O cienkiej granicy otwarcia na świat

środa, listopada 30, 2016

Dopiero kiedy adoptujesz dziecko, kiedy jego obecność na stałe zagości w twoim życiu i głowie, i kiedy zaczniesz poruszać się z nim po różnych kręgach społecznych, dopiero wówczas dotrze do ciebie, jak wiele rozmów kręci się wokół genetyki, korzeni, tego, co kto ma po kim i dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Twoja szeroko pojęta sytuacja życiowa też wyjdzie na wierzch nawet w małym small talku, a niewinne (naprawdę niewinne) pytanie może spowodować, że poczujesz się jak wywołany do tablicy. Doprawdy cienka, a czasem ledwie widoczna jest granica, pomiędzy tym, co chcesz powiedzieć - bo jest pewniakiem, bo daje gwarancję ponadkulturowego, ponadspołecznego, ponadmiejscowego i ponadczasowego zrozumienia (przepis na ciasto z truskawkami?) - a tym, co może i chciałbyś powiedzieć, ale nie wiesz, czy to właściwie miejsce, właściwy czas, właściwi ludzie i ... właściwie to nie wiesz, do czego komuś ta wiedza mogłaby być potrzebna. Nadmierna analiza przypadku nie jest wskazana, wiem coś o tym. Spotykałam się kiedyś z chłopakiem, który analizował wszystko. Na początku mnie to bawiło i ciekawiło. Potem się rozstaliśmy. ;-) Więc na co dzień nie rozkładam na czynniki pierwsze, nie dzielę włosa na czworo, nie rozmyślam przed snem. Idę z prądem, wiatrem, za rękę i za pan brat z tym, co ludzie i życie podsuwają. Tylko czasem, kiedy Fruzia podaje mi plastikową pizzę na zajęciach dla toddlerów, a bardzo sympatyczna mama trójki pyta mnie, po kim dziecię ma takie piękne loki, mam chwile zawahania. Czy to ten moment, w którym z tą nieznajomą chcesz brnąć w twój ulubiony - jak Babcię Moją kochałam! - temat rozmowy? U Baptystów, przy tym stoliku z plasteliną, która klei się do twoich butów?
- Szczerze mówiąc, nie wiem - wybucham w końcu śmiechem. - Ja i mąż mamy włosy proste jak druty.

Nie skłamałam. Ja naprawdę nie wiem, po kim te fale.

Nie mam problemu z myśleniem, mówieniem i pisaniem o adopcji, to już chyba wiecie. Tym bardziej, że w większości przypadków ludzie czują temat. Mają kuzynkę, która adoptowała, oglądali strasznie wzruszający film o adoptusiach... Mam problem ze zrozumieniem, że dla kogoś może to być problem, choć i tych staram się ogarnąć szarymi komórkami, bo to co dla mnie jest oczywiste, nie musi być takie dla kogoś innego, a przyczyny takiego spojrzenia na świat mogą być bardzo różne. Zawsze i wszędzie możemy się od siebie uczyć zrozumienia. Dla nas adopcja to tak naturalny sposób sprowadzania potomstwa do naszego świata, że już nie jestem w stanie wyobrazić sobie innego. Gdybym tylko uznała to za dobre dla niej, chętnie podzieliłabym się tą wiadomością na wszystkich istniejących portalach społecznościowych albo krzyknęła przez megafon w centrum Warszawy, że taka oto Fruzia, Kosmiczne Białe Kudło, jest nasza dzięki adopcji, bo nie ma przecież większej radości we wszechświecie niż odnalezienie swojego dziecka, którego tak długo się szukało. Ale ani nie byłoby to dobre dla niej, ani świat nie w każdym jego zakątku i chwili gotów byłby zrozumieć, po co to robię.

