stoję na szczycie wysokiej góry. Dookoła pocztówkowy krajobraz - przestrzeń, błękitne niebo, trochę niżej korony drzew. Rozpościeram ramiona, biorę głęboki wdech, na dwie sekundy przestaję oddychać, po czym zaczynam wrzeszczeć.
- Fruziuuuuuuuuu!
Powietrze drży. Chmury ptaków podrywają się z drzew z głośnym trzepotem skrzydeł.
- Fruziuuuuuuuu!
- ... uziuuuuu! ... uziuuuuuu! - zdaje się krzyczeć ze mną cała ziemia.
Jeszcze dwa razy. Albo trzy. Aż zaczyna brakować mi tchu.
Lepiej mi.

Przynajmniej w wyobraźni.

Bo tak naprawdę siedzę na brzegu łóżka, oddycham głęboko, usiłując znaleźć w sobie ten mityczny spokój i nawet odrobinę nie jest mi lepiej.

- Fruziu - mówię poirytowana. - Jak zaraz nie przestaniesz szaleć, to ja oszaleję!

A  do siebie szepczę:
- Zaraz pierdolnę sobie w łeb!

Fruzia zasypia po kolejnych dziesięciu minutach. Stres wieczornego usypiania mija, a ja...

Ja jestem z siebie dumna, bo to jeden z tych dni, kiedy po godzinnych przytulasach, śpiewankach i szeptankach, Fruzia tylko przez kilka minut podwyższała mi temperaturę ciała. Podgrzewała mnie na małym ogniu, można by rzec. A przecież potrafi doprowadzić do wrzenia i nie zmniejszać płomienia nawet na chwilę, aż do momentu, kiedy wszystko kipi i natychmiast zasyfia moje matczyne samopoczucie. Zawsze wtedy, kiedy już ochłonę i przestanę zagryzać zęby, wściekła o to jej godzinne kopanie, szamotanie się, rzucanie smoczkiem i lalkami, zawsze wtedy patrzę na nią jak śpi spokojnie, jak ooddycha rmiarowo, na te jej loki patrzę i myślę sobie, że durna jestem, bo powinnam się przyzwyczaić, nie wkurzać się, bo i po co, w końcu i tak zaśnie jak teraz, a poza tym popatrz sobie, matko głupia i pomyśl, co teraz czujesz. Miłość, czystą, matczyną miłość. I głaszczę ją i mówię jej, że i tak kocham ją najmocniej w kosmosie, nawet jak wkurza mnie nieziemsko. Następnego dnia znów przytulanki, szeptanki, śpiewanie. Luz i spokój, nawet jeśli ona w swym zmęczeniu znów zaczyna się szarpać. - To ostatnia faza przed właściwym zasypianiem - śmiejemy się z Inżynierem. Śmiejemy się aż do następnego razu, kiedy hormon stresu zalewa mi mózg. On sugeruje, że może ona sama już powinna, książeczka, buzi w czółko, dobranoc, papa, ale ja się uparłam jak muł bagienny, choć widzę wiele racji w jego rozumowaniu. Nawet spróbowałam raz czy dwa. Dramatyczne 'mummyyyyy!' dobiegające z jej sypialni wierciło mi dziurę w głowie, a ja, zamiast odpoczywać, stresowałam się jeszcze bardziej niż gdybym tam z nią była i odbywała jedną z naszych małych - wielkich sprzeczek. Więc wracam, jak bumerang wracam, mimo dobrych i prawdziwie życzliwych rad. Wracam, bo wciąż chcę, bo tak sobie wymyśliłam, ja sama, nie żadna matkapolka wtłaczająca mi do głowy, co powinnam, a czego nie. Wracam i widzę, że robię postępy w matczynym programie osiągania stanu oświecenia. Aż do następnego razu.

Wracam co wieczór, bo kiedyś ona i tak mi powie, że mam sobie iść. Da mi buziaka w czółko, powie dobranoc, zrobi zawadiackie papa i tyle mnie tam będzie.

A do tego czasu, zawsze wtedy, kiedy zawita  pms albo szczególnie dokuczy jesienna chandra, będę wdrapywać się na tę swoją górę i będę wrzeszczeć w wyobraźni do utraty tchu.

Albo w afekcie naprawdę pierdolnę sobie w łeb. :-)

O mummy, która długo była sad

Na drugie urodziny Fruzia dostała układankę. W jej skład wchodzi cała rodzinka drewnianych misiów - mama, tata, córeczka i synek. Cała zabawa polega na tym, aby w odpowiednio wyżłobione miejsca na drewnianej deseczce powstawiać misiowe główki, tułowia i nóżki w różnych rozmiarach, a to wszystko odziane w fantazyjne wstążki, kapelusze, spodnie, sukienki i co tam jeszcze misie noszą. Ubrania można układać w kolorystycznie dobrane zestawy lub pokierować się tasmańską fantazją, na przykład strojąc głowę rodziny w kapcie, dół od piżamy i puchową, zimową kurtkę. Bo kto zabroni?

Fruzia zakochiwała się w misiach powoli. W przeciwieństwie do mnie, bo ja straciłam dla nich głowę natychmiast. (Gdybym nie czuła się idiotycznie, zażyczyłabym sobie podobny zestaw na własne urodziny. Może tylko wymieniłabym większość garderoby mamy miś na coś bardziej modnego, bo nasze gusta jakoś się w tej kwestii rozjeżdżają.) W pewnym momencie pomyślałam nawet, że być może to po prostu nie jest to, co Fruzie lubią najbardziej i tyle. A tymczasem z początkiem lata uczucie zaskoczyło i rozwitło gwałtownie z pełną mocą. Co, nie ukrywam, trochę wpłynęło na moje własne uczucia do misiów (babie nie dogodzisz), bo wiecie jak to jest, kiedy zmuszeni jesteście towarzyszyć dziecku przy jednej układance jakieś trzydzieści razy dziennie. Wiecie, prawda? No właśnie.

Do tego Fruzia nie ułatwiała sprawy, bo od początku jest strasznie monotematyczna w kwestii własnego (córeczka miś) oraz mojego (mama miś) stroju. Jakimś cudem Rudolfa (synek miś) i tatę misia ubiera różnorako, siebie jedynie w nieśmiertelny różowy zestaw, a mnie... Szkoda gadać. Czarne buty z białymi skarpetkami, a do tego fioletowa bluzka. Fioletowa! Wszyscy wiedzą, że we fioletach wyglądam... fioletowo, a mimo to Fruzia uparcie stroi mnie w ten kolor. I gdyby jeszcze na tym się skończyło...

- Fruziu, czy mogłabyś zmienić mamie buźkę na uśmiechniętą? - pytałam spokojnie w czerwcu.
Nie, nie mogła.
- Mummy sad! - mówiła z mocą.
No dobra, niech jej będzie. Przecież nikt nie jest na okrągło wesoły, prawda? *
- Fruziu, ale zobacz, przecież mama dużo się uśmiecha - nalegałam w lipcu, szczerząc się przesadnie do Tasmana.
Misiowa mama wciąż tryskała na boki japońskimi łzami.
- Mummy sad! - wkurzało się dziecię, kiedy przemocą usiłowałam wyrwać z deseczki misiową głowę mamy.
- Fruziu, proszę natychmiast zmienić mamie twarz! - zażądałam na początku sierpnia.
No ileż można płakać??
Zaczęłam też zastanawiać się, czy przypadkiem mnie się tylko nie wydaje, że dużo się uśmiecham. Może Fruzia widzi we mnie wiecznie smutną i niezadowoloną z życia babę? Może...

- Fruzia bardzo często pociesza płaczące dzieci - powiedzieli mi w przedszkolu. - Wodzi palcem wzdłuża policzka, pokazując, że płyną im łzy. Dlatego naszym kolejnym krokiem będzie nauka słów wyrażających emocje. Na razie wiemy, że potrafi jedynie powiedzieć 'sad'.
Parsknęłam śmiechem.
Rzeczywiście, nagle dotarło do mnie, że pierwsze nieśmiałe 'happy' dopiero niedawno zaczęło wydobywać się z jej wnętrza. A więc to tak! Fruziak, mądrala, nauczyła się jednego słówka, nasłuchała się zawodzących bejbików z sali obok i teraz wszyscy na tym świecie są 'sad'!* Do końca dnia nie mogłam przestać się śmiać.

Kilka dni później udało mi się przekonać Tasmana, że mama chciałaby mieć radosną buzię w układance. Niech już te straszne buty i fiolety zostaną, ważne, że wreszcie - i bardzo wyraźnie - Fruzia zdecydowała, że 'mummy happy'.
- Mummy! Happy! - krzyczy teraz, kiedy wysypujemy kawałki misiowej rodziny na dywan.

Bo że tata miś od zawsze śmieje się pełną gębą, to chyba oczywiste? Nawet wtedy, kiedy werbalnie wszyscy wokół byli 'sad', tata miś pozostawał milcząco radosny. Od dnia numer jeden.

- Przeklęty napój bogów! - skomentowałam sobie kiedyś półgłosem. - To dlatego wciąż się tak szczerzy!

* Oprócz taty misia...

O karmie

Mój śp. Dziadek Stefan miał z nami, szarańczą, ciężkie życie. Nie dość, że chłopaczyska palili ogniska tuż przy wiśniach, chowając się w ich gałęziach i udając, że ich tam nie ma, a ten dym to w ogóle nie wiadomo skąd tam się wziął, to jeszcze wszyscy łaziliśmy po dachu długiego budynku gospodarczego, od którego nie mogliśmy czasem odkleić stóp, bo pod wpływem wysokiej temperatury papa lepiła się do podeszew, a z którego łatwo było spaść i się połamać. Tak widzę to dzisiaj, bo wówczas nie bardzo czułam, o co tyle szumu, choć z drugiej strony, jak znałam dziadka, ułana z krwi i kości, to nie martwił się on zbytnio o nasze zdolności cyrkowe lub instynkt samozachowawczy; chyba bardziej chodziło o to, że my mu ten dach zwyczajnie systematycznie niszczyliśmy.
- I nawet ty! - rzucał od czasu do czasu Dziadek, widząc mnie w towarzystwie chłopaczysków.
Bo rzadki to był widok. Oni mieli swój świat, do którego bronili mi dostępu, czasem kusząc możliwością akcesu, jeśli zaliczę wszystkie wyznaczone mi przez aktualnego herszta bandy zadania; ja miałam swój, w którym szyłam lalkom ubranka, czytałam książki i podlewałam z Babcią kwiaty, choć momentami tęsknie wodziłam za Wielkim Bratem, Pedrem i Młodszym osamotnionym, dziewczyńskim wzrokiem. Żadnego chrztu nie zaliczyłam. Nie umiałam pluć, strzelać kulkami z rurek, z procy, ani z łuku własnej roboty, bałam się wspinać zbyt wysoko na drzewo... I tylko włażenie po drabinie na dach szopy i budynku gospodarczego jakimś cudem nieźle mi wychodziło.
- Cholery jedne! Złaźcie natychmiast, bo was zaraz sam przegonię! - wygrażał nam Dziadek, który chwilę wcześniej zobaczył nasze harce przez okno i natychmiast wybiegł z domu, żeby dać nam burę, podczas gdy my, jak to dzieciaki, albo chichraliśmy się niespokojnie, chowając za komin i drażniąc Dziadka jeszcze bardziej, albo w końcu złaziliśmy, choć z daleko posuniętą ostrożnością, coby nas Dziadek nie capnął za ucho lub dwa.

Potęga autorytetu, bo nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek to zrobił.

Wszystkie te scenki stanęły mi przed oczami któregoś słonecznego, sierpniowego dnia. Fruzia biegała z Rudolfem między kuchnią a naszym kawałkiem trawnika na tyłach domu. Wyjście na przód domu, a ostatecznie też i na ulicę, jak zwykle w okresie letnim zatarasowaliśmy położonym na ziemi dużym koszem na śmieci. Fruzia jest jeszcze zbyt mała, żeby swobodnie go odsunąć, zaś Rudolf zbyt leniwy na próbę sforsowania przeszkody jednym zgrabnym labradorskim skokiem. Oboje zresztą uwielbiają snuć się po tym wydzielonym kawałku przestrzeni bez ciągłego otwierania i zamykania drzwi oraz bramki do ogródka, wszyscy więc byli szczęśliwi. Oni, bo mogli biegać, ja - bo mogłam spokojnie odkurzyć. Takie to ekscytujące rzeczy czyniłam w chwilach wolnych od pracy i rzadko ustającego "mummy, (ch)oć!".
Po kilku minutach względnej ciszy - a ciszą nazywam ten stan, w którym słychać jedynie włączony odkurzacz / pralkę / kosiarkę bądź inne wyjące urządzenie elektryczne - wyłączyłam wreszcie sprzęt i zaczęłam nasłuchiwać. Jakikolwiek odgłos bawiącej się, kłócącej z Rudolfem, czy też mamroczącej do siebie Fruzi byłby dla mnie wystarczającym znakiem, że wszystko jest ok, nic niepokojącego się nie dzieje, możesz matka odkurzać dalej. Ale cisza była naprawdę głucha. Taka, że nic a nic, nawet muchy akurat nie brzęczały. Westchnęłam więc, zastanawiając się, co też tak stonowało tę głośną zazwyczaj dwójkę i powlokłam się do kuchni. Wystarczył mi jeden rzut oka przez okno na ogródek nasz i sąsiadki z góry, żebym wybiegła z domu jak oparzona.

Fruzia stała na drabinie w ogródku Zamroczonej. Była w połowie drogi na murek. Rudolf zaś spokojnie skubał sobie trawę u jej stóp, zupełnie niezainteresowany poczynaniami siostry.

Zamroczona też dojrzała ich z okna i wybiegła z domu w tym samym momencie co ja.

