Kochani Czytacze

Odlotowych / spokojnych / wybuchowych / białych / kolorowych / mroźnych / ciepłych / spędzonych z rodziną / w kameralnym gronie przyjaciół / spędzonych na stoku w Alpach / z kieliszkiem wina i przed telewizorem / na bezludnej wyspie (niepotrzebne skreślić) -

- krótko mówiąc -

- takich, jak sobie życzycie / wymarzycie / jakich aktualnie Wam potrzeba

Świąt Bożego Narodzenia

życzą L & I & F & R 

PS. Zdecydowanie zbyt rzadko Wam to mówię: dziękuję, że tu jesteście, że czytacie, zostawiacie po sobie ślad. To dla mnie naprawdę ważne!   ❤️

O magii Świąt po raz trzeci

Fruzia ulepiła z Babcią łańcuch na choinkę, który teraz owija wszystkim kolejno wokół szyi i twierdzi, że to komin. Komin z krótkim, angielskim |i|, gdyż za jakiekolwiek słowo bierze się Fruzia, nieodmiennie nosi ono znamiona przyprawiającej mnie na studiach o mdłości RP. Obecnie przyprawia mnie jedynie o nutkę szczerej zazdrości. 


Poczyniła również ciasteczka. Gdyby nie usilnie starania matki oraz Drugiej Babci, wszystkie ciasteczka byłyby w kształcie serca w rozmiarze XXL, jedno na blachę. 

Zawsze zastanawiają mnie te piękne fotografie, na których odziane w śnieżnobiałe koszule dziateczki, efektownie przyprószone mąką na czubeczkach nosków, wycinają finezyjne pierniczki przy stole w salonie. Nie uważam, że to kłamstwo, przez chwilę zapewne to szczera prawda, a i ja sama bardzo chciałabym móc zamieścić takie zdjęcie gdziekolwiek, wbrew panującemu trendowi głoszącemu, że to zamach na prawdziwe życie, bo jeśli fotografie zrobione są wprawną ręką, to przyjemnie się je ogląda. Nikt nie musi też przekonywać mnie, że nie tak wygląda prawdziwe wycinanie ciastek. Zastanawia mnie tylko to, ile wysiłku kosztuje ta jedna chwila. Wystarczy przecież spojrzeć na Fruzię wycinającą cynamonowe serca - w starej, zielonej kamizelce, umazana czekoladą zjedzoną dwie godziny temu, z niesfornie wymykającymi się spod gumki do włosów kosmykami blond loków, przyklejająca ciasto do blatu tak, że nie sposób go potem od niego odkleić, z własną koncepcją na to, jak mają wyglądać ciasteczka dla przyjaciół i sąsiadów. Wszędzie mąka, bałagan w kadrze i poza kadrem, na stole oprócz ciasteczek tysiąc przedmiotów z różnych parafii, a wokół stołu biegający fotograf życzący sobie jednego jedynego przyzwoitego zdjęcia, które można będzie wysłać Babci Mamuśce i Dziadkowi Dyrektorowi na dowód na to, że myślimy o nich tutaj nawet w chwilach totalnego chaosu.

Tak wyglądały nasze Święta, kiedy byłam mała, tak wyglądają i teraz, kiedy większość zamieszania produkuje ona. Odwróciły się jedynie proporcje radości z dawania i brania. Ale właśnie to chcę mieć przed oczami, kiedy twardy dysk pamięci dobrnie do kresu swych możliwości i będzie musiał zdecydować, co wyrzucić, a co zostawić w pliku na wieczność -

 - chaos dziecięcej radości.

O przedświątecznej przejażdżce

Wychodzimy z Fruzią z przedszkola. Ja w ekstazie, bo właśnie zaliczam łapanie  świątecznego klimatu, Fruzia w ekstazie, bo ... bo to Fruzia. Leci do mummy car na łeb, na szyję, gdyż nieopatrznie zdradziłam, że czeka tam na nią jajko niespodzianka. Pędzi więc z dzikim okrzykiem 'ajo!', nie zwracając uwagi na nic i nikogo. No to ja pędzę za nią, bo chociaż parking zdaje się ucinać sobie poobiednią drzemkę, to jednak to parking, któreś z aut może nagle ożyć. Dopadamy do Mikruski. Fruzia niecierpliwie przebiera nogami, niemal tańczy sambę, bo ona chce to ajo już teraz, natychmiast, mnie plączą się ręce, bo próbuję otwierać drzwi, trzymać Fruzi torbę, Fruzi koronę z papieru, Fruzi rękawiczki, które rzuciła na ziemię, i w końcu samą Fruzię, bo kątem oka widzę, że faktycznie sunie ku nam jakieś auto. Uff. Udaje się. Tasman znów w ekstazie, bo już trzyma ajo, a tu jeszcze trzeba zdjąć jej kurtkę, posadzić w foteliku, zapiąć i odpowiedzieć na trzy zagadkowe pytania, na które nie znam odpowiedzi. Głównie dlatego, że ich nie rozumiem, ale to nieistotne. Kolejne uff. Sadowię się na swoim miejscu, włączam silnik, wrzucam jedynkę, powoli ruszamy. Już zamierzam skręcać, kiedy zauważam, że sąsiadka, córka naszej Niani czekająca pod szkołą na swoją córkę, gwałtownie macha w naszym kierunku. Zatrzymuję Mikruskę i też macham, ale nie do końca wiem, czy to takie wylewne powitanie z jej strony, czy może coś mi chce powiedzieć. Odczekuję chwilę. Sąsiadka macha jeszcze gwałtowniej i jednocześnie pokazuje na mnie. Albo na Fruzię. Albo na Mikruskę. Do końca nie wiem. Wysiadam.
Dzieli nas może pięćdziesiąt metrów, więc nie słyszę, co krzyczy nasza znajoma, ale najwyraźniej jest rozbawiona.
- Nie słyszę! - drę się trochę bez sensu.
- ... you got ... - dochodzi moich uszu.
Bezradnie rozkładam ręce.
Sąsiadka bierze oddech i krzyczy najgłośniej jak potrafi:
- YOU'VE GOT SOMETHING ON THE ROOF!

Patrzę na dach.

A na dachu rękawiczki, torba i - ma się rozumieć - korona Fruzi.

Cóż było robić.

Poprawiłam koronę i pojechałyśmy dalej.

O tym, jak przetrwaliśmy zimę

Co się dzieje, kiedy w Krainie Deszczu zaczyna padać śnieg? Zaznacz prawidłowe odpowiedzi.

a) rozmowy o pogodzie naprawdę zaczynają być ekscytujące, gdyż istnieje prawdopodobieństwo, że  następnego dnia firma ogłosi stan klęski żywiołowej
b) uczniowie otwierają w trakcie zajęć okna i robią zdjęcia
c) ludzie dowiadują się o istnieniu zjawiska opon zimowych
d) niektóre Mamuśki donoszą, że Polsat i /lub TVN informują o stanie zagrożenia opadami śniegu na Wyspach
e) wiesz, że niezależnie od tego, co wydarzy się dalej, będziesz musiał o tym napisać (na blogu, na portalach społecznościowych, w kartach świątecznych i w mailach)

Poprawne odpowiedzi: a, b, c, d, e. (Jak Wam poszło?)

A w zasadzie dodałabym jeszcze jedną prawidłową odpowiedź:

f) po niemal sześciu latach na emigracji zaczynasz rozumieć ten szał i sam w niego wpadasz

Zaczęło padać w piątek, kiedy ruszałyśmy z Fruzią spod Piątej Chatki do Różowej. Tak bez ostrzeżenia zaczęło i natychmiast solidnie. Grube, puszyste płatki z zawrotną prędknością lecące na przednią szybę Mikruski wprawiły mnie w osłupienie.
- Matkobosko, śnieg pada! - wykrzyknęłam zdumiona. - Fruziu, śnieg, no świat się kończy!
Dziecko również wpadło w ekstazę pomieszaną z lekkim niepokojem.
- Mummy, look! LOOK! - krzyczała z fotelika.
Biedactwo, nawet nie była w stanie nazwać tego czegoś lecącego z nieba, co świadomie oglądała w swym życiu tak naprawdę po raz pierwszy. (Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, kiedy Fruzia wciąż była bejbikiem, też śnieżyło. Jednak zanim dotarło w okolice chodnika, zamieniało się w wodę.)
- LOOK!
Śnieżyca trwała całą drogę do Różowej, czyli jakieś 30 sekund. A może 45, bo przecież w taką zamieć człowiek jedzie naprawdę wolno.
- Ciągle pada? - pytał podekscytowany personel Chmurki.
Niestety. Czułam się jak posłaniec przynoszący złe wieści i czekający na skazanie z natychmiastowym wykonaniem wyroku.

Popadało jeszcze chwilę w okolicach jedenastej am, kiedy to grupa moich nastolatków porwała się z ławek i rozpoczęła uwiecznianie śniegu na fotografiach. Pomna swych doświadczeń z ulotnością takich chwil zachęcałam ich jeszcze do nagrania filmików oraz wykorzystania przerwy na uważne przyjrzenie się białemu puchowi. Na pytanie dlaczego, odpowiadałam, że nigdy nie wiadomo, czy następnym razem nie będą pokazywać śniegu swoim dorastającym dzieciom. Z braku żywych dowodów - właśnie na tych nagraniach.

Ale dopiero w niedzielę przeżyliśmy prawdziwą zimę. Śnieg nie tylko dobijał do podłoża, ale do tego postanowił nie topnieć - liczę, że jesteście w stanie wyobrazić sobie powagę sytuacji. Mikruska wyglądała uroczo w nowym, śniegowym outificie. Rudolf zwariował w ogródku ze szczęścia. Fruzi, kiedy już odzialiśmy ją w narciarskie spodnie i kalosze, zapowiedzieliśmy, że to historyczny dzień, niech więc lepiej się dobrze bawi, coby zdjęcia wyszły instagramowo. (Jeśli ktoś zastanawia się: a) kto przy zdrowych zmysłach kupuje dziecku w Krainie Deszczu spodnie narciarskie, jeśli nie wybiera się na narty lub b) co to za dziwny zestaw: kalosze + rzeczone spodnie; odpowiadam co następuje: a) spodnie otrzymała Fruzia od podrosłego potomstwa Niemieckiej Szwaczki, przy czym przeleżały one w schowku na odzież-w-zasadzie-nieużywaną-ale-może-zdarzy-się-cud półtora roku, czekając na swoje pięć minut; b) no przecież chyba nikt nie podejrzewa mnie o kupowanie dziecku w Krainie Deszczu kozaków?) 

Kiedy już wreszcie wytarabaniliśmy się z Piątej, Fruzia była lekko shocked. (To jedno z jej ulubionych słów, które nieodmiennie wprawia mnie w stan rozbawienia. Tym bardziej, że to znów misiowa mama najczęściej jest shocked.) Nie wiem do końca, czy to ten śnieg, czy może te wszystkie kaftany bezpieczeństwa krępujące jej ruchy, fakt jest jednak taki, że przez kilka minut dziecię kontemplowało nowy pejzaż bez jakiegokolwiek ruchu lub emocji. Już się nawet bałam, czy to nie koniec zimowego szaleństwa, szczęśliwie jednak Tasmana odblokowało. Szybciej niż na urodzinach Albiego.

Próbowałyśmy ulepić bałwana, ale Fruziak nie mógł pojąć, że trzeba cierpliwości, zanim mała kulka stanie się podstawą bałwana. Z satysfakcją rozbrajała więc każdą, którą usiłowałam powiększyć.

Próbowałyśmy rzucać się śnieżkami, ale Tasman nie mógł odkleić swoich kulek od rękawiczek, w związku z czym wyglądała jak trzepoczący skrzydłami pingwin.

Sanek nie miałyśmy, bo przecież... kto kupuje sanki w Krainie Deszczu?

Zostało nam więc bieganie (za Rudolfem) i taplanie się w kałużach. Takich na wpół zmrożonych kałużach sięgających Tasmanowi powyżej kostek. A nie mówiłam, że kalosze i spodnie narciarskie to dobry zestaw? (Mamuśka, uważnie obejrzawszy nagranie z zimowiska, zapytała podejrzliwie: - A jakie ona miała buty, że tak pozwoliłaś jej brodzić w tej wodzie? Przewidziałam to pytanie. 1:0 dla mnie, Mamuśko!)

W poniedziałek rano jechałam do pracy z resztkami zmrożonego śniegu na masce (Mikruski, nie swojej), a po południu natknęłyśmy się z Fruzią na dwa uparte bałwany kurczowo trzymające się zielonego jak w marcu trawnika, ale to były ostatnie oznaki białego szaleństwa w Deszczowej Krainie. Zima trwała prawie całą dobę.

Będziemy mieli co wspominać z wnukami przy kominku.

Not-so-beautiful

Coś mi się porobiło z systemem nerwowym przy tych wszystkich świątecznych piosenkach. Coś się poluzowało, odkręciło, odblokowało. Zupełnie jakby rutyna i mocno zaprogramowany rytm dnia postanowiły trochę odpuścić, wyciągając na wierzch to, co lekko wepchnięte w ramki,  dopchnięte kolanem, uklepane dłonią i zamknięte na pracujący sezon. Żeby czasem nie wylazło i  nie posypało się w najmniej odpowiednim momencie.

Ale wyłazi.

Kiedy opowiadali mi o ukochanych miejscach w swoich krajach, zastanawiałam się, czy powinnam była dawać im to zadanie. Potem, czy powinniśmy byli pominąć googlowanie zdjęć tych ich zakątków. Miałam zamęt w głowie, przebiegło mi przez myśl, że kurwa mać, następnym razem przemyśl, ale potem pomyślałam, że oni chcą. Chcą opowiadać i pokazywać zdjęcia, nawet jeśli przez chwilę głos im się zawiesi, a google pokaże na bocznym pasku not-so-beautiful pictures, które zawsze wywołują ciszę. Dla równowagi pokazałam im moje ukochane miasta dziś i Warszawę z końca II wojny. Żadna to wspólnota doświadczeń, gdzie ja dziś, a gdzie oni, ale przez chwilę poczułam, że oni rozumieją, że ja staram się zrozumieć. Coś.

