Tuż przed

Szaleństwo sięgnęło zenitu.

Rudolf nażarł się mąki, przegryzając płatkami owsianymi, Fruzia wycięła czterdzieści trzy ciastka nożem i widelcem, a moja pewność siebie za kierownicą została wyceniona na dwadzieścia pięć procent. A według MOJITO, potrzebuję sześćdziesięciu, żebym mogła samotnie ruszać do pracy.

Pomachałam Seniorom na do widzenia, nie na pożeganie, bo będę do nich wracać w czasie half termów, o których, mam nadzieję, Baptyści poinformują mnie szybciej niż koledż, i w czasie wakacji, kiedy nie będzie kogo uczyć. Jestem pewna, że Francesco i jego noga wciąż tam będą. Bo nadal są razem, wyobrażacie to sobie? Francesco toczy chyba solidne negocjacje na przedsionku zaświatów.

Koleżanki z Błękitnej mylnie zinterpretowały mój wirtualny kalendarz nocnych zmian i wyprawiły mi małe pożegnalne party tej nocy, której ja smacznie spałam z Fruzią w jednym łóżku. Podobno były kwiaty i dużo ciastek. Jak łatwo się domyślić, ciastka się nie zmarnowały. Dostałam nawet ich zdjęcie. Warto było wrócić na tę jedną, ostatnią noc, żeby na progu Błękitnej zobaczyć ich miny na mój widok.

Jeden z Seniorów z hotelowego dołu z wyraźnym niesmakiem zapytał mnie, czy będziemy jeść karpia w Wigilię.
- Karp będzie, ale ja raczej będę jadła inną rybę - powiedziałam grzecznie i zgodnie z prawdą.
W odpowiedzi uprzejmy Senior uraczył mnie wykładem na temat "Jak wy możecie to jeść? Przecież to obrzydliwe!"
- Wiesz, to kwestia tradycji, kultury i przyzwyczajonych kubków smakowych - poinformowałam go równie uprzejmie. - Jest kilka dań w twojej kulturze, które też mi nie odpowiadają, a mimo to wierzę, że ktoś może je lubić. Szczególnie, jeśli się na nich wychował.
Nie przekonałam Seniora. Patrzyłam, jak wykręca twarz w dziwnym grymasie i zamierza ciągnąć wątek dalej, ale koleżanka, przy której toczyła sie rozmowa, postanowiła go zakończyć:
- Nie rozumiem, jak możesz wygłaszać takie opinie doskonale wiedząc, że twoja rozmówczyni pochodzi z Polski.
Mrugnęłam do niej nad głową Seniora.
To kwestia kultury, pomyślałam z rozbawieniem.

I takich właśnie kulturalnych i podnadkulturowych Świąt Wam życzymy. Abyście mieli do kogo mrugnąć w niemym porozumieniu nad głową męczącej ciotki i aby towarzyszyły Wam same życzliwe i spokojne myśli, niezależnie od wszystkiego.