Jedna ze stałych klientek naszej nieczynnej już piekarni ma synka o kilka miesięcy młodszego od Fruzi. Zaprosiła nas kiedyś na playdate do siebie do domu. Pojechałyśmy z dziecięciem radośnie, nastawione na dobrą zabawę i w zasadzie nie rozczarowałyśmy się. Towarzyszyła nam jeszcze jedna mama z dzieckiem, atmosfera zaprawiona była stylem klasy średniej z zacięciem do awansu społecznego, co z jednej strony mnie bawiło, a z drugiej wprawiało w lekkie zadziwienie (jakim cudem się tu znalazłam?), ale było miło. W pewnym momencie rozmowa zeszła nam na przedszkola, a w moim kierunku padło pytanie o to, kiedy planujemy posłać Fruzię do przedszkola.
- W kwietniu przyszłego roku - powiedziałam bez zastanowienia. - Myślę, że obie będziemy już gotowe, a poza tym dostaniemy 15 darmowych godzin, więc domowy budżet też tak na tym nie ucierpi.
Obie mamy spojrzały na mnie z ogromnym zainteresowaniem.
- To już wiesz, że je dostaniesz? - zapytała któraś z nich.
Ach tak, rzeczywiście. 15 godzin przedszkola dla dwulatki to przypadek, który się kwalifikuje. Na przykład dzięki niskim dochodom w rodzinie. Wychowywaniu przez samotnego rodzica. Albo adopcji.
Nie dywagując w duchu zbyt długo oznajmiłam, że tak, mała jest adoptowana, więc to kwestia formalności.
Na ułamek sekundy zapadła cisza.
- Och, jak wspaniale - usłyszałam wreszcie niepewny głos gospodyni. - Musicie być bardzo szczęśliwi.
Po czym trochę koślawo rozmowa potoczyła się dalej na zupełnie inny temat, a ja poczułam się tak, jakbym dokładnie tam i wtedy zburzyła jakiś mur skrywający w tamtym domu tematy, o których nie mówi się ot tak, z nieznajomą na pierwszym playdate.

Pół godziny później koleżanka gospodyni wróciła do tematu i już całkiem normalnym tonem podpytała o kilka ogólnych kwestii związanych z adopcją.

Cienka jest ta granica otwarcia się na świat. Idiotycznie się człowiek czuje, kiedy ktoś inny patrzy na niego zawstydzony, jakby chciał rzucić rozmówcy w twarz, że 'po co ty mi to mówisz, ja teraz nie wiem, co z tą informacją uczynić, naruszasz moją strefę komfortu!' Zupełnie jakbym nie znała królewskiej etykiety.

I to nie o moje granice tak naprawdę tutaj chodzi, a jej. Kiedyś.

Nie każdej spotkanej w autobusie sympatycznej osobie będę mówić w trzecim zdaniu, że nasza córka jest adoptowana. Może pierwszej, ósmej i szestastej powiem, skoro o cesarkach i karmieniu piersią też mówi się publicznie i wówczas nawet na ułamek sekundy nie zapada dziwna cisza. Dlaczego miałaby zapadać przy rozmowie o adopcji? A nawet jeśli zdarzy mi się burzyć czyjeś mury, to finalnie chyba dobrze. Oswajamy choroby, rozmowy o śmierci, oswójmy adopcję. Ale nie każdej powiem, bo...

... co na to ona za pięć, dziesięć i piętnaście lat?

Oto moja troska i sedno zawahania przed burzeniem murów zawsze i wszędzie.

Wiem, doskonale wiem, że to nasze podejście, nasze wychowanie i nasza nieustanna gotowość do rozmowy na wszelkie trudne tematy w zdecydowanej mierze ukształtują jej podejście do kwestii własnej tożsamości. To ogromna odpowiedzialność, ale i ogromna ulga, bo skoro w nas tylko radość z faktu kosmicznego zaplątania naszych ścieżek, to i na nią - nie ma wyjścia - choć część tej radości musi spłynąć. Jeśli każdą naszą komórką i każdym naszym gestem będziemy potwierdzać, że ważne jest to, co jej się zdarzyło, a dobre to, że dane nam jest być rodziną, to i w jej komórkach wyryje się nowe, wirtualne DNA, tak spójne z naszym.

Ale świat nieletniego w zderzeniu ze światem zewnętrznym, póki co, rządzi się swoimi prawami.

Skąd będę wiedziała, czy ona chce, żebym akurat tu i teraz, kiedy ona ma kiepski nastrój, zapytana publicznie o pochodzenie jej pięknych loków, mówiła prawdę, półprawdę, czy też może obróciła wszystko w klasyczny unik i żart?

(- Mamo, a dlaczego nie powiedziałaś tej pani, że jestem adoptowana?
- Mamo, a dlaczego mówisz wszystkim, że jestem adoptowana?! To moja sprawa, kto ma wiedzieć!
- Mamo, a dlaczego sobie z tego żartujesz?
- Mamo, weź wyluzuj! Po co się tak spinasz?
- Mamo, a mogę powiedzieć tej pani, że jest głupia i nie powinna wtykać nosa w nie swoje sprawy?)

Jak wyczuć, gdzie w danym momencie przebiega jej granica szeroko pojętego komfortu psychicznego?

