O dzieciach naszej córki

Nie planowaliśmy tego zakupu, ale ten bobas tak prosząco patrzył mi w oczy, że nie mogłam mu się oprzeć. Siedział w ostatnim rzędzie stoiska, wciśnięty między inne lalki, lekko tylko przykurzony, w błękitnych śpiochach i takiej samej czapeczce. Moje zaprawione w bojach oko matki natychmiast zarejestrowało, że mały ma w gumowej buzi smoczka, a o małe, pulchne nóżki oparta jest butelka na mleko. Natychmiast pomyślałam, że Fruzia, która nie miała szansy zauważyć małego na wysokim stoliku, na pewno marzy o wielodzietnej rodzinie, że przydałby się jej chłopiec, bo przecież dwie córki już ma, i że nie będzie miała nic przeciwko nieoczekiwanej adopcji w ten niedzielny, car bootowy poranek.

To się chyba projekcją w psychologii nazywa.

Ale miałam rację. W chwili, gdy spotkały się spojrzenia tych dwojga, narodziła się kolejna macierzyńska miłość Fruzi.

Szła przez pole targowiska totalnie pochłonięta swoim nowym dzieckiem. Nie zraził jej ani upał, ani tłum ludzi, przez który musieliśmy przemykać do kolejnych stoisk, wciąż ponaglając zaaferowaną i wędrującą w tempie ślimaka Fruzię, ani waga dziecka, które okazało się być w wieku 3 miesiące plus i najwyraźniej nie narzekało na brak apetytu. Zaprawdę powiadam Wam, ciężki ten nasz nowy wnuk, a jednak Fruzia jakby zupełnie tego nie zauważała. Tuliła, karmiła, na przemian wkładała i wyjmowała mu z buzi smoczka, kołysała i coś tłumaczyła. Być może zapewniała o dozgonnej miłości, opowiadała, jak długo na niego czekała albo pokrótce przedstawiała historię naszej rodziny. Opieka społeczna byłaby zachwycona taką adopcyjną mamą.

Trochę obawialiśmy się, jak na powiększenie rodziny zareagują dwie córki Fruzi, a szczególnie Różowa Bobaska, bo Mała jakoś nie wydawała nam się typem zazdrośnicy, ale trzeba przyznać, że dziewczyny spisały się na medal. Od razu zaakceptowały brata i godnie zniosły chwilowy brak czasu mamy Fruzi dla starszych dzieci. Zresztą, jak tylko Fruzia zakończyła ten pierwszy miodowy tydzień z nowym synkiem, równo podzieliła swoją uwagę między wszystkie dzieci.

Jest więc nas... sporo.

Spacery udaje się odbywać w towarzystwie jednego psa, jednego toddlera, jednego małego wózka i jednego leżącego w nim wnuka bądź wnuczki, ale ze spaniem nie jest już tak prosto. Fruzia zasypia we własnym łóżku otoczona gromadką swych dzieci, ale nad ranem tradycyjnie i głośno domaga się transportu do naszej sypialni również ze swoim potomstwem. O takich dzikich porach, wyrwana ze snu i po omacku torując sobie drogę do jej pokoju i z powrotem, to ja ledwie sama mogę trafić w otwór drzwiowy, a co dopiero z toddlerem i trzeba bobasami na rękach. Z czego dwoje z nich naprawdę dużo waży. A kiedy już jakoś uda mi się znaleźć łóżko i ułożyć na nim tę czwórkę, nagle okazuje się, że dla mnie nie ma już miejsca...

Ale serce topnieje, kiedy nie nich patrzymy. Podglądamy ją ukradkiem, kiedy układa swoje dzieci do snu. W tych jej ruchach widzimy samych siebie i przedszkolanki z Różowej. Delikatne poklepywanie po plecach, całowanie w czoło i głaskanie po głowie to my. Sadowienie się pomiędzy dwoma leżącymi bobasami i zakreślanie kółek na ich brzuszkach to moje koleżanki z Chmurki. Tak je pamiętam i tak je widzę każdego popołudnia po lunchu, kiedy odbieram Fruzię z przedszkola. I ta czułość w jej oczach. Jakby naprawdę tuliła żywe, potrzebujące opieki dzieci.

Nie wiem, czy przeniosłaby tą swoją miłość na prawdziwego, wrzeszczącego po nocach brata lub siostrę, ale ilekroć widzimy ją w otoczeniu tych swoich gumowych dzieci, bardzo żałujemy, że nie możemy się przekonać, jak by to było. Teraz. Teraz właśnie.

Jest bardziej niż gotowa na rodzeństwo.

O tym, czego wciąż jeszcze nie wiem

Środek zajęć. Dzień jak co dzień, nic specjalnego się nie dzieje, może oprócz tego, że zbliżamy się do przerwy i moich kursantów zaczynają w ławkach boleć tyłki. Jeden z nich kręci się niespokojnie, widzę, że marzy już o kawie. Nagle podnosi się z krzesła, zmierza do drzwi, tuż przed wyjściem z sali odwraca się do mnie i wskazując dłonią korytarz mówi łamaną angielszczyzną:
- Teacher, please, can I talk?
- Teraz? - pytam zdziwiona. - Czy to nie może poczekać do przerwy za kilka minut?
Nie, okazuje się, że nie.
Przerywam więc zajęcia, proszę moją wolontariuszkę o kontynuowanie zajęć, a sama wychodzę za Mojżeszem. (- Masz asystentkę w klasie? - pyta dumny Ojciec Dyrektor. - Oj tam, wolontariuszkę, która mi pomaga - prostuję. - Czyli asystentkę! - pręży klatę Ojczulo.)
- Co się dzieje? - pytam.
Mojżesz zaczyna tłumaczyć. Niewiele z tego rozumiem, bo jest bardzo poddenerwowany, język go zawodzi i coraz bardziej daje się ponieść emocjom. Po kilku prośbach, żeby się uspokoił i postarał powiedzieć wszystko jeszcze raz, wol-niej, dociera do mnie, że oto trafiliśmy na kulturową minę. Bo on spojrzał nie tam gdzie trzeba, a teraz ona oskarża go o gapienie się na nią.
- Ale zaraz, zaraz - próbuję go wyciszyć. - Przecież ja jestem w tej klasie cały czas, nie zauważyłam, żebyś zachowywał się niestosownie.
Żeby ktokolwiek kiedykolwiek.

Nawet wtedy, kiedy na tablicy interaktywnej przez pomyłkę i na kilka sekund pojawiły się dziewczyny w bikini. Nic zdrożnego, ot, laski, jakich pełno na plaży i na billboardach reklamujących kobiecą bieliznę. Chciałam wklikać 'hot food' w wyszukiwarkę, żeby wytłumaczyć przymiotnik, ale jakimś cudem wujek google się ze mnie zaśmiał, akceptując tylko pierwsze słowo. Na tych kilka sekund w klasie zapadła cisza, a spojrzenia zebranych rozbiegły się na wszystkie strony.
- Przepraszam, klawiatura mnie dziś nie słucha - powiedziałam.
Wyobraziłam sobie reakcję chłopaków w moim dawnym technikum na taką pomyłkę.
A tu nic. Grobowa cisza.

Poprosiłam ją na rozmowę. Wyszła z ławki wściekła, gdyby mogła, zabiłaby mnie i jego samym spojrzeniem.
- Chciałabym rozmawiać w obecności tłumacza - odezwała się zdecydowanie, zanim na dobre zamknęły się za nami drzwi.
Och.
Odruchowo się wyprostowałam. Przybrałam ton profesjonalnego doradcy, terapeuty i prawnika w jednym. Albo przynajmniej tak mi się wydaje.
- Posłuchaj, to trochę moja wina, bo to ja poprosiłam Mojżesza, żeby odwrócił się do chłopaków z tyłu. Pamiętasz? Mieli pracować w grupie. Może spojrzał na ciebie przez przypadek, naprawdę nie wydaje mi się, żeby robił coś celowo złego - zaczęłam.
W odpowiedzi usłyszałam, że to nie pierwszy raz, że on się na nią często patrzy, że jak dalej tak będzie, to jej noga więcej w tej szkole nie postanie.

Zrobiło się gorąco.

- Słuchaj Gabi, porozmawiam z nim jeszcze raz, a tobie mogę obiecać, że będziecie teraz siedzieć po przekątnej i nikt nie będzie się do nikogo odwracał, dobrze? Może tak być?
Trochę się uspokoiła. Miałam nawet wrażenie, że jakby odetchnęła. Wróciła do klasy, a ja zarządziłam przerwę.

W poniedziałek rano weszłam do klasy z plikiem pokserowanych kartek w dłoni i mój wzrok natychmiast wychwycił w sali nieznajomą twarz.
- O, cześć, jesteś nowym kursantem? - zapytałam.
- Nie - usłyszałam w odpowiedzi. - Jestem mężem Gabi. Chciałbym z tobą porozmawiać o tym, co tu zaszło kilka dni temu.

Ups.

Dopiero w zeszłym tygodniu odważyłam się ustawić w klasie ławki w podkowę. Tak, żeby wszyscy mogli widzieć wszystkich.

W drugiej połowie maja powiedzieli mi, że niedługo zaczyna się ramadan. Ok, pomyślałam trochę beznamiętnie. A głośno zapytałam tylko:
- Będziecie dużo czasu spędzać na modliwie?
Chyba tylko z tym kojarzyłam ramadan. Modlitwa, meczet i jakieś bliżej nieokreślone święto religijne.
- No food, no drink - raptem bardzo się uaktywnili. - 19 hours a day.
Ja też tak jakby trochę się ocknęłam. Co też oni wygadują? 19 godzin dziennie?
- A jak długo? - zapytałam pdejrzliwie.
- Cztery tygodnie.

Cztery tygodnie!

Skromny posiłek przed trzecią nad ranem, następny po dwudziestej pierwszej. 

- Mhm - przytaknęła Wolontariuszka. Jak się okazało, znawczyni tematu.
- Przygotuj się na to, że przez cały czerwiec będą ci spać na zajęciach.
 I nie było w tym ani krztyny przesady.

W pierwszym tygodniu robili dobrą minę do złej gry. Żartowali, tęsknie wywracali oczami na słowo 'papieros', poklepywali się po pustych brzuchach. W drugim pilnowałam się, żeby w czasie przerwy nie wyjmować z torby żelków, które podkradłam Fruzi. Strasznie byli nieprzytomni, jednego z nich dwa razy wysłałam do domu z obstawą, bojąc się, że zasłabnie mi w ławce. Kobiety, co stwierdzam nie bez dumy, radziły sobie znacznie lepiej. Jakby przyzwyczajone. Trzeciego tygodnia wyglądali na zadowolonych z życia.
- To dobre dla ciała - mówili. - I dla umysłu.
Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Zanim wyjechałam na urlop, poprosili, żebym przypomniała zastępującemu mnie nauczycielowi, że w poniedziałek to ich na zajęciach nie będzie.
- A dlaczego? - znów nie skojarzyłam faktów.
- Koniec ramadanu - zobaczyłam ich radosne twarze. - Uczta!

Pomyślałam, że chyba nikt kogo znam nigdy nie poczuł takiej radości z samego tylko faktu, że wreszcie będzie mogł najeść się do syta.

Trochę mi głupio, że tak strasznie mało wiem o świecie, w którym żyję.

Fruzia - odsłona druga i pięć dwunastych

To było gdzieś w połowie maja.
- Mummy, poo! - wykrzyknęło dziecię w samym środku jakiegoś nieszczególnie powalającego aurą dnia.
Jednocześnie w mgnieniu oka Fruzia oszacowała nasze językowe zdolności i aby ułatwić nam rozszyfrowanie zagadki, złapała się za swój mały tyłek odziany w pieluchę. - Poo! - powtórzyła z mocą.
Sama nie wiem, co mnie bardziej wbiło w podłogę - fakt, że Fruzia wreszcie zdążyła poinformować nas o nadchodzącym wydarzeniu zanim przeszło ono w fazę "odbyło się", czy też to, że Tasman całkiem nieoczekiwanie złożyła dwa słowa w jakby-na-to-nie-spojrzeć zdanie. Z odpowiednią interpunkcją wiszącą w powietrzu i jeszcze odpowiedniejszą intonacją.

A więc to prawda, pomyślałam już po raz któryś w tym macierzyńskim życiu. Fruzinopodobni docierają do tych punktów wtedy, kiedy po prostu przychodzi na nich pora.

Poczekałyśmy jednak na więcej luzu i plam słońca. Zaczęłyśmy w miniony piątek i kiedy w ciągu dwóch godzin Fruziak siedem razy nie zdążyła na nocnik, za każdym razem szczerze zdziwiona, że to tak szybko, pomyślałam spokojnie, że pewnie chwilę to potrwa. A tymczasem od dnia numer dwa to ja pytam, szczerze zdzwiona: - To tak szybko? Nawet Inżynier zapomniał o właściwym odzianiu dziecka do przedszkola. Trzy godziny po zalogowaniu Fruzi w Różowej koleżanka zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy Tasmanowi mogą założyć pampersa, bo wprawdzie wspominałam o potty training, ale zapomniałam wrzucić do jej plecaka zapasu suchych majtek, a właśnie przydarzyła jej się mokra niespodzianka. Parsknęłam lekko nieprzytomnym śmiechem, wybita ze snu po nocnej zmianie u Seniorów. Przez sekundę wydawało mi się, że rozmawiam z własnym szefem i dość zabawne wydało mi się to, że ten porusza w rozmowie temat sikania, nawet jeśli tylko i na szczęście w kontekście mojej własnej córki. Ocknęłam się w ostatniej chwili.
- Tak, jasne, załóżcie jej pieluszkę.
Skoro wytrzymała trzy godziny, to znaczy, że jest gotowa podbijać świat.