Ściskamy Was mocno na dziesięć godzin przed podróżą do Polandii,

L& I & F & R

O tym, że boli

Bolesna jest ta nauka, chociaż MOJITO ma zdecydowanie więcej cierpliwości do moich drogowych wybryków niż wskazywałby na to jego charakter. Albo tak bardzo mnie kocha, albo ma już dość wożenia mi tyłka do pracy. A przynajmniej miejmy nadzieję, że to drugie nie wyklucza pierwszego.
I tak bardzo, niemal do złudzenia, przypomina mi w tej roli mojego instruktora jazdy sprzed 17 lat. Wysokiego na dwa metry dryblasa, który w każdym samochodzie wygląda jak złożony na pół ludzik z klocków lego. A przecież Mamuśkę i Ojca Dyrektora Dryblas szkolił do egzaminu jeszcze w maluchu.
- Krzaki, nie wjedź w krzaki - mówi Inżynier, usiłując nadać swemu głosowi łagodne brzmienie.
Staram się, no staram się jak mogę, ale, kurwa jasna, że się tak mało przedświątecznie wyrażę, nie dość, że jest ciemno jak w dupie, to jeszcze droga wąska, kręta i boję się, że zamiast w krzaki, zaraz zaparkuje na czyjejś karoserii. 
- No co ty robisz, krzaki! - podnosi wreszcie głos.
Identycznie jak z Dryblasem, kiedy na własnym osiedlu nie wyrobiłam na zakręcie i zatrzymałam Corsę przy na krzewie na skwerku. Z tym, że wtedy było jasno, osiedlowa droga szeroka, a ja zestresowałam się faktem, że wjeżdżam na własne terytorium, na którym zapewne za chwilę znów ujrzę stado kolegów Wielkiego Brata, z zainteresowaniem obserwujących moje poczynania.
Teraz jest inaczej. Mam gdzieś, co sobie pomyślą sąsiedzi, kiedy bardzo nieidealnie wyjeżdżam z parkingu Mikruską ozdobioną z przodu i z tyłu pięknymi eLkami. Sama poprosiłam Inżyniera o te eLki. Niech Kraina Deszczu wie, kogo ma na szosie.
Ale jest też dokładnie tak samo. Ten proces boli, bo naiwnie sądziłam, że postępy przyjdą szybciej, że będą bardziej spektakularne, i że te pierwsze osiedlowe jazdy już o czymś świadczą. A tymczasem świadczą co najwyżej o tym, że na dwójce pięknie wymijam sznur zaparkowanych aut, dobrze wjeżdżam i wyjeżdżam z pustego parkingu oraz dość swobodnie poruszam się po małym rondzie, na którym raz lub dwa razy podczas ćwiczeń mam szansę ujrzeć inny od swojego samochód. W drodze do jednego z moich koledżowych kampusów zmuszona zostałam do spojrzenia prawdzie w oczy. Mimo że dojechałam i wróciłam bez żadnych widowiskowych wtop, to bez Inżyniera siedzącego obok miałabym te wtopy na koncie jak nic. Jeszcze dużo nauki przede mną, zanim odważę się pojechać do pracy sama.

Na przykład ta cholerna trójka, która na mnie burczy. Żaden inny bieg, tylko trójka. Ruszanie pod górę z ręcznego (a niech cię szlag, pagórkowata Kraino Deszczu!). Trzymanie się lewej, a nie środka jezdni. Rozwijanie prędkości, zamiast telepanie się na trójce od punktu A do punktu B, jeśli nie chcę mieć sznura niezadowolonych kierowców za sobą. 
- Będziesz jeździć - mówi on, próbując mnie pocieszyć. - Dobrze ci idzie, musisz tylko dużo ćwiczyć.

Będę jeździć, wiem. Wbrew temu, co wygadywałam wczoraj, rycząc po porannej jeździe do koledżu. Podobno trening czyni mistrza, choć jeszcze dzisiaj naprawdę trudno mi w to uwierzyć. Ale trochę już znam życie, a siebie to nawet całkiem nieźle, więc za rok o tej porze, pięć dni przed Wigilią, zamierzam śmiać się z dzisiejszego wpisu. 

I niech to będzie najlepszym postanowieniem na Nowy Rok.

O przedświątecznych zakrętach

Nie wyrabiam na zakrętach. Choć Inżynier, obecnie Mój Osobisty Instruktor Jazdy Terenowo-Osiedlowej (niemal jak MOJITO) twierdzi, że akurat na tych asfaltowych daję radę.
- Jestem zbudowany twoją jazdą po tylu latach przerwy - powiedział dnia pierwszego.
Trzeciego, kiedy oznajmiłam, że wieczorem będę ćwiczyć sama, przestrzegł jednak:
- Tylko nie przydzwoń w nikogo.
Na szczęście moje całkiem nowe nastawienie do własnej przygody drogowej w ruchu lewostronnym nie pozwala mi gubić się w meandrach rozważań na temat tego, czy ostatecznie to on jednak sądzi, że coś ze mnie będzie, czy może on też ćwiczy. Pokerową twarz.

(Choć przecież sam zapytał, czy pojadę z nim do Dużego Miasta i w drodze powrotnej poprowadzę moją osobistą Micrę. Czyli jednak wierzy. Święty człowiek!)