Wszędzie widzę dzieci. I to nie baby brain mi się załączył, bo ja widzę te chore i te smutne; te starsze, niby już dorosłe, a przecież wciąż potrzebujące mamy i taty, też widzę. Te, nad którymi nikt się nie rozczula, bo już sobie poradzą, do pracy nawet mogą pójść, świat stoi przed nimi otworem, no nie? I te wystawione za drzwi w środku nocy*. I szlag mnie trafia, że nie ma takiej mocy na świecie, która by to zmieniła, że można tylko małą cegiełkę tu i małą tam, żeby codziennie zmieniać świat na lepsze. Tak po okruszku, nie po łyżeczce nawet. Phi! Jak w wystudiowanej przemowie na Miss Polski. Czasem chciałabym pozrywać te wszystkie światełka w domach tych, co to je wieszają, a potem wystawiają dziecko na próg, i odwołać Święta na całej planecie, bo takich jak ten mały jest więcej, a my siądziemy do kolacji jak gdyby nigdy nic i kieliszkiem mulled wine odpędzimy jesienne zmęczenie.

A przecież sama nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę jej minę na widok tego, co szykuje dla niej Śnięty. I na to wino też czekam.

Prześladują mnie psy. Pies Zamroczonej, który odszedł kilka dni temu. Te wszystkie na fejsbuku też, patrzące prosto na mnie tymi smutnymi ślepiami, nie wiem dlaczego jeszcze nie poukrywałam ich na ścianie. I mamy widzę, te mamy, które chorują, podczas  gdy wszyscy wiedzą, że rodzice naszych przyjaciół są nietykalni w ten sam sposób co nasi prywatni staruszkowie. Więc jak choruje jeden, to trochę tak jakby coś w naszej własnej rodzinie zadziało się nie tak.

Czekam na te święta. Bardzo.

Ale dziś mam w środku coś smutnego, bo tak wyraźnie widzę, że nie każdemu jest dana choćby cząstka tej cholernej, reklamowej rzeczywistość. Nie każdy zrobi pierniki, bo nie każdy będzie miał z czego i z kim. Widzę to z bliska. Bywa, że z odległości jednej ławki.

Wiem, oczywiście wiem, że warto je robić. Szczególnie, że mam dla kogo i mam z kim. Tylko czasem zaczynam wątpić, czy przyniesienie własnych pierników na dłuższą metę coś może zmienić w czyimś życiu.

Cokolwiek.

* Update - jako że nie chciałabym szerzyć fałszywych informacji: Śledztwo w toku, to jedna z pierwszych teorii, która aktualnie zdaje się nie mieć potwierdzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że tego typu sytuacji jest wiele. Wciąż i wciąż.

Generalnie wciąż jestem śpiąca, ale nie aż tak, żeby to przegapić! ROBÓTKA 2017!!

Ogarnęłam się od ostatniego posta. Ogarnięcie będzie trwało do jutra, a dokładnie do jutra do szóstej trzydzieści ej em, czas więc skorzystać z większej niż zwykle o tej porze roku przytomności umysłu i przypomnieć Wam, bo pewnie już i tak wiecie, ale może na chwilę zapomnieliście, że Harry się żeni.

Żartowałam.

To znaczy żeni się, że ja nie o tym.

Jest Robota.

A właściwie Robótka.

Jeśli ktoś pierwszy raz o niej słyszy, niech w te pędy klika tutaj: Robótka 2017

A jeśli ktoś stały Robótkowicz, to też klika tutaj: Robótka 2017 i wybiera, kogo obdaruje ciepłym słowem, a może nawet całym potokiem słów. Z dwuletniego już doświadczenia w Robótce wiem, że jak człowiek raz zacznie, to nie może przestać... Pamiętacie moją twórczość z nocnej zmiany u Seniorów? "Gdyby Julka nie miał Niegów, to nabawiłby się piegów!" To dla nas trzeci sezon i mam niecny plan, żeby wydusić trochę poezji z Inżyniera. Będzie się działo!


O tym, że nie mam siły na tytuł

Celowo ignoruję powiadomienia, które podsyła mi mój wszystkowiedzący telefon. Jak dla mnie, on wie więcej niż ja, bo ja to nawet się zdziwiłam, kiedy moja wolontariuszka zapytała mnie, co sądzę o narzeczonej Harry'ego. Harry'ego? Jakiego, do cholery, Harry'ego? Kiedy już do mnie dotarło, a musicie wiedzieć, że chwilę to trwało, jako że była dopiero dziewiąta rano, jak zwykle o tej porze głowę miałam w służbowych papierach, przed sobą kwadrans do rozpoczęcia zajęć, a wciąż jeszcze się nie obudziłam; tak więc kiedy już do mnie dotarło, o co ona właściwie pyta, to pomyślałam sobie wtedy, żeby dała sobie siana z takimi pytaniami, bo ja się takimi newsami nie zajmuję, ja mam ważniejsze sprawy na głowie, ja... ja... ja jestem anglistką w Królestwie przecież.

A mój telefon wiedział, jestem pewna, że wiedział, bo pika co chwilę jak potłuczony, ale że ja taka zajęta jestem, to świadomie ignoruję te powiadomienia, co to on mi je podsyła co pięć minut. Newsów o Harrym się nie boję. Boję się swojej osobistej poczty. Boję się poczty z fejsbuka. I tej z bloga też. Boję się, że jak którąś z tych puszek otworzę, to utonę. Albo gorzej - że otworzę, a tam pustka. I wtedy to już porażka, bo nie dość, że nikt nie kocha, to jeszcze po co ja się tak boję?

Ktoś nadąża?

Bo ja zdecydowanie nie. 

Zdarza się, że kiedy odprowadzę Fruzię do Różowej, to chwilę później siedzę w Mikrusce bez ruchu i powtarzam sobie półgłosem, że dzisiaj na przykład jest poniedziałek, dziecię jest w placówce, więc nie, nie zapomniałam zabrać jej z domu, dziś jak co rano jadę do kampusu B, a wieczorem do A, i że jestem w pełni obudzona, więc nie zagrażam pieszym na drodze. Co oczywiście jest bujdą na resorach, bo budzę się w okolicach dziesiątej. Jeszcze chwila, a znajdą mnie pod Różową z głową na kierownicy Mikruski w okolicach południa.

Za Fruzią też nie nadążam, a skądże, no bo niby coś tam sobie notuję, że wow, powiedziała dziś 'Fruzia funny', kiedy zanosząc się śmiechem po raz trzeci przywaliła mi w twarz, a ja próbowałam wytłumaczyć jej, że wręcz przeciwnie, not funny at all, ale dziecię następnego dnia wyskakuje znowu z czymś innym, czego już nie mogę sobie przypomnieć po dwóch godzinach biegania między życiem a życiem i czuję, że dupa ze mnie, a nie rodzinny kronikarz, skoro nie rejestruję każdej nowej sylaby naszego jakże zabawnego dziecka. 

Rudolf nie lepszy, za nim, mówiąc szczerze, nawet nie próbuję nadążać. Kilka dni temu na ostatniej prostej w kierunku smyczy coś mu się w tej rudej głowie poprzestawiało, nieoczekiwanie wziął ostry zakręt w lewo i tyle go z Fruzią widziałyśmy. Kiedy zrobił to po raz pierwszy, lamentowałam, spazmowałam, w wyobraźni rozwieszałam już na okolicznych słupach plakaty informujące o jego zaginięciu i oczywiście zjadłam wszystkie paznokcie, które mi zostały, a powrót Rudego do domu był powodem do świętowania. Teraz po prostu najpierw się wkurwiłam, potem pomyślałam, że nie powinnam tego przekładać na wiązanki słowne, bo mam przy sobie dziecko, które chłonie jak gąbka, a potem było mi już wszystko jedno.
- Rudolf jest niegrzeczny, bo nam uciekł - powiedziałam tylko przy czwartym okrążeniu lasku. 
- Naughty - z przejęciem pokiwała głową Fruzia.
A ponoć to zakazane słowo w Różowej.
Kiedy odbierałam sierściucha od przemiłego starszego pana, który ściągnął Rudolfa z obrzeży boiska do krykieta, tuż przy ruchliwej ulicy, nawet nie miałam siły go opierdalać. Rudolfa znaczy, nie przemiłego pana, któremu byłam bardzo wdzięczna za przygarnięcie naszego głąba.
- Ty to jednak durna pała jesteś - oświadczyłam, głaszcząc sierścia po pustym łbie. - Jak cię kiedyś znajdę w formie naleśnika na ulicy, to sam sobie będziesz winien.

Rozumiecie już, o czym ja tutaj?

Dokładnie.

Jeśli nie mam siły na łajanie Rudolfa, to znak, że jestem naprawdę zmęczona.

Albo że Boże Narodzenie za pasem.

O chwili chwały

Ćwiczyła na długo przed imprezą, mniej więcej od września. Rano, po południu i wieczorem. Raczej w tej samej tonacji, co nie ułatwiało postronnym prowadzenia normalnego życia. Jako laik mogę się jedynie domyślać, że chodziło jej o doprowadzenie zaplanowej wersji pieśni do poziomu masterXfactor, choć jak dla mnie mogłaby poprzestać na porankach do początku października. I tak byłoby rewelacyjnie.

W dniu imprezy śpiewała od bladego świtu, zamilkła dopiero w samochodzie, w drodze na przyjęcie. Bynajmniej nie z powodu tremy; była tak podekscytowana, że ledwie mogła wysiedzieć w foteliku. Wszak to ten dzień, ten wielce zapowiadany od półtora miesiąca moment - urodziny jej Albiego, co za emocje! Przewidywaliśmy, że jej 'Happy birthday' przebije Marylin Monroe, hymn Edyty Górniak i wszystkie hity Golców w jednym. Taka była szczęśliwa.

Kiedy po półtoragodzinnym szaleństwie na dmuchanym zamku, gonieniu balonów i objadaniu się urodzinowym fast foodem impreza zaczęła chylić się ku upadkowi końcowi, lekko zdziwieni skonstatowaliśmy, że te babeczki wręczane we wszystkie małe, lepkie ręce, to chyba zamiast tortu były, i że dziwnie tak jakoś, bo nawet nikt nie zaintonował pieśni głównej. A ponieważ nie lubimy być tymi, którzy trochę bez sensu przedłużają gospodarzom kulturalne pozbywanie się ociągających się z wyjściem gości, postanowiliśmy opuścić imprezę pierwsi. Piętnaście minut przed zaznaczonym na zaproszeniu czasem. To taki angielski zwyczaj - impreza od-do. (To dlatego na drugich urodzinach Fruzi, mniej więcej w trzeciej godzinie imprezy, Sąsiadka oznajmiła radośnie, że skoro nie określiliśmy się jednoznacznie, nikt nie zamierza opuszczać przyjęcia. Choć ja obstawiam, że to nie z powodu braku od-do na zaproszeniach, a z powodu dyskretnej obecności napoju bogów plączącego się po kątach sali.) Podeszłam do mamy Albiego.
- Chcielibyśmy się pożegnać, bo mała jest już zmęczona i podziękować za za...
- Nie poczekacie na tort? - weszła mi w słowo Jen.
Ups.
Nie ma to jak wyczucie czasu i lokalnych obrzędów.
- Poczekamy, oczywiście, że poczekamy - odparłam uprzejmie.
Spojrzeniem zawróciłam Inżyniera i Fruzię sprzed drzwi.
- Twoja wielka chwila chwały, Tasmanie - szepnął jej w ucho Inżynier, podnosząc małą do góry.
Ktoś nieśmiało zaczął śpiewać. Na torcie zapłonęła świeczka.
- Happy birthday to you... - popłynęło w sali.
Oczy Fruzi w jednej chwili zrobiły się okrągłe. Myśleliśmy, że zaraz usłyszymy jej natchniony wokal, a tymczasem Fruzia ani myślała dołączać do chóru.
- No dalej, mała, przecież to twój Albie! - zachęcał Inżynier.
Tasman zdawał się być w innym świecie. Nie wiemy dokładnie, w jakim, być może gdzieś tam obok zdmuchującego świeczkę Albiego, ale wyglądała jakby ktoś zamienił ją w posąg. Gapiła się jak zahipnotyzowana na tort i świeczkę, aż otworzyła buzię z wrażenia i tak trwała i trwała aż umilkły ostatnie takty uroczystej pieśni. Albie wyszeptał życzenie i wszyscy zaczęli wiwatować.

Popatrzyłam na Inżyniera.
To po to przez dwa miesiące dzielnie znosiliśmy tę samą linię melodyczną od świtu do nocy? Po to właśnie?
Mąż Mój nie dał rady stłumić parsknięcia.
A Fruzia...

Odblokowało ją dokładnie w tej samej chwili, kiedy zamknęły się za nami drzwi.
- Happy birthday to you! - wrzasnęła gromko na pustym horytarzu. - Happy birthday to you!

Ratunkuuuu, tylko nie to!

O zmęczeniu

Wiesz, że jesteś zmęczony, kiedy:

a) bierzesz rano prysznic i w trakcie kąpieli zdajesz sobie sprawę, że kompletnie nie pamiętasz, czy to, co właśnie spłukujesz sobie z włosów to był szampon, odżywka, coś jeszcze innego, czy może... woda?

b) zbierasz ubrania z podłogi (Team Fruzia & Daddy) z zamiarem wrzucenia ich do kosza na brudną bieliznę, ale ostatecznie wrzucasz je z rozpędu do kibla *

c) chcesz zrobić herbatę, ale zamiast wlać wrzątek do kubka, wlewasz go do cukiernicy.

Listopad w pełnej krasie.

* przynajmniej ich nie spłukałam...

Piąta Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny

- Mummy, daddy, p(l)ane!
Pisk na pół hali odlotów. Nos przyklejony do wielkiej szyby, za którą Ryanair szykuje się do kolejnej powietrznej wyprawy.
- A do kogo lecisz?
- Babi!
Dziecięce podskoki i uśmiech od ucha do ucha.
Taniec radości.