Ona chyba też uważa, że dorosła, dając nam dobitnie do zrozumienia, że nocnik to było jedynie preludium do prawdziwego (u)życia, i natychmiast przesiadając się na toaletę. Komicznie wygląda na tym swoim siedzisku z hipopotamem, kiedy tak usiłuje zaglądać w czeluście sedesu, wygłupiając się przy tym i robiąc do mnie dzikie miny.
- Wee-wee! Mummy, wee-wee! - nawija jak nakręcona.
Oraz:
- Mimejakabagooo!
Cokolwiek to znaczy.
Uparcie powtarzam - siku? zrobiłaś siku? - ale młodzież tylko potakuje, a potem znów oznajmia w jej - cóż, nie bójmy się prawdy - ulubionym języku: - Yeś, wee-wee!

Wydawało mi się, że to przyjdzie troszkę później. Ta przewaga tutejszego nad naszym. Bo przecież w Piątej jedynie patriotyzm, hymn, flagi i stadionowe słownictwo, a ona nam, żeby dać jej apple.
- Powiedz mi, co ona chce, bo ja nie rozumiem - śmiała się Mamuśka z Fruzi, kiedy ta zaczęła się domagać więcej mleka.
More i more, a Babcia nic nie kapuje.
Niemal codziennie wyskakuje z czymś nowym. Był tractor w czasie spaceru, shoe po którejś (zapewne grubo ponad setnej) lekturze słownika obrazkowego dla toddlerów, purple przy układaniu pisaków w piórniku, black sheep, kiedy domagała się swojej ulubionej, a szczerze znienawidzonej przez matkę piosenki, oraz - znów ku memu bezbrzeżnemu zdziwieniu* - that book! wypowiedziane z takim naciskiem i taką artykulacją ti-ejcz, że natychmiast przyszło mi do głowy, iż moi dorośli i bardzo kumaci kursanci będą w stanie osiągnąć ten level nie wcześniej niż po wystąpieniu Krainy Deszczu z Unii. Czasem słyszymy, że liczy pod nosem klocki, przypadkowo łącząc w pary coś, co brzmi jak zlepki liczebników. Po cichu, tylko do siebie, jakby zawstydzona faktem, że nie do końca czuje, w którym to kościele tak dzwoni. Szy, one, da. Już się doliczy kieszonkowego.

Odgłosy zwierząt zgrabnie podzieliła na polskie (kum kum, gę gę), angielskie (baa baa, quack quack) oraz chińskie (iiii, yyyy, niii). Zdarza jej się brak konsekwencji (- Fruziu, to w końcu woof czy hau?), ale być może jest w tym jakaś logika, do której wyłożenia tępemu rodzicowi brakuje dziecięciu niezbędnych narzędzi lingwistycznych.

Jest oburzona faktem, że w tym kraju nikt nie sprząta na ulicy poo po swoich koniach.
Ja również.

Dla równowagi, ma swoje ulubione słowa w ojczystym (choć to też zależy od punktu widzenia i siedzenia) języku. (Choć po chwili refleksji nie jestem już taka pewna, czy to aby rzeczywiście ten język.) Siasia była z nami już zimą, ale Jami, Ten Właściwy Szwagierki, dołączył do naszego słownika dopiero po ostatniej ich wizycie w Krainie Deszczu. Czasem doprawdy trudno rozstrzygnąć, czy mowa o Janku, czy o suto zastawionym stole.
Bo Fruzia nadal lubi jeść. Tyle tylko, że aktualnie to najbardziej lody.
- Nie ma - rozkłada bezradnie ręce, kiedy po przyjściu z Różowej pędzi do zamrażarki i odkrywa, że w górnej szufladzie zrobiło się pusto.
- No nie ma, nie ma - powtarzam za nią, ciesząc się z tej naszej konwersacji w polskim narzeczu.
- Gone - dodaje po namyśle Tasman.
(Masz ci los! A tak nam dobrze szło!)
Fruzia długo nie rozpacza. Z trzaskiem zamyka zamrażarkę, domaga się orzechów, po czym bierze mnie za rękę i uprzejmym, lecz nieznoszącym sprzeciwu tonem zarządza:
- Choć.
To idę.

Do klocków, puzzli, lalek i książek.

To pewnie wszystko przez te książki. Różową Chmurkę i książki. Te książki, polskie i angielskie, które co rano ustawiam na białych półkach z Ikei, a które to Fruzia entuzjastycznie ściąga jedną po drugiej i układa w wysoką wieżę na łóżku tuż przed snem, a następnie każe je sobie wszystkie przeczytać. Wszystkie z dolnej półki, czasem w towarzystwie wybranych pozycji z górnych. Nie trzy, nie pięć i nie siedem książek, a dwadzieścia.
- Próbowałem oszukiwać... - wyznał kiedyś szeptem Inżynier.
I zanim zdążył dokończyć, niemal odkrzyknęłam z radości, że ja też, że jaka ulga, bo w takim razie nie tylko ja jestem okropna, i że och, trzymajmy sztamę, bo...
- ... ja pierdolę, to przecież czasem trwa godzinę! - przewrócił oczami on.
Co wieczór. Popołudniowe sesje mają osobny licznik.
Czasem w trakcie prowadzenia wieczornych zajęć zerkam na zegarek, myśląc, że tak, teraz to już na pewno śpi, taka zmęczona dziś była, a tymczasem ona wciąż jeszcze wykrzykuje more, sprawnie wyławiając spod łóżka strącone ukradkiem przez udręczonego ojca księgi i posyłając mu karcące spojrzenia za nieudolne próby oszustwa.
 - We're going on a bear hunt... - oczyma wyobraźni widzę, jak Inżynier znów wczuwa się w rolę. - What a beautiful day! We're not scared.
Pauza.
Fruzia patrzy w napięciu.
- No dawaj, teraz ty - lekki kuksaniec w cienkie żeberka.
To też rytuał.
- Uh-uh! - wykrzykuje dziecię, dumne ze swojej roli w narracji.
Kiedy wreszcie udaje się zapolować na niedźwiedzia, a potem schować przed nim pod kołdrę, Fruzia wydaje z siebie zabawne westchnienie ulgi.

Pamiętam, jak czytałam tę książkę toddlerom w Różowej. Zapewniałam wtedy samą siebie, że kiedyś przeczytam ją naszemu dziecku.

- Ja też jej muszę śpiewać, wiesz? - Inżynier ciągnął dalej wieczór zwierzeń.
Z "Fasolkami" nie ma problemu, to przecież pieśni naszego dzieciństwa, gorzej z tym, co klasyczne tutaj. Wielka księga stu przedszkolnych pieśni, którą Fruzia dostała na Gwiazdkę od sąsiadki, w okolicach wiosny została laureatką konkursu na najulubieńszą knigę, tytuł ten dumnie dzierży do dzisiaj i nic nie zwiastuje zmian.
Domyśliłam się więc, że jego też nie oszczędzi, choć wcześniej nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać,  jak on to robi.
- Jedną lub dwie zapamiętałem z tego, jak ty śpiewałaś, a resztę melodii wymyślam - pochwalił się tymczasem Mąż Mój. - Czasem Fruzia dziwnie na mnie patrzy, ale tylko czasem. Najczęściej się śmieje.
Ja też zaczęłam, kiedy Inżynier zaprezentował mi własną wersję "Lavender Blue". Nareszcie wiem, jak to powinno wyglądać!

Nie myślcie jednak, drodzy czytacze, iż samymi książkami rodzic Tasman jest dręczony, Inżynier ruszył bowiem ze swoim własnym zestawem tortur. Od niedawna w sobotnie poranki zwlekamy umęczone życiem ciała z łóżka, (niektórzy nawet nie myją włosów tego strasznego dnia!), po czym wieziemy Fruzię do szkoły gimnastyki. Jest dokładnie tak, jak myślicie i nie zamierzam się wypierać - Mąż Mój postanowił spełnić swe niespełnione ambicje za pomocą potomkini i uczynić ją złotą medalistką olimpijską w lekkoatletyce.
- Potrójną złotą medalistką - już słyszę jak mnie poprawia.
Potrójną.
Odkąd porzucił wizje czempionki speedwaya, poddałam się.
Z związku z czym pierwszy trening na bieżni, równoważni, trampolinach i innych dziwnych przyrządach został nagrany, rozesłany po Unii i oklejony kolorowymi etykietami w domowym archiwum. Niech spokojnie czeka na swoje pięć minut, kiedy wzruszony ojciec-trener będzie opowiadał o nim wśród błysków fleszy. (Ja, niczym kobieta wschodu, będę stała krok za mężem, odziana w kiecę od jakiegoś Dolce i Gabona, ukradkiem ocierała łzy i pocieszała się, że może chociaż to drugie dziecko spełni moje niespełnione ambicje i otrzyma literackiego Nobla.)

A Fruzia tymczasem spokojnie zwisa sobie z drążka i radośnie ląduje w basenie pełnym gąbek, w którym oboje z Inżynierem niemal pogubiliśmy skarpetki. Zupełnie nieświadoma pisanego jej (przez starych) losu królowej świata. Jakie to słodkie, prawda? (Wzrusz.)

Przyjaźń ze smoczkiem rozkwitła z mocą w Polandii, zakładam, że moim bystrym czytelnikom nie trzeba wyjaśniać, za czyją sprawą. Po powrocie do Krainy Deszczu z ulgą i tylko z dwiema lub trzeba aferami powróciliśmy do stanu sprzed.
- Dyduś jest do spania - mówimy, kiedy Fruzińska domaga się gumowego ustrojstwa.
Tasman potakuje skwapliwie, po czym teatralnie zamyka oczy, otwiera je, żeby sprawdzić, czy widzieliśmy, jak bardzo nagle zrobiła się zmęczona, składa ręce jak do pacierza, przykłada je do policzka, po czym zabawnie przechylając głowę na bok w języku migowym toddlerów oświadcza, że jest gotowa do snu.
- Idź się więc połóż - mówimy.
To taka nasza rodzinna gra. My wiemy, że ona wcale nie jest śpiąca, ona wie, że my wiemy, my wiemy, że ona wie, że my wiemy...
Fruzia idzie. Układa się na łóżku, zamyka oczy. Jedno z nas daje jej buziaka, życzy miłych snów i zostawia ją w sypialni.
Po trzech minutach drzwi do salonu głośnym łupnięciem walą klamką o przyległą ścianą. Fruzia stoi na progu, ogromnie z siebie zadowolona.
- Wyspałaś się już? - pytamy jak gdyby nigdy nic.
- Yeś.
Tasman oddaje smoczka i wraca do swoich zajęć.
 Miał rację ktoś z czytaczy, kiedy wieki temu stwierdził, że z pieluchami pójdzie nam szybciej niż ze smoczkiem. Zaprawdę powiadam Wam, prorocze to były słowa.

Życie toczy się więc dalej. Fruzia rośnie, czasem doprowadza nas do wrzenia, ale najczęściej rozśmiesza do łez. Robi miny, fikołki, biega, skacze, każe sobie malować paznokcie, usiłuje usypiać i tak śpiącego już Rudolfa, skwapliwie korzysta z przysługujących jej dwudziestu minut dziennie (oraz wszystkich nadrogramowych bonusów) na zabawę którymś z naszych telefonów, opala się w ogródku (przez całe pięć sekund) i dużo się mądrzy.
- Wczoraj cały dzień gadaliśmy tylko o tym, jak nam brakuje tego małego szkudnika - oznajmiła Mamuśka ze śmiechem, kiedy znów zobaczyłyśmy się po dwóch stronach monitora.

Moja Babcia nazywała swoje wnuki szarańczą.

Ja też coś wymyślę na swoje.

*Powiecie mi, że mam się tak nie dziwić głupio, skoro mieszkamy, gdzie mieszkamy, ale na próżno, kochani, na próżno. W moim życiu dzieją się rzeczy, o których na różnych jego etapach myślałam, że przydarzają się wszystkim innym i raczej / być może / pewnie nigdy nie przydarzą się mnie, jak na przykład dzieci, dwujęzyczne dzieci, mieszkanie za granicą lub prowadzenie auta - więc po prostu uznajcie mnie za przypadek nieuleczalny.

O rubinach

W listopadzie Ojciec Dyrektor stwierdził, że rubinowa rocznica to właściwie średnio widowiskowa rocznica, pięćdziesiątka to i owszem, okrągła, jest co świętować, ale czterdziestka wygląda co najmniej dziwnie, więc może by tak za kolejną dekadę, hę?
- Zwariował doszczętnie - prychnęła Mama. - Kolejnej możemy nie dożyć, a jemu się marzy okrągłe świętowanie.
Na końcu języka miałam już gwałtowny protest, że jak to tak, wybiera się dokądś szanowna Mamuśka, czy może powinnam jej przyłożyć * solidnie w wybrane miejsce na czole, żeby równowaga hormonalna jej wróciła, zanim jednak nabrałam w płuca wystarczająco dużo powietrza do wygłoszenia tyrady, Rodzicielka dodała z tym swoim błyskiem w oku:
- Ja to nawet nie wiem, czy dotrwam do tego czerwca jako żona!

Kwintesencja ostatnich 40 lat.