Te jej loki to standardowy początek każdej naszej nowej znajomości. Tylko raz, na odczepnego, bo nie czułam się na siłach ciągnąć jakiegokolwiek wątku rodzicielskiego, odparłam, że to ja miałam w dzieciństwie takie włosy, a teraz proszę, siano i druty.
Potem uznałam, że to nie ma sensu. Ani się człowiek obejrzy, a zupełnie niepotrzebnie zabrnie w rozmowy o nieistniejących światach, a przecież kłamstwo, nawet to maleńkie i niewinne, zupełnie mi nie wychodzi. Przynajmniej w mojej własnej głowie.

Mówię więc do niej o adopcji tak, jak bym sama chciała, żeby do mnie mówiono, gdyby. Tak jak Mama wiele razy zapewniała mnie, że ja i Wielki to najcenniejsza część jej życia, choć porody to by chętnie wycięła z życiorysu. Wspominamy adopcję z nią i przy niej, za każdym razem choć na chwilę starając się spojrzeć w jej roześmiane oczy i tym spojrzeniem przekazać jeszcze więcej, jeszcze mocniej to wszystko, czego słowa nie są w stanie wyrazić.

Może dzięki temu kiedyś nie będzie zawracała sobie głowy żadnymi granicami.

You Might Also Like

18 komentarze

  1. Jesteś bardzo mądrą kobietą o ciekawym spojrzeniu na świat (pewnie już Ci to mówiłam, ale to prawda), skoro do tej pory radzisz sobie z wyzaczeniem tej granicy kiedy komu i ile to tak będzie kiedy Fruzia podrośnie, przyjdzie to naturalnie. Tak jak ona zacznie rosnąc i dojrzewać tak Wasze spojrzenie też zmieni się dostosowując do niej. Jestem pewna, że wyczujecie te momenty, tak jak teraz :) A czy za 10 czy 15 lat w kwestii adopcji jako tabu coś się zmieni? Nie wiem, ale ostatnio jak Martyna zapytala skąd się biorą dzieci to powiedzialam, że dzieci również piojawiają się w rodzinie z adopcji. Przyjęła to zupełnie normalnie :)
    PS. Też bym zapytała o loki Fruzi, nie wiem czy po kim je oddziedziczyła ale na pewno byłoby to pierwsze takie zagajenie rozmowy - Jakie piękne córka ma loki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pewnie też zaczynałabym od tych loków :-)

      Mam nadzieję, że będzie tak, jak mówisz - że z czasem to rozpoznawanie granic będzie nam przychodziło naturalnie, i że Fruzia trochę sama nam w tym pomoże. Póki co, najlepsza w tym wszystkim jest moja Mama. Ona twierdzi, że czasem tak całkowicie zapomina o fakcie adopcji, że przez ułamek sekundy sama zastanawia się, po kim ona ma te loki! ;-)

      Dziękuję! :-*

      Usuń
  2. A co sądzisz o parach, które mimo niepłodności i wielu lat starań i niepowodzeń nie chcą adoptować dziecka, wolą pozostać bezdzietni niż adoptować.. Co o tym myślisz? Potrafisz to zrozumieć? Jestem ciekawa twojego zdania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inesko, oczywiście, że potrafię, to przecież bardzo indywidualna kwestia. Nie chciałabym, żeby ktoś mówił mi, że in vitro jest godne potępienia, więc ja nie będę nikomu mówiła, że jest dobre, jeśli ten ktoś ma wątpliwości natury etycznej bądź religijnej. Tak samo jest z adopcją - nie znoszę argumentu skierowanego do niepłodnych "przecież możesz adoptować!" Owszem, możesz (a czasem jednak nie!), ale nie musisz. Każdy wybiera swoją drogę i nic nikomu do tego. Dlatego nawet jeśli wiedziałabym, że dana para byłaby świetnymi rodzicami dla jakiegoś adoptusia, nigdy nie namawiałabym do adopcji. NIGDY. Wierzę, że można wieść szczęśliwe życie bez dzieci, bo dlaczego nie?

      My co prawda nie potrafiliśmy sobie wyobrazić bezdzietności, ale to była nasza decyzja i nasze życie. Nie zniosłabym, gdyby ktoś próbował usilnie namawiać nas do adopcji.

      Usuń
  3. Ojej..zagladam i zagladam na strone piekarni i nic sie nie dzieje....Mozna wiedziec dlaczego zamkneliscie(przeciez wiem,ze bylo tyle pracy przy jej uruchomieniu....) i czy bedzie powtornie otwarta....Pytam bo bardzo podobal mi sie WAsz pomysl i bylam pelna uznania,ze sie odwazyliscie....Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimie drogi, dziwnie mi się zwracać do Ciebie w ten sposób, więc może jakiś nick chociaż będziesz po sobie zostawiać? Dziękuję z góry, będzie mi dużo łatwiej zapamiętać, czy już zdarzyło nam się 'rozmawiać' :-)

      Faktycznie, strona zaniedbana, ale to dlatego, że właściwie wszyscy nasi klienci zostali powiadomieni o zamknięciu osobiście bądź mailowo. Chociaż masz rację, powinniśmy się określić również na stronie.