Podczas gdy cały świat jednym głosem grzmi o zagrożeniach płynących z nadmiernego korzystania z dobrodziejstw współczesnej technologii, my, niczym rodzina z mocno rozwojoną jaźnią, z jednej strony odliczamy Fruzi minuty spędzone na oglądaniu piosenek w komórce, a z drugiej namacalnie wręcz widzimy, gdzie aktualnie byśmy byli bez tejże wyklętej z ambony technologii. W studni rozpaczy byśmy byli. Lub innej czarnej d...ziurze.
- Dzięki Bogu za skype'a - mantruje Mamuśka.
Czasem wznosi przy tym oczy do nieba, a czasem wypiskuje te swoje hymny pochwalne na cześć Internetu, wtórując skaczącej wesoło Fruzi, która doskonale, dos-ko-na-le zna swoich dziadków, pomimo kilometrów i braku spotkań przy niedzielnym obiedzie. Zna ich tak dobrze, że na lotnisku pędzi na oślep przed siebie, kiedy słyszy, że ''o, zobacz, Baba i Siasia już czekają", a potem do klatki w Rodzinnym Town, byle szybciej to swoje "hello, Babi!" wykrzyczeć jeszcze na parterze. I na wiadukcie, przekrzykując ptaki i pociągi, kiedy po smutnej minie na do widzenia jeszcze raz, zaskoczona i szczęśliwa, ponownie widzi Babcię na peronie.

Dzięki temu, że oni prawie codziennie u nas, a my u nich, niby tylko dwuwymiarowo, a jednak jakby wielo-, na tym etapie nikt nie dziwi się przez tydzień, że taka ona duża, nikt nie odczuwa uwierającej obcości, nie potrzebuje się oswajać ani uczyć drugiego człowieka jakby od nowa. Znają się, więc radość bez końca przy powitaniach i niemal łzy małego człowieka przy pożegnaniu.

Pierwszy raz to u niej widzieliśmy. Ten wymalowany na jasnej buzi wyraźny znak, że jeszcze nie, ona wcale nie ma ochoty nigdzie od dziadków wyjeżdżać, i że jak babciu będziesz robić taką smutną minę, to i ja się zaraz rozpłaczę, o, popatrz, broda już mi się trzęsie...

(...)

Jednym zgrabnym ruchem małego ciała wślizgnęła się na fotel Dziadka Dyrektora, ten, na który nikt inny oprócz niego  nie siada, a jeśli już mu się zdarzy pod dyrektorską nieobecność, to gdy wróci Dyrektor, będzie musiał go opuścić. To taka niepisana zasada, bo nikt nikogo nie wyrzuca, nie wygania, nie marszczy brwi, a jednak to się wie. No dobrze, raz czy dwa zostałam kulturalnie poproszona o przemieszczenie się, próbowałam walczyć, stawiać opór, ale nikt z rodziny mnie nie wsparł, sam Ojczulo zaś (nad)używał jedynie łagodnej perswazji, więc skapitulowałam. Fruzia tymczasem postanowiła nie respektować żadnych pisanych i niepisanych umów i na fotelu nie tylko pozostać, ale również mieć ten tupet, aby na jego oczach triumfować zwycięstwo.

Wszystkich Dziadek Dyrektor wytrenował w kwestii fotela, Fruzi nawet nie próbował.

I wyobraźcie sobie, że czuję się z tym dziwnie. Zupełnie nie wiem, czy to dobrze, że Fruzia postanowiła wziąć się za bary z tym jawnym, fotelowym patriarchatem, czy raczej źle, że tak bezdusznie burzy starannie tkaną sieć rodzinnych tradycji, swoisty symbol (szlachecki?) istniejący w niej od pokoleń lat.

(...)

Uporządkowała Babci Mamuśce biżuterię. A mówiąc dokładniej - kilka pudeł z biżuterią. Wyglądała jak na targach sztuki ludowej skrzyżowanych z pokazem najnowszej kolekcji Svarowskiego. Nie jestem pewna, czy po naszym wyjeździe Mamuśce udało się ponownie skompletować cokolwiek. Przezornie nie pytałam.

(...)

Drugiemu Dziadkowi zaśpiewała 'Happy Birthday' i tym razem była to właściwa piosenka wykonana o właściwym czasie i we właściwym miejscu. Może jedynie liczba napędzanych przez samą artystkę bisów mogła wydać się lekko niepokojąca, ale tylko tym, którzy nie słyszeli Fruzi w zwykły, powszedni dzień.

27 powtórek to naprawdę nie jest szczyt jej możliwości.

(...)

Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to na poważnie obraziła się raptem 3-4 razy. A i to nie bez ważnego powodu. Raz nie chciała się ubrać, za drugim razem jeść, za trzecim pójść spać, a za czwartym chciała jeść, ale tylko cukierki. Sami, państwo, rozumiecie. Nie pozostało jej nic innego jak tylko rzucić się na z góry upatrzoną pozycję twarzą do dołu i odczynić swą powinność.
- Żydowskie kucki - zawyrokowała Mamuśka, która z wyraźną fascynacją obserwowała tak dobrze jej znany spektakl, tym razem w wersji 3D.
Parsknęłam.
- Co??
- Kucki - powtórzyła. - Żydowskie. No nie widzisz?

Mamuśka na długo osłodziła mi frustrację wynikającą z patrzenia na frustrację Fruzi.

(...)

Wychodzimy z marketu i od razu wpadam w objęcia Kota. Gadamy chwilę, umawiamy się na widzenie, po czym rozchodzimy się w swoje strony. Wieczorem Kocur opowiada, że kiedy się rozstałyśmy, ona i Buńka natychmiast zaczęły się śmiać z braku czapki u Fruzi.
- A ty wiesz, że ja od razu pomyślałam, że  ty pomyślisz o tej czapce?

Kocurze, aby ukoić twoje matczyne serce, spieszę donieść, że od tamtej wizyty w kraju Fruzia codziennie nosi czapkę.

I to nie tylko dlatego, że przed chwilą skończyła pierwszy w życiu antybiotyk. ;-)

(...)

Z Lilką długo badały się wzrokiem, zanim postanowiły się polubić. Z Emilką zaklikało od progu i mogliśmy wszyscy spędzić dwa październikowe dni nad Bałtykiem. Wiało nieziemsko, ale przezorna Mamuśka zaopatrzyła Tasmana w komin i czapkę, nikomu więc nie oberwało uszu ani kudłów. Dziewczyny upatrzyły sobie sięgające ziemi rolety do zabawy w chowanego, Fruzia chowała się również w szafie i kazała sobie śpiewać 'Sleeping Bunnies'. Poza tym nic się w tej kwestii nie zmieniło - to dziecko jest stworzone do podróżowania, wędrowania po lotniskach, poznawania nowych miejsc i spania gdzie popadnie.

Oczywiście pod warunkiem, że ma ochotę spać.

(...)

Mogłabym mieszkać w Sopocie. A na pewno chciałabym wrócić do Naszego Miasta. Tęsknię za nim chyba bardziej niż za Rodzinnym Town. Poza tym ostatnim, chyba tylko w Naszym Mieście tak naprawdę czułam, że to moje miejsce. I pomyśleć, że kiedy 17 lat temu zjawiłam się tam, żeby złożyć dokumenty do tamtejszego koledżu, to miasto było brzydsze niż noc listopadowa. Obecnie jest piękne, niech się schowa Kraków i Praga.

A może to ja patrzę na nie zupełnie inaczej niż 17 lat temu.

O tym, że nadchodzą, czyli zdaje się, że wróciliśmy

Poważne rozmowy.

Zmywam naczynia. Do kuchni wkracza Fruzia z rysunkiem najnowszej produkcji. Na białej kartce pysznią się granatowe kółka, jedno na drugim. Choć może 'kółka' to niekoniecznie to, co udało się osiągnąć Tasmanowi, niemniej jednak przypomina to kółka.
- O, jak pięknie! - chwalę dziecię.
Chwalę za każdym razem, bo Fruzia dopiero niedawno naprawdę odkryła rysowanie i usiłuję podtrzymać w niej zapał. Sami rozumiecie - dziecko rysujące to dziecko skupione = matka ma trzy minuty dla siebie.
- Baby - oświadcza Fruzia.
- Oł-kej - mówię, gdyż nie wiem, co powiedzieć.
(Trochę jak tu: "dzwonię do ciebie, bo nie mogę rozmawiać.")
Tasman podciąga do góry koszulkę, klepie się po brzuchu i powtarza:
- Mummy, baby.
Gorączkowo nadstawiam uszu. Czy to naprawdę już?
- Tak, kochanie? Baby w brzuszku?
Fuzia przytakuje, szczęśliwa, że załapałam, o co chodzi.
Mała dłoń wędruje w kierunku mojego brzucha.
- Baby.

Tak, to już.

- Mama nie ma dzidziusia, ale ty kiedyś byłaś w innym brzuchu, wiesz? - mówię. - A potem przyjechałaś do nas, adoptowaliśmy cię i mama z tatą oszaleli z radości, pamiętasz?
- Yeś - Fruzia radośnie potakuje, po czym pędzi do swoich spraw.

A ja wciąż nie wiem, czy te kółka to miał być jej brzuch, baby, czy może artystyczne ujęcie tematu sprowadzania dzieci na świat.

Nie dopuszczam do siebie myśli, że to była aluzja do rozmiarów mojej osobistej ochronnej oponki.

O tym, co mnie rusza

Mamuśka mówi, że ma łzy pod skórką, bo wzrusza się łatwo i często. Ja jestem typem przeżywacza nomen omen od środka. Kiedy coś mnie porusza, przeżywam i przeżuwam, ale niekoniecznie płaczę. Częściej ryczę ze złości i żalu niż wzruszenia.

A jednak są słowa i obrazy, które zapadają we mnie natychmiast i na długo, a dodatkowo wywołują nagłe pogorszenie wzroku i zamglenie obrazu. Bardzo to niekomfortowe uczucie, bardzo. Szczególnie jeśli próbuje się jednocześnie zrobić trzy rzeczy: 1. obejrzeć do końca film, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności innych oglądaczy, 3. NIE wyobrażać sobie Fruzi na miejscu głównego bohatera. Albo: 1. obejrzeć program do końca, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności męża słuchającego programu znad gara z gotującym się rosołem, 3. nie ignorować Fruzi, po raz trzydziesty trzeci usiłującej powiedzieć ci coś bardzo ważnego (czyli to, co zawsze: 'mummy, (ch)oć!')

Te obrazy za mną chodzą. Wciąż.

"Lion. Droga do domu" (2016) reż. Garth Davis

Pierwszy raz usłyszałam o tym filmie od mojego ucznia. W trakcie próbnego egzaminu ze speakingu wylosował pytanie o film, który poleciłby innym. Tak mnie zaintrygował swoją opowieścią, że - co rzadko mi się zdarza, bo pamięć do tytułów mam beznadziejną - natychmiast zakodowałam ją w głowie. Kilka tygodni później obejrzeliśmy film z Wielką Szwagierką i Tym Właściwym podczas ich wizyty w Krainie Deszczu, a ja spędziłam ten wieczór pod kocem, rozsypana na tysiące drobnych kawałków.

Saroo, główny bohater (w tej roli rewelacyjni Sunny Pawar i Dev Patel), to pięcioletni chłopiec, który gubi się na ulicach Kalkuty i desperacko próbuje odnaleźć drogę do domu, ale błądzi tak bardzo, że wreszcie trafia do przytułku. Na swój sposób okazuje się jednak szczęściarzem, ponieważ  wkrótce znajduje nową rodzinę, australijskie małżeństwo, dla których Saroo będzie pierwszym dzieckiem. Nowi rodzice kochają go szaleńczo, chłopiec wyrasta na mądrego mężczyznę, próbuje ułożyć sobie życie, ale... No właśnie. Tych kilka wspomnień o dawnym życiu tak bardzo nie daje mu spokoju, że chłopak wyrusza na poszukiwanie swych biologicznych korzeni.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak silna jest ludzka potrzeba wiedzy o własnym pochodzeniu? Albo co zrobilibyście, wychowując się w kochającej rodzinie ze świadomością, że mieliście kiedyś inną, najlepszą na świecie mamę? Myśleliście kiedyś o tym, jak długo czekalibyście na powrót dziecka? Na ile lat starczyłoby wam wiary i nadziei? Albo co czulibyście, gdyby wasze dziecko śniło o swojej pierwszej mamie?

"Lion. Droga do domu" to film o stracie, o rozstaniach i powrotach, o miłości i o adopcji też, ale przede wszystkim to film o poszukiwaniu własnej tożsamości. Polecam go każdemu, kto wciąż wątpi, że adoptowanemu dziecku należy się prawda o jego korzeniach (więcej o tym, dlaczego warto - tutaj: Nasze Bąbelkowo) oraz tym, którzy boją się, co z takiej prawdy może wyniknąć.


"Kobieta na krańcu świata: Pakistan" (sezon 9)

Martyny Wojciechowskiej nie trzeba Wam przedstawiać. Ani jej programu. "Kobietę na krańcu świata" znają chyba wszyscy, ale może nie wszyscy obejrzeli odcinek o kobietach w Pakistanie.

Do głównej bohaterki reportażu, Musarrat Misbah, businesswoman i właścielki prężnie rozwijającego się salonu piękności, przyszła kiedyś 'kobieta bez twarzy'. Oblana przez męża i jego rodzinę kwasem solnym za 'nieposłuszeństwo' zapragnęła odzyskać choćby część siebie. Jak się szybko okazało, po pierwszej ocalonej do salonu zaczęły zgłaszać się kolejne dręczone przez bliskich kobiety.

W Pakistanie kilka tysięcy kobiet rocznie jest oblewanych kwasem solnym i/lub podpalanych. KILKA TYSIĘCY! Dręczycielami są zarówno mężczyźni - najczęściej znudzeni i agresywni mężowie, którzy szukają pretekstu do pozbycia się niewygodnej żony z domu - jak i kobiety, na przykład teściowe. Skatowane ofiary albo już nigdy nie odzyskują pełnej sprawności (np. nie mogą otworzyć oczu) albo po prostu umierają w ogromnych cierpieniach. I oczywiście nikt nic nie wie, bo takich rzeczy nie zgłasza się na policję.