Wygłaszając uroczyste przemowy otwierające rubinowe party, Rodziciele z gracją i wyrafinowanym poczuciem humoru wymalowali przed zebranymi barwny obraz minionych dekad. On stwierdził, że było ciężko, ona - że dzięki niemu przyklepała sobie miejsce w zastępach aniołów. Kiedy jednak w trakcie swoich oratorskich występów Handziuk zażądała publicznej deklaracji, czy biorą sobie tego drugiego po raz drugi na współtowarzysza kolejnych czterdziestoletnich przygód, bez wahania i jednogłośnie odparli, że tak, pewnie! Mamuśka zawsze w takich sytuacjach dopowiada, że chłop jak chłop, ale z tych dzieci i tych wnuków to ona by zrezygnować nie mogła, a przecież te dzieci i te wnuki to tylko przy jego unikalnym współudziale. Ja w takich sytuacjach zawsze dopowiadam - i Rudolf, nie zapominajcie o Rudolfie! Choć na początku naszego życia z Rudolfem bywało, że Ojczulo umywał ręce od tak pokrętnej współodpowiedzialności.

To czterdziestolecie przeszło do historii jeszcze tej samej, poświętojańskiej nocy. Długo by opowiadać, a przy tym opowieść ta należy do gatunku jak-to-wszystko-opiszesz-to-cię-własna-rodzina-przy-najbliższej-okazji-na-taczkach-z-Town-wywiezie. Sami więc rozumiecie. Mogę jedynie zdradzić, że party było cudowne, choć tuż po nim zrobiło się złowieszczo. Ogromnym susem przeskoczę jednak to pole minowe usłane kwiatami i dobrymi chęciami, po cichu licząc na to, że wśród odśrodkowych czytelników znajdą się fani zaglądania na ostatnią stronę książki, nie dręczeni poczuciem, że wypadałoby znać jednak ten środek, żeby móc przynajmniej spróbować rozgryźć kto i dlaczego mógł zabić. Albo z czegoś spaść.
- Przejechałem kota... - oznajmił Martin Handziukowi, kiedy ta dwójka przemierzała kolejne wsie i miasteczka poszukując właściwego szpitala. (Nie dla kota.)
Wiem, że to zwykle na początku powieści trup ściele się gęsto, ale Martin kategorycznie zabronił mieszania w jego historii.
- O kurwa - wymamrotała przejęta Handziuk, wielbicielka i żywicielka wszelkiego sortu braci mniejszych.
- ... drugiego w tym tygodniu - dokończył jej współtowarzysz.
- Bałem się jej powiedzieć - wyzna nam dwanaście godzin później między kiszonym a kanapką z szynką. - Ale uznałem, że nie mogę żyć w kłamstwie.
Co ciekawe, nie miał Martin równie szlachetnych przemyśleń, kiedy chwilę później zorientował się, że facet na stacji benzynowej pomylił się w rachunkach i zamiast policzyć mu za paliwo i dwie mineralne, policzył za paliwo i odjął z tej sumy kwotę za dwie wody. Cóż. O tej porze też miewam problemy, nie tylko z algebrą.
- Całe życie człowiek jest uczciwy i jak raz się ucieszy, że ktoś mu wydał za dużo (raz w życiu, przysięgam!), od razu musi ponieść karę - smutno przegryzł kanapkę Martin.
Albowiem kiedy po ciężkich przeżyciach z (drugim) kotem uradowany niespodziewanym zarobkiem odpalił auto, wrzucił jedynkę i dodał gazu, spokój nocy zburzył gwałtowny huk, niebo się rozstąpiło, a ziemię spowiły kłęby dymu.
- Patrzę przerażony w lusterko, a tam szaro, zadyma wokół nas i nic więcej nie widać! - Martin nie szczędził nam poetyckich opisów przyrody, choć wszystkim wiadomo, że w tym temacie to Handziuk rządzi na dzielni. - Dopiero po chwili dotarło do mnie, że, kurwa, nie odpiąłem węża od samochodu i kiedy ruszyłem, wyrwałem go z dystrybutora!
Aż mi kiszony upadł na podłogę. Zanim go wyłowiłam spod krzesła, doszłam do jakże słusznego wniosku, że do tej rodziny nikt nie trafia przypadkiem. Do tej rodziny trafiają same wyselekcjonowane doświadczonymi palcami wszechświata perły. Rubiny nawet. Bo Martin też okazał się perfect match dla Handziuka. I, poniekąd, dla całej reszty familii.
- Na złodzieju czapka gore - spuentowała Handziuk, kiedy z niemałym trudem wreszcie przestaliśmy się śmiać i omawiać apokalipsę według św. Martina.
Po czym zamyśliła się i po chwili dodała refleksyjnie:
- Kurwa, co to była za noc!

Można by rzec - wystrzałowa.

Jak te czterdzieści lat Rodzicieli.

* kremem Nivea, który według Ojca Dyrektora leczy wszystko: fizykę, psychikę, bóle rzeczywiste, wyimaginowane, a także rany cięte i szarpane

O różnych formach ekspresji

To oczywiste, że nie pamiętam, jaka byłam w jej wieku. Mamuśka twierdzi, że grzeczna, pogodna, zawsze ze wszystkiego zadowolona. Godzinami potrafiąca bawić się w swoim własnym towarzystwie. "Jak cię włożyłam do łóżeczka z zabawkami, to tak się bawiłaś, dopóki cię stamtąd nie wyjęłam." I to ostatnie jakby zgadza się z późniejszą, moją własną już opowieścią. Bo początek mojej pamięci to ja wtedy zupełnie taka jak ja teraz. Introwertyczka z tendencjami do ekstrawertyzmu, choć na podatnym gruncie ekstrawertyczka z introwertycznymi skłonnościami. Co zrozumiałam dopiero pod koniec trzeciej dekady życia, a może nawet dopiero na początku czwartej.

Lubiłam przeskakiwanie pod kręcącym się sznurkiem. Skakanie w gumę, w pojedynkę najlepiej. Huśtawki, choć nigdy nie pretendowałam do tytułu królowej wysokości. Sporty zespołowe czasem, z siatkówką było mi dobrze, choć nigdy na zawodach. Ciężar odpowiedzialności za własne błędy, które przekładały się na straty dla całej drużyny, kompletnie mnie rozbijał. Książki, numer jeden od zawsze, na zawsze. Dzięki nim bywałam w kilku światach równoległych naraz. Klocki. Łamigłówki, zagadki i rebusy rozwiązywane wieczorem w łóżku lub w klasie, w zeszycie ćwiczeń. Kolorowe pinezki wbijane w plastikową tarczę z dziurkami, tworzące symetryczne lub niekoniecznie wzory. Zdolności w tym zakresie brakowało, ale do dziś mam słabość do tego typu gier. Lalki owszem, jakieś ukochane były, ale nie potrafiłam z nimi długo. Herbatki, zabawa w dom, ty mama, a ja córka, a teraz pobawmy się w sklep - mało tego w mojej pamięci. Jakbym jakaś mało kreatywna była. Przyjaciółka jedna, względnie dwie, choć na brak koleżanek nigdy nie narzekałam. Dzienniki pisane pod kołdrą i chowane na dno szuflady, żeby tylko nikt nie znalazł, bo o mój boże, to dopiero byłby wstyd! Pierwszy wpis z 1989 roku. Odgrywanie scenek i teatrzyków ad hoc dyktowanych własną wyobraźnią wychodziło mi kiepsko, ale niechże ktoś wręczył mi scenariusz, słowo już powstałe, które miało ze mnie wybrzmieć, wyjść wraz z gestami i intonacją, a już wiedziałam, jak powinno być. I tupałam nogą tam, gdzie słowo się złościło, marszczyłam brwi, grymasiłam, mizdrzyłam się przed lustrem jako zła siostra Kopciuszka. Recytowałam "Śmierć Pułkownika" z taką siłą, że koleżanki prawie mi się popłakały w ławkach. A jednocześnie, kiedy na luźniejszych lekcjach graliśmy w kalambury, nie potrafiłam nic. Czułam się śmiesznie zażenowana, usiłując odegrać scenę brania prysznica na angielskim. I strasznie wyczerpana próbą ukrycia tego wstydu. Dziś, bogatsza o wiedzę o samej sobie, dobrze się bawię, pokazując moim uchodźcom znaczenie angielskich zwrotów. Samoświadomość to naprawdę pożyteczne narzędzie.

Przyglądam się jej kątem oka. Często. Zaśmiewamy się bezgłośnie z tego, jak mową ciała wyraża wszystko. Jest taka inna niż ja wtedy, choć podobno łączy nas pogoda ducha. Dwa lata, dwa miesiące, wciąż trzy poprawnie wymówione słowa na krzyż. Tych, których nawet się nie domyślamy, jest całe mnóstwo, chińczyzna absolutna. A komunikacja płynna, przejrzysta i całkowicie czytelna. Bo jej narzędzia do porozumienia to nie słowa, a gest, mimika, ruch i spojrzenie. Co w środku, to na zewnątrz, bez tego mogłoby ją rozsadzić. Nosi lalki, całuje, głaszcze, przytula, klepie po pleckach, tak jak my ją. Długo potrafi serwować kawkę w filiżance lego duplo, sadzać miniaturowe postacie na białym sedesie. Wchodzi w swoją rolę cała, jakby w zgodzie z buddyjskim tu i teraz. Na dźwięk muzyki jej ciało samo zaczyna się ruszać, nawet przez sen, automatycznie i bez udziału świadomości. Nie ma czasu na nudne powtarzanie fraz, szybciej będzie złapać tatę za rękę i poprowadzić go do drzwi, pokazując z przejęciem, że pora na sesję w ogródku. Wiosna, kochani, trzeba pobiegać, zamiast siedzieć z nosami w książkach. Potrafi przekonywać tak sugestywnie, że człowiek się nabiera na tę jej argumentację, chwilę później ze zdumieniem stwierdzając własną przegraną w debacie z toddlerem.

Zastanawiam się, czy za trzydzieści lat odnajdzie w tym, jak widzę ją dzisiaj, cząstkę przyszłej siebie. 

O moich uchodźcach

Znam ich dopiero od dwóch tygodni, a już dostarczyli mi tyle wrażeń, że mają szansę zapisać się złotymi zgłoskami w dziejach mojego belferstwa.

- Teacher, ok? - zapytał jeden z nich, wchodząc do klasy z kilkuletnią dziewczynką.
Miała piękne, czarne włosy związane w koński ogon i oczy tego samego koloru. Jak dwa węgielki. Patrzyła na mnie z ciekawością, bez cienia nieśmiałości.
- Ok - uniosłam w górę kciuk prawej dłoni.
Patrycja uprzedzała mnie, że latem mają problem ze żłobkami i przedszkolami, bo państwo nie refunduje opieki w czasie wakacji.
- Spodziewaj się dzieci na zajęciach - powiedziała.
I wskazała na wielkie kartonowe pudło pełne zabawek schowane za regałem ze słownikami.

Ale żeby już w marcu? Na drugim naszym spotkaniu?

- Ok, no worries - uśmiechnęłam się raz jeszcze, gwałcąc po raz kolejny wszystkie zasady health and safety.
Szkoda, że szkolenia online nie mówią nic o dokonywaniu takich wyborów. Bo tu zasady są zupełnie inne - albo nielegalnie miewasz kursantów z dziećmi, albo widzisz tych samych kursantów co dziesiątą lekcję.

A przecież oni tutaj nie po to są, żeby coś ich omijało. Oni muszą i oni chcą. A ja przecież najbardziej chcę, żeby oni wciąż chcieli.

Mała spędziła te trzy godziny, oglądając bajki na telefonie taty. Ożywiła się dopiero wtedy, kiedy cała grupa - dziesięciu chłopa i cztery kobiety - zaczęła rysować domki, ryby, kwiatki i kotki. Co kto umiał nazwać i napisać po tutejszemu. Jaskrawymi markerami na pastelowych kartkach przyczepianych przez Dalię do białej tablicy.

Bo awarię prądu mieliśmy. Bladym świtem stanęły komputery i drukarki we wszystkich kampusach koledżu i jak większość wykładowców tego poranka, nie mogłam skserować żadnego ćwiczenia. Nic. Null. Improwizacja live przez trzy bite godziny. Oni wyszli z zajęć roześmiani, ja wykończona i umazana czarnym markerem od stóp po głowę. Standuperzy mają naprawdę ciężką robotę.

Na trzecim spotkaniu ojciec Dalii wtoczył do sali wózek. A w wózku niemowlę.
- Teacher, ok? - zapytał.
Parsknęłam śmiechem.
- Ok - uniosłam w górę kciuk i nim ktokolwiek połapał się, o co chodzi, wpakowałam głowę do wózka, przyglądając się kolejnej parze czarnych oczu.
- Kocham bobasy - wyjaśniłam chwilę później całej grupie, która wymieniała już między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
I koniecznie muszę mieć jeszcze jednego takiego, pomyślałam życzeniowo.

Po czwartej sesji w sali został Ahmed.
- Teacher, I need to say something - zaczął swoje przemówienie.
Po tym zdaniu komunikacja nam padła, więc Ahmed zadzwonił do swojej żony. Żonę mam w zaawansowanej grupie, jak się okazało. Szybko wymienili ze sobą kilka zdań, po czym Ahmed podał mi swój telefon.
- Speak, teacher - powiedział zachęcająco.
Zanim zdążyłam jednak cokolwiek powiedzieć, Ala wyjaśniła mi, że jej mąż bardzo lubi nasze zajęcia i serdecznie zaprasza mnie i moją rodzinę do siebie do domu na obiad.
- Teacher, you come, please - złożył ręce jak do modlitwy, kiedy oddałam mu telefon.

