O pamięci

wtorek, listopada 01, 2016

Na odległość trudniej jest utrzymać porządek rzeczy.

Bo o ile pierwsze na emigracji mają w sobie coś z pełnej uniesień romantycznej nostalgii lub wręcz przeciwnie, ekscytacji, że choć raz jest inaczej, o tyle kolejne, następujące po sobie z przerażającą systematycznością, rozmywają się gdzieś pomiędzy porami roku i pracującymi dniami, które tylko tego pierwszego razu wydają się dziwnie niezgodne z twoim zegarem biologicznym. Przecież akurat tego dnia powinieneś robić coś zupełnie innego, a nawet gdybyś utknął na podwójnie płatnym dyżurze tam, to z uzasadnionym prawem do narzekania, że w tym roku na ciebie wypadło i że jakie to w gruncie rzeczy niesprawiedliwe. W trzecim i czwartym roku myślisz sobie z niejaką ulgą, że już cię to tak nie uwiera, tłumacząc to sobie pewnym dopasowaniem, o którym sądziłeś, że nigdy nie nastąpi, kiedy tak trwałeś w kulturowym szoku, nawet nie zdając sobie sprawy, że tkwisz w nim po uszy. W piątym mógłbyś nawet zapomnieć, gdyby nie Mama, jak co roku wyliczająca ci liczbę zniczy, które w ostatniej niemal chwili musiała dokupić, bo przecież jeszcze ten i tamten, i wzdychająca, że coraz więcej nas tam, coraz więcej.


Na odległość jest trudniej, bo nic ci wokół nie przypomina, że to już za chwilę, a kiedy nadejdzie, a ty nawet mocno się postarasz, nic nie będzie dokładnie takie, jak być powinno. W marcu kwiaciarnie nie utoną w tulipanach i nikt nie wda się w jałowe dyskusje o tym, czy się powinno czy nie, kto lubi a kto bojkotuje. W maju trudno ci będzie kupić dla mamy kartkę. W październiku w nawet najmniejszym supermarkecie w szczerym polu znajdziesz przeceniony od miesiąca kostium czarownicy, za to nigdzie nie kupisz znicza. Pocieszysz się workiem słodyczy dla halloweenowych potworów, a znicz zastąpisz świeczkami do podgrzewaczy. Na wypadek problemu ze znalezieniem otwartego cmentarza, na którym mógłbyś zlokalizować bezimienny pomnik dla tego symbolicznego światła, zapalisz je potem w oskalpowanej dyni na balkonie. Kolejnego roku postarasz się jeszcze bardziej i za punkt honoru postawisz sobie obecność na cmentarzu. Będzie wiało, lało i wyło, dookoła ciemność, wiatr będzie zdmuchiwał wątły płomień świecy, a tobie aż palce zdrętwieją od psrtykania w zacinającą się zapalniczkę, ale będziesz. Roześmiejesz się w duchu na myśl o twoim własnym, trochę pobłażliwym i trochę przemądrzałym, wzdychaniu sprzed lat, że matko-boska-ta-rewia-mody-a-miała-być-zaduma, bo trudno ci nie tylko o zadumę, ale i o ten krok jak na wybiegu, kiedy po kostki brniesz w błocie. Masz w sumie nadzieję, że to tylko błoto, bo nic nie widzisz, tak jest ciemno. Wieczorny spacer rozświetlonymi blaskiem świec alejami miejsca wiecznego odpoczynku to tylko w Erze. Tamtej Erze.

Więc chwytasz się kurczowo tych okruchów atmosfery, które dotrą do ciebie wysiłkiem twoim i twoich bliskich, rzeźbiąc złotymi literami w małej pod- i twojej dorosłej świadomości, że to właśnie jest ważne, nawet jeśli przyjdzie jej kiedyś zapalać znicz na własnym stole w salonie przed monitorem z włączoną kamerką. Patrz, mamo, pamiętam wystarczy ci kiedyś  za wszystkie inne dowody na to, że to jedno ci się w życiu udało.