Oprócz próby wyobrażenia sobie, jak straszne musi być przeżycie takiej traumy, dwie rzeczy zapadły mi mocno w pamięć w trakcie oglądania programu. Pierwsza to słowa Martyny, która mocno podkreśla, że to nie religia jest winna temu, co dzieje się w Pakistanie z kobietami, a kultura. A druga to stwierdzenie Musarrat, że właśnie ta kultura zostawia ogromne piętno na człowieku, bo nawet ona, wykształcona, mieszkająca przez jakiś czas w Anglii, a więc tzw. cywilizowanym świecie, też nie potrafiła zgłosić się na policję, kiedy jej były już mąż dopuszczał się wobec niej przemocy. Bardzo mocno to do mnie trafiło, bo czyż nie mamy tendencji do dziwienia się, że regularnie dręczona przez faceta kobieta ukrywa to przed resztą świata? Czy zastanawiamy się, w jakim otoczeniu, w jakiej kulturze wychowano tę kobietę? Jak słusznie zauważa główna bohaterka odcinka, nie da się zmienić sposobu myślenia danego narodu w ciągu jednej nocy. Ale należy edukować i małymi krokami pokazywać, że można i TRZEBA inaczej.

To ostatnie odnosi się w zasadzie to wszystkich negatywnych zjawisk współczesnego świata.
Mądra edukacja jest kluczem do naprawdę wielu zmian.

A jak już obejrzycie i ochłoniecie, to na deser pędem do Janiny, aby przeczytać jeden z jej wpisów. Ten najlepiej. Bo to nie jest tak, że tylko Fruzia i Fruzia. Odkąd mamy Rudolfa, człowiek jakoś szybciej mięknie na widok tych wszystkich psich mord. I tym bardziej mu przykro, kiedy pomyśli, że wiele z nich nie ma nikogo, kto by podrapał za uszkiem. A często nie ma nawet nic w misce.

Lećcie koniecznie, spłaczcie się jak i ja się spłakałam, a potem pomóżcie, proszę.

Bo ten tekst też za mną łazi i nie chce się odczepić.

Fruzia - odsłona druga i osiem dwunastych

- Fruziu, a gdzie jest tata? - pyta Babcia Mamuśka podczas rozmowy na skypie.
- Daddy work.
- A ty co robisz dzisiaj z mamą?
- A mummy a Rudolf, park.
(Czyżby indefinite article?)
To prawda, właśnie wróciliśmy ze spaceru.
- A grzeczna byłaś w przedszkolu? - kontynuuje Babcia.
- No - oświadcza dziecię i na dowód własnej prawdomówności przekonująco gestykuluje, wytyka język i prycha, blowing raspberries*.
W ten sposób pokazuje nam zawsze, na czym dokładnie polegało to jej nie-grzeczne bycie. A może nie-bycie grzeczną.
Kiedy zrobiła to po raz pierwszy, byłam zaskoczona, że po kilku godzinach od awantury pamiętała dokładnie, o co poszło, bo wtedy mogłabym przysiąc, że jak tylko otarła łzy rozpaczy, natychmiast zapomniała o całym incydencie. Ale nie. Pamiętała, wiedziała, dlaczego mummy była sad i opowiedziała nam o tym w swoim własnym języku polsko-angielsko-chińsko-migowym. Z jednej strony cudowne są te zalążki myślenia logicznego, a z drugiej...
- Mummy, ice - powiedziała któregoś dnia, stojąc przed otwartą na oścież zamrażarką. Zaglądała właśnie do drugiej szuflady, w której jeszcze kilka godzin temu chłodziły się dwa lody na patyku. Jednego zjadła ona.
- Nie ma - dodała, patrząc na mnie wymownie.
- No nie ma, nie ma - potwierdziłam. - Pewnie Rudolf ma z tym coś wspólnego.
Przez resztę dnia unikałam jego wzroku.

Dziadkowie uwielbiają jej kosmiczne opowieści, które najczęściej wymagają tłumacza i didaskaliów. Jak wtedy, kiedy Fruzia opowiadała o urodzinach Amelii. Przywlokła z nich czerwony balon, z którym uparła się spać i chociaż zastanawialiśmy się, jak długo jej nowy przyjaciel pożyje, zgodziliśmy się na kolejnego lokatora w jej - oraz nad ranem w naszym własnym - łóżku. Do pasji doprowadzało mnie usypianie Tasmana z balonem w objęciach, bo każdy jej ruch powodował irytujący dla uszu dźwięk tartej gumy. Trzy noce później, około szóstej nad ranem, czerwony z hukiem wyzionął ducha, a dla Fruzi przez kilka kolejnych dni było to wydarzenie sezonu.
- Baba, a bubble pop - oświadczyła do telefonu Babci Mamuśce jeszcze zanim ta pojawiła się na ekranie.
Bardzo była przejęta, więc pomiędzy baba-bubble-pop padło sporo anime-niemi-tomo-aba, czyli chińszczyzny stosowanej.
- Matka, tłumacz - zażądała jak zwykle Babcia.
Tym sposobem ona też uczy się angielskiego. A podczas następnej wirtualnej sesji sprawdza, czy Fruzia akceptuje jej akcent.
- Daddy work? - pyta niewinnie.
- Yeś - rzeczowo odpowiada Tasman.
Być może zamiast o emeryturze, Rodzicielka powinna pomyśleć o przebranżowieniu. Angielski komunikatywny już może spokojnie wrzucić do własnego CV.

Dużo śpiewa. (Fruzia, nie Mamuśka.) Zaczęła patriotycznie, od "Sto lat", które podsunęła jej sieć, żeby następnie płynnie przejść do "Happy Birthday". Mamy więc trochę niepewne "to tat, to tat", brzmiące prawie jak "tota tata" ("szczotka, pasta, ..."), na przemian z głośniejszym "hepi bebe tu-u", które z kolei pojawiło się nie wiadomo, panie, skąd. A jak nie wiadomo, to obwiniamy Różową. To się nawet łączy w jedną, logiczną całość, bo niedawno Tasman otrzymała pierwsze oficjalne zaproszenie, nie mające nic wspólnego z rodzicielskim zapleczem towarzyskim, na urodziny do Albiego.
- Pomyślałam, że skoro Fruzia tak bardzo lubi Albiego, to się ucieszy - wyjaśniła mama chłopca.
Albie i Sisi to mentorzy Tasmana. Wystarczy poinformować ją, że dziś idziemy do dzieci, a narządy artykulacji Fruzi automatycznie składają się do wymówienia imion tych dwojga. Sisi w samochodzie, Albie na parkingu, Sisi w progu placówki, Albie w progu sali. Na zmianę a czasem jednocześnie.
- To dość zabawne - powiedziała mi koleżanka z Różowej, kiedy śmiałam się z tej monotematyczności dziecięcia. - Bo z Albim ona właściwie w ogóle się nie bawi!
A my wcale nie byliśmy zdziwieni. Sisi przeszła właśnie do pre-school, Albie dołączy do niej za miesiąc. Starsze dzieci imponują Fruzi samym tylko faktem, że są starsze i więcej mogą. Tacy mali bogowie, którym Tasman usiłuje dorównać. I może stąd to "hepi bebe tu-u". Młoda ćwiczy, coby zabłysnąć w dojrzalszym gronie.
Przed snem repertuar nieco jej się zmienia. Na dwa głosy zastanawiamy się, co też powie tata, każda na swój sposób. Ja zachowuję się tak, jakbym startowała co najmniej do Idola, Fruzia eksperymentuje z wokalem. Do niej też, jak zawsze, należy ostatnie słowo.
- Co powie... - zaczynam refren.
- Dada - wtrąca cicho Fruzia.
Ja: Co powie...
F (głośniej): Daddy!
Ja: Co tata mi powie, co na to odpowie mi...
F (pieje): siiiiiiś!
Ja: Co powie...
F (szybko i krótko): Dada
Ja: Co powie...
F: (odmawia współpracy)
Ja: Czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci, on...
F (wrzeszczy): piiiiiiiii!!!

Poza tym reszta bez zmian. Ja do niej z czekoladą, ona do mnie, że chce "more chock, piś". Ja proszę, żeby powiedziała jabłko, ona mi na to, że przecież to "apple", a gruszka to nie gruszka, tylko "pear".
- A gdzie jest mrówka?
Pokazuje. I natychmiast mnie poprawia:
- Ant.
 I weź już, mamo, się nie wygłupiaj, tylko daj mi "bunny". Banana, jak by się ktoś pogubił.
Dobrze, że czasem oznajmi, że chce jej się pić i (s)pać, albo że dzik jest dziki, bo jeszcze chwila, a byłabym skłonna puszczać w świat własnoręcznie ukute rewolucyjne teorie na temat przyswajania pierwszego języka przez dzieci. I musiałabym oskarżyć Fostersów o manipulowanie Tasmanem w początkowych miesiącach jej życia.

Poranki z nią to nowy rodzaj interaktywnej gry dla całej rodziny. Do etapu mleka jest łagodna jak baranek, szczególnie że naprawdę przypomina baranka z tą burzą splątanych loków. Potem jest tylko gorzej.
- Fruziu, chodź, założymy skarpetki.
- No!
- Ależ tak, nie możesz pójść z gołymi stopami, jest zimno.
- No!
Tasman zwiewa na drugi koniec chaty, żeby tylko uniknąć kontaktu ze śmiertelną zarazą. Bez słowa idę za nią, podchodzę, aby założyć jej te przeklęte skarpety, Fruziak wyrywa się, machając wszystkimi kończynami na boki. (Każdego poranka. Każ-de-go.) 
- No! Daddy!
Wymieniamy się z Inżynierem spojrzeniami.
Daddy jest od skarpet, spinek i majtek z Peppą. Ale i on nie ma łatwo, bo to działa tylko wtedy, kiedy Fruzia nie chce, żebym zrobiła to ja. Więc jeśli ja nie spróbuję, to on też jest bez szans. Czujecie logikę, prawda? Mama natomiast robi kitki, pomaga włożyć spodnie i bluzkę. A także nosi Fruziakową torbę z przedszkola i zapina suwak, tak tylko na trzy milimetry, żeby Tasman sama mogła zapiąć resztę. Bo jak zapnę na cztery, to trzeba wszystko zaczynać od nowa i to przy zmarszczonych tasmańskich brwiach.
Fruzia ucieka też przed włożeniem butów, myciem zębów i czesaniem. Generalnie poranki są na nie. Inżynier mawia, że przynajmniej będziemy przyzwyczajeni i za naście lat, kiedy Tasmana trzeba będzie ściągać rano z łóżka dźwigiem, niewiele nas już zdziwi.

Za to wieczory są nasze. Z naciskiem na długie wieczory. Fruzia systematycznie odmawia spania w Różowej w porach uznawanych przez rodziców za przyzwoite, ale po powrocie do domu jest gotowa do drzemki już w progu Piątej, tak jak stoi, w butach i kurtce. Serio. Potrafi zasnąć na siedząco na kanapie, a jeśli spróbujesz ją obudzić... to masz powtórkę poranka. Pod koniec dnia, wypoczęta i zadowolona, uparcie usiłuje przekonać nas, że chodzenie spać między dwudziestą a dwudziestą pierwszą jest dla mięczaków. Nawet przykład Rudolfa, który chodzi spać z kurami, nie pomaga. Kiedy zbliża się pora wędrówki do sypialni, Fruzia raptem zaczyna być głoda, spragniona, chce wee wee, poo poo, chce czytać, sprzątać, oglądać z tatą mecz... Nic dziwnego, że po takim dniu pełnym wrażeń chrapie dosłownie jak Ojciec Dyrektor.

Ale gdzieś między tymi porankami i wieczorami, a nawet w ich trakcie, jest najfajniejszym stworzeniem, jakie tylko można sobie wyobrazić. Emocje wręcz z niej kipią, jak się złości, to na całego, kiedy się cieszy, to też słyszy ją całe osiedle. Przytula się do drzew, a czasem z rozpędu nawet do słupów telegraficznych. Wszystko, co małe lub młode, to dla niej baby. Kotek, kasztan, drzewko, które jest cienkie jak gałązka. Uwielbia łączyć się z dziadkami na skypie, fascynuje ją obraz kibiców na stadionie śpiewających hymn narodowy. Kiedy się boi, krótkim hand! domaga się naszych dłoni w swojej. Ostatnio przesiedziałyśmy tak w samochodzie kilka minut, dłoń w dłoni, kiedy wielkie buczące szczoty polerowały nam auto. Tylko dlatego się nie rozpłakała, choć buzię miała już w podkówkę. Całuje swoje lalki i Rudolfa na do widzenia, kiedy wychodzimy do przedszkola. Zbiera dla Rudego jeżyny i wszystko to, co da się urwać wśród chaszczy, choćby nawet jeżyn wcale nie przypominało. Wszystko dlatego, że złapała kiedyś sierściucha na podjadaniu ich prosto z krzaka. Próbuje rzucać mu patyki, ale jej starszy brat jest trochę zbyt nieokiełznany na takie zabawy, więc zwykle muszę ich godzić na spacerze. Włazi ludziom do ogródków, zupełnie jak on. Zawsze do tych samych i zawsze z miną łobuza, który wie, że psoci.

I jakimś niesamowitym zrządzeniem losu jest nasza.

To chyba jej najfajniejsza cecha.


* Uwielbiam to określenie. Szczególnie, że nie ma ono jednego krótkiego odpowiednika w języku polskim w wydaniu dziecięcym. 

Deja vu

Jadę na rozmowę kwalifikacyjną. Znowu.

(Jeszcze chwila a ten post przestanie być aktualny i będę musiała napisać nowy. O moich pierwszych trzydziestu rozmowach w sprawie pracy.)

Jadę i oczywiście cieszę się. Trochę to głupawa podszyta adrenaliną, jak słusznie zauważył Mąż Mój, dając mi buziaka i życząc powodzenia, bo przecież to jednak interview, a trochę zwyczajnie dobre samo- i prze-czucie, bo aż tak zestresowana nie jestem, no bez jaj, chyba do cholery dostanę tę robotę.
Przypomina mi się rozmowa sprzed niemalże roku. Pamiętam, że na pytanie o to, jak ewentualnie zamierzam poruszać się między kampusami, odpowiedziałam nonszalancko, że mam prawo jazdy, co prawda obecnie nie jeżdżę, ale zamierzam kupić samochód, więc nie ma problemu. Ha. Naprawdę nie wiem, skąd ja to wzięłam. Zabrzmiałam jednak tak przekonująco, że jeszcze chwila, a przekonałabym samą siebie. Tyle tylko, że nie do końca, bo kiedy Mikruska faktycznie stanęła przed Piątą Chatką tuż obok Blaszaka, byłam autentycznie przerażona myślą, w co się właśnie wpakowałam.