- Fruziu, zejdź natychmiast, nie wolno wchodzić na drabinę - powiedziałam najspokojniej jak się dało, choć miałam wrażenie, że tylko ja z zebranych dostrzegam ten swój stoicki spokój i zimną krew. Znów zero uznania ze strony otoczenia.
Mała spojrzała na mnie niewinnie, ale posłusznie zaczęła wracać na ziemię, coś tam do siebie mamrocząc pod nosem.
(- I już zaczyna pyskować! - pomyślałam po raz kolejny w tym macierzyńskim życiu.)
- A ty... ty cholero jedna! - zwróciłam się z wyrzutem do Rudego. - Ty miałeś jej pilnować!
Sierściuch machnął kitą na znak, że przecież właśnie tak wygląda jego pilnowanie - w końcu jest tam, gdzie ona, prawda? - po czym wyluzowany wrócił do wpieprzania trawy. Wegetarianin się znalazł, psia mać!

Tamtego dnia trochę się wystraszyłam, ale kolejne dwa razy, kiedy ściągałam Fruzię z drabiny Zamroczonej dokładnie z tej samej wysokości, trochę mnie uspokoiły. I rozbawiły.
- Ty naprawdę nie odpuszczasz! - rzuciłam po cichu w przestrzeń. - Zawsze wracasz, zawsze, choćby z najmniejszą pokutą!

I chociaż nie mogłam jej zobaczyć, dosłownie czułam, że się uśmiechnęła.

Do Fruzi też wróci w odpowiednim momencie. :-)

O tym, co robię w pracy, kiedy (nie) uczę

- Fruziu, jutro jest ostatni dzień naszych prawie-wakacji - oznajmiłam córce tonem dalekim od żałobnego. - Od poniedziałku wpadamy w szpony rutyny - dodałam.

Założę się o bloga, że to kwestia tej pracy, w tym miejscu i z tymi ludźmi. Po raz pierwszy w tym życiu tutaj przepracowane lato wciąż miało smak lata, odliczanie do weekendu wiązało się jedynie z oczekiwaniem na więcej czasu razem lub kolejny wypad przed siebie, a perspektywa nowego roku szkolnego nie wydaje się końcem świata. Choć i tak w placówce nikt zdaje się nie wierzyć w moje zapewnienia, że było fajnie. Wciąż tylko bless you! na zmianę z poor you! od tych, co to świeżo po Hawajach. Jeszcze chwila, jeszcze momencik, a na ołtarze mnie wyniosą. Męczennica koledżowej ławy niosąca kaganek oświaty integrującym się w Królestwie przybyszom. To o mnie. A w zasadzie mogłoby być o mnie. Mogłoby, gdyby nie ten drobny fakt, że w na wpół opustoszałym koledżu mogłam wreszcie poczuć się jak na czerwonym dywanie wśród klikających na mój widok kserokopiarek błysków fleszy, oraz to, że moi kursanci zadbali o iście radosną atmosferę w klasie. Jak na lato przystało. I doprawdy cieszę się, że nikt w najbliższym czasie nie zamierza przepytywać mnie z zakresu moich zawodowych obowiązków, bo gdybym miała wyrecytować taki na podstawie ostatnich dwóch miesięcy, ręczę identyfikatorem otwierającym mi wszystkie koledżowe drzwi, że byłby to poemat zupełnie inny od tego, jaki dostarczono mi na papierze niespełna rok temu.

Tylko wczoraj na jednej trzygodzinnej sesji niańczyłam dziesięciomiesięcznego, czarnookiego skrzata, który usiłował zjeść długopis, kartkę i jednocześnie własną dłoń, podczas gdy jego rodzice rozwiązywali krzyżówkę o intrygującym tytule 'Jobs', umawiałam do-dziś-nie-wiem-kogo (kuzyna kolegi kuzyna kursanta?) na wizytę w szpitalu na oddziale ortopedii, brata mojego kursanta na spotkanie w job centre, szukałam odpowiedzi na pytanie, czy w Krainie Deszczu można zdawać egzamin na prawo jazdy po arabsku, rozmawiałam o spawaniu, o którym nie wiem nic oraz drukowałam bilet do Londynu. I to chyba oczywiste, że nie dla siebie.

Wcześniej zresztą też było wszystko.

Ktoś koniecznie chciał kupić mój samochód, ale że Mikruska pomyślnie przeszła ostatnie em-oł-ti, nasz związek jeszcze się nie rozpadł, wobec czego rozżalony samozwańczy kupiec znalazł sobie na ebayu Mikrusowego sobowtóra, o czym nie omieszkał mnie poinformować pewnego poniedziałkowego poranka, triumfalnie wymachując mi zdjęciem w telefonie przed nosem. Wiedziałam, że ja i Mikruska jesteśmy lokalną atrakcją, ale żeby aż taką, by od razu iść w nasze ślady?!

Ktoś odmówił napisania testu diagnostycznego. I żeby jeszcze odmówił i kropka, nie kruszyłabym kopii, ot, uznałabym, że ma testofobię. Albo że po prostu ma na mnie alergię. Ale nie, on odmówił, bo uznał, że jak tylko własnoręcznie postawi jakikolwiek znak graficzny na podsuniętym mu pod brodę papierze, ja ten cenny znak natychmiast oddam do urzędu imigracyjnego, coby delikwenta legalnie przebywającego w Królestwie wydalić na mocy nieistniejących przepisów. Potrzeba było czterech innych osób, siedemnastu pieczęci od dwudziestu niezależnych od siebie instytucji oraz tłumacza przysięgłego, aby wy-tłumaczyć nowemu nabykowi, że test jest bezpieczny. Długopis również.

Jeszcze ktoś inny nie mógł przestać zapraszać nas na lunch. Wszelkie wiarygodne i niewiarygodne wymówki skończyły się mnie i pomagającym mi - wedle nomenklatury Ojca Dyrektora - asystentkom w okolicach czerwca. Argument, że Kraina Deszczu nie przewiduje relacji uczeń - nauczyciel wykraczającej poza koledżowe mury, nijak nie trafiał do Mojżesza. Nawet wtedy, kiedy z pomocą słownika wyklepałam mu go - ten argument znaczy - na klawiaturze.
- Teacher! - Mojżesz uczynił w powietrzu nieokreślony ruch dłonią, a twarz wykrzywił w dziwnym grymasie trochę przypominającym mi złoszczącą się Fruzię.
(Może mnie właśnie przeklął w imię Allaha?)
- Teacher, no worry, it's ok!
Po czym ponowił zaproszenie.

I właśnie wtedy jedna z moich nieocenionych asystentek wpadła na pomysł, że skoro my nie bardzo możemy na ten lunch, to niech ten lunch do nas przyjdzie! Jak nie Mahomet do góry, to góra do Mahometa. Albo jakoś tak. Nawet etnicznie się zgadza. Miesiąc i osiemdziesiąt przypominajek później na koledżowe ławy wjechało syryjsko-polsko-angielskie jadło, a mnie aż zatkało nie tylko od tego, co właśnie mieliło moje jakże nagle egzotyczne podniebienie, ale przede wszystkim z wrażenia, że oni to jedzenie naprawdę tak na serio, serio, śmiertelnie poważnie traktują. W sensie - jaki McDonalds? Jakie KFC? Domowe żarcie, poczynione dłońmi żon i matek lub co bardziej do przodu mężczyzn, to podstawa nie tylko ramadanu, nie tylko przeżycia, ale przede wszystkim satysfakcjonującego lifestyle'u. Czego akurat Kraina Deszczu powinna się od nich uczyć. A jedliśmy między innymi to:


Przepis na kurczaka w galarecie made by Inżynier oraz na rolmopsy made by Aldi Wam daruję. Zdradzę tylko, że galareta się przyjęła.
- Yes, teacher, thank you, I take it for my wife - z aprobatą przyjął Mojżesz moją propozycję rozparcelowania resztek jedzenia na kilka domów.
Śledzie zaś niekoniecznie.
- I'm allergic to seafood! - wykrzyknął Fadi płynną angielszczyzną.
W ostatniej chwili powstrzymałam parsknięcie buzią pełną dziwnych liści. Nie mogłam bowiem przypomnieć sobie, kiedy ostatnio usłyszałam od Fadiego równie piękne zdanie w języku tubylców. Wygląda na to, iż potrzeba (strach?) jest matką lepszej komunikacji.

Inżynier zaś ze stoickim spokojem przyjął powrót rolmopsów do naszej lodówki.
- Super, miałem nadzieję, że nie będą im smakowały! - uśmiechnął się chytrze.

Zupełnie jak Fruzia.

O życiu na czterech kółkach

Przytarłam dzisiaj koło o krawężnik przy Różowej. Nie z mojej winy. Rzecz jasna. Wyjazd z parkingu jest wąski jak szyjka od butelki po złocistym napoju bogów, a ktoś z personelu Chmurki bądź przyklejonej do niej szkoły nagminnie zostawia auto w jego najwęższym odcinku, na zakręcie. Nie pomógł fakt, że niemal leżałam na przedniej szybie, sunąc przed siebie dystyngowanym tempem królowej szos (czyt: na dwójce). W pewnym momencie poczułam charakterystyczne szuranie o burtnik, auto jeszcze bardziej zwolniło, choć wydawało się to niemożliwe, a ja poczułam dreszcz emocji dostępny tylko dla uprzywilejowanej grupy kierowców, a do niedawna całkiem niedostępny dla mnie.

- No proszę! - powiedziałam do siebie głośno, całkiem z siebie zadowolona. - Jutro minie 7 miesięcy od mojej pierwszej samodzielnej jazdy, a ja dopiero dziś nie wyrobiłam na zakręcie!

Poczułam, że należy mi się jakiś order za potencjalne ocalenie wielu istnień dzięki bezkolizyjnej jeździe.

Raz co prawda straciłam panowanie nad kierownicą, na ułamek ułamka sekundy, kiedy usiłowałam złapać lecącą z przedniego siedzenia w dół butelkę z wodą, ale szybko nauczyłam się, że te ułamki ułamków sekund mogą mnie za drogo kosztować. I och, nie o Mikruskę mi chodziło, o nie. Ona nie z tych, co to płaczą nad złamanym paznokciem, zarysowanym lakierem lub straconym kołpakiem, bez którego jeździmy już kolejny (czwarty) miesiąc. Ona z tych twardych kobiet, co to żadnej przygody się nie boją. Wtedy o mały włos nie wylądowałam w krzaczorach, ale przecież w prawdziwym życiu są rzeczy znacznie gorsze niż krzaczory. Zające na przykład. Albo lecące znienacka na maskę wielkie piankowe maty do ćwiczeń (że tak zacytuję samą siebie z tamtego kwietniowego dnia - co to, kurwa, jest???), kiedy ty pędzisz z zawrotną jak na twoje świeżo nabyte umiejętności prędkością 45 m/h. Wiecie, wiatr we włosach, zimny łokieć, Farna z głośniczków... Zaprawdę powiadam wam, szaleństwo.

Innym razem, przy cofaniu, nie zauważyłam wyjeżdżającego z parkingu auta i tylko dzięki Bogu i Karmie nie wjechałam mu tyłkiem w twarz. Rzecz się działa na początku mej kariery pogromcy dróg i była kolejną lekcją, którą skrupulatnie odrobiłam. Tamtego dnia nauczyłam się, że te wszystkie lusterka to naprawdę nie są po to, żebym widziała swoje odbicie z różnych stron. Ani nawet po to, żeby sprawdzić, co robi Fruzia wpięta w fotelik na tylnym siedzeniu.

Albowiem musicie wiedzieć, że awansowałam na szofera Fruzi!

Szoferowanie odbywa się cztery razy w tygodniu i trwa mniej więcej minutę w jedną oraz minutę w drugą stronę, do Różowej i z powrotem, ale same przecież wiecie, że nie długość, a jakość się liczy, prawda? (#qualityoverquantity). I to doprawdy w różnych dziedzinach życia. No właśnie. Toteż jeździmy. Kiedyś, kiedy jeszcze miałyśmy CZAS (czyt: wykupione dłuższe sesje w przedszkolu, coby mama miała szansę na bezkolizyjny powrót po pracy do domu), chodziłyśmy do i z Różowej pieszo, teraz jeździmy, bo luksusy się skończyły. W sezonie letnim mama nie traci więc tego cennego czasu na zbędne pierdoły typu dzienniki, głębokie rozmowy z kursantami, czy też inteletualne przemierzanie koledżowych korytarzy z plikiem Bardzo Ważnych Dokumentów pod pachą, i po zakończeniu zajęć po prostu wypycha swych uczniów za drzwi sali, tym bardziej rozgadanym pomagając obuwiem marki CCC, po czym wskakuje do Mikruski, każe jej zapiąć pasy i przygotować się na jazdę bez trzymanki, aby punktualnie o 12.45 stanąć w progu Różowej i jak gdyby nigdy nic oznajmić niewychowawczo:
- Cześć kochanie, pędziłam do ciebie jak szalona! Mam czekoladki w samochodzie!

Fruzia to kocha, uwierzcie mi. Swój fotelik, minutową jazdę i te czekoladki. Bądź lekko podtopione lody, które ekspresowo udało się mamie kupić na stacji, kiedy podczas szaleńczej jazdy zyskała minutową przewagę w stosunku do Przewidywanego Czasu Dotarcia Do Tego Miejsca Na Drodze. Fruzia zwykle wybiega z Różowej z rozwianymi lokami (pozostałość po kitce), z czerwonym od nadmiaru emocji licem, a zdarza się, tak jak dzisiaj, że w sandałach założonych na stopy odwrotnie niż czyni to reszta ludzkości w wieku 3+. Wybiega, rozgląda się po parkingu, bezbłędnie wyłapuje wzrokiem Mikruskę i wrzeszczy:
- Mummy! Car!
A mnie nieodmiennie strasznie to śmieszy, bo przecież nie sposób przeoczyć Mikruskę. Nie dość, że najmniejsza, nie dość, że najstarsza, to jeszcze z plamami na twarzy, bez kołpaka i z wielkimi P na froncie i zadzie. Zaprawdę powiadam Wam, nie ma bardziej uroczego stworzenia na naszej wiosce.