W głowie natychmiast zadźwięczały mi wszystkie szkoleniowe przypominajki: "nie przyjmujemy zaproszeń od kursantów na facebooku", "nie podwozimy kursantów", "nie prowadzimy prywatnych rozmów".

- A może po prostu pójdziemy wszyscy latem z dzieciakami do parku? - zapytałam po chwili wahania.
- Ok, teacher, ok! - Ahmed nie potrafił ukryć szczęścia, które wymalowało się w jednej sekundzie na jego twarzy.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi klasy, usiadłam przy biurku i wybuchnęłam śmiechem.

Co za grupa.

Karmią mnie chipsami, czekoladą podawaną w kawałkach bezpośrednio do ręki i ciastkami, kiedy mówię mimochodem, że burczy mi w brzuchu. Kiedy nie możemy się dogadać, jeden z nich przekłada angielski na arabski. Czasem się śmieją, a ja nie wiem z czego, ale nie wyczuwam w tym złych wibracji. Próbowali nauczyć mnie nazw miesięcy w swoim języku. Czasem odpalamy mapę google i po raz kolejny sprawdzamy odległość między naszymi krajami.

Dzisiaj w wiadomościach widziałam obrazki z ich kraju. Maleńkie dzieci wiezione karetkami do szpitala.

W każdej z tych małych twarzy widziałam Fruzię i te dwie dziewczynki, które za sprawą wielu nieprawdopodobnie splątanych ścieżek zjawiły się na moich zajęciach w Krainie Deszczu.

O stresie

- Powiedz Ojcu Dyrektorowi, że nareszcie skończyliśmy te wygłupy z bezstresowym wychowaniem - oznajmiłam Mamuśce trzeciego dnia detoksu. - Dziecię jest w takim stresie, że wystarczy jej na całą podstawówkę.

Ojciec Dyrektor, jak na dyrektora z prawdziwego zdarzenia przystało, nie może ogarnąć tej całej mody na bezstres. Bo jak to tak bez-trosko, bez dyscypliny i bez kindersztuby? Ja i Wielki dostaliśmy przecież, w jego własnym mniemaniu, odpowiednią dawkę stresu  pozytywnej dyscypliny i proszę, jakie piękne efekty. Nie wszystko się Ojcu udało, sam to przyznaje. Na przykład ten mój wypad do stolicy, kiedy nie wróciłam do domu na noc i nie zadzwoniłam nawet, bo to era kamienia łupanego była. Wtedy faktycznie mu nie wyszło, bo kiedy już pojawiłam się w domu, Ojciec jeno zacisnął zęby i kazał mi udać się do swej komnaty na przemyślenia, a przecież to jasne, że był to błąd wychowawczy, który mógł mnie źle ukształtować na przyszłość. Jakim cudem po takim incydencie wyrosłam na człowieka, tego nie wie nikt. Potem trochę się coś Ojcu przestawiło i chyba zapomniał o swojej antybezstresowej teorii, a wszystkim wiadomo, że w teoriach nie ma sobie Ojciec równych. Ale zapomniał. I biegał po te petitki dla małej Gwiazdy jak szalony, a teraz nie pozwala nikomu odklejać nalepek, którymi Fruzia gustownie upstrzyła mu ścianę w pokoju. Ani skrytykować nowego wzoru wykonanego przez pomysłodawczynię czarnym długopisem na monitorze komputera.

Dobrze, że wreszcie się za Fruzię wzięliśmy i skończyliśmy ten bezstres, bo jeszcze i Ojciec przeszedłby mimochodem na ciemną stronę mocy.

- Biedactwo - użaliła się Mama nad Fruzią, kiedy już przestała się śmiać. - Jak ja ją dobrze rozumiem!
- Też tak przeżywałaś rozstanie ze smoczkiem? - zapytałam niedowierzająco.
- Nie, z papierosami - usłyszałam. - Nałóg to straszna rzecz, straszna!

Fruzia zdawała się nie zgadzać z Babcią Mamuśką i było to wydarzenie bezprecedensowe. Babcia miała tyle samo współczucia dla Fruzi, co i przekonania, że to słuszna decyzja, co z kolei nie podobało się wnuczce. Babcia była jednak w posiadaniu magicznego przycisku na klawiaturze, który jednym kliknięciem odcinał ją od dramatycznej walki wnuczki o prawo do nałogu, my natomiast zmuszeni byliśmy oglądać tę walkę na żywo. Twenty-four seven.

I nie wiem doprawdy co by z nami wszystkimi było, gdybyśmy nie potrafili pójść na ustępstwa. Konsekwencja za wszelką cenę to, na szczęście, nie jest nasze drugie imię.

- Już trzy godziny wytrzymałaś! - mówiliśmy Fruzi pierwszego dnia detoksu, kiedy dziecię charakterystycznym i zniecierpliwionym gestem wskazywało na pusty otwór gębowy. - We wtorek pójdziemy do przedszkola i sprawdzimy, czy może tam nie zawieruszył się twój dyduś.
Dziecię niechętnie potakiwało na te nieudolne kłamstwa starszyzny, dawało się przekonać do kolejnej zabawy, w której matka i ojciec stawali na głowie, aby Fruzia zapomniała, ale im bliżej było popołudniowej drzemki, tym bardziej dramatyczna stawała się nasza rodzinna sytuacja.

O pierwszej Fruzia ryczała wniebogłosy. Do wpół do drugiej na przemian podsypiała na moim ramieniu i budziła się z krzykiem. O drugiej leżała z nami w łóżku, przez sen łkając i próbując wpakować sobie do buzi gumową główkę jednej ze swoich lalek.

I to był ten moment, kiedy coś w nas pękło.

- Ona płacze tak, jakby straciła najlepszego przyjaciela - wyszeptał Inżynier. - Jakby w prawdziwej żałobie była.
- To co? - zapytałam natychmiast, bo już od dobrej pół godziny biłam się z myślami. - Tylko do snu?
- Tylko do snu - potwierdził on z ulgą.

Trzy minuty później Fruzia  cała rodzina odzyskała spokojny sen.

I ja wiem, że istnieją na tym świecie dużo gorsze rzeczy, ale wciąż jeszcze robi mi się nieswojo na wspomnienie tego jej dramatycznego płaczu.

Przez kilka następnych dni dziecię regularnie domagało się gumowego ustrojstwa, ale spożywania czyichkolwiek sztucznych główek już nie było. Naszą magiczną godziną stała się osiemnasta, kiedy to Tasman zaczynała zbliżać się do skraju wyczerpania. Potem było dziesięć po szóstej, dwadzieścia po, wpół do siódmej. W drugim tygodniu tak się wszyscy przyzwyczailiśmy do braku smoczka, że nawet Fruzi zdarzyło się zapomnieć w chwili zmęczenia o zatykaczu. Nie na dobre, o nie. Ale rano Fruziak bez walki oddaje błękitnego przyjaciela, nie targa go już ze sobą na spacery i do przedszkola, bo tam na porę drzemki czeka już na nią różowy, przezornie chowany do wiszącej na ścianie szafki, nie pędzi więc też do plecaka z okrzykiem 'dummy!', kiedy po południu widzi mnie w drzwiach swojej toddlerowej sali. My natomiast nie biegamy po Piątej jak opętani, tylko dlatego, że po raz trzydziesty w ciągu dnia nie możemy znaleźć smoczka.

Smoczek jest. Bezpiecznie schowany w kubku w grochy. Fruzia wie, gdzie i w którym. Ale nauczyła się z tą wiedzą żyć bez popadania w nastroje dekandenckie.

A przy okazji, jak to wśród burz i zawieruch bywa, Fruzia zaczęła korzystać z nocnika.

Zupełnie bezstresowo, więc chyba znów daliśmy ciała.

Dla świeżo upieczonych i dla tych, co już niebawem

- A pamiętasz, jak kiedyś mówiłaś, że nie będziesz za dużo nosić, żeby się dziecko nie przyzwyczaiło? - zapytała chytrze Mamuśka, kiedy tuliłam do siebie zapłakaną Fruzię.
Ta sama Mamuśka, która na najdrobniejszą łzę wnuczki reaguje hasłem "przytul się do mamy i od razu będzie lepiej."
- Ja tak mówiłam? - zdziwiłam się szczerze.
Mama pokiwała głową, choć widziałam, że sama nie jest do końca przekonana, czy to faktycznie ja, czy może... ona sama. Jeszcze w erze przed nami.
A może to mój umysł płata mi figle i wypiera fakt, że mogłam kiedyś wygłosić taką mądrość. Bo ja od zawsze wiedziałam, że będę nosić własne dziecko tyle, ile będę czuła, że chcę i powinnam. A raczej tyle, ile to ono będzie chciało i uważało, że powinnam.

- Jesteś rozpieszczona - mówi jej często Babcia Mamuśka z diabelskim figlikiem w oku.
- Ty rozpieszczu - mówimy do niej my sami.
I natychmiast przypomina mi się Gwiazda sprzed dobrych sześciu lub siedmiu lat, kiedy oświadczyła, że "mama mówi, że mnie rozpuszczycie".
- A od czego są matki chrzestne i babcie? - zapytałyśmy wtedy wesoło.
Od rozpieszczania i rozpuszczania.
Choć przysięgam, że już sama nie wiem, co to znaczy.

I tutaj i tam staram się otaczać normalnością. Czytam niewiele*, a słucham opinii tych, których cenię, i którzy nie stracili kontaktu z ziemią po pojawieniu się w ich życiu dziecka. Radzę się Mam i mądrych koleżanek, które na wieść, że zabieramy się za odsmoczkowanie, nie łapią się za głowę z minami sugerującymi, że powinnam była to zrobić dwa lata temu, najlepiej jeszcze przed pojawieniem się Fruzi. A kiedy widzą mnie zmierzającą do pokoju dla matki z dzieckiem, nie wystrzeliwują w kosmos szczerze zdziwionego "TO ONA JESZCZE W PIELUSZCE?" Kiedy Fruzia miała dziesięć miesięcy, ktoś życzliwy wygłosił specjalnie dla mnie (szczęściara!) prelekcję na temat mojego opóźnienia w temacie, bo przecież już od dobrych trzech miesięcy dziecię me powinno siadać na nocniku przy każdej zmianie pieluszki. (A w ogóle to w jej wieku trening czystości powinien być już w zaawansowanej fazie.) Usprawiedliwiał mnie jedynie fakt, że nie byłam świadoma owego trendu. "Bo wiesz... ja myślę, że ci rodzice, którzy tego świadomie nie robią, są po prostu leniwi."

Człowiek uczy się przez całe życie. Nawet grubo po trzydziestce można dowiedzieć się, że nie dość, że ona rozpieszczona, to jeszcze ja leniwa. Choć zawsze mi się wydawało, że te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczają.

Ale to wyjątki w naszym życiu. Być może dlatego, że intuicyjnie omijam szerokim łukiem ekspertów od wszystkiego. Skupiamy się na tych, którzy podpowiedzą, kiedy pytamy, podzielą się swoimi wzlotami i upadkami, i nie będą aranżować przesłuchania na temat tego, co nasze dziecko już potrafi i dlaczego jeszcze nie.

I to jest moja dedykacja dla Was, Kochane Kobiety, Które Już Jesteście Lub Za Chwilę Będziecie Mamami. Słuchajcie tych, których chcecie słuchać, a przede wszystkim słuchajcie samych siebie. Oprócz stu tysięcy poradników, z których czasem warto skorzystać, macie też intuicję. Macie moc! 

I tak bardzo, bardzo cieszę się razem z Wami, że to już lub niebawem!

:-)

* z serii " skuteczne sposoby na " oraz "jak sprawić, żeby dziecko"

O Bebi, czyli Fruzia mówi

- Mummy! - krzyczy dziecię, kiedy tylko dotrze do niej, że ten głos, który usłyszała za swoimi plecami podczas zabawy w przedszkolu, to naprawdę głos mamy.
Wolę, kiedy radośnie wyrzuca w powietrze swojskie mama, bo wtedy mam przynajmniej pewność, że to nie dummy schowany w różowym plecaku i czekający na jej wyjście z sali jest powodem tej dzikiej radości.

Grupa rówieśnicza to jednak mocna siła i niech się schowa przy niej jakikolwiek, jeśli taki w ogóle istnieje, rodzicielski autorytet. Nigdy specjalnie nie byliśmy dla Tasmana wystarczającym bodźcem do powtarzania artykułowanych przez nas z precyzją godną pana Jot od fonetyki słów. Fruzia powtarzała, owszem, ale zawsze coś innego.
- Powiedz pies - zachęcaliśmy.
- Baba - odpowiadała zadowolona Fruzia.
- Du-pek, du-pek - powtarzaliśmy, sądząc, że może pies to zbyt wyrafinowane słownictwo dla rozemocjonowanego toddlera.
- Mama - wypalała młoda.
Zaczęliśmy nawet zastanawiać się, czy jej skojarzenia są pierwszymi jaskółkami czyniącymi z niej geniusza lingwistycznego, czy też może przestrogą, że za naście lat słowo dupek nadal będzie kojarzyło jej się z matką.

