O przedświątecznych zakrętach

środa, grudnia 14, 2016

Nie wyrabiam na zakrętach. Choć Inżynier, obecnie Mój Osobisty Instruktor Jazdy Terenowo-Osiedlowej (niemal jak MOJITO) twierdzi, że akurat na tych asfaltowych daję radę.
- Jestem zbudowany twoją jazdą po tylu latach przerwy - powiedział dnia pierwszego.
Trzeciego, kiedy oznajmiłam, że wieczorem będę ćwiczyć sama, przestrzegł jednak:
- Tylko nie przydzwoń w nikogo.
Na szczęście moje całkiem nowe nastawienie do własnej przygody drogowej w ruchu lewostronnym nie pozwala mi gubić się w meandrach rozważań na temat tego, czy ostatecznie to on jednak sądzi, że coś ze mnie będzie, czy może on też ćwiczy. Pokerową twarz.

(Choć przecież sam zapytał, czy pojadę z nim do Dużego Miasta i w drodze powrotnej poprowadzę moją osobistą Micrę. Czyli jednak wierzy. Święty człowiek!)

Z Fruzią nie wyrabiam na tych zakrętach. Świąteczne prezenty kupuję w biegu, co rusz przewracając sklepowe dekoracje i wlokąc za sobą wieszaki ze sweterkami w renifery made in China, które Fruzia zdążyła pociągnąć, kiedy na szóstym biegu usiłowałam dosprintować do kasy. Na poczcie, do której wczoraj kolejka wiła się od parkingu pod supermarketem, poczułam, że tracę wszystko - energię, cierpliwość, a nade wszystko zmysły. To był dzień, kiedy lało jak z cebra, w portfelu nie miałam ani pensa na bilet autobusowy, a kartę mogłam sobie o kant dupy rozbić, gdyż najbliższy bankomat mamy w miasteczku. Szłyśmy więc z Fruzią do centrum pieszo. 2 mile. (Nie, jeszcze nie odważyłam się powieźć Fruzię Micrą). To znaczy ja szłam, a ona (biedactwo!) jechała w wózku. Przemoczone byłyśmy do suchej nitki. Obie, gdyż dziecię me najdroższe, kwiatuszek mój niebiański włączała syrenę za każdym razem, kiedy usiłowałam obudować wózek osłoną przeciwdeszczową.

Tak że ten.

W domu, kiedy już zaparkujemy, wcale nie jest spokojniej. Fruzia na dobre złapała kuchennego bakcyla po tym, jak odkryliśmy, że w tej różowej kuchence, co to ją ma od kilku miesięcy, są jeszcze dwa wejścia na baterie. Kuchenka dostała nowe życie, a mnie wciąż się wydaje, że ten charakterystyczny szum plastikowych palników jest wydawany przez naszą całkiem prawdziwą kuchenkę, na której być może właśnie, po raz kolejny, przypalam ziemniaki. A to przecież tylko plastelina zmieszana z wodą i torebkami herbaty.

Fruzia gotuje jak jej tata. Efekty są spektakularne, ale bałagan również.

Kartki, nie wiedzieć czemu, kleję już od listopada, a końca nie widać. Kiedy już myślałam, że Niegów opanowany, Domy Dziecka i najbliżsi znajomi tutaj również, Inżynier zapytał, czy zrobię mu kilka kartek do pracy (dziesięć na dobry początek), a mnie olśniło, że przecież jeszcze są sąsiedzi. Sąsiedzi, którzy od paru już dni wiążą kokardy na prezentach dla Fruzi.
- To dla malutkiej - oznajmiła Starsza Pani, kiedy wracałyśmy z Tasmanem i Rudolfem ze spaceru.
(Ubłoceni jak nieboskie stworzenia, albowiem wymyśliłam, że pójdziemy do parku, zapominając, że przez dwa dni lało i park zamienił się w bajoro. Nie chciałam jednak rezygnować z uciechy dla Rudolfa na progu krzaczorów, poza tym Fruzia miała kalosze, więc w dobrej wierze podwinęłam jej nogawki spodni do kolan i uznałam, że oj tam, od kilku kropel błota jeszcze nikt nie umarł. Dwa kroki później Tasman runęła jak szczupak w sam środek bajora.)
- Włóżcie to pod choinkę i niech otworzy w Święta - to mówiąc, Starsza Pani wręczyła Fruzi dużą, ozdobioną Mikołajem paczkę.
Do rąk jej dała.
Dobryboże.
Podziękowałyśmy serdecznie, a ja zdążyłam pomyśleć, że teraz to tylko cud mógłby sprawić, iż uda mi się spełnić prośbę Starszej Pani.
Jak można się domyślić, cud nie nastąpił.