Osobny order przyznaję też sobie za podróże w nieznane. Och, to takie typowo wodnicze, nieprawdaż? Ruszyć przed siebie, nie mając pojęcia, dokąd się dotrze! Dokładnie tak czułam się pewnego poranka, kiedy po wieczornej prośbie szefa, abym w jego zastępstwie udała się do pewnej firmy w celu przetestowania językowych możliwości grupy potencjalnych kursantów w miejscu ich pracy, wsiadłam w auto, przeżegnałam się, odpaliłam - tylko w głowie, ale zawsze to coś - mapę Google i pojechałam po przygodę. Dotarłam i wróciłam, choć zupełnie nie wiem jak. Kiedy wreszcie ochłonęłam, udało mi się ustalić dwa fakty:
1. Nie jechałam trasą, której dzień wcześniej nauczyłam się na pamięć z Google.
2. W obie strony jechałam dwiema różnymi trasami, przy czym - patrz pkt.1
(Wygląda na to, że jak bym nie skręciła, wszystkie drogi prowadzą tam, dokąd chcę.)

Kiedy w miniony czwartek udawałam się w kolejną, nową podróż mojego życia, byłam lepiej do niej przygotowana. Google do mnie mówił, a ja jechałam. Kiedy Mąż Mój wrócił tamtego dnia do domu, oznajmiłam mu, że właśnie dostałam drugie życie jako kierowca. Z Google mogę jechać wszędzie, dosłownie wszędzie! Ten głos, te maniery, to zaufanie, które się między nami zrodziło...!

Może tylko pod naszą pocztę nie podjadę, bo nie za bardzo wiem, jak tam parkować.
Ani do tego miasteczka, gdzie trzeba wjeżdżać pod wielką górę.
Do Liz też nie każcie mi jechać, bo tam tak wąsko.
A w dużych miastach to z kolei za szeroko.

Ale tak poza tym to mogę jechać wszędzie!

O tym, że wszystko płynie. Albo rośnie. A czasem jedno i drugie.

7.58. Stoimy z Fruzią w recepcji Różowej Chmurki. Jak zwykle jesteśmy jednymi z pierwszych duetów rodzic-dziecko czekających aż punktualnie o ósmej personel Różowej otworzy przed nami wrota dziecięcej przechowalni. Jeden z niecierpliwych przedszkolaków naciska dzwonek. Świdrujący dźwięk rozlega się chyba w całej okolicy, mama impulsywnego małolata karci go spojrzeniem. Śmiać mi się chce na myśl o tym, co w tej właśnie chwili, dwie minuty przed godziną zero, musi dziać się w staff roomie.
- Chwila, mamy jeszcze całe dwie minuty - mówi zapewne spokojnie któraś z opiekunek, zawiązując sobie przedszkolny uniform wokół talii. Ten, w którym dziewczyny wciąż wyglądają jak kelnerki z amerykańskiej jadłodajni lat pięćdziesiątych. - Poczekają.
To o nas, rodzicach kłębiących się w poczekalni.
- Och, niech spadają - dodaje wściekle Plotkara. - Przecież wiedzą, że otwieramy o ósmej, po jaką cholerę znów wydzwaniają wcześniej?? A poza tym, nie rozumiem, jak ktoś, kto mieszka tuż za rogiem, może codziennie przyprowadzać dziecko PRZED ósmą, skoro wie, że będzie musiał poczekać te dwie, trzy minuty przed drzwiami??
(For fuck's sake. Na pewno doda 'for fuck's sake!')
Teraz ta mieszkająca za rogiem to ja. Zawsze na posterunku tuż przed. Bawi mnie myśl, jak bardzo muszę denerwować Plotkarę samym faktem grzecznego stania w korytarzu.

Opieram się o ścianę, wzrokiem wędruję po twarzach bobasów, toddlerów, przedszkolaków i szkolniaków, którzy w jednej z sal Chmurki, niczym w polskiej świetlicy, czekają na rozpoczęcie zajęć w przyległej podstawówce. Sporo nas tu dzisiaj, jak nigdy.
Połowę drzwi tarasuje chłopiec na wózku inwalidzkim. Ma nogę w gipsie. Siedzi bokiem do mnie i wciąż się wierci, więc nie widzę dokładnie jego twarzy. Rozmawia jednocześnie z dwoma kolegami.
- Jest złamana - mówi jeden z nich do drugiego z przejęciem. - Masakrycznie złamana!
Patrzę na połamańca, który raptem nawet z profilu wydaje się jakiś taki znajomy... Hm.. Ja go muszę znać... Tak, na pewno skądś go znam... Nie mam pojęcia skąd, ale zaczynam skanować twarz młodego milimetr po milimetrze.
 I nagle już wiem. No jasne, on był w pre-school, kiedy zaczęłam pracę w Różowej! Taki żywy, wesoły, wciąż gadający (o-boże-ile-on-gadał!) chłopiec. Ma na imię... no kurczę...mam to na końcu języka... Martin? Nie... George? Eee... nie, nie pamiętam, ale jego brat to chyba... nie, na pewno... jego brat to...
Patrzę odruchowo na jednego z chłopców rozmawiających z tym na wózku. I doznaję wstrząsu.

Lucas!

Przecież to Baby Lucas!

Baby Lucas, który rozkochał mnie w sobie już podczas mojej pierwszej wizyty w Różowej. Wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziałam, czy dostanę tę pracę. Ten Lucas na małych, tłuściutkich nóżkach, łobuz jakich mało, który kiedyś zwiał nam do plastikowego domku w ogródku, rozebrał się do naga i rozbawiony czekał, aż go znajdziemy. Ten Lucas. Baby Lucas.

Nie mogę w to uwierzyć. Mam przed sobą wysokiego sześciolatka, który w zasadzie w niczym nie przypomina tamtego bobasa. Teraz już wiem, że to on, bo obok siedzi jego brat, a do tego, co dopiero teraz zauważam, wciśnięta  w kąt recepcji stoi jego mama - wciąż w tym samym charakterystycznym uniformie służb specjalnych, po którym rozpoznawałyśmy ją z daleka.

Lucas, jego wciąż-nie-pamiętam-jak-ma-na-imię brat oraz ich mama pięć lat później.

Pięć lat to pestka. Pięć lat to nic naprzeciw wieczności. 1825 dni. Nie tak znowu wiele. Mniej więcej tyle, co nasz pobyt tutaj.

A ile się wydarzyło!

Pięć lat tutaj to w sumie osiem różnych miejsc pracy, dwie przeprowadzki, cztery in vitro, jeden proces adopcyjny, jedno dziecko, kilka dziwnych kolorów włosów, jedna grzywka, powrót za kółko, trudno-policzyć-ile lotów tam i powrotów tu. Dużo.

Ale pięć lat rozwoju od niemowlęcia do ucznia to cały kosmos. Miliard nowo nabytych umiejętności, tysiące wdrukowanych w młody umysł zasad, norm i przekonań. Przemiana z jajka w kurę. I to wszystko tuż pod naszym nosem, codziennie, w każdej chwili.

Czasem mam wrażenie, że nic się nie dzieje. No nic, panie, nuda, piwko pijemy. Same old, same old. I że to tylko jeden z wielu tak podobnych do siebie poniedziałków. A tymczasem dziś Fruzia po raz pierwszy odpowiedziała w przedszkolu na bardzo podchwytliwe pytanie:
- What's your dog's name?
- Rudolf - odrzekło rezolutne dziecię.
W domu zapytałam ją więc, jak ma na imię jej mama, skoro taka jest wszystkowiedząca. W odpowiedzi Tasman wrzasnęła przejęta:
- Mummy!
I rzuciła mi się na szyję. Zapewne porażona własną mądrością.

Nie będzie już drugiego takiego poniedziałku.

O tym, że każdy ma jakiegoś fisia

 Śladami Bridget:

- liczba letnich ciuchów i butów zapakowanych do walizki: 38
- liczba przeciwdeszczowych ciuchów zapakowanych do walizki: 5
- liczba wykorzystanych letnich ciuchów i butów: 0
- liczba wykorzystanych przeciwdeszczowych ciuchów: 2x5
- liczba deszczowych dni w ciągu czterech dni: 4
- wygrane w scrabble: 2
- przegrane w chińczyka: 3 (w tym 1, kiedy moimi pionkami grał Inżynier)
- ulubione słowo: ćul

(...)

Przeszła nie tylko kawał linii brzegowej jeziora, ale też i samą siebie, bo tylko raz w ciągu tych kilku dni wszczęła dziesięciominutową awanturę nie wiadomo o co. Uspokoiła się tak samo gwałtownie jak się wściekła i to by było na tyle. Cudowna odmiana po tygodniu pełnym rzucania różową zastawą o podłogę.

Rudolf przeszedł samego siebie, ale bynajmniej nie dlatego, że wędrował z nami niezmordowanie po krzakach, ścieżkach i pagórkach, tylko dlatego, że:
a) wędrował na smyczy i nikt nie doznał urazu stawu barkowego
b) właził po kamiennych schodach bez barierek, przy których normalnie uspokaja skołatane psie serce
c) sprawiał wrażenie kogoś, kto nie dość, że nigdy nie cierpiał na lęk wysokości, to jeszcze chętnie sprawdziłby, jak się skacze z wodospadu na rudy łeb (ewentualnie rudą dupę).
Nie bez powodu Inżynier kilka razy nieufnie przyjrzał się sierściuchowi i pouczył mnie troskliwie:
- Jeśli poczujesz gwałtowne szarpnięcie, natychmiast puść smycz, dobra? Jak mu coś odbije i będzie chciał skakać, to przynajmniej niech ciebie nie pociągnie za sobą.

(...)

Zapytani o drogę tubylcy odpowiadali uprzejmie:
- Jeszcze jakieś dwie mile, potem w prawo, bo jeśli pójdziecie w lewo, nie dacie radę z tym wózkiem, ścieżka idzie stromo pod górę i jest zbyt wąska.
Byliśmy jedyną taką ekipą na trasie: czworo dorosłych, dwa psy, roczniak w wózku i dwulatek.

Poszliśmy w lewo. Skoro dzień wcześniej zdobyliśmy pół wodospadu, damy radę zdobyć pół jeziora.

Po tym kilkugodzinnym spacerze natychmiast rozgrzeszyłam się z moich niezrealizowanych planów biegowych w ostatnim dwuleciu.

(...)

Frytki, żelki i parówki na główne. Na deser lody i apple. Żaden Happy Meal nie wygra z takim zestawem. A wszystko oczywiście organic. Prosto z krzaka.

(...)

Inżynier twierdzi, że pierwszy raz widział mnie w takim stanie, choć przecież trzymałam formę. Takim widziałem-że-zależy-ci-na-wygranej stanie. I że to chyba dlatego, że czytam tyle książek, a do tego stukam w klawiaturę, a ktoś kto czyta książki i stuka w klawiaturę czuje towarzyską presję i zapewne chce wygrać potyczkę na słowa.

Phew! Gdzie on był przez ostatnie dziesięć lat??

Przecież to oczywiste, że ktoś, kto całe życie przegrywa w karty, kości, warcaby, monopol i - najnowsze odkrycie - w chińczyka, ten jak brzytwy uczepi się literówek.

(...)

Nie uwierzyli mi - nomen omen - na słowo, że fiś to fiś, a hyś to hyś. Wujek google zawiódł, nie łapiąc aluzji fis z angielskiej klawiatury. Ugryzłam się w język, w ciszy przełknęłam fakt, że w czwartej klasie dostałam szóstkę z dyktanda, bo jako jedyna napisałam poprawnie oryginalny, a następnie udławiłam się zakupowanym (dopuszczalne w grach).

Inżynier chyba miał rację. To nie dlatego chciałam wygrać, bo we wszystko przegrywam. Chciałam wygrać, bo przecież fiś to fiś, do jasnej cholery!

I tak sobie myślę, że dobrą ścieżkę kariery obrałam. Tam mogę być sobą, otoczona literami i słownikami, i jeśli mówię, że tak jest dobrze, to tak jest dobrze, czy cała sala mnie słyszy??! Nawet jeśli jest źle.

Za to w chińczyka grało się cudownie. Przecież i tak miałam przegrać, więc jaki luz!

(...)

To zadziwiające, że wystarczy zmienić własne krzaczory na oddalone kilkaset kilometrów od domu inne krzaczory, a już człowiekowi jakoś wznioślej na duszy.

Lake District jest piękne nawet w deszczu. I sprawia, że tęsknię do polskich krajobrazów.

(...)

Ostatniej nocy przyśnił mi się hinduski chłopiec, moje key child z Różowej. Trzymałam go na ręku, takiego już dobrze wyrośniętego, kilkuletniego, i wiedziałam, że to jest nasz syn, którego właśnie zamierzamy adoptować. Social services najwyraźniej dały ciała, bo młody ani nie był młodszy od Fruzi, ani kulturowo z nami zgodny.

No chyba, że to był sen z dalekiej przyszłości, w której to Fruzia zbliża się do dziesiątych urodzin, my mamy w kieszeniach deszczowe paszporty-umożliwiające-cuda-na-kiju, a ja już dawno jestem po szalonym weekendzie w Paryżu z Kotem i Warszawianką. A to z kolei oznacza, że mam w tym śnie ponad czterdzieści lat. Być może nawet planujemy wówczas z dziewczynami tydzień w Las Vegas na kolejne dziesiąte urodziny.