Aż tu nagle Fruzia postanowiła, że może jednak parę nowych słów nie zaszkodzi. Nie żeby od razu w ekstrema popadać, bez przesady, wszak językowy wyścig (matek) dwuletnich szczurów to nie dla niej. Tasman nadal woli otworzyć szeroko buzię i palcem wskazującym skierowanym do otworu gębowego oznajmić światu, że twarz jej się zdekompletowała wskutek braku dydusia, niż zwyczajnie o smoczka poprosić, ale postępy są wyraźne.
- Piś - wyartykułowała przedwczoraj, kiedy zmierzałam w jej kierunku z nieodłącznym elementem jej toddlerowego wizerunku.
- Please? - zapytałam zaskoczona.
- Piś, mama - rzekło nieśmiało dziecię.
I dodało na zakończenie:
- Ta.
(z ang. - dziękuję)

Ach. Królewskie maniery.

Psa naszych przyjaciół, wabiącego się Bimber, ochrzciła znacznie łatwiejszą wersją psiego imienia.
- Bebi! - krzyczy za nim jak opętana podczas spaceru, od czasu do czasu rzucając komendę swojemu własnemu sierściuchowi i oczekując, że ta dwójka wyglądająca jak Flip i Flap będzie jej słuchać. - Gaga! Bebi!
- Lubisz Bimbra? - pytam ją po kolejnym wybuchu czułości w stronę mniejszego sierściucha.
- Ka - przytakuje Fruzia.

Coraz lepiej wychodzi jej odróżnianie tak od nie, choć wciąż zdarzają jej się wtopy.

- Chcesz marchewkę?
- Ka. Makeke.
(Uuu, myślę sobie. Co za elokwencja!)
- Chcesz jogurt? - pytam retorycznie.
- Nie - słyszę w odpowiedzi, choć mała głowa pokazuje, że tak, natychmiast, oczywiście!
- Ok, skoro nie, to idę włożyć go do lodówki - odwracam się teatralnie.
- Mamaaaa! Kaa! Mamaaaa! - Tasman wpada w rozpacz i z tej rozpaczy po awarii komunikacyjnej rzuca się na podłogę.

I po co było testować własne dziecko, głupia kobieto?

O tym, kto tu kogo

Nie wiedzą, czy zostaną tu na stałe, czy kiedyś wrócą do swoich krajów. Tak o nich mówią - "mój kraj". Rzadko kiedy przywołują nazwy, jak gdyby nie one były ważne, a to jedynie, że mówią właśnie o swoim kawałku świata. Krainę Deszczu też nieczęsto nazywają po imieniu, nadali jej inny przydomek - "tutaj". Wszyscy wiedzą jednak, dlaczego i po co "tutaj" są. Wyjechali, bo w kraju ciężko, bo chcieli doświadczyć nowego, bo mąż, bo żona, bo. Czasem boję się pytać, więc nie pytam, a zahaczając w rozmowie o religię, uważnie dobieram słowa. Pracują, uczą się, chcą kontynuować przerwane studia, wrócić do zawodu wykonywanego w ich kraju. Prawnicy, księgowe, fryzjerki, au pair, studenci, pełnoetatowe mamy. Nie siedzą bezczynnie, licząc na mannę płynącą z nieba. Wychowują dzieci, chodzą na nocne zmiany, w czasie których myją podłogi, zmieniają pościel w hotelowych pokojach lub stoją przy taśmie, w nielicznych przerwach od żmudnej pracy powtarzając angielskie słówka. Dopytują, ile lat uczyłam się angielskiego i co robiłam, zanim stanęłam "tutaj" po drugiej stronie biurka. Kiedy wspominam Błękitną, potakują głowami z pełnym zrozumieniem.

Są marzeniem i koszmarem każdego nauczyciela. Wiedzą dużo i chcą wiedzieć jeszcze więcej. Zapytają o każdy przyimek, wyciągną każde przykurzone w mojej głowie słowo. Sprawiają, że czasem klnę w duchu, bo stojąc tak przed nimi, przed piętnastoma parami oczu, zaczynam wątpić, czy banalne obsessed, wyciągnięte przez El, to rzeczywiście z 'with', czy może z 'by'. El uczył kiedyś angielskiego w szkole podstawowej w swoim kraju. Teraz ja mam nauczyć jego. Chwilami czuję się dokładnie tak jak oni, kiedy podchodzą do tablicy interaktywnej. Znają odpowiedź, ale w obliczu ogromu białej ściany zaczynają zastanawiać się, czy to rzeczywiście dobre rozwiązanie. Potem, kiedy zamykają się za nimi drzwi, natychmiast łapię za słownik. 'With' i 'by'. Rzeczywiście.

Ożywiają się, kiedy pytam o ich książki, ich filmy, ich kulturę i system edukacji. Śmieją się, kiedy próbuję wymówić słowo w ich języku. I kiedy mówią mi nazwę owocu, o którego istnieniu nie miałam pojęcia.

Nawet nie wiedzą (a może jednak?), że ja wciąż uczę się razem z nimi.

Dwoje z nich wie, jak naprawdę wygląda wojna.

Fejsbukowi prorocy, którzy nigdy nie opuścili własnego ogródka na dłużej niż trwają zakupy w pobliskim supermarkecie, powinni otrzymywać imienne zaproszenia na takie lekcje.

Otwarte lekcje otwierające umysł.

O tym, kto ma gorzej

Najwięcej uczę się wtedy, kiedy muszę nauczyć innych.

Taki tubylec to ma dobrze, myślę, spędzając kolejny wieczór przy słowniku. Rzuci okiem na materiał, przemyśli kolejność zdarzeń i lekcja gotowa. Ja przyglądam się każdemu potencjalnie nowemu dla kursantów słowu, dopisuję do niego synonimy, przyimki i kolokacje, sprawdzam po raz dziesiąty wymowę i akcent, zanim odhaczę je na liście 'gotowe'. To z pewnością dlatego moja tutorka z CELTY powiedziała mi kiedyś, że dobrze prezentuję i objaśniam leksykę, a Inżynier dodał później, że mam zdolność przekładania zawiłych zwrotów na prosty i czytelny język, w obu narzeczach. Trzymam się tego jak tarczy obronnej, kiedy intuicja nie wystarcza i dostaję phrasalem lub idiomem w twarz w samym środku lekcji. Przeklęty, wszędobylski dostęp do sieci!, klnę w duchu. Nawet pod ławką w klasie! Jeśli intuicji nie udało się wybrnąć z klasą, wtedy odrabiam zadanie domowe na szóstkę i na następnych zajęciach torpeduję podławkowego poszukiwacza przygód mini wykładem na temat pochodzenia i wszystkich możliwych znaczeń rzuconego mi z sieci wyzwania. Ręce opadają mi w chwili, kiedy orientuję się, że delikwent kompletnie nie pamięta, że dwa dni wcześniej zadał mi takie pytanie. Albo że w ogóle zadał mi jakiekolwiek pytanie.

Coś mi jednak zostało z tej szkolnej prymuski. A może to zesłanie na drugą stronę biurka to rodzaj karmy z poprzedniego życia. Zaprawdę powiadam Wam, pilnujcie się w tym wcieleniu, bo z tą k(a)r(m)ą nie ma przelewek.

Ale potem dociera do mnie, że to niekoniecznie tak.

- To niesamowite - powiedziała mi jedna z kursantek CELTY, rodowita Brytyjka - że angielski jest dla ciebie językiem obcym, a mimo to masz większą jego świadomość niż ja. Wyobraź sobie, że kiedy dyskutujemy o czasach, ja wciąż muszę się upewniać, że wiem, o którym aktualnie jest mowa. A widzę, że dla ciebie ta cała terminologia to chleb powszedni.

A potem ktoś inny oblał jedną z praktyk, bo pomylił past perfect z past simple i cała grupa wyszła z lekcji skołowana.

Pamiętam też, jak przez rok uczyłam polskiego. Magicznego JPJO. Moim uczniem był pracujący w Polsce na rocznym kontrakcie bardzo inteligentny i mówiący kilkoma językami Fin, którego narzeczona była Polką, i dla której ten postanowił nauczyć się jej ojczystego narzecza. Co też ja się wówczas nagłówkowałam, żeby po angielsku wyjaśnić mu gramatykę własnego, wydawać by się mogło, że znanego mi od podszewki, języka!
- A dlaczego mówi się do Wrocławi-a, kiedy mówi się też do Bydgoszcz-y? Albo do Zakopaneg-o? - pytał znienacka Fin, a ja, kiedy opanowałam już drżenie podbródka po zrozumieniu tych wszystkich wyartykułowanych przez niego z wielkim trudem  dźwięków, robiłam kolejną mentalną notkę, z którą biegłam najpierw do Drugiej Mamy, specjalistki od polskiego dla niesłyszących, a dopiero potem do starego i wyświechtanego podręcznika do gramatyki.

Wiec to chyba niekoniecznie tak. Tubylec może i nie da się zaskoczyć phrasalem, ale zwinie się w sobie na hasło future perfect continuous, o którym ja opowiem wraz z przykładami w środku najciemniejszej nocy.

I to chyba dlatego tak bardzo nam ze sobą po drodze. Temu obcemu i mnie. W tym duecie nigdy nie będziemy się ze sobą nudzić. On mnie będzie stawiał przed wyzwaniami, ja wciąż będę się starała coś mu udowodnić. I samej sobie.

- Na koniec muszę ci wytknąć coś jeszcze - powiedziała moja managerka, kiedy  powoli kończyła omawiać moją obserwowana lekcję.
Wbrew temu, co myślałam w trakcie tej lekcji (bawiąca się ze mną w kotka i myszkę tablica interaktywna, nieobecność połowy grupy, spóźnienie drugiej połowy oraz abstrakcyjne zdania tworzone przez słuchaczy, które doprawdy trudno było sensownie poprawić), usłyszałam, że jest dobrze, i że mam się nigdzie z Koledżu nie ruszać.
Ohoooo, pomyślałam jednak po tym dobrym wstępie. Pewnie popełniłam jakieś niewybaczalne błędy!

Moja rozmówczyni zawiesiła głos.

- ... jestem pewna, że o tym nie wiedziałaś, bo tego nie ma w naszym spisanym dress codzie, ale nie możesz nosić jeasnów do pracy... - usłyszałam w końcu.

Fruzia - odsłona dwudziesta czwarta

Cisza mnie niepokoi, jak każdego czujnego rodzica, ale kiedy słyszę jej mamrotanie pod nosem dochodzące z salonu, wiem, że jest czymś pochłonięta do granic i nie warto przerywać tego błogiego, szczególnie dla rodzica, stanu. Czasem podglądam ją z przedpokoju. Widzę jak układa w równych rządkach ciastka z plasteliny, segreguje kredki tak, aby ich czubki równo wystawały z otwartego piórnika, zapamiętale kręci pedałami od roweru stacjonarnego, albo wyrównuje brzegi przylegających do siebie kart edukacyjnych. Tylko takie czynności angażują ją do tego stopnia, żeby Fruzia nie szukała towarzystwa. W pozostałych przypadkach Tasman potrzebuje drugiego człowieka.
- Mama! - ciągnie mnie za rękę do swoich zabawek.
- Mama! - powtarza, kiedy potrzebuje jego.
To wcale nie o mnie chodzi. Mama jest jest słowem-kluczem. Jest jak Sezamie otwórz się, jak mówisz i masz, jak czary mary i abrakadabra w jednym. I jak sok z gumijagód. Mama sprawia, że niemożliwe staje się możliwe. To z jej punktu widzenia. Bo dla nas mama to brak litości. Mama oznacza dla nas tylko jedno - trzeba iść. Jej dusza nieustająco łaknie dodatkowej pary oczu i fizycznej obecności. Różowa Chmurka musi jawić się w jej dziecięcej głowie jako raj. Nic dziwnego, że wystarczy hasło "pójdziemy do dzieci", a młodzież pędzi po plecak i ochoczo wskakuje w chińskie kozaki.

Wciąż gardzi lingwistycznymi normami. Owszem, mówi dużo i chętnie, ale coraz częściej zastanawiamy się, po jakiemu. Dużo w tych jej przemowach gestykulacji i ekspresji, i chyba tylko dlatego tak dobrze się rozumiemy. Po pierwszych sesjach w żłobku zaskoczyła nas swoim mummy! wykrzykiwanym na przemian z mama! A nasze przeświadczenie, że niektóre jej 'słowa' brzmią bardziej wyspiarsko niż ojczyście, niespodziewanie okazało się słuszne.
- Tak, mówi - usłyszałam któregoś dnia w Różowej. - Ostatnio ruszyło jej słownictwo. Potrafi powiedzieć cuddle i more.
Że more, to akurat mnie nie dziwi. To podstawowe słowo zapewniające jej i jej podobnym uzyskanie dodatkowej garści rodzynek lub kolejnego breadsticka. (Nie oszukujmy się - o kisz tak nie walczą.) Ale cuddle?! Na Boga i Karmę!

Inżynier mówi, że jest wyraźna. W dobrym nastroju tryska optymizmem i uśmiechem, jak się wścieknie, latają dydki i co-tam-jest-pod-ręką. Nie zna nudy ani stanów pośrednich. Nie snuje się po domu bez celu, zawsze wie, dokąd zmierza i o co jej w danej chwili chodzi. My nie zawsze, więc kiedy łączność między nami pada, Fruzia teatralnie pada na podłogę twarzą do dołu i albo ryczy, albo w milczeniu czeka na pożądaną reakcję. Ryczy coraz rzadziej, bo ... reakcji nie ma.
- Pa pa - mówię do niej spokojnie, przestępując równie teatralnie nad jej rozciągniętym jak szczupak ciałem.
- Przyjdź do nas jak ci przejdzie - mówi on.
Tym sposobem nauczyła się, że dydek sam do niej nie wróci, musi podnieść dwuletni tyłek i udać się po niego w drugi koniec pokoju. Potem krótki przytulas, pokrzepiające poklepanie rodziców po plecach ("dobrze wam idzie, staruszkowie") i wracamy do równowagi. W gorszych chwilach Inżynier bierze jej plastikowy telefon, który tuż przed chwilą młodzież posłała w diabły, przykłada go sobie do ucha i poważnym tonem przeprowadza dialog z powietrzem:
- Tak... przyjedźcie po nią... najlepiej zaraz...
Fruzia z zainteresowaniem zaczyna przysłuchiwać się rozmowie.
- Koniecznie... musicie ją zabrać... będziemy czekać... tak, kaftan bezpieczeństwa się przyda...
- Podwójny - podpowiadam.
- Podwójny... jak najszyciej, bo nie dajemy rady!!
Fruzia patrzy na tatę łobuzersko. Jestem pewna, że ten Tasman rozumie więcej niż sam potrafi powiedzieć.