Z Fruzią nie wyrabiam na tych zakrętach. Świąteczne prezenty kupuję w biegu, co rusz przewracając sklepowe dekoracje i wlokąc za sobą wieszaki ze sweterkami w renifery made in China, które Fruzia zdążyła pociągnąć, kiedy na szóstym biegu usiłowałam dosprintować do kasy. Na poczcie, do której wczoraj kolejka wiła się od parkingu pod supermarketem, poczułam, że tracę wszystko - energię, cierpliwość, a nade wszystko zmysły. To był dzień, kiedy lało jak z cebra, w portfelu nie miałam ani pensa na bilet autobusowy, a kartę mogłam sobie o kant dupy rozbić, gdyż najbliższy bankomat mamy w miasteczku. Szłyśmy więc z Fruzią do centrum pieszo. 2 mile. (Nie, jeszcze nie odważyłam się powieźć Fruzię Micrą). To znaczy ja szłam, a ona (biedactwo!) jechała w wózku. Przemoczone byłyśmy do suchej nitki. Obie, gdyż dziecię me najdroższe, kwiatuszek mój niebiański włączała syrenę za każdym razem, kiedy usiłowałam obudować wózek osłoną przeciwdeszczową.

Tak że ten.

W domu, kiedy już zaparkujemy, wcale nie jest spokojniej. Fruzia na dobre złapała kuchennego bakcyla po tym, jak odkryliśmy, że w tej różowej kuchence, co to ją ma od kilku miesięcy, są jeszcze dwa wejścia na baterie. Kuchenka dostała nowe życie, a mnie wciąż się wydaje, że ten charakterystyczny szum plastikowych palników jest wydawany przez naszą całkiem prawdziwą kuchenkę, na której być może właśnie, po raz kolejny, przypalam ziemniaki. A to przecież tylko plastelina zmieszana z wodą i torebkami herbaty.

Fruzia gotuje jak jej tata. Efekty są spektakularne, ale bałagan również.

Kartki, nie wiedzieć czemu, kleję już od listopada, a końca nie widać. Kiedy już myślałam, że Niegów opanowany, Domy Dziecka i najbliżsi znajomi tutaj również, Inżynier zapytał, czy zrobię mu kilka kartek do pracy (dziesięć na dobry początek), a mnie olśniło, że przecież jeszcze są sąsiedzi. Sąsiedzi, którzy od paru już dni wiążą kokardy na prezentach dla Fruzi.
- To dla malutkiej - oznajmiła Starsza Pani, kiedy wracałyśmy z Tasmanem i Rudolfem ze spaceru.
(Ubłoceni jak nieboskie stworzenia, albowiem wymyśliłam, że pójdziemy do parku, zapominając, że przez dwa dni lało i park zamienił się w bajoro. Nie chciałam jednak rezygnować z uciechy dla Rudolfa na progu krzaczorów, poza tym Fruzia miała kalosze, więc w dobrej wierze podwinęłam jej nogawki spodni do kolan i uznałam, że oj tam, od kilku kropel błota jeszcze nikt nie umarł. Dwa kroki później Tasman runęła jak szczupak w sam środek bajora.)
- Włóżcie to pod choinkę i niech otworzy w Święta - to mówiąc, Starsza Pani wręczyła Fruzi dużą, ozdobioną Mikołajem paczkę.
Do rąk jej dała.
Dobryboże.
Podziękowałyśmy serdecznie, a ja zdążyłam pomyśleć, że teraz to tylko cud mógłby sprawić, iż uda mi się spełnić prośbę Starszej Pani.
Jak można się domyślić, cud nie nastąpił.

Ciastka za to wychodzą nam koncertowo. Pierwszą turę dla najbliższych tubylców zrobiłyśmy razem z Fruzią, która nie chciała rozstać się z nową wersją plasteliny, ale kiedy wreszcie udało mi się namówić ją do wycinania ciastek i kiedy już popatrzyłam na takie piękne, upieczone i ozdobione, czekające w pojemniku na pakowanie, dopadły mnie wątpliwości, czy te dzieciaki, które mają być nimi obdarowane, to przypadkiem wszystkie nie są na diecie bezglutenowej. F.

Albo po prostu mam już glutenowe omamy, bo sporo ostatnio tego glutenu wokół mnie.