Wiozę więc samą siebie na tę rozmowę i próbuję się ogarnąć. Powinnam przećwiczyć moją naprędce sporządzoną prezentację, uruchomić ten swój tryb bije-ode-mnie-stonowana-pewność-siebie, ale coś mi nie idzie, bo kiedy tylko przestaję głupkować, załączają mi się w głowie obrazki z porannych zajęć. Mój Najambitniejszy, który po wykonaniu ćwiczenia potrafi zapytać 'jaki był cel tego zadania', dał się dziś ponieść dyskusji na temat różnych etapów w życiu i oświadczył tym swoim korporacyjnym tonem, że 'ten materiał jest naprawdę dobry' i że jest wdzięczny za linki do całego artykułu, bo 'zamierza zgłębić temat'. Z wrażenia niemalże wpadłam pod przyklejony do podłogi dywan. Po raz drugi tego dnia, bo chwilę wcześniej moja autochtonka wyskoczyła z pytaniem, czy jestem głową naszego departamentu. Nie wiem, na podstawie czego mogła wysnuć choćby cień takiego  wniosku, ale wiem, że prawie mnie nim zabiła, choć myślę, że mogło mieć to coś wspólnego z liczbą papierów, w których tonie moja klasa ilekroć pobędę w niej dłużej niż dziesięć minut. Powszechnie wiadomo przecież, że im większą głową jesteś, tym więcej drzew niszczysz. Jak się okazuję, ja nie muszę być żadną głową, żeby doprowadzać planetę do zagłady, nad czym szczerze ostatnio ubolewam.

Docieram wreszcie do koledżu. Jak zwykle przed czasem, to silniejsze ode mnie. Wędruję prosto do pokoju obsługi, gdzie bardzo przyjemny pan od wszystkiego wręcza mi klucz do gabloty, na który czekałam ponad miesiąc. To jest dobry dzień, myślę. To jest bardzo dobry dzień.
Choć to zależy od punktu widzenia, bo w bibliotece, gdzie kseruję materiały na wieczorne zajęcia, jeden z uczniów dostaje ataku epilepsji. Opiekująca się nim nauczycielka reaguje sprawnie i profesjonalnie, ale ręce jej się trzęsą jak zawodowemu pijakowi. Pytam, jak mogę pomóc, prosi tylko o podłożenie chłopakowi kurtki pod głowę, zostaję z nimi jeszcze parę chwil do przyjścia kogoś z pierwszej pomocy, trochę gadamy do chłopaka, który powoli dochodzi do siebie i koniecznie chce wstać, zawstydzony sytuacją. Leż, śmieję się do niego, odpocznij sobie trochę, póki masz okazję.

Siadam w recepcji. Poprzednio czekałam na mój panel kwalifikacyjny w kampusie A, teraz jestem w B i to dość dziwne uczucie siedzieć tu i po prostu czekać aż moi przełożeni zaproszą mnie na rozmowę. Jestem tu codziennie, każdego poranka w drodze na drugie piętro macham do recepcjonistek i pędzę prosto do swojej klasy, a dziś każą mi siedzieć i czekać, bo nawet nie wiem, do której sali się udać, no świat się kończy.
Przychodzi po mnie Tan. Rok temu zaczynałyśmy razem, wygląda na to, że teraz też zaczniemy. W tej samej pracy, na nowych zasadach. Jeśli oczywiście dostaniemy tę robotę. Tan mówi, że wałkowali ją godzinę, teraz czekają na mnie. Prowadzi mnie do pokoju konferencyjnego, przez szklane drzwi widzę moich przełożonych, o matko, myślę, serio będziemy rozmawiać na serio? To Tan przekonywała mnie jeszcze tego samego poranka, że te rozmowy to formalność, jesteśmy dwie, stanowiska są dwa, no nie ma innej opcji, chcą nas, tylko trzeba dopełnić formalności. Teraz Tan wygląda jak ktoś, kto jest potwornie zmęczony i doprawdy sam nie uwierzyłby sobie drugi raz na słowo.

Pytają mnie, dlaczego powinnam dostać tę pracę. Zaczynam się śmiać. Odpowiedź jest tylko jedna. Lubię tę robotę, a wy chyba szukacie ludzi, którzy lubią swoją pracę, prawda? Tak, prawda, ale pogadajmy o twoim doświadczeniu z ostatnich miesięcy. Czego się nauczyłam. Nad czym wciąż muszę popracować. Jak monitoruję postępy kursantów. Co robię z ewentualnymi absencjami. Szkolenia. Trudne przypadki. Jak formułuję indywidualne cele dla studentów. Zaczynamy dyskutować, bo dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, bronię swojego stanowiska i chyba udaje mi się przekonać początkowo nieprzekonaną szefową. Prezentuję przygotowane materiały z lekcji. Gadam, gadam, pytam. Po czterdziestu pięciu minutach wypuszczają mnie, proszą, żebym dołączyła do Tan i poczekała na werdykt.

Kilka minut później stoimy w czwórkę w sali, którą traktujemy z Tan jak nasze wspólne biuro, czując się jak na planie The Great British Bake-Off lub innego Master Chefa. Pytanie, kto odpadnie. Zamiast tego, szefowa śmieje się i mówi, że wita nas w gronie zatrudnionych na stałe lektorów koledżu.

Dostałam pracę, ludzie. Tą samą, co rok temu. 

O tym, kto się przejmuje i dlaczego dzisiaj to nie jestem ja

Jeszcze zanim pojawiła się na zajęciach, wzbudziła moją ciekawość. Bo gdyby odwrócić sytuację i to ja miałabym pomagać na lekcjach polskiego dla obcokrajowców, wybrałabym grupę dla początkujących. Zwykła logika podpowiedziałaby mi, że to tam mogę być najbardziej potrzebna. A tymczasem ona nie. Tak się broniła przed żółtodziobami, że jeszcze na etapie wymiany maili zaczęłam podejrzewać ją o nietutejsze korzenie.

Nie przyszło mi do głowy, że ona po prostu chce ogarnąć język. Swój własny.

Uczę więc ambitnych zaawansowanych, dla których Kraina Deszczu to albo chwilowa przygoda, albo związek na resztę życia, oraz ją - autochtonkę, kobietę, która po przekroczeniu kolejnej dziesiątki życia wymyśliła sobie nauczanie, ale żeby robić to przyzwoicie, najpierw sama musi się nauczyć, co to w ogóle ten past perfect i jak wytłumaczyć go innym. Życie pełne jest paradoksów, a to właśnie jeden z nich. Dokładnie ten sam, co kilka lat temu, kiedy tłumaczyłam Finowi zawiłości polskiej odmiany przez przypadki.

Kontakt z drugim człowiekiem pozwala mi spojrzeć na samą siebie z dystansu. Szczególnie w życiu zawodowym. Bo nie, nie wszyscy tak mają, że się przejmują - błędami, tym, jak zabrzmieli, czy nie byli zbyt lub za mało jacyś. Są tacy, co płyną, pędzą, na łeb, na szyję, na złamanie karku i nawet chwili nie poświęcą refleksji, czy to, co powiedzieli w szesnastej minuście i czwartej sekundzie lekcji, to właściwie po angielsku było, czy może w fatalnej kalce z ojczystego. Bardzo im tego zazdroszczę. Tego szczerego, wypisanego na czole who cares?

Ale te rzadkie chwile olśnienia wynagradzają mi te wszystkie momenty zwątpień, te godziny spędzone nad grubym zeszytem w paski i słownikiem Cambridge. Te chwile, kiedy nowa, podnosząc długopis znad gęsto zapisanej kartki w jej własnym notesie, mówi mi po zajęciach:
- Masz niesamowitą umiejętność dawania jasnego i czytelnego przekazu. Mogłabyś trenować przyszłych nauczycieli na kursach Celty.

Doskonale wiem, że nie mogłabym. A przynajmniej jeszcze nie.

Ale fajnie jest czasem wsiąść we własne auto, zawieźć samą siebie do domu, bo przecież dziś potrafię, a jeszcze rok temu nic na to nie wskazywało, a po drodze puścić do siebie oko, bo właśnie dziś po tej trudnej lekcji, na której ambitni zaawansowani bez uprzedzenia zagrali ze mną w Sto Pytań Do,  popatrzyłam na zawodową wersję siebie z dystansu.

I to był całkiem przyjemny widok.

O tym, że być może to naprawdę koniec

Ojciec Dyrektor postanowił, że to koniec. A ja, niczym Przyszywany Brat, który na wieść o mym zamążpójściu oświadczył, że uwierzy, jak zobaczy, wciąż się z niego podśmiewuję. Nie tylko z niego zresztą, wszak wszystkim wiadomo, że to Mamuśka celuje w tych wszystkich "mam dość, to już naprawdę koniec!" Jedno i drugie od lat tylko się odgraża, a potem każdego ranka z pokorą wydeptuje te same szlaki.

W tę ich emeryturę to ja uwierzę, jak w końcu zobaczę.

Choć przyznaję, że coś wisi w powietrzu. Mamuśka i Ojczulo znaleźli wreszcie nowe lokum, Rodzinny Drapacz Chmur przez najbliższych kilka lat będzie czekał na moment, aż po latach rozłąki z Kocurem znów staniemy się sąsiadkami (o ile to Kocur do tego czasu nie zwieje z Town), a Ojciec Nasz jest aktualnie na etapie wyszukiwania sobie zajęć alternatywnych. Hobby czyli. Na tę rzekomą emeryturę. Bo znów wszystkim wiadomo, że co jak to, ale Ojciec Dyrektor na tej emerytce COŚ robić MUSI. Bo inaczej się udusi. Ewentualnie Mamuśka udusi jego. I dramat rodzinny gotowy. Wszyscy więc zadręczają Ojca jednym pytaniem.

ALE CO TY BĘDZIESZ NA TEJ EMERYTURZE ROBIŁ??

Zauważcie, że nikt nie pyta o to Mamę. Nikt. Mamuśka zawsze coś robi, nawet jak nic nie robi, więc może pierwszego września przez chwilę będzie zdziwiona, że nikt nie oczekuje jej sprawozdań na radzie pedagogicznej, ale potem rzuci się w wir robienia wszystkiego innego i to ją pochłonie bez reszty. Natomiast Ojczulo?

- No właśnie pracuję nad tym - zwierzył nam się niedawno Dyrektor.
(Czujecie tę prześmiewczość losu? Pracuje nad tym, co będzie robił jak przestanie pracować!)
I rapem bardzo się ożywił.
- Bo ja to bym chciał sobie na część etatu popracować w banku. Nie wziąłbym od nich dużo, tyle tylko, żeby trochę zarobić, ważne, że mógłbym sobie siedzieć i przekładać bankoty, wiecie, ja bym je sobie rachował, układał, tulił, głaskał... Jak w raju!

(Prawda, że każdy z Was tak właśnie wyobraża sobie niebo?)

Nawet Mąż Mój, który dotąd przysłuchiwał się majakom teścia w milczeniu, dał się porwać tej wizji.
- To wiesz co? To ty lepiej przyjedź do nas, zorganizujemy ci jakiś wolontariat w banku, kasy z tego może nie będzie, ale za to funty będziesz sobie układał w równe stosiki! Funty, nie jakiś tam złotówki!
Ojcu Memu aż się oczy zaświeciły ze wzruszenia.

Dlatego myślę, że trzeba będzie mu sprawić dobry prezent na tę przyszłoroczną, nową drogę życia, o ile Dyrektor faktycznie zdecyduje się na nią wkroczyć. Jakiś "Monopol" albo zestaw małego bankiera w rozmiarze XXL.

Bo jeśli Ojciec pozostanie z niczym, to wówczas wszyscy będziemy w poważnych kłopotach.

O tym, co skomplikowane

Mąż Mój pochodzi z katolickiej, bardzo wierzącej, praktykującej, a jednocześnie normalnej (to ważne) rodziny.  Jak nietrudno się domyślić, Drudzy Rodzice zaszczepili wiarę w Boga oraz szacunek do Kościoła swoim dzieciom. Wielka Szwagierka śpiewała w kościelnym chórze, a przynajmniej tak mi się wydaje, a mini Inżynier przez 10 lat posługiwał przy ołtarzu jako ministrant, od czasu do czasu podpijając mszalne wino ze swymi religijnymi współbraćmi. I szczerze wierzył w Pismo, upatrując w Kościele źródła życiowej mądrości.

Pamiętam nasze pierwsze wspólne Boże Ciało - nocowaliśmy u Chemików, poszliśmy spać w godzinach porannych, a o nieludzkiej porze, w okolicach ósmej ej em, Mąż Mój stwierdził, że idzie na mszę. Na mszę ORAZ na procesję. Na ciężkim kacu. Ja, pochodząca z bardzo mieszanej pod względem pobożności rodziny, byłam wówczas bardzo niesprecyzowana w kwestii własnej wiary i stosunku do Kościoła. Zakładam, że gdyby tylko istniała taka opcja, ustawiłabym sobie na fejsbuku status "związek z Kościołem: to skomplikowane". Myślę zresztą, że do dziś byłby on aktualny. Anyway, poszłam z nim wtedy na tę procesję, ale do dziś się śmiejemy, że od tamtego momentu to ja systematycznie sprowadzałam go na złą drogę, a nie on mnie na dobrą.

Bo wiele się zmieniło od tamtego czasu. Tak wiele, że Mąż Mój, tak oddany ministrant i parafianin, obecnie ma problem nawet z tym, aby pójść do kościoła w Święta. Role trochę się odwróciły. To ja - ta sama, która sprowadziła go na złą drogę - zwykle namawiam go na wizyty w świątyni Bożej dwa razy w roku. (Na Boga i Karmę, to faktycznie JEST skomplikowane!) Inżynier wciąż powtarza, że wierzy w Coś lub Kogoś Kto Nakręca Ten Świat, że wie, iż Kościół robi dla potrzebujących wiele dobrego, ale jednocześnie nie może patrzeć na te wszystkie praktyki, rytuały, ceremonie, kadzidła, konieczność spowiedzi... Brr! Nie wspominając o mieszaniu się Kościoła do polityki.
- Niedobrze mi się robi, kiedy patrzę na hipokryzję kościelnych głów - mawia.

Nic jednak nie oddaje lepiej jego aktualnego podejścia do Kościoła Katolickiego, głównie polskiego, niż jego sierpniowy komentarz do rzeczywistości.