Uwielbia skrytki, zakątki, przejścia na skróty, dziury w chodniku i wszelkie zakamarki. Jedna niezabezpieczona przed jej wścibskimi łapkami kuchenna szafka została mianowana JEJ szafką. Kilka miesięcy temu tak długo Fruzia przekładała konserwy i słoiczki z dżemem, tak natrętnie ładowała tam swoje małe ciałko, że górna półka rąbnęła w końcu na dół, razem z korpusem zdziwionego lotem dziecięcia. Nie zraziło to bynajmniej naszej córki. Usunięta półka zrobiła miejsce dla całego Tasmana i do dziś Fruzia potrafi przesiedzieć tam za zamknietymi drzwiczkami nawet pół godziny, przesypując mieszkankę herbat z wielkiej miski na pranie do małych miseczek. A wczoraj wlazła do piekarnika.
- Mummy! - dobiegł mnie z salonu cienki głosik, kiedy sortowałam w łazience pranie.
Nie brzmiała ani dramatycznie, ani zbyt radośnie, ale coraz bardziej ponaglająco.
Westchnęłam, przełożyłam jeszcze kilka rzeczy na osobną kupkę i ruszyłam do pokoju. Tam natychmiast uderzyłam w śmiech.

Z różowej, plastikowej kuchenki wystawała blond czupryna i ramiona, cały brzuch schowany był w piekarniku, nogi wystawały z drugiego końca piecyka. Fruzia najwyraźniej poległa przy matematycznych obliczeniach. Wyglądała jak Puchatek, który utknął w wejściu do norki Królika.
- Mummy! - zawołała radośnie Tasman, kiedy zorientowała się, że dostarczyła mi rozrywki.
Potrzeba było dwóch dorosłych osób, żeby ją stamtąd wyciągnąć. I na swoją obronę dodam, że to Inżynier pierwszy powiedział:
- Poczekaj, zróbmy jej zdjęcie, skoro nie płacze!
(Co za nieczułe pokolenie!)

Śpi w swoim własnym, dorosłym łóżku. W Ikei trudno było utrzymać ją przy sobie, najchętniej kupiłaby nie tylko łóżko, ale też szafę, wózek sklepowy, wagę oraz sprzedawców. Ochoczo pomagała tacie skręcać nowy nabytek, wiernie naśladując wszystkie czynności - tutaj trzeba włożyć śrubkę, teraz przykręcić, tam lekko przyklepać... Bez żalu pożegnała łóżeczko z żyrafą, które spokojnie poczeka na swoje kolejne pięć minut. Duże łóżko to więcej zabawy i nowe rytuały. Obowiązkowo czytamy przed snem - Fruzia pędzi po książki, układa całą ich stertę na kołdrze, po czym mości wygodnie tyłek tuż przy poduszce i ponaglająco wskazuje palcem na wybrane pozycje. Bywa, że trzeba też zaśpiewać jedną z tych ekspresyjnych przedszkolnych piosenek, które Fruzia podchwyciła już w pierwszym tygodniu pobytu w Różowej. Najchętniej "Wheels on the Bus" i "Twinkle, Twinkle". A potem, kiedy zgasimy już światło, wierci się. Jeszcze.Więcej.Niż.W.Łóżeczku. Układa się. Przekłada. Kopie mnie przypadkowo i całkiem nie. Kładzie się na lalce i obok lalki. Albo lokuje ją sobie na twarzy. Co rusz wali głową w ścianę, bo przy takim przekładańcu trudno zorientować się, gdzie kończy się łóżko. Leży w poprzek, wzdłuż i po skosie. Wisi głową w dół. Albo nogami. Chce być otulona pluszakami albo żąda przestrzeni. A w tym wszystkim ja usiłuję znaleźć sobie miejsce obok niej...

Ale nie - nie tęsknię za wiszeniem głową w dół!

Zaliczyła pierwsze kroki na łyżwach. Nie było ich wiele, część z nich dokonała się w powietrzu, kiedy usilowaliśmy postawić ją przy ciężkim jak granat pingwinie, ale pierwsze koty za płoty. Wyglądała komicznie i nic a nic się nie bała. Wściekła się dopiero po kilku minutach, bo te nogi w ogóle nie chciały jej słuchać, a ona przecież chciała śmigać jak mama i tata! (Poważnie sądziłam, że uda nam się wypożyczyć łyżwy dla toddlerów, takie z dwiema płozami, takie bardziej... toddlerowe. A tu niespodzianka - łyżwa to łyżwa, nie ma mowy o jakiejkolwiek taryfie ulgowej dla dwulatków. W końcu toddler też człowiek, prawda?) Nic to, spróbujemy za rok. (A tymczasem wypadało skorzystać z wizyty na lodowisku. Nie wiem, kto się bardziej tam zmęczył - my, usiłujac opanować drewniane po długiej przerwie od łyżew nogi, czy też ona, biegając bez opamiętania między szafkami, porzuconymi pingwinami i automatami z czekoladą.)

A jednak przy całym swoim temperamencie dokładnie wie, kiedy należy trzymać fason. W dniu urodzin rozdawała gwiazdorskie uśmiechy wszystkim zebranym przed monitorami gościom. Zdmuchnęła świeczkę, zatańczyła solo i wygłosiła przemowę (kilka/naście razy.) Z godnością i spokojem wysłuchała kilku okolicznościowych pieśni wydobywających się z gardeł najbliższych. Ani razu nie rzuciła (w nikogo) dydkiem. Sama urodzinowa słodycz, której baterie padły grubo po dwudziestej drugiej w naszym łóżku nad miską chrupek.

Następnego dnia, jak to zwykle bywa, wszystko wróciło do normy.

(Trochę ją rozumiem. Musiała zrobić sobie jednodniową przerwę od tych królewskich manier, bo chwilę później czekało ją dalsze świętowanie ze starszymi w rolach głównych. Znów trzeba było wziąć się w garść. Co też, przyznaję, udało jej się wyśmienicie.)

I o sezonie na jednego

Co roku robię to z rozmysłem. Przez dłuższą chwilę przyglądam się otoczeniu, łapię dobre światło, ustawiam w kadrze dekoracje. Potem głęboki oddech, jedno pstryknięcie i już. Kolejna mentalna fotografia, której przyjrzę się dokładniej za rok.

(...)

W roli dekoracji butelka coli, której w zasadzie nie pijemy. Obok whisky, którą jedynie z Ojcem Dyrektorem, od wielkiego dzwonu, dla towarzystwa. Ojca co prawda z nami nie ma, ale ta wspólna dekada, którą właśnie żegnamy, zasługuje na nie-codzienność.
- Po jednym drinku? - pyta on, bo przecież whisky to tylko z Ojcem Dyrektorem, wiadomo.
- Po jednym - mówię, otulając się szczelniej kołdrą.
Nastrój wytworzony przez domowe piernaty skłania bardziej do myślenia o odespaniu całego tygodnia niż o delektowaniu się gorzkim trunkiem. Jeden zapewne przyspieszy ten proces.

Jedno piwko i wracam do domu, myślałam wtedy, brnąc przez zaśnieżone ulice. Zawsze mogę wrócić najwcześniejszym możliwym pociągiem, gdyby było nudno.
On prowadził, więc nawet o jednym nie pomyślał. I może to dlatego ukruszył w dłoniach szklankę od coli.

Wtedy wróciłam do domu o pierwszej, zaskoczona dokładnie tak samo, jak dziesięć lat później, kiedy o piątej nad ranem zamiast whisky, w butelce zaświeciło jej dno. Serio? Przegadaliśmy tyle godzin?


(...)

Z tamtego dnia pamiętam plataninę emocji. I trzy pytania, wybijające się na podium - czy to już koniec? czy dopiero początek? i co dalej? No doprawdy. Typowa ja. Szukająca znaków, uwielbiająca nowe, a jednocześnie tak kurczowo trzymająca się tego, co jej, co na zawsze, co przyklepane do grobowej deski.
- Zobaczysz, w maju to już będziesz w ciąży - śmiała się Kocurowa dwa dni wcześniej.
Przez łzy się śmiała, bo to jej urodziny były, a ja zadzwoniłam, żeby się pożegnać.

W dzień Świętego Walentego dobiliśmy do progu Cegiełki. Opatrzność czuwała, zsyłając nas na emigrację tego symbolicznego dnia, bo nawet nie przypuszczałam, ile razy przyjdzie mi wpisywać tę datę do przeróżnych urzędowych formularzy.

Rudolf natychmiast ubrudził błotem dywany w Cegle. Zupełnie jak dzisiaj podłogę, kiedy w trójkę wróciliśmy ze spaceru po parku. Fruzia pogroziła mu palcem, kiedy próbował wskoczyć na łóżko w sypialni.

Jest remis. Pięć do pięciu. Połowę wspólnego życia spędziliśmy tam, a połowę tutaj.  Za kilka dni szala zacznie przechylać się na stronę Krainy Deszczu.

(...)

Kiedy rodzi się dziecko, większość ludzi zachowuje się tak, jakby byli zaskoczeni. Jakby przespali tych dziewięć ostatnich miesięcy. Albo kiedy dzwoni ten telefon, wiecie jaki. Ten wyczekany od dnia zero. Niby wiesz, że kiedyś w końcu zadzwoni, niby się wgapiasz w niego tęsknym wzrokiem, ale kiedy wreszcie dzwoni, ty albo nie słyszysz, albo zapominasz zabrać do pracy komórkę. Albo w ogóle nawet nie myślisz o telefonie, bo przecież wyraźnie powiedzieli ci, że teraz to na nic nie licz, teraz to sobie znajdź mieszkanie, bo wygląda na to, że za miesiąc nie będziecie mieli gdzie mieszkać.

Nawet mi przez myśl nie przeszło, że oto nadchodzi dzień świętowania. W błogiej nieświadomości zaplanowałam więc spędzić własne urodziny objadając się czekoladkami i czytając książki do południa. Nie przypuszczałam, że to ostatnie takie urodziny. (Właściwie to nawet dobrze. Gdybym wiedziała, nie byłabym w stanie przełknąć ani jednej czekoladki.)

Zamiast małej, łysej głowy, mam przed sobą bujną czuprynę dwuletniego toddlera. Zamiast siebie 30+, widzę siebie 35+. Niezmiernie mnie to dziwi i bawi. Zaczynam rozumieć Mamuśkę, która twierdzi, że momentami nie wierzy własnej metryce.

(...)

- Wiesz, zawsze mi się wydawało, że jak już coś, to wtedy poczuję się naprawdę dorosła - wyjawiłam Mężowi Memu sekret mego życia.
Podczas opróżniania tej whisky wyjawiłam, co prawdopodobnie wiele tłumaczy.
Inżynier spojrzał na mnie bystro, wyraźnie oczekując bardziej porywającego rozwinięcia akcji.
- Na przykład jak pójdę do pracy. Tyle tylko, że poszłam do pracy dosyć wcześnie, więc tak jakby miałam prawo nie poczuć się dorosła - kontynuowałam. - Potem miałam dorosnąć jak urodzę dziecko. Urodziłam, jestem mamą, a nadal tej dorosłości nie czuję. Więc pomyślałam, że jak zostanę kierowcą! Będę parkować przed koledżem, ostentacyjnie zamykać drzwi własnego wozu, paradować przez cały parking z teczką pełną książek w jednej dłoni, z kluczykami w drugiej... no wiesz, marzenie nastolatka spełnione w czwartej dekadzie życia... - zaczęłam się śmiać.
- No i? - uśmiechnął się on.
- No i dupa - westchnęłam komicznie. - Nie umiem wczuć się rolę. Ciągle zapominam, w którą stronę muszę przekręcić kluczyk, żeby zamknąć drzwi. Nie mówiąc już o tym, że wożę ze sobą tenisówki do jazdy.

Inżynier parsknął śmiechem.
- To chyba dobrze, że wciąż masz piętnaście lat?

(...)

Nie można zrobić dokładnie dwóch takich samych fotografii. Bo nawet Rudy notorycznie zmienia futro. I kanapy, od czasu do czasu.

O sezonie na paracetamol

Przed pierwszą adaptacyjną wizytą w Różowej Inżynier pobrał Fruzię z łóżeczka i zaanonsował się w przychodni, bo to przeziębienie, z którym Fruzia wracała z Polski, przybrało na sile. Piguła oświadczyła, że to wirus i rozłożyła ręce w geście bezradności. Paracetamol i plenty of fluids, jeśli gorączka.

Pierwszy oficjalny dzień w przedszkolu Fruzia zakończyła powrotem do Piątej Chatki z wysypką. Wróciliśmy do przychodni. Piguła oświadczyła, że to wirus i rozłożyła ręce w geście bezradności. Paracetamol i fluids, wiadomo. Następnego dnia odkryłam piękną dolną piątkę w buzi Fruziaka. Obsypało ją kropkami na twarzy jeszcze mocniej.