      Mowiąc krótko i zwięźle - zadziało się dużo w życiu zawodowym głównego piekarza, nieoczekiwanie i nagle otworzyły się przed nim nowe drzwi i tak naprawdę musieliśmy zdecydować - albo/ albo. Nie dało się ciągnąć tylu srok za ogon. Zamknęliśmy piekarnię, ale nie żałujemy pracy w nią włożonej i nowego doświadczenia. Może przyda się na następnym zakręcie :-)

      Usuń
  4. Powiem jedno, Fruzia nie mogla trafic lepiej. Ma bardzo madra mame a co za tym idzie sama kiedys bedzie bardzo madra kobieta. No dobra, zeby nie bylo, Fruzia ma bardzo madrych rodzicow:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uff, a już myślałam, że Inżynier będzie musiał interweniować! ;-)

      Dzięki, Star, kochana jesteś! :-*

      Usuń
  5. Wiesz co, właścicielko siana i drutów, powiem Ci tak: Dunia tak ze mnie, jak i z O., z wszystkimi wstęgami genów, jakie tylko mogą się wić w genetycznym mikrokosmosie, a jednak(!) nie wie żadne z nas, po kim ma dziewczę te zmysłowo wykrojone usta.
    Ubolewam, że nie po mnie, wprost serce mi pyka krwawymi kroplami, że nie. Gdyż gdyby tak było, mogłabym się poczuć niczym Penelopa od Cruzów albo insza ognista bjuty kłin.
    Po O. też tych ust nie ma, dodam z mściwą satysfakcją;)

    Tak że, ten. U Was adopcyjne loczki, u nas nieadopcyjne usteczka... Powiem tak, nikomu nic do tego.
    Tłumaczyć się nie ma co.
    Oczywiście rozumiem te wszystkie przyszłe rozterki, ale rzeknę Ci, choć z innego schodka, bo u nas ów schodek nie adopcyjnym lecz niepełnosprawnościowym pędzlem podmalowany - pies to trącał.
    Swojemu dziecku zawsze się tę rzeczywistość da radę wytłumaczyć.
    Obcym - nie trzeba. Obcym - wara od tego.

    Ściskam Was przeokrutnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeokrutnie rozbawiła mnie mściwa satysfakcja! A niech ma facet jeden, po nim też nie! :-)

      Masz rację, nie ma co wchodzić w jakieś zawiłe historie, kiedy sytuacja tego nie wymaga. Czasem tylko nachodzą mnie wątpliwości, bo z jednej strony z nas tak naturalnie wychodzi, że adopcja i te sprawy, i to dobrze, skoro ma dziecię wiedzieć, że i w ten sposób powstają rodziny; a z drugiej jest chęć jej ochrony i to właśnie, co napisałaś - nikomu nic do tego.

      Z trzeciej też strony myślę sobie, że każdy rodzic, nie tylko taki jak my czy Wy, w pewien sposób może mieć takie rozterki. Co rodzina to historia i naprawdę jest mnóstwo rzeczy, których zwyczajnie nie chcielibyśmy wywlekać na ulicy, w sklepie, czy przedszkolu. A dzieciaki, wiadomo - lubią podyskutowac o wszystkim ze wszystkimi. I trzeba wytłumaczyć, że są rzeczy i osobiste tematy, których nie trzeba się wstydzić, bo są normalne, A JEDNAK NIEKONIECZNIE zawsze rozmawiamy o tym z nieznajomymi bądź paniami w przedszkolu. Oto sedno wszystkiego - nauczyć, że czasami zwyczajnie warto postawić jakieś granice, choćby w trosce o własne dobre samopoczucie.

      Ściskamy równie przeokrutnie!