Jeszcze tylko dwa szkolenia w nowym przybytku pracowym i przygotowanie zajęć na początek mojego nowego życia zawodowego. Jeszcze jedna noc u Seniorów. Trzy tury ciastek do upieczenia. Pakowanie. I driving home for Christmas z naszym osobistym reniferem w bagażniku.

Przewiduję, że będziemy gotowi do Świąt trzy sekundy przed pierwszą gwiazdką.

Uwielbiam ten czas.

O jasełkach

Na zajęciach dla (mam) toddlerów prowadzonych przez Silną Grupę Pod Wezwaniem Baptystów nareszcie dorobiłyśmy się z Fruzią twarzy, co niewąpliwie należy przypisać naszej zawzięcie stuprocentowej obecności w ciągu ostatnich trzech tygodni, choć wciąż nie imion, które najwyraźniej trącą egzotyczną nutą dla tubylczych uszu, nieprzyzwyczajonych do - jak to określiła koleżanka z Różowej - "tylu spółgłosek ulokowanych jedna przy drugiej". Choć o ile mnie pamięć nie myli, spółgłosek to u nas akurat mniej niż samo-. Coś jednak musi być z nimi nie tak. To coś powoduje, że sam Bob Baptysta na półtorej godziny zapomina, że przecież on też ma w domu taką Fruzię.

Tematem przewodnim dzisiejszych zajęć dla mam był "Facebook. Can you be any more pathetic?", gdyż to właśnie pathetic okazało się słowem kluczem do argumentów za i argumentów przeciw. Choć w sumie nie. Pathetic padło czterdzieści dziewięć razy za tylko z jednej pary ust i tylko raz przeciw w odpowiedzi na argument za. A wszystko za sprawą pewnej patetycznej dyrekcji, która nie zezwoliła na umieszczanie nagrań ze szkolnych jasełek w sieci i pewnego, jakże wyluzowanego!, rodzica, który jedno z tych nagrań wrzucił na facebooka jeszcze tego samego dnia. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że gdyby dobrze pogrzebać w facebooku, szczęśliwcy odnaleźliby swe facjaty w filmikach z ukrytego nagrania dzisiejszej debaty. Ipad (lub inny pod) Patetyczej Mamy-Optującej-Za-Wolnością-Wszystkiego wciąż był w ruchu. Nic tylko wysłać Patetyczną na marsze wolnościowe pod Belweder. Jak już oczywiście uda się ten marsz wcisnąć pomiędzy miesięcznice smoleńską oraz powstania hymnu państwowego "Andrzej Duda nam się udał."

Można powiedzieć, że Fruzia też zaliczyła swoje pierwsze jasełka. Tak jakby. Zdziwiona faktem, iż nie przyznano jej żadnej znaczącej ani nawet mało znaczącej roli, przewróciła Józefa na podłogę, a następnie poklepała Maryję po szczupłym, kartonowym brzuchu, wchodząc w słowo Bobowi Baptyście, filuternie dowcipkującemu na temat stanu błogosławionego Maryi. Powstrzymałam się przed wyartykułowaniem cisnącej się na usta równie zabawnej riposty, że dużo prościej, a na pewno wiarygodniej dla ludu byłoby ukuć biblijną przypowieść o adopcji Jezusa. W ostatniej chwili przeszło mi bowiem przez myśl, że żadna religia nie poradziłaby sobie z lawiną pytań o to, po kim te piękne, falowane włosy.
Chwilę po pierwszych czynnościach porządkowych Fruzia zasiadła pomiędzy kartonowymi narzeczonymi, ale - bądźmy sprawiedliwi - za wkrótce przybyłym Dzieciątkiem Jezus (choć Bob nawet się nie zająknął na temat ślubu rodziców), po czym zaczęła kontemplować wełnę owiec pasących się u stóp Najwiętszej Panienki. Wcale jej się nie dziwię, bo wełna do złudzenia przypominała jej włosy. I to pewnie dlatego, w ostatnim odruchu upiornie zmęczonego toddlera, na sam koniec powaliła również Panienkę. Jasełka Show was over.

Za tydzień nie wpuszczą nas na Gwiazdkowe party.