Weszłam do pokoju i zastałam go stojącego przed telewizorem, plecami do mnie. Oglądał coś na Polsacie, całkowicie skupiony na tym, co przed nim, więc nie miał pojęcia, że stoję tuż za nim. Chciałam go o coś spytać, ale nie zdążyłam, bo naraz usłyszałam jak mamrocze do siebie półgłosem:

- Boszeeee...Święto Przemienienia! Wy się sami, kurwa, przemieńcie!

O wieczornych medytacjach

Stoję na szczycie wysokiej góry. Dookoła pocztówkowy krajobraz - przestrzeń, błękitne niebo, trochę niżej korony drzew. Rozpościeram ramiona, biorę głęboki wdech, na dwie sekundy przestaję oddychać, po czym zaczynam wrzeszczeć.
- Fruziuuuuuuuuu!
Powietrze drży. Chmury ptaków podrywają się z drzew z głośnym trzepotem skrzydeł.
- Fruziuuuuuuuu!
- ... uziuuuuu! ... uziuuuuuu! - zdaje się krzyczeć ze mną cała ziemia.
Jeszcze dwa razy. Albo trzy. Aż zaczyna brakować mi tchu.
Lepiej mi.

Przynajmniej w wyobraźni.

Bo tak naprawdę siedzę na brzegu łóżka, oddycham głęboko, usiłując znaleźć w sobie ten mityczny spokój i nawet odrobinę nie jest mi lepiej.

- Fruziu - mówię poirytowana. - Jak zaraz nie przestaniesz szaleć, to ja oszaleję!

A  do siebie szepczę:
- Zaraz pierdolnę sobie w łeb!

Fruzia zasypia po kolejnych dziesięciu minutach. Stres wieczornego usypiania mija, a ja...

Ja jestem z siebie dumna, bo to jeden z tych dni, kiedy po godzinnych przytulasach, śpiewankach i szeptankach, Fruzia tylko przez kilka minut podwyższała mi temperaturę ciała. Podgrzewała mnie na małym ogniu, można by rzec. A przecież potrafi doprowadzić do wrzenia i nie zmniejszać płomienia nawet na chwilę, aż do momentu, kiedy wszystko kipi i natychmiast zasyfia moje matczyne samopoczucie. Zawsze wtedy, kiedy już ochłonę i przestanę zagryzać zęby, wściekła o to jej godzinne kopanie, szamotanie się, rzucanie smoczkiem i lalkami, zawsze wtedy patrzę na nią jak śpi spokojnie, jak ooddycha rmiarowo, na te jej loki patrzę i myślę sobie, że durna jestem, bo powinnam się przyzwyczaić, nie wkurzać się, bo i po co, w końcu i tak zaśnie jak teraz, a poza tym popatrz sobie, matko głupia i pomyśl, co teraz czujesz. Miłość, czystą, matczyną miłość. I głaszczę ją i mówię jej, że i tak kocham ją najmocniej w kosmosie, nawet jak wkurza mnie nieziemsko. Następnego dnia znów przytulanki, szeptanki, śpiewanie. Luz i spokój, nawet jeśli ona w swym zmęczeniu znów zaczyna się szarpać. - To ostatnia faza przed właściwym zasypianiem - śmiejemy się z Inżynierem. Śmiejemy się aż do następnego razu, kiedy hormon stresu zalewa mi mózg. On sugeruje, że może ona sama już powinna, książeczka, buzi w czółko, dobranoc, papa, ale ja się uparłam jak muł bagienny, choć widzę wiele racji w jego rozumowaniu. Nawet spróbowałam raz czy dwa. Dramatyczne 'mummyyyyy!' dobiegające z jej sypialni wierciło mi dziurę w głowie, a ja, zamiast odpoczywać, stresowałam się jeszcze bardziej niż gdybym tam z nią była i odbywała jedną z naszych małych - wielkich sprzeczek. Więc wracam, jak bumerang wracam, mimo dobrych i prawdziwie życzliwych rad. Wracam, bo wciąż chcę, bo tak sobie wymyśliłam, ja sama, nie żadna matkapolka wtłaczająca mi do głowy, co powinnam, a czego nie. Wracam i widzę, że robię postępy w matczynym programie osiągania stanu oświecenia. Aż do następnego razu.

Wracam co wieczór, bo kiedyś ona i tak mi powie, że mam sobie iść. Da mi buziaka w czółko, powie dobranoc, zrobi zawadiackie papa i tyle mnie tam będzie.

A do tego czasu, zawsze wtedy, kiedy zawita  pms albo szczególnie dokuczy jesienna chandra, będę wdrapywać się na tę swoją górę i będę wrzeszczeć w wyobraźni do utraty tchu.

Albo w afekcie naprawdę pierdolnę sobie w łeb. :-)

O mummy, która długo była sad

Na drugie urodziny Fruzia dostała układankę. W jej skład wchodzi cała rodzinka drewnianych misiów - mama, tata, córeczka i synek. Cała zabawa polega na tym, aby w odpowiednio wyżłobione miejsca na drewnianej deseczce powstawiać misiowe główki, tułowia i nóżki w różnych rozmiarach, a to wszystko odziane w fantazyjne wstążki, kapelusze, spodnie, sukienki i co tam jeszcze misie noszą. Ubrania można układać w kolorystycznie dobrane zestawy lub pokierować się tasmańską fantazją, na przykład strojąc głowę rodziny w kapcie, dół od piżamy i puchową, zimową kurtkę. Bo kto zabroni?

Fruzia zakochiwała się w misiach powoli. W przeciwieństwie do mnie, bo ja straciłam dla nich głowę natychmiast. (Gdybym nie czuła się idiotycznie, zażyczyłabym sobie podobny zestaw na własne urodziny. Może tylko wymieniłabym większość garderoby mamy miś na coś bardziej modnego, bo nasze gusta jakoś się w tej kwestii rozjeżdżają.) W pewnym momencie pomyślałam nawet, że być może to po prostu nie jest to, co Fruzie lubią najbardziej i tyle. A tymczasem z początkiem lata uczucie zaskoczyło i rozwitło gwałtownie z pełną mocą. Co, nie ukrywam, trochę wpłynęło na moje własne uczucia do misiów (babie nie dogodzisz), bo wiecie jak to jest, kiedy zmuszeni jesteście towarzyszyć dziecku przy jednej układance jakieś trzydzieści razy dziennie. Wiecie, prawda? No właśnie.

Do tego Fruzia nie ułatwiała sprawy, bo od początku jest strasznie monotematyczna w kwestii własnego (córeczka miś) oraz mojego (mama miś) stroju. Jakimś cudem Rudolfa (synek miś) i tatę misia ubiera różnorako, siebie jedynie w nieśmiertelny różowy zestaw, a mnie... Szkoda gadać. Czarne buty z białymi skarpetkami, a do tego fioletowa bluzka. Fioletowa! Wszyscy wiedzą, że we fioletach wyglądam... fioletowo, a mimo to Fruzia uparcie stroi mnie w ten kolor. I gdyby jeszcze na tym się skończyło...

- Fruziu, czy mogłabyś zmienić mamie buźkę na uśmiechniętą? - pytałam spokojnie w czerwcu.
Nie, nie mogła.
- Mummy sad! - mówiła z mocą.
No dobra, niech jej będzie. Przecież nikt nie jest na okrągło wesoły, prawda? *
- Fruziu, ale zobacz, przecież mama dużo się uśmiecha - nalegałam w lipcu, szczerząc się przesadnie do Tasmana.
Misiowa mama wciąż tryskała na boki japońskimi łzami.
- Mummy sad! - wkurzało się dziecię, kiedy przemocą usiłowałam wyrwać z deseczki misiową głowę mamy.
- Fruziu, proszę natychmiast zmienić mamie twarz! - zażądałam na początku sierpnia.
No ileż można płakać??
Zaczęłam też zastanawiać się, czy przypadkiem mnie się tylko nie wydaje, że dużo się uśmiecham. Może Fruzia widzi we mnie wiecznie smutną i niezadowoloną z życia babę? Może...

- Fruzia bardzo często pociesza płaczące dzieci - powiedzieli mi w przedszkolu. - Wodzi palcem wzdłuża policzka, pokazując, że płyną im łzy. Dlatego naszym kolejnym krokiem będzie nauka słów wyrażających emocje. Na razie wiemy, że potrafi jedynie powiedzieć 'sad'.
Parsknęłam śmiechem.
Rzeczywiście, nagle dotarło do mnie, że pierwsze nieśmiałe 'happy' dopiero niedawno zaczęło wydobywać się z jej wnętrza. A więc to tak! Fruziak, mądrala, nauczyła się jednego słówka, nasłuchała się zawodzących bejbików z sali obok i teraz wszyscy na tym świecie są 'sad'!* Do końca dnia nie mogłam przestać się śmiać.

Kilka dni później udało mi się przekonać Tasmana, że mama chciałaby mieć radosną buzię w układance. Niech już te straszne buty i fiolety zostaną, ważne, że wreszcie - i bardzo wyraźnie - Fruzia zdecydowała, że 'mummy happy'.
- Mummy! Happy! - krzyczy teraz, kiedy wysypujemy kawałki misiowej rodziny na dywan.

Bo że tata miś od zawsze śmieje się pełną gębą, to chyba oczywiste? Nawet wtedy, kiedy werbalnie wszyscy wokół byli 'sad', tata miś pozostawał milcząco radosny. Od dnia numer jeden.

- Przeklęty napój bogów! - skomentowałam sobie kiedyś półgłosem. - To dlatego wciąż się tak szczerzy!

* Oprócz taty misia...

O karmie

Mój śp. Dziadek Stefan miał z nami, szarańczą, ciężkie życie. Nie dość, że chłopaczyska palili ogniska tuż przy wiśniach, chowając się w ich gałęziach i udając, że ich tam nie ma, a ten dym to w ogóle nie wiadomo skąd tam się wziął, to jeszcze wszyscy łaziliśmy po dachu długiego budynku gospodarczego, od którego nie mogliśmy czasem odkleić stóp, bo pod wpływem wysokiej temperatury papa lepiła się do podeszew, a z którego łatwo było spaść i się połamać. Tak widzę to dzisiaj, bo wówczas nie bardzo czułam, o co tyle szumu, choć z drugiej strony, jak znałam dziadka, ułana z krwi i kości, to nie martwił się on zbytnio o nasze zdolności cyrkowe lub instynkt samozachowawczy; chyba bardziej chodziło o to, że my mu ten dach zwyczajnie systematycznie niszczyliśmy.
- I nawet ty! - rzucał od czasu do czasu Dziadek, widząc mnie w towarzystwie chłopaczysków.
Bo rzadki to był widok. Oni mieli swój świat, do którego bronili mi dostępu, czasem kusząc możliwością akcesu, jeśli zaliczę wszystkie wyznaczone mi przez aktualnego herszta bandy zadania; ja miałam swój, w którym szyłam lalkom ubranka, czytałam książki i podlewałam z Babcią kwiaty, choć momentami tęsknie wodziłam za Wielkim Bratem, Pedrem i Młodszym osamotnionym, dziewczyńskim wzrokiem. Żadnego chrztu nie zaliczyłam. Nie umiałam pluć, strzelać kulkami z rurek, z procy, ani z łuku własnej roboty, bałam się wspinać zbyt wysoko na drzewo... I tylko włażenie po drabinie na dach szopy i budynku gospodarczego jakimś cudem nieźle mi wychodziło.
- Cholery jedne! Złaźcie natychmiast, bo was zaraz sam przegonię! - wygrażał nam Dziadek, który chwilę wcześniej zobaczył nasze harce przez okno i natychmiast wybiegł z domu, żeby dać nam burę, podczas gdy my, jak to dzieciaki, albo chichraliśmy się niespokojnie, chowając za komin i drażniąc Dziadka jeszcze bardziej, albo w końcu złaziliśmy, choć z daleko posuniętą ostrożnością, coby nas Dziadek nie capnął za ucho lub dwa.

Potęga autorytetu, bo nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek to zrobił.

Wszystkie te scenki stanęły mi przed oczami któregoś słonecznego, sierpniowego dnia. Fruzia biegała z Rudolfem między kuchnią a naszym kawałkiem trawnika na tyłach domu. Wyjście na przód domu, a ostatecznie też i na ulicę, jak zwykle w okresie letnim zatarasowaliśmy położonym na ziemi dużym koszem na śmieci. Fruzia jest jeszcze zbyt mała, żeby swobodnie go odsunąć, zaś Rudolf zbyt leniwy na próbę sforsowania przeszkody jednym zgrabnym labradorskim skokiem. Oboje zresztą uwielbiają snuć się po tym wydzielonym kawałku przestrzeni bez ciągłego otwierania i zamykania drzwi oraz bramki do ogródka, wszyscy więc byli szczęśliwi. Oni, bo mogli biegać, ja - bo mogłam spokojnie odkurzyć. Takie to ekscytujące rzeczy czyniłam w chwilach wolnych od pracy i rzadko ustającego "mummy, (ch)oć!".
Po kilku minutach względnej ciszy - a ciszą nazywam ten stan, w którym słychać jedynie włączony odkurzacz / pralkę / kosiarkę bądź inne wyjące urządzenie elektryczne - wyłączyłam wreszcie sprzęt i zaczęłam nasłuchiwać. Jakikolwiek odgłos bawiącej się, kłócącej z Rudolfem, czy też mamroczącej do siebie Fruzi byłby dla mnie wystarczającym znakiem, że wszystko jest ok, nic niepokojącego się nie dzieje, możesz matka odkurzać dalej. Ale cisza była naprawdę głucha. Taka, że nic a nic, nawet muchy akurat nie brzęczały. Westchnęłam więc, zastanawiając się, co też tak stonowało tę głośną zazwyczaj dwójkę i powlokłam się do kuchni. Wystarczył mi jeden rzut oka przez okno na ogródek nasz i sąsiadki z góry, żebym wybiegła z domu jak oparzona.

Fruzia stała na drabinie w ogródku Zamroczonej. Była w połowie drogi na murek. Rudolf zaś spokojnie skubał sobie trawę u jej stóp, zupełnie niezainteresowany poczynaniami siostry.

Zamroczona też dojrzała ich z okna i wybiegła z domu w tym samym momencie co ja.