I pomyśleć, że w ciągu całego pobytu nad deszczowymi jeziorami tylko jeden raz pomyślałam, patrząc na syna naszych przyjaciół, że to byłoby w sumie dość ciekawe mieć chłopca. Po całym tym różu, lokach i spinkach.

(A potem natychmiast to odwołałam. Potrzebuję jeszcze więcej spinek i loków.)

(...)

Niebezpiecznie podążam w stronę abstynencji. Nawet kiedy okoliczności stają się barowo sprzyjające, a osobisty i umęczony toddler śpi bezpiecznie w objęciach równie umęczonego Rudolfa, prędzej zasnę z głową na planszy, upojona zwycięstwem w walce na słowa niż alkoholem. W przeciwieństwie do Męża Mego i jego towarzysza. Choć, mówiąc szczerze, ich złota era sprzyjających okoliczności i możliwości z biegiem lat i pojawiających się nie-wiadomo-skąd-i-jak dzieci również oddala się od nich coraz gwałtowniej.

Może kiedy adoptujemy sobie hinduskiego chłopca, oboje obierzemy przeciwny kierunek.

Liz twierdzi, że raczej na pewno.

I że to jedyny właściwy kierunek.

O sile przyzwyczajenia

Co wieczór Fruzia odgrywa swój spektakl.

Po wyjścu z łazienki, ubrana w piżamę i uzbrojona w smoczka najpierw układa na łóżku stos książek, które należy jej przeczytać, a następnie podekscytowana na łeb na szyję pędzi do salonu, ewentualnie kuchni, w której rządzi tata, i sprzedaje mu swoje mokre całusy. Cmok, cmok, głośne pa pa, po czym przychodzi czas na Rudolfa tradycyjnie rozwalonego w pokoju na lewej połowie sofy. Prawa jest dla Inżyniera. Soczysty buziak w czubek wyblakłego psiego nosa, krótki głask po rudej czuprynie, kolejne głośne pa pa, które Rudolf lekceważąco ignoruje i już Fruzia wrzuca wsteczny. Choćby nie wiem jak zmęczona była, jak wściekła, rozgoryczona, czy sfochowana - jeśli nie jesteśmy poza domem, kolejność wydarzeń musi zostać zachowana.

Miniony weekend spędziliśmy w Cardiff. Fruzi bardzo nie spodobał się fakt, że nie mogliśmy zabrać ze sobą Rudolfa. To dziecko szalenie dba o więzi rodzinne.
- Mummy? - pytała, kiedy opowiadaliśmy jej, że zaraz ruszamy na małą  wycieczkę.
- Tak, mama jedzie - odpowiadaliśmy.
- Dada? - kontynuowała wyliczankę Fruzia.
- Tak, tata też jedzie. I Fruzia też. Mama, tata i Fruzia - dorzucałam na wszelki wypadek.
Tasman najpewniej czuje się w towarzystwie wszystkich członków rodziny i nie lubi, kiedy kogoś brakuje.
- Rudolf? - padało wtedy kolejne nieuniknione pytanie.
- Rudolf też jedzie, ale do kolegów na wakacje - tłumaczyliśmy.
Do psiego hotelu czyli.
Znaleźliśmy w końcu jeden, z którego korzystamy raz w roku w niespodziewanych okolicznościach przyrody, kiedy znajomi nie mogą przygarnąć naszej psiej mordy do siebie, i z którego to hotelu Rudolf nie wraca zdziczały albo obrażony.
- Rudolf no? - Fruzia nie ustawała w próbach przeciągnięcia nas na jasną stronę mocy.
- Nie, Rudolf nie jedzie, ale nie martw się, bo będzie się dobrze bawił, a w poniedziałek go odbierzemy.

I tak przez dwa dni. Bezradnie rozłożone ręce, pytająca mina i jego imię na jej ustach od rana do wieczora.

Wróciliśmy w niedzielę, ale było już za późno, żeby odebrać sierściucha. Wytłumaczyliśmy Fruzi, że następnego dnia po lunchu odbiorę ją z przedszkola i razem pojedziemy po Rudolfa. Młodzież przyjęła do wiadomości, poszła się wykąpać, wskoczyła w piżamę, ułożyła stertę książek na łóżku, po czym w te pędy ruszyła do salonu, żeby dać Inżynierowi buziaka na dobranoc.
- Śpij dobrze, Fruziaku, kocham cię - powiedział on.
- Pa pa - wykrzyknęła Tasman.
I spojrzała na puste miejsce po lewej stronie sofy.
- Pa pa - szepnęła i królewsko pomachała kanapie dłonią.

A potem pochyliła się, zostawiła mokrego całusa na Rudolfowym siedzisku i pobiegła do swojej sypialni.

Pogubiliśmy kapcie ze śmiechu.

Siła przyzwyczajenia.

A może po prostu siła miłości.

O dzieciach naszej córki

Nie planowaliśmy tego zakupu, ale ten bobas tak prosząco patrzył mi w oczy, że nie mogłam mu się oprzeć. Siedział w ostatnim rzędzie stoiska, wciśnięty między inne lalki, lekko tylko przykurzony, w błękitnych śpiochach i takiej samej czapeczce. Moje zaprawione w bojach oko matki natychmiast zarejestrowało, że mały ma w gumowej buzi smoczka, a o małe, pulchne nóżki oparta jest butelka na mleko. Natychmiast pomyślałam, że Fruzia, która nie miała szansy zauważyć małego na wysokim stoliku, na pewno marzy o wielodzietnej rodzinie, że przydałby się jej chłopiec, bo przecież dwie córki już ma, i że nie będzie miała nic przeciwko nieoczekiwanej adopcji w ten niedzielny, car bootowy poranek.

To się chyba projekcją w psychologii nazywa.

Ale miałam rację. W chwili, gdy spotkały się spojrzenia tych dwojga, narodziła się kolejna macierzyńska miłość Fruzi.

Szła przez pole targowiska totalnie pochłonięta swoim nowym dzieckiem. Nie zraził jej ani upał, ani tłum ludzi, przez który musieliśmy przemykać do kolejnych stoisk, wciąż ponaglając zaaferowaną i wędrującą w tempie ślimaka Fruzię, ani waga dziecka, które okazało się być w wieku 3 miesiące plus i najwyraźniej nie narzekało na brak apetytu. Zaprawdę powiadam Wam, ciężki ten nasz nowy wnuk, a jednak Fruzia jakby zupełnie tego nie zauważała. Tuliła, karmiła, na przemian wkładała i wyjmowała mu z buzi smoczka, kołysała i coś tłumaczyła. Być może zapewniała o dozgonnej miłości, opowiadała, jak długo na niego czekała albo pokrótce przedstawiała historię naszej rodziny. Opieka społeczna byłaby zachwycona taką adopcyjną mamą.

Trochę obawialiśmy się, jak na powiększenie rodziny zareagują dwie córki Fruzi, a szczególnie Różowa Bobaska, bo Mała jakoś nie wydawała nam się typem zazdrośnicy, ale trzeba przyznać, że dziewczyny spisały się na medal. Od razu zaakceptowały brata i godnie zniosły chwilowy brak czasu mamy Fruzi dla starszych dzieci. Zresztą, jak tylko Fruzia zakończyła ten pierwszy miodowy tydzień z nowym synkiem, równo podzieliła swoją uwagę między wszystkie dzieci.

Jest więc nas... sporo.

Spacery udaje się odbywać w towarzystwie jednego psa, jednego toddlera, jednego małego wózka i jednego leżącego w nim wnuka bądź wnuczki, ale ze spaniem nie jest już tak prosto. Fruzia zasypia we własnym łóżku otoczona gromadką swych dzieci, ale nad ranem tradycyjnie i głośno domaga się transportu do naszej sypialni również ze swoim potomstwem. O takich dzikich porach, wyrwana ze snu i po omacku torując sobie drogę do jej pokoju i z powrotem, to ja ledwie sama mogę trafić w otwór drzwiowy, a co dopiero z toddlerem i trzeba bobasami na rękach. Z czego dwoje z nich naprawdę dużo waży. A kiedy już jakoś uda mi się znaleźć łóżko i ułożyć na nim tę czwórkę, nagle okazuje się, że dla mnie nie ma już miejsca...

Ale serce topnieje, kiedy nie nich patrzymy. Podglądamy ją ukradkiem, kiedy układa swoje dzieci do snu. W tych jej ruchach widzimy samych siebie i przedszkolanki z Różowej. Delikatne poklepywanie po plecach, całowanie w czoło i głaskanie po głowie to my. Sadowienie się pomiędzy dwoma leżącymi bobasami i zakreślanie kółek na ich brzuszkach to moje koleżanki z Chmurki. Tak je pamiętam i tak je widzę każdego popołudnia po lunchu, kiedy odbieram Fruzię z przedszkola. I ta czułość w jej oczach. Jakby naprawdę tuliła żywe, potrzebujące opieki dzieci.

Nie wiem, czy przeniosłaby tą swoją miłość na prawdziwego, wrzeszczącego po nocach brata lub siostrę, ale ilekroć widzimy ją w otoczeniu tych swoich gumowych dzieci, bardzo żałujemy, że nie możemy się przekonać, jak by to było. Teraz. Teraz właśnie.

Jest bardziej niż gotowa na rodzeństwo.

O tym, czego wciąż jeszcze nie wiem

Środek zajęć. Dzień jak co dzień, nic specjalnego się nie dzieje, może oprócz tego, że zbliżamy się do przerwy i moich kursantów zaczynają w ławkach boleć tyłki. Jeden z nich kręci się niespokojnie, widzę, że marzy już o kawie. Nagle podnosi się z krzesła, zmierza do drzwi, tuż przed wyjściem z sali odwraca się do mnie i wskazując dłonią korytarz mówi łamaną angielszczyzną:
- Teacher, please, can I talk?
- Teraz? - pytam zdziwiona. - Czy to nie może poczekać do przerwy za kilka minut?
Nie, okazuje się, że nie.
Przerywam więc zajęcia, proszę moją wolontariuszkę o kontynuowanie zajęć, a sama wychodzę za Mojżeszem. (- Masz asystentkę w klasie? - pyta dumny Ojciec Dyrektor. - Oj tam, wolontariuszkę, która mi pomaga - prostuję. - Czyli asystentkę! - pręży klatę Ojczulo.)
- Co się dzieje? - pytam.
Mojżesz zaczyna tłumaczyć. Niewiele z tego rozumiem, bo jest bardzo poddenerwowany, język go zawodzi i coraz bardziej daje się ponieść emocjom. Po kilku prośbach, żeby się uspokoił i postarał powiedzieć wszystko jeszcze raz, wol-niej, dociera do mnie, że oto trafiliśmy na kulturową minę. Bo on spojrzał nie tam gdzie trzeba, a teraz ona oskarża go o gapienie się na nią.
- Ale zaraz, zaraz - próbuję go wyciszyć. - Przecież ja jestem w tej klasie cały czas, nie zauważyłam, żebyś zachowywał się niestosownie.
Żeby ktokolwiek kiedykolwiek.

Nawet wtedy, kiedy na tablicy interaktywnej przez pomyłkę i na kilka sekund pojawiły się dziewczyny w bikini. Nic zdrożnego, ot, laski, jakich pełno na plaży i na billboardach reklamujących kobiecą bieliznę. Chciałam wklikać 'hot food' w wyszukiwarkę, żeby wytłumaczyć przymiotnik, ale jakimś cudem wujek google się ze mnie zaśmiał, akceptując tylko pierwsze słowo. Na tych kilka sekund w klasie zapadła cisza, a spojrzenia zebranych rozbiegły się na wszystkie strony.
- Przepraszam, klawiatura mnie dziś nie słucha - powiedziałam.
Wyobraziłam sobie reakcję chłopaków w moim dawnym technikum na taką pomyłkę.
A tu nic. Grobowa cisza.

Poprosiłam ją na rozmowę. Wyszła z ławki wściekła, gdyby mogła, zabiłaby mnie i jego samym spojrzeniem.
- Chciałabym rozmawiać w obecności tłumacza - odezwała się zdecydowanie, zanim na dobre zamknęły się za nami drzwi.
Och.
Odruchowo się wyprostowałam. Przybrałam ton profesjonalnego doradcy, terapeuty i prawnika w jednym. Albo przynajmniej tak mi się wydaje.
- Posłuchaj, to trochę moja wina, bo to ja poprosiłam Mojżesza, żeby odwrócił się do chłopaków z tyłu. Pamiętasz? Mieli pracować w grupie. Może spojrzał na ciebie przez przypadek, naprawdę nie wydaje mi się, żeby robił coś celowo złego - zaczęłam.
W odpowiedzi usłyszałam, że to nie pierwszy raz, że on się na nią często patrzy, że jak dalej tak będzie, to jej noga więcej w tej szkole nie postanie.

Zrobiło się gorąco.

- Słuchaj Gabi, porozmawiam z nim jeszcze raz, a tobie mogę obiecać, że będziecie teraz siedzieć po przekątnej i nikt nie będzie się do nikogo odwracał, dobrze? Może tak być?
Trochę się uspokoiła. Miałam nawet wrażenie, że jakby odetchnęła. Wróciła do klasy, a ja zarządziłam przerwę.

W poniedziałek rano weszłam do klasy z plikiem pokserowanych kartek w dłoni i mój wzrok natychmiast wychwycił w sali nieznajomą twarz.
- O, cześć, jesteś nowym kursantem? - zapytałam.
- Nie - usłyszałam w odpowiedzi. - Jestem mężem Gabi. Chciałbym z tobą porozmawiać o tym, co tu zaszło kilka dni temu.

Ups.