Ciastka za to wychodzą nam koncertowo. Pierwszą turę dla najbliższych tubylców zrobiłyśmy razem z Fruzią, która nie chciała rozstać się z nową wersją plasteliny, ale kiedy wreszcie udało mi się namówić ją do wycinania ciastek i kiedy już popatrzyłam na takie piękne, upieczone i ozdobione, czekające w pojemniku na pakowanie, dopadły mnie wątpliwości, czy te dzieciaki, które mają być nimi obdarowane, to przypadkiem wszystkie nie są na diecie bezglutenowej. F.

Albo po prostu mam już glutenowe omamy, bo sporo ostatnio tego glutenu wokół mnie.

Jeszcze tylko dwa szkolenia w nowym przybytku pracowym i przygotowanie zajęć na początek mojego nowego życia zawodowego. Jeszcze jedna noc u Seniorów. Trzy tury ciastek do upieczenia. Pakowanie. I driving home for Christmas z naszym osobistym reniferem w bagażniku.

Przewiduję, że będziemy gotowi do Świąt trzy sekundy przed pierwszą gwiazdką.

Uwielbiam ten czas.

You Might Also Like

12 komentarze

  1. Faktycznie się u Was dzieje. Porównując do nas to u mnie kompletnie nic a nic się nie dzieje, bałagan jest taki jak zwykle. Prezenty poupychane w szafach czekają na spakowanie, ostatni z nich odbiorę jutro z paczkomatu. Do Niegowa kartki i upominki posłał am dawno temu, kartki do znajomych tez :) Niestety nadal nie mam pomysłu na świąteczne gotowanie ale jakoś i to ogarnę. Sprzątanie i choinka w ten weekend, potem tylko piekę, gotuje i szatkuje - wszystko to co wymyślę :) Pierwszy raz myślę że przezyje święta nawet jeżeli nie umyje okien i nie wyszoruje szafek na wysoki połysk :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno świetnie sobie radzisz jako driver ale jesteś za skromna żeby się przyznać :*

      Usuń
    2. To już nie będzie mój pierwszy raz, kiedy przeżyję bez mycia okien ;-) Szczególnie, że u nas deszczowo (jak to w Krainie Deszczu), więc co się będę wygłupiać... ;-) Cudownego weekendu! Ja też od jutra sprzątam. :-*

      Usuń
  2. z glutenem jest podobnie jak z kaloriami, nikt ich nie widział...
    Przepis na ciasteczka poproszę
    Franczeska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepis na ciasteczka mam stąd: http://www.mojewypieki.com/post/miodowe-ciasteczka-z-przyprawami-korzennymi

      Zamiast mixu przypraw korzennych dodałam jedynie cynamon. Wyszły super, obdarowani bardzo je chwalili, a są naprawdę proste, bo ja nigdy nie piekę nic skomplikowanego:-)

      Usuń
    2. Czytałam przepis i zapowiada się smakowicie, w przyszłym roku dam Ci swój adres :D

      Usuń
  3. Przybij piatke!
    Biskwit tez sie nie da obudowac.
    A przechodnie pod parasolami patrza z oburzeniem na wyrodna matke. Ech.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, tych oburzonych spojrzeń kilka odebrałam. Ale starsze panie zwykle były rozbawione. Zupełnie jakby to one właśnie, a nie młodsze mamy, najlepiej pamiętały, jak to jest mieć w domu upartego toddlera... Przybijam!

      Usuń
  4. Podsumowanie najlepsze:-)
    Dzieci są irracjonalne. Pogodziłam się już z tym. Choć z trudem :-D
    Brytusia

    OdpowiedzUsuń
  5. O to to Gwiazdeczka też nie daje się okrywać folią! dzikie wygibasy odstawia jakby była dziewczynka z gumy.W ten weekend sprzątanie i pierniczki,ciasteczka u nas.A i tak pewnie wyrobimy się na ostatni moment.:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest nas więcej, alleluja! To znaczy ich, ich jest więcej! ;-) Nam sprzątanie chyba umyka w tym roku... ;-) :-*

      Usuń