A kiedy emigracyjny bilans w tych dniach niebezpiecznie zacznie ci się przechylać na stronę minusów, ze zdumieniesz stwierdzisz, że ten jeden argument za błyskawicznie przesądza wszystko.

Bo tylko będąc tutaj masz okazję przekonać się, po co naprawdę to robisz.


You Might Also Like

9 komentarze

  1. Dla mnie to cholernie trudne i smutne święto - nawet tu, w Polsce. I go nie lubię, i lubię jednocześnie (bo zmusza mnie do refleksji nad sobą, swoim życiem i tym, że za chwilę może mnie już nie być).

    OdpowiedzUsuń
  2. U Ciebie tej atmosfery nie czuć (w końcu to inna kultura), a u nas w marketach już od miesiąca znajdziesz mikołaje i renifery, więc tak trochę na wyrost też nie jest fajne. Groby odwiedzicie przy okazji urlopu Bożonarodzenioowego, pamięć się liczy w każdym dniu roku nie tylko 1.11. :)
    Ja na cmentarz zajrzę dzisiaj, niestety odkąd mam dzieci to corocznątradycją stało się spędzanie tego dnia w domu, ponieważ jedna lub obie ZAWSZE są zasmarkane/z kaszlem (w tym roku dodatkowo Mlodsza gorączkowała dodatkowo) to pogoda PRZEWAŻNIE jest taka jak opisałaś. Już nie grzęźnie się w błocie, bo alejki są w kostce brukowej ale pada i piździ.
    Wiesz, że mam w głowie dokladnie te same wspomnienia? Rewia mody czyli zimowe kozaki i futra niezależnie od pogody? No i my jeszcze robiliśmy kulki z wosku, maczało się patyk w niezasłoniętych zniczach (teraz chyba już takich nie ma, kopciły strasznie) i ten, któ zrobił większą wygrywał (dochodziło do tego bieganie po całym cmentarzu ale nikt się nigdy specjalnie na nas nie skarżył). Zawody zawsze ze starszymi kuzynami :) A pomiędzy przejazdami z jednego cmentarza na drugi, był obiad u babci - zawsze spotykaliśmy się przy grobie przadziadków i cała rodzina jechała razem. To takie miłe wspomnienia przy 1.11.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Soniu, moje "dzieciństwo na cmentarzu" wyglądało bardzo podobnie:) Urwisowanie, kulki, skostniałe palce u stóp, wspólny obiad całej rodziny i przede wszystkim opowieści o tych, których już nie ma. Dzięki tym rytuałom pamięć o osobach, których czasem nawet nie poznałam, jest we mnie tak żywa, jakbym spędziła z nimi kawał życia :)

      Usuń
    2. Hmm czy wszystkie jesteśmy roczniki 80+ (w moim wypadku 85 :)?

      Usuń
    3. Ja się ledwie załapałam na dolną granicę 80+ ;-)

      Usuń
  3. Dla mnie to bardzo trudny czas, i dzień kiedy to od piątego roku życia jeżdżę na grób mojego Taty. Zmarł będąc w moim wieku... To trudny czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To rzeczywiście musi być bolesny czas dla Ciebie. Wiesz, mój chrzestny zmarł w wieku 37 lat. Dopiero teraz, kiedy moj brat ma tyle lat, dociera do mnie, ile jeszcze życia było przed nim.

      Usuń
  4. Ja nie żyję na emigracji, ale kiedy stałam się samodzielna zafundowałam sobie emigrację wewnętrzną. No bo po co mi ten czerwony nos, skostniałe palce, cała paleta nieznaczących gestów? Przeszłam swój bunt, poszukiwanie własnej drogi, aż... zatęskniłam i do większości rytuałów wróciłam, czasem w podrasowanej przeze mnie formie, ale wróciłam. Bo przez te wszystkie lata stały się częścią mnie, ukształtowały mnie tak, a nie inaczej. Dużo bym bez nich straciła.

    OdpowiedzUsuń