Dopiero w zeszłym tygodniu odważyłam się ustawić w klasie ławki w podkowę. Tak, żeby wszyscy mogli widzieć wszystkich.

W drugiej połowie maja powiedzieli mi, że niedługo zaczyna się ramadan. Ok, pomyślałam trochę beznamiętnie. A głośno zapytałam tylko:
- Będziecie dużo czasu spędzać na modliwie?
Chyba tylko z tym kojarzyłam ramadan. Modlitwa, meczet i jakieś bliżej nieokreślone święto religijne.
- No food, no drink - raptem bardzo się uaktywnili. - 19 hours a day.
Ja też tak jakby trochę się ocknęłam. Co też oni wygadują? 19 godzin dziennie?
- A jak długo? - zapytałam pdejrzliwie.
- Cztery tygodnie.

Cztery tygodnie!

Skromny posiłek przed trzecią nad ranem, następny po dwudziestej pierwszej. 

- Mhm - przytaknęła Wolontariuszka. Jak się okazało, znawczyni tematu.
- Przygotuj się na to, że przez cały czerwiec będą ci spać na zajęciach.
 I nie było w tym ani krztyny przesady.

W pierwszym tygodniu robili dobrą minę do złej gry. Żartowali, tęsknie wywracali oczami na słowo 'papieros', poklepywali się po pustych brzuchach. W drugim pilnowałam się, żeby w czasie przerwy nie wyjmować z torby żelków, które podkradłam Fruzi. Strasznie byli nieprzytomni, jednego z nich dwa razy wysłałam do domu z obstawą, bojąc się, że zasłabnie mi w ławce. Kobiety, co stwierdzam nie bez dumy, radziły sobie znacznie lepiej. Jakby przyzwyczajone. Trzeciego tygodnia wyglądali na zadowolonych z życia.
- To dobre dla ciała - mówili. - I dla umysłu.
Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Zanim wyjechałam na urlop, poprosili, żebym przypomniała zastępującemu mnie nauczycielowi, że w poniedziałek to ich na zajęciach nie będzie.
- A dlaczego? - znów nie skojarzyłam faktów.
- Koniec ramadanu - zobaczyłam ich radosne twarze. - Uczta!

Pomyślałam, że chyba nikt kogo znam nigdy nie poczuł takiej radości z samego tylko faktu, że wreszcie będzie mogł najeść się do syta.

Trochę mi głupio, że tak strasznie mało wiem o świecie, w którym żyję.

Fruzia - odsłona druga i pięć dwunastych

To było gdzieś w połowie maja.
- Mummy, poo! - wykrzyknęło dziecię w samym środku jakiegoś nieszczególnie powalającego aurą dnia.
Jednocześnie w mgnieniu oka Fruzia oszacowała nasze językowe zdolności i aby ułatwić nam rozszyfrowanie zagadki, złapała się za swój mały tyłek odziany w pieluchę. - Poo! - powtórzyła z mocą.
Sama nie wiem, co mnie bardziej wbiło w podłogę - fakt, że Fruzia wreszcie zdążyła poinformować nas o nadchodzącym wydarzeniu zanim przeszło ono w fazę "odbyło się", czy też to, że Tasman całkiem nieoczekiwanie złożyła dwa słowa w jakby-na-to-nie-spojrzeć zdanie. Z odpowiednią interpunkcją wiszącą w powietrzu i jeszcze odpowiedniejszą intonacją.

A więc to prawda, pomyślałam już po raz któryś w tym macierzyńskim życiu. Fruzinopodobni docierają do tych punktów wtedy, kiedy po prostu przychodzi na nich pora.

Poczekałyśmy jednak na więcej luzu i plam słońca. Zaczęłyśmy w miniony piątek i kiedy w ciągu dwóch godzin Fruziak siedem razy nie zdążyła na nocnik, za każdym razem szczerze zdziwiona, że to tak szybko, pomyślałam spokojnie, że pewnie chwilę to potrwa. A tymczasem od dnia numer dwa to ja pytam, szczerze zdzwiona: - To tak szybko? Nawet Inżynier zapomniał o właściwym odzianiu dziecka do przedszkola. Trzy godziny po zalogowaniu Fruzi w Różowej koleżanka zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy Tasmanowi mogą założyć pampersa, bo wprawdzie wspominałam o potty training, ale zapomniałam wrzucić do jej plecaka zapasu suchych majtek, a właśnie przydarzyła jej się mokra niespodzianka. Parsknęłam lekko nieprzytomnym śmiechem, wybita ze snu po nocnej zmianie u Seniorów. Przez sekundę wydawało mi się, że rozmawiam z własnym szefem i dość zabawne wydało mi się to, że ten porusza w rozmowie temat sikania, nawet jeśli tylko i na szczęście w kontekście mojej własnej córki. Ocknęłam się w ostatniej chwili.
- Tak, jasne, załóżcie jej pieluszkę.
Skoro wytrzymała trzy godziny, to znaczy, że jest gotowa podbijać świat.

Ona chyba też uważa, że dorosła, dając nam dobitnie do zrozumienia, że nocnik to było jedynie preludium do prawdziwego (u)życia, i natychmiast przesiadając się na toaletę. Komicznie wygląda na tym swoim siedzisku z hipopotamem, kiedy tak usiłuje zaglądać w czeluście sedesu, wygłupiając się przy tym i robiąc do mnie dzikie miny.
- Wee-wee! Mummy, wee-wee! - nawija jak nakręcona.
Oraz:
- Mimejakabagooo!
Cokolwiek to znaczy.
Uparcie powtarzam - siku? zrobiłaś siku? - ale młodzież tylko potakuje, a potem znów oznajmia w jej - cóż, nie bójmy się prawdy - ulubionym języku: - Yeś, wee-wee!

Wydawało mi się, że to przyjdzie troszkę później. Ta przewaga tutejszego nad naszym. Bo przecież w Piątej jedynie patriotyzm, hymn, flagi i stadionowe słownictwo, a ona nam, żeby dać jej apple.
- Powiedz mi, co ona chce, bo ja nie rozumiem - śmiała się Mamuśka z Fruzi, kiedy ta zaczęła się domagać więcej mleka.
More i more, a Babcia nic nie kapuje.
Niemal codziennie wyskakuje z czymś nowym. Był tractor w czasie spaceru, shoe po którejś (zapewne grubo ponad setnej) lekturze słownika obrazkowego dla toddlerów, purple przy układaniu pisaków w piórniku, black sheep, kiedy domagała się swojej ulubionej, a szczerze znienawidzonej przez matkę piosenki, oraz - znów ku memu bezbrzeżnemu zdziwieniu* - that book! wypowiedziane z takim naciskiem i taką artykulacją ti-ejcz, że natychmiast przyszło mi do głowy, iż moi dorośli i bardzo kumaci kursanci będą w stanie osiągnąć ten level nie wcześniej niż po wystąpieniu Krainy Deszczu z Unii. Czasem słyszymy, że liczy pod nosem klocki, przypadkowo łącząc w pary coś, co brzmi jak zlepki liczebników. Po cichu, tylko do siebie, jakby zawstydzona faktem, że nie do końca czuje, w którym to kościele tak dzwoni. Szy, one, da. Już się doliczy kieszonkowego.

Odgłosy zwierząt zgrabnie podzieliła na polskie (kum kum, gę gę), angielskie (baa baa, quack quack) oraz chińskie (iiii, yyyy, niii). Zdarza jej się brak konsekwencji (- Fruziu, to w końcu woof czy hau?), ale być może jest w tym jakaś logika, do której wyłożenia tępemu rodzicowi brakuje dziecięciu niezbędnych narzędzi lingwistycznych.

Jest oburzona faktem, że w tym kraju nikt nie sprząta na ulicy poo po swoich koniach.
Ja również.

Dla równowagi, ma swoje ulubione słowa w ojczystym (choć to też zależy od punktu widzenia i siedzenia) języku. (Choć po chwili refleksji nie jestem już taka pewna, czy to aby rzeczywiście ten język.) Siasia była z nami już zimą, ale Jami, Ten Właściwy Szwagierki, dołączył do naszego słownika dopiero po ostatniej ich wizycie w Krainie Deszczu. Czasem doprawdy trudno rozstrzygnąć, czy mowa o Janku, czy o suto zastawionym stole.
Bo Fruzia nadal lubi jeść. Tyle tylko, że aktualnie to najbardziej lody.
- Nie ma - rozkłada bezradnie ręce, kiedy po przyjściu z Różowej pędzi do zamrażarki i odkrywa, że w górnej szufladzie zrobiło się pusto.
- No nie ma, nie ma - powtarzam za nią, ciesząc się z tej naszej konwersacji w polskim narzeczu.
- Gone - dodaje po namyśle Tasman.
(Masz ci los! A tak nam dobrze szło!)
Fruzia długo nie rozpacza. Z trzaskiem zamyka zamrażarkę, domaga się orzechów, po czym bierze mnie za rękę i uprzejmym, lecz nieznoszącym sprzeciwu tonem zarządza:
- Choć.
To idę.

Do klocków, puzzli, lalek i książek.

To pewnie wszystko przez te książki. Różową Chmurkę i książki. Te książki, polskie i angielskie, które co rano ustawiam na białych półkach z Ikei, a które to Fruzia entuzjastycznie ściąga jedną po drugiej i układa w wysoką wieżę na łóżku tuż przed snem, a następnie każe je sobie wszystkie przeczytać. Wszystkie z dolnej półki, czasem w towarzystwie wybranych pozycji z górnych. Nie trzy, nie pięć i nie siedem książek, a dwadzieścia.
- Próbowałem oszukiwać... - wyznał kiedyś szeptem Inżynier.
I zanim zdążył dokończyć, niemal odkrzyknęłam z radości, że ja też, że jaka ulga, bo w takim razie nie tylko ja jestem okropna, i że och, trzymajmy sztamę, bo...
- ... ja pierdolę, to przecież czasem trwa godzinę! - przewrócił oczami on.
Co wieczór. Popołudniowe sesje mają osobny licznik.
Czasem w trakcie prowadzenia wieczornych zajęć zerkam na zegarek, myśląc, że tak, teraz to już na pewno śpi, taka zmęczona dziś była, a tymczasem ona wciąż jeszcze wykrzykuje more, sprawnie wyławiając spod łóżka strącone ukradkiem przez udręczonego ojca księgi i posyłając mu karcące spojrzenia za nieudolne próby oszustwa.
 - We're going on a bear hunt... - oczyma wyobraźni widzę, jak Inżynier znów wczuwa się w rolę. - What a beautiful day! We're not scared.
Pauza.
Fruzia patrzy w napięciu.
- No dawaj, teraz ty - lekki kuksaniec w cienkie żeberka.
To też rytuał.
- Uh-uh! - wykrzykuje dziecię, dumne ze swojej roli w narracji.
Kiedy wreszcie udaje się zapolować na niedźwiedzia, a potem schować przed nim pod kołdrę, Fruzia wydaje z siebie zabawne westchnienie ulgi.

Pamiętam, jak czytałam tę książkę toddlerom w Różowej. Zapewniałam wtedy samą siebie, że kiedyś przeczytam ją naszemu dziecku.

- Ja też jej muszę śpiewać, wiesz? - Inżynier ciągnął dalej wieczór zwierzeń.
Z "Fasolkami" nie ma problemu, to przecież pieśni naszego dzieciństwa, gorzej z tym, co klasyczne tutaj. Wielka księga stu przedszkolnych pieśni, którą Fruzia dostała na Gwiazdkę od sąsiadki, w okolicach wiosny została laureatką konkursu na najulubieńszą knigę, tytuł ten dumnie dzierży do dzisiaj i nic nie zwiastuje zmian.
Domyśliłam się więc, że jego też nie oszczędzi, choć wcześniej nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać,  jak on to robi.
- Jedną lub dwie zapamiętałem z tego, jak ty śpiewałaś, a resztę melodii wymyślam - pochwalił się tymczasem Mąż Mój. - Czasem Fruzia dziwnie na mnie patrzy, ale tylko czasem. Najczęściej się śmieje.
Ja też zaczęłam, kiedy Inżynier zaprezentował mi własną wersję "Lavender Blue". Nareszcie wiem, jak to powinno wyglądać!

Nie myślcie jednak, drodzy czytacze, iż samymi książkami rodzic Tasman jest dręczony, Inżynier ruszył bowiem ze swoim własnym zestawem tortur. Od niedawna w sobotnie poranki zwlekamy umęczone życiem ciała z łóżka, (niektórzy nawet nie myją włosów tego strasznego dnia!), po czym wieziemy Fruzię do szkoły gimnastyki. Jest dokładnie tak, jak myślicie i nie zamierzam się wypierać - Mąż Mój postanowił spełnić swe niespełnione ambicje za pomocą potomkini i uczynić ją złotą medalistką olimpijską w lekkoatletyce.
- Potrójną złotą medalistką - już słyszę jak mnie poprawia.
Potrójną.
Odkąd porzucił wizje czempionki speedwaya, poddałam się.
Z związku z czym pierwszy trening na bieżni, równoważni, trampolinach i innych dziwnych przyrządach został nagrany, rozesłany po Unii i oklejony kolorowymi etykietami w domowym archiwum. Niech spokojnie czeka na swoje pięć minut, kiedy wzruszony ojciec-trener będzie opowiadał o nim wśród błysków fleszy. (Ja, niczym kobieta wschodu, będę stała krok za mężem, odziana w kiecę od jakiegoś Dolce i Gabona, ukradkiem ocierała łzy i pocieszała się, że może chociaż to drugie dziecko spełni moje niespełnione ambicje i otrzyma literackiego Nobla.)

A Fruzia tymczasem spokojnie zwisa sobie z drążka i radośnie ląduje w basenie pełnym gąbek, w którym oboje z Inżynierem niemal pogubiliśmy skarpetki. Zupełnie nieświadoma pisanego jej (przez starych) losu królowej świata. Jakie to słodkie, prawda? (Wzrusz.)