- Fruziu, zejdź natychmiast, nie wolno wchodzić na drabinę - powiedziałam najspokojniej jak się dało, choć miałam wrażenie, że tylko ja z zebranych dostrzegam ten swój stoicki spokój i zimną krew. Znów zero uznania ze strony otoczenia.
Mała spojrzała na mnie niewinnie, ale posłusznie zaczęła wracać na ziemię, coś tam do siebie mamrocząc pod nosem.
(- I już zaczyna pyskować! - pomyślałam po raz kolejny w tym macierzyńskim życiu.)
- A ty... ty cholero jedna! - zwróciłam się z wyrzutem do Rudego. - Ty miałeś jej pilnować!
Sierściuch machnął kitą na znak, że przecież właśnie tak wygląda jego pilnowanie - w końcu jest tam, gdzie ona, prawda? - po czym wyluzowany wrócił do wpieprzania trawy. Wegetarianin się znalazł, psia mać!

Tamtego dnia trochę się wystraszyłam, ale kolejne dwa razy, kiedy ściągałam Fruzię z drabiny Zamroczonej dokładnie z tej samej wysokości, trochę mnie uspokoiły. I rozbawiły.
- Ty naprawdę nie odpuszczasz! - rzuciłam po cichu w przestrzeń. - Zawsze wracasz, zawsze, choćby z najmniejszą pokutą!

I chociaż nie mogłam jej zobaczyć, dosłownie czułam, że się uśmiechnęła.

Do Fruzi też wróci w odpowiednim momencie. :-)

O tym, co robię w pracy, kiedy (nie) uczę

- Fruziu, jutro jest ostatni dzień naszych prawie-wakacji - oznajmiłam córce tonem dalekim od żałobnego. - Od poniedziałku wpadamy w szpony rutyny - dodałam.

Założę się o bloga, że to kwestia tej pracy, w tym miejscu i z tymi ludźmi. Po raz pierwszy w tym życiu tutaj przepracowane lato wciąż miało smak lata, odliczanie do weekendu wiązało się jedynie z oczekiwaniem na więcej czasu razem lub kolejny wypad przed siebie, a perspektywa nowego roku szkolnego nie wydaje się końcem świata. Choć i tak w placówce nikt zdaje się nie wierzyć w moje zapewnienia, że było fajnie. Wciąż tylko bless you! na zmianę z poor you! od tych, co to świeżo po Hawajach. Jeszcze chwila, jeszcze momencik, a na ołtarze mnie wyniosą. Męczennica koledżowej ławy niosąca kaganek oświaty integrującym się w Królestwie przybyszom. To o mnie. A w zasadzie mogłoby być o mnie. Mogłoby, gdyby nie ten drobny fakt, że w na wpół opustoszałym koledżu mogłam wreszcie poczuć się jak na czerwonym dywanie wśród klikających na mój widok kserokopiarek błysków fleszy, oraz to, że moi kursanci zadbali o iście radosną atmosferę w klasie. Jak na lato przystało. I doprawdy cieszę się, że nikt w najbliższym czasie nie zamierza przepytywać mnie z zakresu moich zawodowych obowiązków, bo gdybym miała wyrecytować taki na podstawie ostatnich dwóch miesięcy, ręczę identyfikatorem otwierającym mi wszystkie koledżowe drzwi, że byłby to poemat zupełnie inny od tego, jaki dostarczono mi na papierze niespełna rok temu.

Tylko wczoraj na jednej trzygodzinnej sesji niańczyłam dziesięciomiesięcznego, czarnookiego skrzata, który usiłował zjeść długopis, kartkę i jednocześnie własną dłoń, podczas gdy jego rodzice rozwiązywali krzyżówkę o intrygującym tytule 'Jobs', umawiałam do-dziś-nie-wiem-kogo (kuzyna kolegi kuzyna kursanta?) na wizytę w szpitalu na oddziale ortopedii, brata mojego kursanta na spotkanie w job centre, szukałam odpowiedzi na pytanie, czy w Krainie Deszczu można zdawać egzamin na prawo jazdy po arabsku, rozmawiałam o spawaniu, o którym nie wiem nic oraz drukowałam bilet do Londynu. I to chyba oczywiste, że nie dla siebie.

Wcześniej zresztą też było wszystko.

Ktoś koniecznie chciał kupić mój samochód, ale że Mikruska pomyślnie przeszła ostatnie em-oł-ti, nasz związek jeszcze się nie rozpadł, wobec czego rozżalony samozwańczy kupiec znalazł sobie na ebayu Mikrusowego sobowtóra, o czym nie omieszkał mnie poinformować pewnego poniedziałkowego poranka, triumfalnie wymachując mi zdjęciem w telefonie przed nosem. Wiedziałam, że ja i Mikruska jesteśmy lokalną atrakcją, ale żeby aż taką, by od razu iść w nasze ślady?!

Ktoś odmówił napisania testu diagnostycznego. I żeby jeszcze odmówił i kropka, nie kruszyłabym kopii, ot, uznałabym, że ma testofobię. Albo że po prostu ma na mnie alergię. Ale nie, on odmówił, bo uznał, że jak tylko własnoręcznie postawi jakikolwiek znak graficzny na podsuniętym mu pod brodę papierze, ja ten cenny znak natychmiast oddam do urzędu imigracyjnego, coby delikwenta legalnie przebywającego w Królestwie wydalić na mocy nieistniejących przepisów. Potrzeba było czterech innych osób, siedemnastu pieczęci od dwudziestu niezależnych od siebie instytucji oraz tłumacza przysięgłego, aby wy-tłumaczyć nowemu nabykowi, że test jest bezpieczny. Długopis również.

Jeszcze ktoś inny nie mógł przestać zapraszać nas na lunch. Wszelkie wiarygodne i niewiarygodne wymówki skończyły się mnie i pomagającym mi - wedle nomenklatury Ojca Dyrektora - asystentkom w okolicach czerwca. Argument, że Kraina Deszczu nie przewiduje relacji uczeń - nauczyciel wykraczającej poza koledżowe mury, nijak nie trafiał do Mojżesza. Nawet wtedy, kiedy z pomocą słownika wyklepałam mu go - ten argument znaczy - na klawiaturze.
- Teacher! - Mojżesz uczynił w powietrzu nieokreślony ruch dłonią, a twarz wykrzywił w dziwnym grymasie trochę przypominającym mi złoszczącą się Fruzię.
(Może mnie właśnie przeklął w imię Allaha?)
- Teacher, no worry, it's ok!
Po czym ponowił zaproszenie.

I właśnie wtedy jedna z moich nieocenionych asystentek wpadła na pomysł, że skoro my nie bardzo możemy na ten lunch, to niech ten lunch do nas przyjdzie! Jak nie Mahomet do góry, to góra do Mahometa. Albo jakoś tak. Nawet etnicznie się zgadza. Miesiąc i osiemdziesiąt przypominajek później na koledżowe ławy wjechało syryjsko-polsko-angielskie jadło, a mnie aż zatkało nie tylko od tego, co właśnie mieliło moje jakże nagle egzotyczne podniebienie, ale przede wszystkim z wrażenia, że oni to jedzenie naprawdę tak na serio, serio, śmiertelnie poważnie traktują. W sensie - jaki McDonalds? Jakie KFC? Domowe żarcie, poczynione dłońmi żon i matek lub co bardziej do przodu mężczyzn, to podstawa nie tylko ramadanu, nie tylko przeżycia, ale przede wszystkim satysfakcjonującego lifestyle'u. Czego akurat Kraina Deszczu powinna się od nich uczyć. A jedliśmy między innymi to:


Przepis na kurczaka w galarecie made by Inżynier oraz na rolmopsy made by Aldi Wam daruję. Zdradzę tylko, że galareta się przyjęła.
- Yes, teacher, thank you, I take it for my wife - z aprobatą przyjął Mojżesz moją propozycję rozparcelowania resztek jedzenia na kilka domów.
Śledzie zaś niekoniecznie.
- I'm allergic to seafood! - wykrzyknął Fadi płynną angielszczyzną.
W ostatniej chwili powstrzymałam parsknięcie buzią pełną dziwnych liści. Nie mogłam bowiem przypomnieć sobie, kiedy ostatnio usłyszałam od Fadiego równie piękne zdanie w języku tubylców. Wygląda na to, iż potrzeba (strach?) jest matką lepszej komunikacji.

Inżynier zaś ze stoickim spokojem przyjął powrót rolmopsów do naszej lodówki.
- Super, miałem nadzieję, że nie będą im smakowały! - uśmiechnął się chytrze.

Zupełnie jak Fruzia.

O życiu na czterech kółkach

Przytarłam dzisiaj koło o krawężnik przy Różowej. Nie z mojej winy. Rzecz jasna. Wyjazd z parkingu jest wąski jak szyjka od butelki po złocistym napoju bogów, a ktoś z personelu Chmurki bądź przyklejonej do niej szkoły nagminnie zostawia auto w jego najwęższym odcinku, na zakręcie. Nie pomógł fakt, że niemal leżałam na przedniej szybie, sunąc przed siebie dystyngowanym tempem królowej szos (czyt: na dwójce). W pewnym momencie poczułam charakterystyczne szuranie o burtnik, auto jeszcze bardziej zwolniło, choć wydawało się to niemożliwe, a ja poczułam dreszcz emocji dostępny tylko dla uprzywilejowanej grupy kierowców, a do niedawna całkiem niedostępny dla mnie.

- No proszę! - powiedziałam do siebie głośno, całkiem z siebie zadowolona. - Jutro minie 7 miesięcy od mojej pierwszej samodzielnej jazdy, a ja dopiero dziś nie wyrobiłam na zakręcie!

Poczułam, że należy mi się jakiś order za potencjalne ocalenie wielu istnień dzięki bezkolizyjnej jeździe.

Raz co prawda straciłam panowanie nad kierownicą, na ułamek ułamka sekundy, kiedy usiłowałam złapać lecącą z przedniego siedzenia w dół butelkę z wodą, ale szybko nauczyłam się, że te ułamki ułamków sekund mogą mnie za drogo kosztować. I och, nie o Mikruskę mi chodziło, o nie. Ona nie z tych, co to płaczą nad złamanym paznokciem, zarysowanym lakierem lub straconym kołpakiem, bez którego jeździmy już kolejny (czwarty) miesiąc. Ona z tych twardych kobiet, co to żadnej przygody się nie boją. Wtedy o mały włos nie wylądowałam w krzaczorach, ale przecież w prawdziwym życiu są rzeczy znacznie gorsze niż krzaczory. Zające na przykład. Albo lecące znienacka na maskę wielkie piankowe maty do ćwiczeń (że tak zacytuję samą siebie z tamtego kwietniowego dnia - co to, kurwa, jest???), kiedy ty pędzisz z zawrotną jak na twoje świeżo nabyte umiejętności prędkością 45 m/h. Wiecie, wiatr we włosach, zimny łokieć, Farna z głośniczków... Zaprawdę powiadam wam, szaleństwo.

Innym razem, przy cofaniu, nie zauważyłam wyjeżdżającego z parkingu auta i tylko dzięki Bogu i Karmie nie wjechałam mu tyłkiem w twarz. Rzecz się działa na początku mej kariery pogromcy dróg i była kolejną lekcją, którą skrupulatnie odrobiłam. Tamtego dnia nauczyłam się, że te wszystkie lusterka to naprawdę nie są po to, żebym widziała swoje odbicie z różnych stron. Ani nawet po to, żeby sprawdzić, co robi Fruzia wpięta w fotelik na tylnym siedzeniu.

Albowiem musicie wiedzieć, że awansowałam na szofera Fruzi!

Szoferowanie odbywa się cztery razy w tygodniu i trwa mniej więcej minutę w jedną oraz minutę w drugą stronę, do Różowej i z powrotem, ale same przecież wiecie, że nie długość, a jakość się liczy, prawda? (#qualityoverquantity). I to doprawdy w różnych dziedzinach życia. No właśnie. Toteż jeździmy. Kiedyś, kiedy jeszcze miałyśmy CZAS (czyt: wykupione dłuższe sesje w przedszkolu, coby mama miała szansę na bezkolizyjny powrót po pracy do domu), chodziłyśmy do i z Różowej pieszo, teraz jeździmy, bo luksusy się skończyły. W sezonie letnim mama nie traci więc tego cennego czasu na zbędne pierdoły typu dzienniki, głębokie rozmowy z kursantami, czy też inteletualne przemierzanie koledżowych korytarzy z plikiem Bardzo Ważnych Dokumentów pod pachą, i po zakończeniu zajęć po prostu wypycha swych uczniów za drzwi sali, tym bardziej rozgadanym pomagając obuwiem marki CCC, po czym wskakuje do Mikruski, każe jej zapiąć pasy i przygotować się na jazdę bez trzymanki, aby punktualnie o 12.45 stanąć w progu Różowej i jak gdyby nigdy nic oznajmić niewychowawczo:
- Cześć kochanie, pędziłam do ciebie jak szalona! Mam czekoladki w samochodzie!

Fruzia to kocha, uwierzcie mi. Swój fotelik, minutową jazdę i te czekoladki. Bądź lekko podtopione lody, które ekspresowo udało się mamie kupić na stacji, kiedy podczas szaleńczej jazdy zyskała minutową przewagę w stosunku do Przewidywanego Czasu Dotarcia Do Tego Miejsca Na Drodze. Fruzia zwykle wybiega z Różowej z rozwianymi lokami (pozostałość po kitce), z czerwonym od nadmiaru emocji licem, a zdarza się, tak jak dzisiaj, że w sandałach założonych na stopy odwrotnie niż czyni to reszta ludzkości w wieku 3+. Wybiega, rozgląda się po parkingu, bezbłędnie wyłapuje wzrokiem Mikruskę i wrzeszczy:
- Mummy! Car!
A mnie nieodmiennie strasznie to śmieszy, bo przecież nie sposób przeoczyć Mikruskę. Nie dość, że najmniejsza, nie dość, że najstarsza, to jeszcze z plamami na twarzy, bez kołpaka i z wielkimi P na froncie i zadzie. Zaprawdę powiadam Wam, nie ma bardziej uroczego stworzenia na naszej wiosce.