Po kolejnych dwóch tygodniach wróciliśmy do przychodni, bo ten kaszel, który Fruzia zapoczątkowała gdzieś na trasie pomiędzy Polandią a Krainą Deszczu, zaczął mnie niepokoić. Obadano Fruziaka, pozaglądano w różne otwory, co dziecię przyjęło z iście stoickim spokojem, co z kolei lekko zszokowało matkę, po czym oświadczono, że to resztki paskudnej infekcji, które młodzież musi wykaszleć, ale że od środka Fruziak jest czysty. Nie warto kupować syropów, bo nie pomogą.
- Przeczekać - piguła rozłożyła ręce w geście bezradności.

Dwa dni później wzięłam dzień wolnego, bo chociaż kaszel faktycznie zaczął ustępować, to dla odmiany Tasman zaczęła haftować. Cały piątek, trochę w sobotę, w niedzielę już tylko nad ranem.
- We wtorek chyba wróci do Różowej - oznajmiłam z ulgą Inżynierowi.
(- Mam nadzieję - dodając trochę ciszej.)

Tyle, że we wtorek Fruzia obudziła się z zaklejonymi ropą oczami. Zbyt długo pracowałam w Różowej, żeby nie wiedzieć, co to za stwór. Conjunctivitis. Zapalenie spojówek. Inżynier znów wziął wolne, a Fruzia lata z butelką kropli do oczu po domu i każe się kurować, jednocześnie mocno zaciskając powieki tuż przed zabiegiem.

Jutro planujemy powrót do Różowej. Ale wiecie, jak to z planami bywa.

Więc gdyby ktoś się martwił, że zniknęliśmy, oficjalnie dementuję plotki.
Jesteśmy.
Nawet jeśli nas nie ma.

O potrzebach

Wchodzę do sali Fruzi. Toddlery siedzą przy stoliku i pałaszują owoce. Snack time. Szukam wzrokiem blond loków, które dopiero po chwili wychylają się zza innej małej głowy.
- Cześć, Fruziu! - mówię radośnie.
Lico młodej rozjaśnia się w szerokim uśmiechu, ale Fruzińska wcale nie zrywa się do dzikiego, stęsknionego biegu. Zamiast tego, macha mi na powitanie, widzę, że pod stołem stuka kozakiem w krzesło sąsiada i spokojnie konsumuje swoją porcję.

Moja głowa w ułamku sekundy trzykrotnie produkuje tę samą myśl.

Ona mnie nie potrzebuje! (duma)

Ona mnie nie potrzebuje! (niebotyczne zdumienie)

Ona-mnie-nie-potrzebuje! (chyba zaraz się rozpłaczę!)

Chwilę później Fruzia kończy jeść, pędzi do mnie i wesoło macha wszystkim na pożegnanie.

Wieczorem, kiedy już całą wieczność próbuję spacyfikować wiercącego się jak owsik toddlera, z ulgą myślę, że ten mały człowiek jednak mnie potrzebuje.

I jeszcze długo będzie.

Tak jak ja wciąż potrzebuję mojej Mamy.

O czym należy pamiętać

- Intensywnie poszukujemy lektora na poranne zajęcia w Kampusie C - powiedział mój manager i znacząco zawiesił głos.
- A dokładnie na które poranki? - zapytałam kurtuazyjnie, starając się zabrzmieć neutralnie i nie wzbudzać zbytniej nadziei w szefie.
Zbyt dobrze wiem, jak daleko jest do Kampusu C.
- Poniedziałki i środy.
Teoretycznie idealnie. Choć nie powiedziałam tego na głos, bo w praktyce punkt C na mapie naszego hrabstwa odpada. Za daleko dla doświadczonego kierowcy, a dla takiego żółtodzioba jak ja to byłoby zwykłe szaleństwo.
- Wiesz, gdyby to byłoby tutaj, wzięłabym te zajęcia bez zastanowienia. Ale dla mnie oznacza to trzy godziny dziennie w samochodzie. Przy czym nie jeżdżę jeszcze zbyt dobrze i to byłaby trzecia trasa, której musiałabym się nauczyć.
- ... albo jeździć pociągiem - szef nie dawał za wygraną. - Wiesz, jesteśmy tak zdesperowani, że bylibyśmy gotowi opłacać twój bilet.

Dobrze, że mój manager nie zagrał sprytniejszą kartą. Wiecie, "jesteś najlepszą lektorą w tej szkole, nikomu innemu nie powierzylibyśmy tej grupy!" Próżność zapewne pozwoliłaby mi uwierzyć, że mają mnie za genialnego nauczyciela zaledwie pod dwóch tygodniach pracy. Na szczęście szef jest przyzwoitym facetem, a na desperację nikt przy zdrowych zmysłach nie leci.

Wystarczyłoby kilkugodzinne opóźnienie w drodze powrotnej z Polandii, a mogłabym pomaszerować na pierwsze zajęcia prosto z trasy. Nawet ćwiczenia miałam ze sobą, bo w tym szale przedświątecznym nie udało mi się przygotować kserówek. Nie miałam więc czasu na dywagacje, zastanawianie się, jak to będzie i w co się ubrać, bo podróż mnie wykończyła, a włożyć mogłam jedynie to, co zostało czyste w walizkach. Prawda, że to ogromna oszczędność energii i redukcja stresu? Stres pojawił się dopiero po pierwszych zajęciach, kiedy pod Kampus B podjechała moja Mikruska wraz z zawartością (Instruktor + toddler), po czym Instruktor wręczył mi kierownicę i zakomenderował:
- Jedź, ciotka.
Co było dalej, już wiecie.
Niechętnie, ale jednak pojechałam.

I tak sobie nadal jeżdżę, rano ze zdziwieniem skrobiąc szyby Mikruski, bo w Krainie Deszczu wciąż mróz, a w trakcie jazdy coraz częściej głośno stwierdzając - "o, to mój ulubiony kawałek" albo - "tego odcinka nie znoszę, skup się". Na tych ulubionych zdarza mi się pomyśleć, że chyba oszaleję, jeśli dziś znowu dostanę maila z pracy od kogoś, kogo jeszcze nie znam, a kto chciałby (powinien) się ze mną spotkać w Bardzo Ważnej Kwestii. Okazuje się bowiem, że oprócz nauczania, mam jeszcze tygodniowo średnio czterdzieści osiem Bardzo Ważnych Kwestii do omówienia z czterdziestoma ośmioma osobami odpowiedzialnymi za moją łatwą i przyjemną adaptację w nowej placówce. Koledż objął mnie swymi spracowanymi ramionami i przysięgam, że nie wygląda jakby zamierzał puścić.

Ale, co najważniejsze, jestem na swoim miejscu. Lubię moich kursantów, biurka, przy których pracuję, oswoiłam wielkie jak traktor urządzenia kopiująco-drukujące, rzutnik, który odpala dopiero po kilku nerwowych przyciśnięciach włącznika i elektroniczne dzienniki. Wciąż mam bałagan w papierach, zalegam z planami i szkoleniami online, ale powoli zaczynam widzieć większość tego obrazka, zamiast stosu pomieszanych puzzli, i ten obrazek naprawdę mi się podoba.

On też (wiedzieliście?) jest w nowym miejscu. Otworzyły się przed nim nowe możliwości, co było główną przyczyną rozstania z piekarnią. Wydłużył mu się dzień pracy, wydłużyły dojazdy, miejmy jednak nadzieję, że długofalowo wyjdzie mu to na dobre. Pierwszego styczniowego tygodnia wciąż musieliśmy przypominać sobie, kto i czym ma się zająć, kogo skąd odebrać i kiedy właściwie mamy znaleźć czas na moje ćwiczenia za kółkiem. Choroba Fruzi zmuszała do przestawiania planu po raz trzeci i czwarty, ale jak dotąd jedziemy z tym koksem, zatrzymując się jedynie w weekendy na piątkowe Polaków rozmowy, kiedy Fruzia już zaśnie.

A powiem Wam, że niechętnie zasypia. Nie wiem, czy sama nie kręce na siebie bicza tym stwierdzeniem, ale już nie mogę doczekać się, kiedy Fruzia przeprowadzi się na zwykłe łóżko. To już niebawem, już za chwilkę! Wówczas matka wstąpi do raju. (A przynajmniej tak to wygląda w jej wyobraźni.) Bo.Nie.Będzie.Musiała.Więcej.Wisieć.Głową.W.Dół. Dwa lata narażania się na wylew powinny wystarczyć. A i łóżeczko skrzecząco daje do zrozumienia, że wypracowało już swoje i należy mu się godziwa emerytura. Nawet w schowku będzie mu lepiej niż aktualnie z Fruziakiem.

Różowa Chmurka, jak można było przewidzieć, bardzo szybko zapamiętała Fruzię. Być może to efekt bycia niezauważoną przez Baptystów, a może chęć ustalenia od początku, kto tu rządzi... Pozostaje nam się domyślać, dlaczego pierwszego oficjalnego dnia pobytu dziecięcia w Różowej Chmurce matka usłyszała, że Fruziak szczypie w policzki, zaś dnia drugiego i trzeciego musiała podpisać Incident Form, który to podetknęła matce pod nos lekko zażenowana koleżanka po fachu. Fruzia nie płacze w Różowej. Fruzia do niej biegnie i ponagla rodzicielkę, żeby szła szybciej, bo dzieci czekają. I bawi się z dziećmi, a jakże. Je, co dadzą. Śpi, kiedy wszyscy śpią. Jest wszystkim zainteresowana. I tylko od czasu do czasu postanowi zostawić ślad na przypadkowym, dziecięcym policzku.

Jak to dobrze, że dwa z trzech razy w tygodniu z Różowej będzie odbierał ją Inżynier.

Ta nowa rzeczywistość jeszcze daje w kość, bo oswajanie nie jest proste, ale czuję, że się polubimy. Jak tylko będę o wszystkim pamiętać. Na przykład o tym, żeby zjeść śniadanie przed wyjściem z domu. I żeby włożyć tenisówki do jazdy samochodem, bo na koturnach to zupełnie nie czuć, kiedy wciskam gaz. Żeby spakować smoczek do plecaka Fruzi. Mieć drobne w portfelu na wypadek, gdybym nie znalazła miejsca parkingowego przed Koledżem. I żeby koniecznie przywiązać Rudolfa do drzewa przed wejściem na teren Różowej Chmurki, bo znowu mi się dostanie od Matki Przełożonej III.

Ale najbardziej to trzeba pamiętać, żeby nie powtarzać raz popełnionych błędów  i nie wyrżnąć się spektakularnie pod Kampusem A w błoto.

O tym, jak zostałam kierowcą

Wkładam do torebki jedyny koralik, który został mi z bransoletki podarowanej mi przez Mamuśkę po którymś z ich wakacyjnych wypadów. Oko proroka.
- Na szczęście - powiedziała, wręczając mi niebieskie koraliki na gumce.
Nosiłam je wtedy przez całe lato, potem schowałam do torebki jak najcenniejszy skarb. Nieważne, czyje to oko, ważne, że od Mamy.
Torebki zmieniły się w międzyczasie zapewne ze czterdzieści razy; nic dziwnego, że prorokowi została tylko ta jedna źrenica.

Kiedyś nosiłam różaniec, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Też od Mamuśki.

Muszę poprosić ją o nowy talizman. I obrazek świętego Krzysztofa. Koniecznie.

Całą noc nie mogłam spać. Wierciłam się jak owsik, a kiedy już udało mi się przysnąć, dręczyły mnie niespokojne sny. Te z serii - wjeżdżam na rondo z dziką prędkością, nie mogę zahamować, ruch potworny, a ja nie panuję nad kierownicą. Albo - hamuję z piskiem opon na skrzyżowaniu, w ostatniej chwili. To już chyba lepiej w ogóle nie spać.
Rano nie mogę nic przełknąć, żołądek mam zawiązany w supeł, wmuszam w siebie kawałek tosta z masłem. Nie mogę skupić myśli na niczym innym oprócz tego, że za parę godzin mam ruszyć sama z naszej wsi do Kampusu A. Sama.
Sa-ma.
Sa-ma.
SA-MA.
SA-MA.
Samasamasamasamasama.
24 km.
Dwadzieścia cztery. O jakieś dwadzieścia trzy za dużo. Jak to się stało? Dlaczego to już? Przecież dopiero zaczęłam ćwiczyć. Ranyboskie, chyba zaraz zwymiotuję.

Nie pomaga fakt, że Fruzia zaczyna płakać, kiedy tylko w drzwiach staje Niania. Nie lubi tych moich wyjść do pracy. Wiem, że minutę po zamknięciu drzwi uspokoi się i jak gdyby nigdy nic wróci do swoich małych zajęć, ale dziś ten jej płacz przeżywam podwójnie. Potrójnie nawet. Cała się trzęsę. Jeszcze chwila, a ja też zacznę płakać.

Ejże, to tylko jazda samochodem. Ćwiczyłaś. Próba generalna zdana. Dostałaś od niego zielone światło.

A poza tym ... sama to wymyśliłaś, mała!

Chyba zaraz zwymiotuję.

Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówi do mnie Niania. Myślami jestem już za kółkiem. W pośpiechu całuję Fruzię w czoło, przytulam i wychodzę, zanim wybuchnę płaczem.