Przyjaźń ze smoczkiem rozkwitła z mocą w Polandii, zakładam, że moim bystrym czytelnikom nie trzeba wyjaśniać, za czyją sprawą. Po powrocie do Krainy Deszczu z ulgą i tylko z dwiema lub trzeba aferami powróciliśmy do stanu sprzed.
- Dyduś jest do spania - mówimy, kiedy Fruzińska domaga się gumowego ustrojstwa.
Tasman potakuje skwapliwie, po czym teatralnie zamyka oczy, otwiera je, żeby sprawdzić, czy widzieliśmy, jak bardzo nagle zrobiła się zmęczona, składa ręce jak do pacierza, przykłada je do policzka, po czym zabawnie przechylając głowę na bok w języku migowym toddlerów oświadcza, że jest gotowa do snu.
- Idź się więc połóż - mówimy.
To taka nasza rodzinna gra. My wiemy, że ona wcale nie jest śpiąca, ona wie, że my wiemy, my wiemy, że ona wie, że my wiemy...
Fruzia idzie. Układa się na łóżku, zamyka oczy. Jedno z nas daje jej buziaka, życzy miłych snów i zostawia ją w sypialni.
Po trzech minutach drzwi do salonu głośnym łupnięciem walą klamką o przyległą ścianą. Fruzia stoi na progu, ogromnie z siebie zadowolona.
- Wyspałaś się już? - pytamy jak gdyby nigdy nic.
- Yeś.
Tasman oddaje smoczka i wraca do swoich zajęć.
 Miał rację ktoś z czytaczy, kiedy wieki temu stwierdził, że z pieluchami pójdzie nam szybciej niż ze smoczkiem. Zaprawdę powiadam Wam, prorocze to były słowa.

Życie toczy się więc dalej. Fruzia rośnie, czasem doprowadza nas do wrzenia, ale najczęściej rozśmiesza do łez. Robi miny, fikołki, biega, skacze, każe sobie malować paznokcie, usiłuje usypiać i tak śpiącego już Rudolfa, skwapliwie korzysta z przysługujących jej dwudziestu minut dziennie (oraz wszystkich nadrogramowych bonusów) na zabawę którymś z naszych telefonów, opala się w ogródku (przez całe pięć sekund) i dużo się mądrzy.
- Wczoraj cały dzień gadaliśmy tylko o tym, jak nam brakuje tego małego szkudnika - oznajmiła Mamuśka ze śmiechem, kiedy znów zobaczyłyśmy się po dwóch stronach monitora.

Moja Babcia nazywała swoje wnuki szarańczą.

Ja też coś wymyślę na swoje.

*Powiecie mi, że mam się tak nie dziwić głupio, skoro mieszkamy, gdzie mieszkamy, ale na próżno, kochani, na próżno. W moim życiu dzieją się rzeczy, o których na różnych jego etapach myślałam, że przydarzają się wszystkim innym i raczej / być może / pewnie nigdy nie przydarzą się mnie, jak na przykład dzieci, dwujęzyczne dzieci, mieszkanie za granicą lub prowadzenie auta - więc po prostu uznajcie mnie za przypadek nieuleczalny.

O rubinach

W listopadzie Ojciec Dyrektor stwierdził, że rubinowa rocznica to właściwie średnio widowiskowa rocznica, pięćdziesiątka to i owszem, okrągła, jest co świętować, ale czterdziestka wygląda co najmniej dziwnie, więc może by tak za kolejną dekadę, hę?
- Zwariował doszczętnie - prychnęła Mama. - Kolejnej możemy nie dożyć, a jemu się marzy okrągłe świętowanie.
Na końcu języka miałam już gwałtowny protest, że jak to tak, wybiera się dokądś szanowna Mamuśka, czy może powinnam jej przyłożyć * solidnie w wybrane miejsce na czole, żeby równowaga hormonalna jej wróciła, zanim jednak nabrałam w płuca wystarczająco dużo powietrza do wygłoszenia tyrady, Rodzicielka dodała z tym swoim błyskiem w oku:
- Ja to nawet nie wiem, czy dotrwam do tego czerwca jako żona!

Kwintesencja ostatnich 40 lat.

Wygłaszając uroczyste przemowy otwierające rubinowe party, Rodziciele z gracją i wyrafinowanym poczuciem humoru wymalowali przed zebranymi barwny obraz minionych dekad. On stwierdził, że było ciężko, ona - że dzięki niemu przyklepała sobie miejsce w zastępach aniołów. Kiedy jednak w trakcie swoich oratorskich występów Handziuk zażądała publicznej deklaracji, czy biorą sobie tego drugiego po raz drugi na współtowarzysza kolejnych czterdziestoletnich przygód, bez wahania i jednogłośnie odparli, że tak, pewnie! Mamuśka zawsze w takich sytuacjach dopowiada, że chłop jak chłop, ale z tych dzieci i tych wnuków to ona by zrezygnować nie mogła, a przecież te dzieci i te wnuki to tylko przy jego unikalnym współudziale. Ja w takich sytuacjach zawsze dopowiadam - i Rudolf, nie zapominajcie o Rudolfie! Choć na początku naszego życia z Rudolfem bywało, że Ojczulo umywał ręce od tak pokrętnej współodpowiedzialności.

To czterdziestolecie przeszło do historii jeszcze tej samej, poświętojańskiej nocy. Długo by opowiadać, a przy tym opowieść ta należy do gatunku jak-to-wszystko-opiszesz-to-cię-własna-rodzina-przy-najbliższej-okazji-na-taczkach-z-Town-wywiezie. Sami więc rozumiecie. Mogę jedynie zdradzić, że party było cudowne, choć tuż po nim zrobiło się złowieszczo. Ogromnym susem przeskoczę jednak to pole minowe usłane kwiatami i dobrymi chęciami, po cichu licząc na to, że wśród odśrodkowych czytelników znajdą się fani zaglądania na ostatnią stronę książki, nie dręczeni poczuciem, że wypadałoby znać jednak ten środek, żeby móc przynajmniej spróbować rozgryźć kto i dlaczego mógł zabić. Albo z czegoś spaść.
- Przejechałem kota... - oznajmił Martin Handziukowi, kiedy ta dwójka przemierzała kolejne wsie i miasteczka poszukując właściwego szpitala. (Nie dla kota.)
Wiem, że to zwykle na początku powieści trup ściele się gęsto, ale Martin kategorycznie zabronił mieszania w jego historii.
- O kurwa - wymamrotała przejęta Handziuk, wielbicielka i żywicielka wszelkiego sortu braci mniejszych.
- ... drugiego w tym tygodniu - dokończył jej współtowarzysz.
- Bałem się jej powiedzieć - wyzna nam dwanaście godzin później między kiszonym a kanapką z szynką. - Ale uznałem, że nie mogę żyć w kłamstwie.
Co ciekawe, nie miał Martin równie szlachetnych przemyśleń, kiedy chwilę później zorientował się, że facet na stacji benzynowej pomylił się w rachunkach i zamiast policzyć mu za paliwo i dwie mineralne, policzył za paliwo i odjął z tej sumy kwotę za dwie wody. Cóż. O tej porze też miewam problemy, nie tylko z algebrą.
- Całe życie człowiek jest uczciwy i jak raz się ucieszy, że ktoś mu wydał za dużo (raz w życiu, przysięgam!), od razu musi ponieść karę - smutno przegryzł kanapkę Martin.
Albowiem kiedy po ciężkich przeżyciach z (drugim) kotem uradowany niespodziewanym zarobkiem odpalił auto, wrzucił jedynkę i dodał gazu, spokój nocy zburzył gwałtowny huk, niebo się rozstąpiło, a ziemię spowiły kłęby dymu.
- Patrzę przerażony w lusterko, a tam szaro, zadyma wokół nas i nic więcej nie widać! - Martin nie szczędził nam poetyckich opisów przyrody, choć wszystkim wiadomo, że w tym temacie to Handziuk rządzi na dzielni. - Dopiero po chwili dotarło do mnie, że, kurwa, nie odpiąłem węża od samochodu i kiedy ruszyłem, wyrwałem go z dystrybutora!
Aż mi kiszony upadł na podłogę. Zanim go wyłowiłam spod krzesła, doszłam do jakże słusznego wniosku, że do tej rodziny nikt nie trafia przypadkiem. Do tej rodziny trafiają same wyselekcjonowane doświadczonymi palcami wszechświata perły. Rubiny nawet. Bo Martin też okazał się perfect match dla Handziuka. I, poniekąd, dla całej reszty familii.
- Na złodzieju czapka gore - spuentowała Handziuk, kiedy z niemałym trudem wreszcie przestaliśmy się śmiać i omawiać apokalipsę według św. Martina.
Po czym zamyśliła się i po chwili dodała refleksyjnie:
- Kurwa, co to była za noc!

Można by rzec - wystrzałowa.

Jak te czterdzieści lat Rodzicieli.

* kremem Nivea, który według Ojca Dyrektora leczy wszystko: fizykę, psychikę, bóle rzeczywiste, wyimaginowane, a także rany cięte i szarpane

O różnych formach ekspresji

To oczywiste, że nie pamiętam, jaka byłam w jej wieku. Mamuśka twierdzi, że grzeczna, pogodna, zawsze ze wszystkiego zadowolona. Godzinami potrafiąca bawić się w swoim własnym towarzystwie. "Jak cię włożyłam do łóżeczka z zabawkami, to tak się bawiłaś, dopóki cię stamtąd nie wyjęłam." I to ostatnie jakby zgadza się z późniejszą, moją własną już opowieścią. Bo początek mojej pamięci to ja wtedy zupełnie taka jak ja teraz. Introwertyczka z tendencjami do ekstrawertyzmu, choć na podatnym gruncie ekstrawertyczka z introwertycznymi skłonnościami. Co zrozumiałam dopiero pod koniec trzeciej dekady życia, a może nawet dopiero na początku czwartej.

Lubiłam przeskakiwanie pod kręcącym się sznurkiem. Skakanie w gumę, w pojedynkę najlepiej. Huśtawki, choć nigdy nie pretendowałam do tytułu królowej wysokości. Sporty zespołowe czasem, z siatkówką było mi dobrze, choć nigdy na zawodach. Ciężar odpowiedzialności za własne błędy, które przekładały się na straty dla całej drużyny, kompletnie mnie rozbijał. Książki, numer jeden od zawsze, na zawsze. Dzięki nim bywałam w kilku światach równoległych naraz. Klocki. Łamigłówki, zagadki i rebusy rozwiązywane wieczorem w łóżku lub w klasie, w zeszycie ćwiczeń. Kolorowe pinezki wbijane w plastikową tarczę z dziurkami, tworzące symetryczne lub niekoniecznie wzory. Zdolności w tym zakresie brakowało, ale do dziś mam słabość do tego typu gier. Lalki owszem, jakieś ukochane były, ale nie potrafiłam z nimi długo. Herbatki, zabawa w dom, ty mama, a ja córka, a teraz pobawmy się w sklep - mało tego w mojej pamięci. Jakbym jakaś mało kreatywna była. Przyjaciółka jedna, względnie dwie, choć na brak koleżanek nigdy nie narzekałam. Dzienniki pisane pod kołdrą i chowane na dno szuflady, żeby tylko nikt nie znalazł, bo o mój boże, to dopiero byłby wstyd! Pierwszy wpis z 1989 roku. Odgrywanie scenek i teatrzyków ad hoc dyktowanych własną wyobraźnią wychodziło mi kiepsko, ale niechże ktoś wręczył mi scenariusz, słowo już powstałe, które miało ze mnie wybrzmieć, wyjść wraz z gestami i intonacją, a już wiedziałam, jak powinno być. I tupałam nogą tam, gdzie słowo się złościło, marszczyłam brwi, grymasiłam, mizdrzyłam się przed lustrem jako zła siostra Kopciuszka. Recytowałam "Śmierć Pułkownika" z taką siłą, że koleżanki prawie mi się popłakały w ławkach. A jednocześnie, kiedy na luźniejszych lekcjach graliśmy w kalambury, nie potrafiłam nic. Czułam się śmiesznie zażenowana, usiłując odegrać scenę brania prysznica na angielskim. I strasznie wyczerpana próbą ukrycia tego wstydu. Dziś, bogatsza o wiedzę o samej sobie, dobrze się bawię, pokazując moim uchodźcom znaczenie angielskich zwrotów. Samoświadomość to naprawdę pożyteczne narzędzie.

Przyglądam się jej kątem oka. Często. Zaśmiewamy się bezgłośnie z tego, jak mową ciała wyraża wszystko. Jest taka inna niż ja wtedy, choć podobno łączy nas pogoda ducha. Dwa lata, dwa miesiące, wciąż trzy poprawnie wymówione słowa na krzyż. Tych, których nawet się nie domyślamy, jest całe mnóstwo, chińczyzna absolutna. A komunikacja płynna, przejrzysta i całkowicie czytelna. Bo jej narzędzia do porozumienia to nie słowa, a gest, mimika, ruch i spojrzenie. Co w środku, to na zewnątrz, bez tego mogłoby ją rozsadzić. Nosi lalki, całuje, głaszcze, przytula, klepie po pleckach, tak jak my ją. Długo potrafi serwować kawkę w filiżance lego duplo, sadzać miniaturowe postacie na białym sedesie. Wchodzi w swoją rolę cała, jakby w zgodzie z buddyjskim tu i teraz. Na dźwięk muzyki jej ciało samo zaczyna się ruszać, nawet przez sen, automatycznie i bez udziału świadomości. Nie ma czasu na nudne powtarzanie fraz, szybciej będzie złapać tatę za rękę i poprowadzić go do drzwi, pokazując z przejęciem, że pora na sesję w ogródku. Wiosna, kochani, trzeba pobiegać, zamiast siedzieć z nosami w książkach. Potrafi przekonywać tak sugestywnie, że człowiek się nabiera na tę jej argumentację, chwilę później ze zdumieniem stwierdzając własną przegraną w debacie z toddlerem.