Osobny order przyznaję też sobie za podróże w nieznane. Och, to takie typowo wodnicze, nieprawdaż? Ruszyć przed siebie, nie mając pojęcia, dokąd się dotrze! Dokładnie tak czułam się pewnego poranka, kiedy po wieczornej prośbie szefa, abym w jego zastępstwie udała się do pewnej firmy w celu przetestowania językowych możliwości grupy potencjalnych kursantów w miejscu ich pracy, wsiadłam w auto, przeżegnałam się, odpaliłam - tylko w głowie, ale zawsze to coś - mapę Google i pojechałam po przygodę. Dotarłam i wróciłam, choć zupełnie nie wiem jak. Kiedy wreszcie ochłonęłam, udało mi się ustalić dwa fakty:
1. Nie jechałam trasą, której dzień wcześniej nauczyłam się na pamięć z Google.
2. W obie strony jechałam dwiema różnymi trasami, przy czym - patrz pkt.1
(Wygląda na to, że jak bym nie skręciła, wszystkie drogi prowadzą tam, dokąd chcę.)

Kiedy w miniony czwartek udawałam się w kolejną, nową podróż mojego życia, byłam lepiej do niej przygotowana. Google do mnie mówił, a ja jechałam. Kiedy Mąż Mój wrócił tamtego dnia do domu, oznajmiłam mu, że właśnie dostałam drugie życie jako kierowca. Z Google mogę jechać wszędzie, dosłownie wszędzie! Ten głos, te maniery, to zaufanie, które się między nami zrodziło...!

Może tylko pod naszą pocztę nie podjadę, bo nie za bardzo wiem, jak tam parkować.
Ani do tego miasteczka, gdzie trzeba wjeżdżać pod wielką górę.
Do Liz też nie każcie mi jechać, bo tam tak wąsko.
A w dużych miastach to z kolei za szeroko.

Ale tak poza tym to mogę jechać wszędzie!

O tym, że wszystko płynie. Albo rośnie. A czasem jedno i drugie.

7.58. Stoimy z Fruzią w recepcji Różowej Chmurki. Jak zwykle jesteśmy jednymi z pierwszych duetów rodzic-dziecko czekających aż punktualnie o ósmej personel Różowej otworzy przed nami wrota dziecięcej przechowalni. Jeden z niecierpliwych przedszkolaków naciska dzwonek. Świdrujący dźwięk rozlega się chyba w całej okolicy, mama impulsywnego małolata karci go spojrzeniem. Śmiać mi się chce na myśl o tym, co w tej właśnie chwili, dwie minuty przed godziną zero, musi dziać się w staff roomie.
- Chwila, mamy jeszcze całe dwie minuty - mówi zapewne spokojnie któraś z opiekunek, zawiązując sobie przedszkolny uniform wokół talii. Ten, w którym dziewczyny wciąż wyglądają jak kelnerki z amerykańskiej jadłodajni lat pięćdziesiątych. - Poczekają.
To o nas, rodzicach kłębiących się w poczekalni.
- Och, niech spadają - dodaje wściekle Plotkara. - Przecież wiedzą, że otwieramy o ósmej, po jaką cholerę znów wydzwaniają wcześniej?? A poza tym, nie rozumiem, jak ktoś, kto mieszka tuż za rogiem, może codziennie przyprowadzać dziecko PRZED ósmą, skoro wie, że będzie musiał poczekać te dwie, trzy minuty przed drzwiami??
(For fuck's sake. Na pewno doda 'for fuck's sake!')
Teraz ta mieszkająca za rogiem to ja. Zawsze na posterunku tuż przed. Bawi mnie myśl, jak bardzo muszę denerwować Plotkarę samym faktem grzecznego stania w korytarzu.

Opieram się o ścianę, wzrokiem wędruję po twarzach bobasów, toddlerów, przedszkolaków i szkolniaków, którzy w jednej z sal Chmurki, niczym w polskiej świetlicy, czekają na rozpoczęcie zajęć w przyległej podstawówce. Sporo nas tu dzisiaj, jak nigdy.
Połowę drzwi tarasuje chłopiec na wózku inwalidzkim. Ma nogę w gipsie. Siedzi bokiem do mnie i wciąż się wierci, więc nie widzę dokładnie jego twarzy. Rozmawia jednocześnie z dwoma kolegami.
- Jest złamana - mówi jeden z nich do drugiego z przejęciem. - Masakrycznie złamana!
Patrzę na połamańca, który raptem nawet z profilu wydaje się jakiś taki znajomy... Hm.. Ja go muszę znać... Tak, na pewno skądś go znam... Nie mam pojęcia skąd, ale zaczynam skanować twarz młodego milimetr po milimetrze.
 I nagle już wiem. No jasne, on był w pre-school, kiedy zaczęłam pracę w Różowej! Taki żywy, wesoły, wciąż gadający (o-boże-ile-on-gadał!) chłopiec. Ma na imię... no kurczę...mam to na końcu języka... Martin? Nie... George? Eee... nie, nie pamiętam, ale jego brat to chyba... nie, na pewno... jego brat to...
Patrzę odruchowo na jednego z chłopców rozmawiających z tym na wózku. I doznaję wstrząsu.

Lucas!

Przecież to Baby Lucas!

Baby Lucas, który rozkochał mnie w sobie już podczas mojej pierwszej wizyty w Różowej. Wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziałam, czy dostanę tę pracę. Ten Lucas na małych, tłuściutkich nóżkach, łobuz jakich mało, który kiedyś zwiał nam do plastikowego domku w ogródku, rozebrał się do naga i rozbawiony czekał, aż go znajdziemy. Ten Lucas. Baby Lucas.

Nie mogę w to uwierzyć. Mam przed sobą wysokiego sześciolatka, który w zasadzie w niczym nie przypomina tamtego bobasa. Teraz już wiem, że to on, bo obok siedzi jego brat, a do tego, co dopiero teraz zauważam, wciśnięta  w kąt recepcji stoi jego mama - wciąż w tym samym charakterystycznym uniformie służb specjalnych, po którym rozpoznawałyśmy ją z daleka.

Lucas, jego wciąż-nie-pamiętam-jak-ma-na-imię brat oraz ich mama pięć lat później.

Pięć lat to pestka. Pięć lat to nic naprzeciw wieczności. 1825 dni. Nie tak znowu wiele. Mniej więcej tyle, co nasz pobyt tutaj.

A ile się wydarzyło!

Pięć lat tutaj to w sumie osiem różnych miejsc pracy, dwie przeprowadzki, cztery in vitro, jeden proces adopcyjny, jedno dziecko, kilka dziwnych kolorów włosów, jedna grzywka, powrót za kółko, trudno-policzyć-ile lotów tam i powrotów tu. Dużo.

Ale pięć lat rozwoju od niemowlęcia do ucznia to cały kosmos. Miliard nowo nabytych umiejętności, tysiące wdrukowanych w młody umysł zasad, norm i przekonań. Przemiana z jajka w kurę. I to wszystko tuż pod naszym nosem, codziennie, w każdej chwili.

Czasem mam wrażenie, że nic się nie dzieje. No nic, panie, nuda, piwko pijemy. Same old, same old. I że to tylko jeden z wielu tak podobnych do siebie poniedziałków. A tymczasem dziś Fruzia po raz pierwszy odpowiedziała w przedszkolu na bardzo podchwytliwe pytanie:
- What's your dog's name?
- Rudolf - odrzekło rezolutne dziecię.
W domu zapytałam ją więc, jak ma na imię jej mama, skoro taka jest wszystkowiedząca. W odpowiedzi Tasman wrzasnęła przejęta:
- Mummy!
I rzuciła mi się na szyję. Zapewne porażona własną mądrością.

Nie będzie już drugiego takiego poniedziałku.

O tym, że każdy ma jakiegoś fisia

 Śladami Bridget:

- liczba letnich ciuchów i butów zapakowanych do walizki: 38
- liczba przeciwdeszczowych ciuchów zapakowanych do walizki: 5
- liczba wykorzystanych letnich ciuchów i butów: 0
- liczba wykorzystanych przeciwdeszczowych ciuchów: 2x5
- liczba deszczowych dni w ciągu czterech dni: 4
- wygrane w scrabble: 2
- przegrane w chińczyka: 3 (w tym 1, kiedy moimi pionkami grał Inżynier)
- ulubione słowo: ćul

(...)

Przeszła nie tylko kawał linii brzegowej jeziora, ale też i samą siebie, bo tylko raz w ciągu tych kilku dni wszczęła dziesięciominutową awanturę nie wiadomo o co. Uspokoiła się tak samo gwałtownie jak się wściekła i to by było na tyle. Cudowna odmiana po tygodniu pełnym rzucania różową zastawą o podłogę.

Rudolf przeszedł samego siebie, ale bynajmniej nie dlatego, że wędrował z nami niezmordowanie po krzakach, ścieżkach i pagórkach, tylko dlatego, że:
a) wędrował na smyczy i nikt nie doznał urazu stawu barkowego
b) właził po kamiennych schodach bez barierek, przy których normalnie uspokaja skołatane psie serce
c) sprawiał wrażenie kogoś, kto nie dość, że nigdy nie cierpiał na lęk wysokości, to jeszcze chętnie sprawdziłby, jak się skacze z wodospadu na rudy łeb (ewentualnie rudą dupę).
Nie bez powodu Inżynier kilka razy nieufnie przyjrzał się sierściuchowi i pouczył mnie troskliwie:
- Jeśli poczujesz gwałtowne szarpnięcie, natychmiast puść smycz, dobra? Jak mu coś odbije i będzie chciał skakać, to przynajmniej niech ciebie nie pociągnie za sobą.

(...)

Zapytani o drogę tubylcy odpowiadali uprzejmie:
- Jeszcze jakieś dwie mile, potem w prawo, bo jeśli pójdziecie w lewo, nie dacie radę z tym wózkiem, ścieżka idzie stromo pod górę i jest zbyt wąska.
Byliśmy jedyną taką ekipą na trasie: czworo dorosłych, dwa psy, roczniak w wózku i dwulatek.

Poszliśmy w lewo. Skoro dzień wcześniej zdobyliśmy pół wodospadu, damy radę zdobyć pół jeziora.

Po tym kilkugodzinnym spacerze natychmiast rozgrzeszyłam się z moich niezrealizowanych planów biegowych w ostatnim dwuleciu.

(...)

Frytki, żelki i parówki na główne. Na deser lody i apple. Żaden Happy Meal nie wygra z takim zestawem. A wszystko oczywiście organic. Prosto z krzaka.

(...)

Inżynier twierdzi, że pierwszy raz widział mnie w takim stanie, choć przecież trzymałam formę. Takim widziałem-że-zależy-ci-na-wygranej stanie. I że to chyba dlatego, że czytam tyle książek, a do tego stukam w klawiaturę, a ktoś kto czyta książki i stuka w klawiaturę czuje towarzyską presję i zapewne chce wygrać potyczkę na słowa.

Phew! Gdzie on był przez ostatnie dziesięć lat??

Przecież to oczywiste, że ktoś, kto całe życie przegrywa w karty, kości, warcaby, monopol i - najnowsze odkrycie - w chińczyka, ten jak brzytwy uczepi się literówek.

(...)

Nie uwierzyli mi - nomen omen - na słowo, że fiś to fiś, a hyś to hyś. Wujek google zawiódł, nie łapiąc aluzji fis z angielskiej klawiatury. Ugryzłam się w język, w ciszy przełknęłam fakt, że w czwartej klasie dostałam szóstkę z dyktanda, bo jako jedyna napisałam poprawnie oryginalny, a następnie udławiłam się zakupowanym (dopuszczalne w grach).

Inżynier chyba miał rację. To nie dlatego chciałam wygrać, bo we wszystko przegrywam. Chciałam wygrać, bo przecież fiś to fiś, do jasnej cholery!

I tak sobie myślę, że dobrą ścieżkę kariery obrałam. Tam mogę być sobą, otoczona literami i słownikami, i jeśli mówię, że tak jest dobrze, to tak jest dobrze, czy cała sala mnie słyszy??! Nawet jeśli jest źle.

Za to w chińczyka grało się cudownie. Przecież i tak miałam przegrać, więc jaki luz!

(...)

To zadziwiające, że wystarczy zmienić własne krzaczory na oddalone kilkaset kilometrów od domu inne krzaczory, a już człowiekowi jakoś wznioślej na duszy.

Lake District jest piękne nawet w deszczu. I sprawia, że tęsknię do polskich krajobrazów.

(...)

Ostatniej nocy przyśnił mi się hinduski chłopiec, moje key child z Różowej. Trzymałam go na ręku, takiego już dobrze wyrośniętego, kilkuletniego, i wiedziałam, że to jest nasz syn, którego właśnie zamierzamy adoptować. Social services najwyraźniej dały ciała, bo młody ani nie był młodszy od Fruzi, ani kulturowo z nami zgodny.

No chyba, że to był sen z dalekiej przyszłości, w której to Fruzia zbliża się do dziesiątych urodzin, my mamy w kieszeniach deszczowe paszporty-umożliwiające-cuda-na-kiju, a ja już dawno jestem po szalonym weekendzie w Paryżu z Kotem i Warszawianką. A to z kolei oznacza, że mam w tym śnie ponad czterdzieści lat. Być może nawet planujemy wówczas z dziewczynami tydzień w Las Vegas na kolejne dziesiąte urodziny.

I pomyśleć, że w ciągu całego pobytu nad deszczowymi jeziorami tylko jeden raz pomyślałam, patrząc na syna naszych przyjaciół, że to byłoby w sumie dość ciekawe mieć chłopca. Po całym tym różu, lokach i spinkach.

(A potem natychmiast to odwołałam. Potrzebuję jeszcze więcej spinek i loków.)

(...)

Niebezpiecznie podążam w stronę abstynencji. Nawet kiedy okoliczności stają się barowo sprzyjające, a osobisty i umęczony toddler śpi bezpiecznie w objęciach równie umęczonego Rudolfa, prędzej zasnę z głową na planszy, upojona zwycięstwem w walce na słowa niż alkoholem. W przeciwieństwie do Męża Mego i jego towarzysza. Choć, mówiąc szczerze, ich złota era sprzyjających okoliczności i możliwości z biegiem lat i pojawiających się nie-wiadomo-skąd-i-jak dzieci również oddala się od nich coraz gwałtowniej.

Może kiedy adoptujemy sobie hinduskiego chłopca, oboje obierzemy przeciwny kierunek.

Liz twierdzi, że raczej na pewno.

I że to jedyny właściwy kierunek.