Odpalam silnik. Wyjeżdżam z osiedla. Włączam się do ruchu. Jadę. Trochę się wyluzowuję. Połowa trasy jest dość prosta, dopiero później zaczynają się ronda. Mnóstwo rond. Nie wiem, piętnaście? Siedemnaście? Muszę patrzeć na znaki, nie ma szans, żeby nauczyć się tej drogi na pamięć. Przynajmniej nie na tym etapie. W głowie huczą mi wszystkie wykrzykniki Inżyniera. - Na tym rondzie uważaj, trzymaj się bardzo blisko lewej. - Zmień pas jak najszyciej, ale upewnij się dwa razy, czy nikt cię nie wyprzedza. - All routes, pamiętasz? Pierwszy zjazd z ronda.
- Aaaaaa! - piszczę sama do siebie, kiedy na wąskiej drodze mijam się z wielkimi ciężarówkami.
- Aaaaaa! Co ja tu robię??! - rzucam w przestrzeń.
Przejeżdżając przez miasto rozpoznaję kolejne skrzyżowania i ronda.
- Dobra, teraz drugim zjazdem. Dru-gim. Potem będzie to durne, małe rondko, trzymaj się lewej... Aaaaa! Jest, teraz w lewo... Boże, zaraz będę na miejscu. Nie wierzę.

Nie wierzę. Naprawdę jestem na miejscu, parking w połowie pusty, gaszę silnik. Dojechałam. Opieram dłonie na kierownicy, rozluźniam spięte mięśnie.

W drodze powrotnej jest gorzej. Zaparowały mi szyby mimo włączonej dmuchawy. Leje jak cholera. Jest dwudziesta pierwsza, ciemno, zimno, sunę ulicami miasta trochę po omacku, niemal wiszę na przedniej szybie, mijające mnie samochody oślepiają w tym deszczu i mam momenty, że zwalniam maksymalnie, bo niewiele widzę. Inni kierowcy snują się w tym samym tempie co ja, najwyraźniej to nie jest przypadłość mojej eLki. Dopiero za miastem robi się jakby lepiej. Nadal leje, ale widoczność się poprawia.
- Boże, pozwól mi dojechać do domu! - zaczynam szeptać, ale coraz bardziej chce mi się śmiać.

Zostałam kierowcą. Jeszcze dwa miesiące temu nie postawiłabym na to złamanego grosza.
Przez tyle lat żadna siła, żadne postanowienia noworoczne nie zmusiły mnie do jazdy w ojczyźnie, a tu raptem jedna oferta pracy robi ze mnie (początkującego) kierowcę w ruchu lewostronnym.

Masz jeszcze jakieś ciekawe pomysły na życie, mała?

W domu padam na łóżko i przytulam się do śpiącej z Inżynierem Fruzi. On oddycha z ulgą. Bardzo się martwił. Fruzia wybudza się i sadowi głowę na mojej szyi. Jak ciepło. (I ciężko, ale to nieważne.) Jak dobrze.

Jutro wyjazd do Kampusu B i parkowanie na zatłoczonym parkingu.

Przetrzepuję torebkę. Może znajdę jeszcze jakiś talizman od Mamy.

Druga Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny (z dygresjami matki)

Kiedy wśród burz i zawieruch usypiam w sobie wewnętrznego kronikarza zdarzeń, usiłując złapać uciekający grunt pod nogami, szybko zaczynam czuć, że żyję bez kropki nad i. Nie pamiętam, gubię chronologię, potykam się o dni i godziny. I brakuje mi. Ewidentnie brakuje mi przekładania naszej rzeczywistości na słowa.

(...)

Przetrwaliśmy dzięki samoprzylepnym emotikonom, którymi Fruzia upstrzyła siebie, pół Blaszaka i kawałek ucha Rudolfa od czasu do czasu wystawiającego z bagażnika ciężki łeb na oparcia naszych siedzeń. Emotikonek było, zdaje się, kilogram. Trzydzieści deko zużyłyśmy jeszcze w domu, co zainspirowało mnie do schowania reszty na podróż, pozostałe Fruzia wyciągała, przyklejała, odklejała, przeklejała... Z ulgą myślałam, że zanim dotrzemy do Deutschlandu, nie będę musiała już na nie patrzeć, a tymczasem trzy tygodnie później wciąż je skądś wyjmuję. Znalazca płaczącej rozpaczliwie granatowej emotikony w toalecie którejś ze stacji Unii niech wie, że tu byłam. Fruzia.

(...)

Sprawiedliwie obdarowała Dziadków i chrzestnych radością. U jednych Dziadków zawzięcie odkurzała różowym odkurzaczem, u drugich prała rękawiczki i smoczki w miniaturowej pralce o wiadomym kolorze, od czasu do czasu wymownie dając nam do zrozumienia, że zjadła już cały słodki proszek do prania i wypadałoby napełnić szufladę. Z Wielką Szwagierką, od niedawna nazywaną Siasią, szalała na rowerku biegowym tak długo, aż zaliczyła upadek godny Golloba na wirażu, za to u Wielkiego Brata z dumą prezentowała plecak podarowany na okoliczność rozpoczęcia edukacji żłobkowej oraz okupowała stworzony specjalnie z myślą o niej bufet. Szwedzki stół na wysokości pół metra od podłogi składał się ze szklanic wypełnionych paluszkami, dużej miski maślanego popcornu, jeszcze większej miski chrupków i ogromnej michy chipsów, którą to Mamuśka, zagorzała przeciwniczka 'tego syfu', natychmiast skonfiskowała. Nie szkodzi. Fruzia i tak nie odstępowała stołu przez bitą godzinę, przez co nabrałam podejrzeń, że jeszcze moment, a Fruzia zacznie strzelać. Tym popcornem.

(...)

Nie dla niej całodniowe Polaków rozmowy przy stole w lokalu. Tym bardziej, jeśli w sąsiedniej sali odbywa się inna polska impreza. Nie udało nam się odnaleźć solenizanta wśród dzieci i rodziny wyglądającej na dobre 35+, ale podobno była to osiemnastka. Fruzia wbiła do sali balowej, rozejrzała się i w amoku frustracji spowodowanej faktem, iż parkiet jest pusty, tak przytuliła plączącą się po nim dziewczynkę, że ta nie odważyła się już więcej do Tasmana podejść. Zniesmaczona brakiem potańcówy Fruzia musiała zadowolić się jednoosobowym show na własnej imprezie bożonarodzeniowej.

(...)

- A jej nie jest tak zimno bez szalika? - zapytała niespokojnie Kocur.
Przechodziłyśmy z Fruziakiem i Kluskiem z naszych Rodzinnych Drapaczów Chmur do trzeciego. Dwadzieścia? Dobrze, może trzydzieści metrów. (Los tak to wszystko genialnie urządził, że w dzieciństwie mogłam zaglądać w Kocurowe okna z pokoju Wielkiego Brata, a teraz będę ją podglądać z salonu. Mój Rodzinny Drapacz Chmur, do którego - uwaga, uwaga! - jeszcze wrócimy całą rodziną, stoi dokładnie pomiędzy Rodzinnym a Obecnym Drapaczem Chmur Kocura. Małe przetasowanie, a ile uchronionych od zakurzenia wspomnień.) Kurtka, czapka - wszystko na miejscu. Oprócz jednego.
Zaczęłam się śmiać, bo przerabiałyśmy tę rozmowę dzień wcześniej.
Kocur zadziornie uniosła do góry głowę, po czym mnie samą zaczęła owijać szalikiem.
- Obsmaruję cię na forum dla szalonych Matek Polek - pogroziłam jej.
- Możesz mnie obsmarowywać, gdzie tylko chcesz - nie straciła rezonu Kot. - Ty to ty, ale dziecko masz ciepło ubierać, bo mróz jest.

Po powrocie zrobiłam w szafie osobne miejsce na bardzo ciepłą garderobę, którą opatrzyłam etykietką do-użytku-w-obecności-Kocura. Zakładam, że kiedy zjedziemy do Rodzinnego Town na kolejny, kilkuletni etap w życiu, może być nam bardzo potrzebna.
(- Bez sensu! To znaczy z sensem, że tu wrócicie, ale dlaczego tylko na chwilę? Gdzie wam będzie lepiej? Zostaniecie tu na zawsze! - zarządziła radośnie Kocur, kiedy wyjawiliśmy jej nasz kolejny plan na życie. Po czym zrobiła smutną minę i oznajmiła, że ona nie wierzy w ten nasz powrót. 
Ona, of all people!)

(...)

Kocur ma najładniejszą choinkę świata. Wedle Kocurowego Małżona to ''masakra, nie choinka'', o czym nie omieszkał nas poinformować Klusek na progu Kocurowej chaty, ale ja ją uwielbiam. Szkoda, że Liz i Kocur się nie znają *. Mogłyby razem urządzać wnętrza. Najlepiej dla nas.

(...)

Już dawno temu ustaliłyśmy z Kotem, że Fruzia i Klusek będą kumplami. Nie będziemy ich swatać. O słuszności tej decyzji przekonałyśmy się podczas Drugiej Pielgrzymki.
- Ciociu, a Fruzia to nie wie, że to są moje zabawki i powinna mnie najpierw zapytać, czy może się nimi bawić? - zapytał zaniepokojony Klusek.
- Nie wie, kochanie, bo jest jeszcze za mała - odpowiedziałam, czując, że trochę zaczynam kłamać.
Kto ją tam wie, co ona wie, a czego nie. Toż to Tasman, a te loki zupełnie o niczym nie świadczą.

Ale jeśli mają zostać kumplami, to się dogadają bez naszej ingerencji. Gdyby się w sobie zakochali, wszyscy bylibyśmy w kłopotach.

(...)

Za chwilę na świat wyjrzy Klusek II. Szlag mnie trafia, że zobaczę go dopiero w czerwcu.

(...)

Rozgadała się. Nie żeby zaraz po polsku albo w innym rozpoznawalnym narzeczu, ale - o ile to w ogóle możliwe - jest jeszcze głośniejsza i jeszcze bardziej wyrazista. Mama, tata, Gaga, baba, dziadzia to wciąż zestaw pierwszej pomocy linwistycznej. Siasia w chwilach radosnego grzebania w kosmetyczce matki chrzestnej, z której wyciągała i roznosiła po całym domu tampony. Zachwycone łaaaa wymawiane na wydechu z buzią wciągniętą w ciup, kiedy ta sama przybrana matka dokonywała pierwszego prawdziwego manicuru na miniaturowych i ostrych jak brzytwa paznokciach. Pomalowała dziewięć. Na dziesiąty nie starczyło Fruzi cierpliwości.

(...)

Jak przystało na prawdziwą kobietę, wróciła z wojaży z nowymi butami, bodziakami i mnóstwem spinek. Matka z nowymi butami na wysokich szpilach, dwoma zimowymi płaszczami i zaległą prasą.

Ojciec wrócił z Newsweekiem.

(...)

Siły starczyło jej na tydzień. Ósmego dnia, co daje jednodniowy postęp w stosunku do Pierwszej Pielgrzymki, Fruzi zaczęły puszczać nerwy, co szczególnie niekorzystnie odbiło się na relacji z kuzynkami, jednak w sylwestrowy wieczór dziecię postanowiło wymienić baterie. Wybrała Duracell, choć uprzedzała lojalnie, że nikt za lokowanie produktu mi nie zapłaci. Mamuśka twierdzi, że bawiła się fantastycznie, dzięki czemu i oni mieli wystrzałowego i historycznego Sylwestra (wszystkie wnuczęta zgromadzone pod opiekuńczymi skrzydłami Mamuśki i Ojca Dyrektora), ale tylko Gwiazda odważyła się wyznać, że pod koniec już wymiękali. Nic dziwnego. Fruzia padła jak rażona piorunem o 2.20 am.
- Ona jest niemożliwa - powtarzała następnego dnia Mama. - Jeśli nie śpi, to wciąż się rusza.

My też się ruszaliśmy. To dopiero było wychodne. Pierwsze od dwudziestu miesięcy. W sali, w której ponad siedem lat temu rozpoczynaliśmy życie pod wspólnym nazwiskiem. Z fajerwerkami, szampanem, tańcami. Rozmowami przy fajce i atmosferze Rancza. I z przytupem. Na wielu płaszczyznach.

(...)

Z Gwiazdą rozumiem się w pół słowa. Wiem, kiedy tylko udaje, że śpi, wiem, że rozumie więcej niż się wszystkim wydaje. Powstrzymujemy śmiech w tych samych momentach, zawstydzamy się tak samo, choć w momentach krytycznych potrafimy wypalić tak, że zaskakujemy same siebie. Mogę z nią porozmawiać jak z dorosłą, choć wiem też, że do dorosłości jeszcze jej daleko. Czuję jednak, że to nie tylko bardzo podobne postrzeganie świata, ale też wspólnota dziecięcych doświadczeń.

Kiedyś z nią o tym porozmawiam.

(...)

W drodze powrotnej głowa pękała mi od nadmiaru historii i ludzkich dylematów. Wydaje ci się, że dobrze kogoś znasz, aż przychodzi dzień, kiedy zaczynasz zastanawiać się, czy aby na pewno. I co tak naprawdę siedzi w drugim człowieku.

Każdy z nas w jakimś punkcie swojego życia zostaje zraniony. Jedni lekko, draśnięci zaledwie, nie ma o czym mówić. Inni poważniej, choć da się z tym żyć. Pechowcy dostają tak, że trudno potem nieść taki bagaż. Choć przecież skala porównawcza nie istnieje.

Ale nawet tym pierwszym zwykłe draśnięcie może odbić się czkawką.

(...)

Tęsknię za nimi.

* jeszcze