Zastanawiam się, czy za trzydzieści lat odnajdzie w tym, jak widzę ją dzisiaj, cząstkę przyszłej siebie. 

O moich uchodźcach

Znam ich dopiero od dwóch tygodni, a już dostarczyli mi tyle wrażeń, że mają szansę zapisać się złotymi zgłoskami w dziejach mojego belferstwa.

- Teacher, ok? - zapytał jeden z nich, wchodząc do klasy z kilkuletnią dziewczynką.
Miała piękne, czarne włosy związane w koński ogon i oczy tego samego koloru. Jak dwa węgielki. Patrzyła na mnie z ciekawością, bez cienia nieśmiałości.
- Ok - uniosłam w górę kciuk prawej dłoni.
Patrycja uprzedzała mnie, że latem mają problem ze żłobkami i przedszkolami, bo państwo nie refunduje opieki w czasie wakacji.
- Spodziewaj się dzieci na zajęciach - powiedziała.
I wskazała na wielkie kartonowe pudło pełne zabawek schowane za regałem ze słownikami.

Ale żeby już w marcu? Na drugim naszym spotkaniu?

- Ok, no worries - uśmiechnęłam się raz jeszcze, gwałcąc po raz kolejny wszystkie zasady health and safety.
Szkoda, że szkolenia online nie mówią nic o dokonywaniu takich wyborów. Bo tu zasady są zupełnie inne - albo nielegalnie miewasz kursantów z dziećmi, albo widzisz tych samych kursantów co dziesiątą lekcję.

A przecież oni tutaj nie po to są, żeby coś ich omijało. Oni muszą i oni chcą. A ja przecież najbardziej chcę, żeby oni wciąż chcieli.

Mała spędziła te trzy godziny, oglądając bajki na telefonie taty. Ożywiła się dopiero wtedy, kiedy cała grupa - dziesięciu chłopa i cztery kobiety - zaczęła rysować domki, ryby, kwiatki i kotki. Co kto umiał nazwać i napisać po tutejszemu. Jaskrawymi markerami na pastelowych kartkach przyczepianych przez Dalię do białej tablicy.

Bo awarię prądu mieliśmy. Bladym świtem stanęły komputery i drukarki we wszystkich kampusach koledżu i jak większość wykładowców tego poranka, nie mogłam skserować żadnego ćwiczenia. Nic. Null. Improwizacja live przez trzy bite godziny. Oni wyszli z zajęć roześmiani, ja wykończona i umazana czarnym markerem od stóp po głowę. Standuperzy mają naprawdę ciężką robotę.

Na trzecim spotkaniu ojciec Dalii wtoczył do sali wózek. A w wózku niemowlę.
- Teacher, ok? - zapytał.
Parsknęłam śmiechem.
- Ok - uniosłam w górę kciuk i nim ktokolwiek połapał się, o co chodzi, wpakowałam głowę do wózka, przyglądając się kolejnej parze czarnych oczu.
- Kocham bobasy - wyjaśniłam chwilę później całej grupie, która wymieniała już między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
I koniecznie muszę mieć jeszcze jednego takiego, pomyślałam życzeniowo.

Po czwartej sesji w sali został Ahmed.
- Teacher, I need to say something - zaczął swoje przemówienie.
Po tym zdaniu komunikacja nam padła, więc Ahmed zadzwonił do swojej żony. Żonę mam w zaawansowanej grupie, jak się okazało. Szybko wymienili ze sobą kilka zdań, po czym Ahmed podał mi swój telefon.
- Speak, teacher - powiedział zachęcająco.
Zanim zdążyłam jednak cokolwiek powiedzieć, Ala wyjaśniła mi, że jej mąż bardzo lubi nasze zajęcia i serdecznie zaprasza mnie i moją rodzinę do siebie do domu na obiad.
- Teacher, you come, please - złożył ręce jak do modlitwy, kiedy oddałam mu telefon.

W głowie natychmiast zadźwięczały mi wszystkie szkoleniowe przypominajki: "nie przyjmujemy zaproszeń od kursantów na facebooku", "nie podwozimy kursantów", "nie prowadzimy prywatnych rozmów".

- A może po prostu pójdziemy wszyscy latem z dzieciakami do parku? - zapytałam po chwili wahania.
- Ok, teacher, ok! - Ahmed nie potrafił ukryć szczęścia, które wymalowało się w jednej sekundzie na jego twarzy.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi klasy, usiadłam przy biurku i wybuchnęłam śmiechem.

Co za grupa.

Karmią mnie chipsami, czekoladą podawaną w kawałkach bezpośrednio do ręki i ciastkami, kiedy mówię mimochodem, że burczy mi w brzuchu. Kiedy nie możemy się dogadać, jeden z nich przekłada angielski na arabski. Czasem się śmieją, a ja nie wiem z czego, ale nie wyczuwam w tym złych wibracji. Próbowali nauczyć mnie nazw miesięcy w swoim języku. Czasem odpalamy mapę google i po raz kolejny sprawdzamy odległość między naszymi krajami.

Dzisiaj w wiadomościach widziałam obrazki z ich kraju. Maleńkie dzieci wiezione karetkami do szpitala.

W każdej z tych małych twarzy widziałam Fruzię i te dwie dziewczynki, które za sprawą wielu nieprawdopodobnie splątanych ścieżek zjawiły się na moich zajęciach w Krainie Deszczu.

O stresie

- Powiedz Ojcu Dyrektorowi, że nareszcie skończyliśmy te wygłupy z bezstresowym wychowaniem - oznajmiłam Mamuśce trzeciego dnia detoksu. - Dziecię jest w takim stresie, że wystarczy jej na całą podstawówkę.

Ojciec Dyrektor, jak na dyrektora z prawdziwego zdarzenia przystało, nie może ogarnąć tej całej mody na bezstres. Bo jak to tak bez-trosko, bez dyscypliny i bez kindersztuby? Ja i Wielki dostaliśmy przecież, w jego własnym mniemaniu, odpowiednią dawkę stresu  pozytywnej dyscypliny i proszę, jakie piękne efekty. Nie wszystko się Ojcu udało, sam to przyznaje. Na przykład ten mój wypad do stolicy, kiedy nie wróciłam do domu na noc i nie zadzwoniłam nawet, bo to era kamienia łupanego była. Wtedy faktycznie mu nie wyszło, bo kiedy już pojawiłam się w domu, Ojciec jeno zacisnął zęby i kazał mi udać się do swej komnaty na przemyślenia, a przecież to jasne, że był to błąd wychowawczy, który mógł mnie źle ukształtować na przyszłość. Jakim cudem po takim incydencie wyrosłam na człowieka, tego nie wie nikt. Potem trochę się coś Ojcu przestawiło i chyba zapomniał o swojej antybezstresowej teorii, a wszystkim wiadomo, że w teoriach nie ma sobie Ojciec równych. Ale zapomniał. I biegał po te petitki dla małej Gwiazdy jak szalony, a teraz nie pozwala nikomu odklejać nalepek, którymi Fruzia gustownie upstrzyła mu ścianę w pokoju. Ani skrytykować nowego wzoru wykonanego przez pomysłodawczynię czarnym długopisem na monitorze komputera.

Dobrze, że wreszcie się za Fruzię wzięliśmy i skończyliśmy ten bezstres, bo jeszcze i Ojciec przeszedłby mimochodem na ciemną stronę mocy.

- Biedactwo - użaliła się Mama nad Fruzią, kiedy już przestała się śmiać. - Jak ja ją dobrze rozumiem!
- Też tak przeżywałaś rozstanie ze smoczkiem? - zapytałam niedowierzająco.
- Nie, z papierosami - usłyszałam. - Nałóg to straszna rzecz, straszna!

Fruzia zdawała się nie zgadzać z Babcią Mamuśką i było to wydarzenie bezprecedensowe. Babcia miała tyle samo współczucia dla Fruzi, co i przekonania, że to słuszna decyzja, co z kolei nie podobało się wnuczce. Babcia była jednak w posiadaniu magicznego przycisku na klawiaturze, który jednym kliknięciem odcinał ją od dramatycznej walki wnuczki o prawo do nałogu, my natomiast zmuszeni byliśmy oglądać tę walkę na żywo. Twenty-four seven.

I nie wiem doprawdy co by z nami wszystkimi było, gdybyśmy nie potrafili pójść na ustępstwa. Konsekwencja za wszelką cenę to, na szczęście, nie jest nasze drugie imię.

- Już trzy godziny wytrzymałaś! - mówiliśmy Fruzi pierwszego dnia detoksu, kiedy dziecię charakterystycznym i zniecierpliwionym gestem wskazywało na pusty otwór gębowy. - We wtorek pójdziemy do przedszkola i sprawdzimy, czy może tam nie zawieruszył się twój dyduś.
Dziecię niechętnie potakiwało na te nieudolne kłamstwa starszyzny, dawało się przekonać do kolejnej zabawy, w której matka i ojciec stawali na głowie, aby Fruzia zapomniała, ale im bliżej było popołudniowej drzemki, tym bardziej dramatyczna stawała się nasza rodzinna sytuacja.

O pierwszej Fruzia ryczała wniebogłosy. Do wpół do drugiej na przemian podsypiała na moim ramieniu i budziła się z krzykiem. O drugiej leżała z nami w łóżku, przez sen łkając i próbując wpakować sobie do buzi gumową główkę jednej ze swoich lalek.

I to był ten moment, kiedy coś w nas pękło.

- Ona płacze tak, jakby straciła najlepszego przyjaciela - wyszeptał Inżynier. - Jakby w prawdziwej żałobie była.
- To co? - zapytałam natychmiast, bo już od dobrej pół godziny biłam się z myślami. - Tylko do snu?
- Tylko do snu - potwierdził on z ulgą.

Trzy minuty później Fruzia  cała rodzina odzyskała spokojny sen.

I ja wiem, że istnieją na tym świecie dużo gorsze rzeczy, ale wciąż jeszcze robi mi się nieswojo na wspomnienie tego jej dramatycznego płaczu.

Przez kilka następnych dni dziecię regularnie domagało się gumowego ustrojstwa, ale spożywania czyichkolwiek sztucznych główek już nie było. Naszą magiczną godziną stała się osiemnasta, kiedy to Tasman zaczynała zbliżać się do skraju wyczerpania. Potem było dziesięć po szóstej, dwadzieścia po, wpół do siódmej. W drugim tygodniu tak się wszyscy przyzwyczailiśmy do braku smoczka, że nawet Fruzi zdarzyło się zapomnieć w chwili zmęczenia o zatykaczu. Nie na dobre, o nie. Ale rano Fruziak bez walki oddaje błękitnego przyjaciela, nie targa go już ze sobą na spacery i do przedszkola, bo tam na porę drzemki czeka już na nią różowy, przezornie chowany do wiszącej na ścianie szafki, nie pędzi więc też do plecaka z okrzykiem 'dummy!', kiedy po południu widzi mnie w drzwiach swojej toddlerowej sali. My natomiast nie biegamy po Piątej jak opętani, tylko dlatego, że po raz trzydziesty w ciągu dnia nie możemy znaleźć smoczka.

Smoczek jest. Bezpiecznie schowany w kubku w grochy. Fruzia wie, gdzie i w którym. Ale nauczyła się z tą wiedzą żyć bez popadania w nastroje dekandenckie.

A przy okazji, jak to wśród burz i zawieruch bywa, Fruzia zaczęła korzystać z nocnika.

Zupełnie bezstresowo, więc chyba znów daliśmy ciała.

Dla świeżo upieczonych i dla tych, co już niebawem

- A pamiętasz, jak kiedyś mówiłaś, że nie będziesz za dużo nosić, żeby się dziecko nie przyzwyczaiło? - zapytała chytrze Mamuśka, kiedy tuliłam do siebie zapłakaną Fruzię.
Ta sama Mamuśka, która na najdrobniejszą łzę wnuczki reaguje hasłem "przytul się do mamy i od razu będzie lepiej."
- Ja tak mówiłam? - zdziwiłam się szczerze.
Mama pokiwała głową, choć widziałam, że sama nie jest do końca przekonana, czy to faktycznie ja, czy może... ona sama. Jeszcze w erze przed nami.
A może to mój umysł płata mi figle i wypiera fakt, że mogłam kiedyś wygłosić taką mądrość. Bo ja od zawsze wiedziałam, że będę nosić własne dziecko tyle, ile będę czuła, że chcę i powinnam. A raczej tyle, ile to ono będzie chciało i uważało, że powinnam.

- Jesteś rozpieszczona - mówi jej często Babcia Mamuśka z diabelskim figlikiem w oku.
- Ty rozpieszczu - mówimy do niej my sami.
I natychmiast przypomina mi się Gwiazda sprzed dobrych sześciu lub siedmiu lat, kiedy oświadczyła, że "mama mówi, że mnie rozpuszczycie".
- A od czego są matki chrzestne i babcie? - zapytałyśmy wtedy wesoło.
Od rozpieszczania i rozpuszczania.
Choć przysięgam, że już sama nie wiem, co to znaczy.

I tutaj i tam staram się otaczać normalnością. Czytam niewiele*, a słucham opinii tych, których cenię, i którzy nie stracili kontaktu z ziemią po pojawieniu się w ich życiu dziecka. Radzę się Mam i mądrych koleżanek, które na wieść, że zabieramy się za odsmoczkowanie, nie łapią się za głowę z minami sugerującymi, że powinnam była to zrobić dwa lata temu, najlepiej jeszcze przed pojawieniem się Fruzi. A kiedy widzą mnie zmierzającą do pokoju dla matki z dzieckiem, nie wystrzeliwują w kosmos szczerze zdziwionego "TO ONA JESZCZE W PIELUSZCE?" Kiedy Fruzia miała dziesięć miesięcy, ktoś życzliwy wygłosił specjalnie dla mnie (szczęściara!) prelekcję na temat mojego opóźnienia w temacie, bo przecież już od dobrych trzech miesięcy dziecię me powinno siadać na nocniku przy każdej zmianie pieluszki. (A w ogóle to w jej wieku trening czystości powinien być już w zaawansowanej fazie.) Usprawiedliwiał mnie jedynie fakt, że nie byłam świadoma owego trendu. "Bo wiesz... ja myślę, że ci rodzice, którzy tego świadomie nie robią, są po prostu leniwi."

Człowiek uczy się przez całe życie. Nawet grubo po trzydziestce można dowiedzieć się, że nie dość, że ona rozpieszczona, to jeszcze ja leniwa. Choć zawsze mi się wydawało, że te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczają.

Ale to wyjątki w naszym życiu. Być może dlatego, że intuicyjnie omijam szerokim łukiem ekspertów od wszystkiego. Skupiamy się na tych, którzy podpowiedzą, kiedy pytamy, podzielą się swoimi wzlotami i upadkami, i nie będą aranżować przesłuchania na temat tego, co nasze dziecko już potrafi i dlaczego jeszcze nie.

I to jest moja dedykacja dla Was, Kochane Kobiety, Które Już Jesteście Lub Za Chwilę Będziecie Mamami. Słuchajcie tych, których chcecie słuchać, a przede wszystkim słuchajcie samych siebie. Oprócz stu tysięcy poradników, z których czasem warto skorzystać, macie też intuicję. Macie moc! 

I tak bardzo, bardzo cieszę się razem z Wami, że to już lub niebawem!

:-)

* z serii " skuteczne sposoby na " oraz "jak sprawić, żeby dziecko"

O Bebi, czyli Fruzia mówi

- Mummy! - krzyczy dziecię, kiedy tylko dotrze do niej, że ten głos, który usłyszała za swoimi plecami podczas zabawy w przedszkolu, to naprawdę głos mamy.
Wolę, kiedy radośnie wyrzuca w powietrze swojskie mama, bo wtedy mam przynajmniej pewność, że to nie dummy schowany w różowym plecaku i czekający na jej wyjście z sali jest powodem tej dzikiej radości.

Grupa rówieśnicza to jednak mocna siła i niech się schowa przy niej jakikolwiek, jeśli taki w ogóle istnieje, rodzicielski autorytet. Nigdy specjalnie nie byliśmy dla Tasmana wystarczającym bodźcem do powtarzania artykułowanych przez nas z precyzją godną pana Jot od fonetyki słów. Fruzia powtarzała, owszem, ale zawsze coś innego.
- Powiedz pies - zachęcaliśmy.
- Baba - odpowiadała zadowolona Fruzia.
- Du-pek, du-pek - powtarzaliśmy, sądząc, że może pies to zbyt wyrafinowane słownictwo dla rozemocjonowanego toddlera.
- Mama - wypalała młoda.
Zaczęliśmy nawet zastanawiać się, czy jej skojarzenia są pierwszymi jaskółkami czyniącymi z niej geniusza lingwistycznego, czy też może przestrogą, że za naście lat słowo dupek nadal będzie kojarzyło jej się z matką.

Aż tu nagle Fruzia postanowiła, że może jednak parę nowych słów nie zaszkodzi. Nie żeby od razu w ekstrema popadać, bez przesady, wszak językowy wyścig (matek) dwuletnich szczurów to nie dla niej. Tasman nadal woli otworzyć szeroko buzię i palcem wskazującym skierowanym do otworu gębowego oznajmić światu, że twarz jej się zdekompletowała wskutek braku dydusia, niż zwyczajnie o smoczka poprosić, ale postępy są wyraźne.
- Piś - wyartykułowała przedwczoraj, kiedy zmierzałam w jej kierunku z nieodłącznym elementem jej toddlerowego wizerunku.
- Please? - zapytałam zaskoczona.
- Piś, mama - rzekło nieśmiało dziecię.
I dodało na zakończenie:
- Ta.
(z ang. - dziękuję)

Ach. Królewskie maniery.

Psa naszych przyjaciół, wabiącego się Bimber, ochrzciła znacznie łatwiejszą wersją psiego imienia.
- Bebi! - krzyczy za nim jak opętana podczas spaceru, od czasu do czasu rzucając komendę swojemu własnemu sierściuchowi i oczekując, że ta dwójka wyglądająca jak Flip i Flap będzie jej słuchać. - Gaga! Bebi!
- Lubisz Bimbra? - pytam ją po kolejnym wybuchu czułości w stronę mniejszego sierściucha.
- Ka - przytakuje Fruzia.

Coraz lepiej wychodzi jej odróżnianie tak od nie, choć wciąż zdarzają jej się wtopy.

- Chcesz marchewkę?
- Ka. Makeke.
(Uuu, myślę sobie. Co za elokwencja!)
- Chcesz jogurt? - pytam retorycznie.
- Nie - słyszę w odpowiedzi, choć mała głowa pokazuje, że tak, natychmiast, oczywiście!
- Ok, skoro nie, to idę włożyć go do lodówki - odwracam się teatralnie.
- Mamaaaa! Kaa! Mamaaaa! - Tasman wpada w rozpacz i z tej rozpaczy po awarii komunikacyjnej rzuca się na podłogę.

I po co było testować własne dziecko, głupia kobieto?

O tym, kto tu kogo

Nie wiedzą, czy zostaną tu na stałe, czy kiedyś wrócą do swoich krajów. Tak o nich mówią - "mój kraj". Rzadko kiedy przywołują nazwy, jak gdyby nie one były ważne, a to jedynie, że mówią właśnie o swoim kawałku świata. Krainę Deszczu też nieczęsto nazywają po imieniu, nadali jej inny przydomek - "tutaj". Wszyscy wiedzą jednak, dlaczego i po co "tutaj" są. Wyjechali, bo w kraju ciężko, bo chcieli doświadczyć nowego, bo mąż, bo żona, bo. Czasem boję się pytać, więc nie pytam, a zahaczając w rozmowie o religię, uważnie dobieram słowa. Pracują, uczą się, chcą kontynuować przerwane studia, wrócić do zawodu wykonywanego w ich kraju. Prawnicy, księgowe, fryzjerki, au pair, studenci, pełnoetatowe mamy. Nie siedzą bezczynnie, licząc na mannę płynącą z nieba. Wychowują dzieci, chodzą na nocne zmiany, w czasie których myją podłogi, zmieniają pościel w hotelowych pokojach lub stoją przy taśmie, w nielicznych przerwach od żmudnej pracy powtarzając angielskie słówka. Dopytują, ile lat uczyłam się angielskiego i co robiłam, zanim stanęłam "tutaj" po drugiej stronie biurka. Kiedy wspominam Błękitną, potakują głowami z pełnym zrozumieniem.

Są marzeniem i koszmarem każdego nauczyciela. Wiedzą dużo i chcą wiedzieć jeszcze więcej. Zapytają o każdy przyimek, wyciągną każde przykurzone w mojej głowie słowo. Sprawiają, że czasem klnę w duchu, bo stojąc tak przed nimi, przed piętnastoma parami oczu, zaczynam wątpić, czy banalne obsessed, wyciągnięte przez El, to rzeczywiście z 'with', czy może z 'by'. El uczył kiedyś angielskiego w szkole podstawowej w swoim kraju. Teraz ja mam nauczyć jego. Chwilami czuję się dokładnie tak jak oni, kiedy podchodzą do tablicy interaktywnej. Znają odpowiedź, ale w obliczu ogromu białej ściany zaczynają zastanawiać się, czy to rzeczywiście dobre rozwiązanie. Potem, kiedy zamykają się za nimi drzwi, natychmiast łapię za słownik. 'With' i 'by'. Rzeczywiście.

Ożywiają się, kiedy pytam o ich książki, ich filmy, ich kulturę i system edukacji. Śmieją się, kiedy próbuję wymówić słowo w ich języku. I kiedy mówią mi nazwę owocu, o którego istnieniu nie miałam pojęcia.

Nawet nie wiedzą (a może jednak?), że ja wciąż uczę się razem z nimi.

Dwoje z nich wie, jak naprawdę wygląda wojna.

Fejsbukowi prorocy, którzy nigdy nie opuścili własnego ogródka na dłużej niż trwają zakupy w pobliskim supermarkecie, powinni otrzymywać imienne zaproszenia na takie lekcje.

Otwarte lekcje otwierające umysł.

O tym, kto ma gorzej

Najwięcej uczę się wtedy, kiedy muszę nauczyć innych.

Taki tubylec to ma dobrze, myślę, spędzając kolejny wieczór przy słowniku. Rzuci okiem na materiał, przemyśli kolejność zdarzeń i lekcja gotowa. Ja przyglądam się każdemu potencjalnie nowemu dla kursantów słowu, dopisuję do niego synonimy, przyimki i kolokacje, sprawdzam po raz dziesiąty wymowę i akcent, zanim odhaczę je na liście 'gotowe'. To z pewnością dlatego moja tutorka z CELTY powiedziała mi kiedyś, że dobrze prezentuję i objaśniam leksykę, a Inżynier dodał później, że mam zdolność przekładania zawiłych zwrotów na prosty i czytelny język, w obu narzeczach. Trzymam się tego jak tarczy obronnej, kiedy intuicja nie wystarcza i dostaję phrasalem lub idiomem w twarz w samym środku lekcji. Przeklęty, wszędobylski dostęp do sieci!, klnę w duchu. Nawet pod ławką w klasie! Jeśli intuicji nie udało się wybrnąć z klasą, wtedy odrabiam zadanie domowe na szóstkę i na następnych zajęciach torpeduję podławkowego poszukiwacza przygód mini wykładem na temat pochodzenia i wszystkich możliwych znaczeń rzuconego mi z sieci wyzwania. Ręce opadają mi w chwili, kiedy orientuję się, że delikwent kompletnie nie pamięta, że dwa dni wcześniej zadał mi takie pytanie. Albo że w ogóle zadał mi jakiekolwiek pytanie.

Coś mi jednak zostało z tej szkolnej prymuski. A może to zesłanie na drugą stronę biurka to rodzaj karmy z poprzedniego życia. Zaprawdę powiadam Wam, pilnujcie się w tym wcieleniu, bo z tą k(a)r(m)ą nie ma przelewek.

Ale potem dociera do mnie, że to niekoniecznie tak.

- To niesamowite - powiedziała mi jedna z kursantek CELTY, rodowita Brytyjka - że angielski jest dla ciebie językiem obcym, a mimo to masz większą jego świadomość niż ja. Wyobraź sobie, że kiedy dyskutujemy o czasach, ja wciąż muszę się upewniać, że wiem, o którym aktualnie jest mowa. A widzę, że dla ciebie ta cała terminologia to chleb powszedni.

A potem ktoś inny oblał jedną z praktyk, bo pomylił past perfect z past simple i cała grupa wyszła z lekcji skołowana.

Pamiętam też, jak przez rok uczyłam polskiego. Magicznego JPJO. Moim uczniem był pracujący w Polsce na rocznym kontrakcie bardzo inteligentny i mówiący kilkoma językami Fin, którego narzeczona była Polką, i dla której ten postanowił nauczyć się jej ojczystego narzecza. Co też ja się wówczas nagłówkowałam, żeby po angielsku wyjaśnić mu gramatykę własnego, wydawać by się mogło, że znanego mi od podszewki, języka!
- A dlaczego mówi się do Wrocławi-a, kiedy mówi się też do Bydgoszcz-y? Albo do Zakopaneg-o? - pytał znienacka Fin, a ja, kiedy opanowałam już drżenie podbródka po zrozumieniu tych wszystkich wyartykułowanych przez niego z wielkim trudem  dźwięków, robiłam kolejną mentalną notkę, z którą biegłam najpierw do Drugiej Mamy, specjalistki od polskiego dla niesłyszących, a dopiero potem do starego i wyświechtanego podręcznika do gramatyki.

Wiec to chyba niekoniecznie tak. Tubylec może i nie da się zaskoczyć phrasalem, ale zwinie się w sobie na hasło future perfect continuous, o którym ja opowiem wraz z przykładami w środku najciemniejszej nocy.

I to chyba dlatego tak bardzo nam ze sobą po drodze. Temu obcemu i mnie. W tym duecie nigdy nie będziemy się ze sobą nudzić. On mnie będzie stawiał przed wyzwaniami, ja wciąż będę się starała coś mu udowodnić. I samej sobie.

- Na koniec muszę ci wytknąć coś jeszcze - powiedziała moja managerka, kiedy  powoli kończyła omawiać moją obserwowana lekcję.
Wbrew temu, co myślałam w trakcie tej lekcji (bawiąca się ze mną w kotka i myszkę tablica interaktywna, nieobecność połowy grupy, spóźnienie drugiej połowy oraz abstrakcyjne zdania tworzone przez słuchaczy, które doprawdy trudno było sensownie poprawić), usłyszałam, że jest dobrze, i że mam się nigdzie z Koledżu nie ruszać.
Ohoooo, pomyślałam jednak po tym dobrym wstępie. Pewnie popełniłam jakieś niewybaczalne błędy!

Moja rozmówczyni zawiesiła głos.

- ... jestem pewna, że o tym nie wiedziałaś, bo tego nie ma w naszym spisanym dress codzie, ale nie możesz nosić jeasnów do pracy... - usłyszałam w końcu.