      Usuń
  6. Ma podobne dylematy. Sąsiadom (blok)jakoś nigdy wprost nie powiedzialiśmy o adopcji, ale nie trzeba było mówić, bo Hania pojawiła sięjako 7-miesięczne niemowlę, ja z brzuchem nie chodziłam, więc samo przez się rozumie się;-0 Niektórym osobą - np. psiarzom,z którymi "znałam" się ze spacerów, a którzy bardzo byli zdziwieni, gdy jednego dnia widzieli mnie z psem, a drugiego dnia już z wózkiem i psem - powiedziałam, bo jakoś tak czułam, że należy;-) W przedszkolu nic nie powiedziałam, bo po co komu ta wiedza, nie widzę takiej potrzeby. Zresztą co mam wejść i po przywitaniu się mam powiedzieć:" to moja córeczka Hania, ona jest adoptowana"!!!???Możliwe, że kiedyś, przy jakieś okazji, gdy zaistnieje taka potrzeba, "ciocie przedszkolne" dowiedzą się, może Hania sama o tym powie?Bo ona już wie, że ją nie urodziałam, że nie była u mnie w brzuchu, ani u taty, tylko, że urodziła się w naszych sercach i, że ją dłuuugoooo szukaliśmy.;-)
    Kiedy raz mi się zdarzyło, że pani w przychodni powiedziała:"ale pani córcia podobna jest do pani" usmiechnęłam się i powiedziałam tylko:"Naprawdę???Niemożliwe!!!;-)))
    Życie pewnie nas jeszcze raz zaskoczy i zweryfikuje nasze "dylematy".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, nasze pierwsze spacery z wózkiem też były rewelacyjne. Najczęściej ludzie fajnie reagowali, pytając na przykład, czy coś im umknęło, czy też może tak dobrze ten brzuch ukrywałam :-) Ale teraz, w miarę jak mała rośnie, ta "konieczność" wyjaśniania jakby maleje. A jednak staram się "nie zapominać", bo to najprostszy sposób do przegapienia tylu dobrych chwil, żeby rozmawiać o adopcji. Nawet z tak małą Fruzią.

      Rzeczywiście. Dobrze powiedziałaś. Przecież to niemożliwe!!! :-) :-)

      Usuń
  7. Mamo Fruzi :)
    Mam takie pytanie związane z adopcja ..
    Znajoma przeszła wszystkie darmowe próby iv (tu w UK ) nie udało się ..rozważają adopcje ale na spotkaniu wstępnym powiedziano im ze dziecko miałoby utrzymywać kontakt z rodziną biologiczna a to dla nich trudne do zaakceptowania( nie dziwie się w sumie) mogłabyś coś więcej napisać na ten temat ? czy u Was też tak było/jest ?czy to standardowa procedura czy zależy od hrabstwa/ośrodka ?faktycznie jest się czego obawiać ?
    Bo ich ta wiadomość przeraziła rozważają adopcje z Polski ale wówczas by była traktowana jako zagraniczna a z tym dużo trudniej i dłużej się czeka..
    z góry dziękuję za odpowiedź

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pytająca Marto:-)

      Twoim znajomym powiedziano to tak trochę na wyrost - w większości przypadków rekomenduje się kontakt pośredni z rodziną biologiczną, co oznacza tyle, że zwykle raz w roku wymienia się listy za pośrednictwem agencji. Jeśli dziecko ma w rekomendacji adopcyjnej kontakt bezpośredni z rodziną biologiczną (mogą to być dziadkowie lub rodzeństwo), to zwykle są ku temu jakieś sensowne powody (np. więź z rodzeństwem). Inna sprawa, że po orzeczeniu adopcyjnym to rodzina adopcyjna decyduje, czy ten kontakt dalej utrzymywać, czy nie. O plusach i minusach takiego kontaktu pisałam tutaj: http://litermatka.blogspot.co.uk/2016/06/adopcja-w-uk-11-kontakt-z-rodzina.html

      Każda historia jest inna. Dla nas też w pierwszych odruchu informacja o kontakcie z rodziną biologiczną była szokująca. W rezultacie okazało się, że w wielu przypadkach to ma sens (zaznaczam: nie we wszystkich; nie ze wszystkim się zgadzam; jeśli dochodzi do spotkania, to zwykle raz/dwa razy w roku, na neutralnym gruncie w obecności social services), ale najważniejsze jest to, że ZANIM zdecydujesz się adoptować konkretne dziecko, ZANIM je nawet zobaczysz, w raporcie będzie czarno na białym określone, jaka jest wizja kontaktu z rodziną biologiczną dziecka. Możesz więc nie decydować się na rozwiązania, które ci nie pasują. Albo w każdym momencie poadopcyjnym z jakichś względów przerwać rekomendowany kontakt.

      Osobiście uważam, że nie ma się czego obawiać. A adopcja z UK będzie zdecydowanie szybsza, łatwiejsza i mniej kosztowna niż zagraniczna.

      Mam nadzieję, że choć trochę pomogłam:-)

      Usuń
    2. Bardzo dziękuję za odpowiedź ,mam nadzieje ze nie będziesz miała nic przeciwko aby ją zacytować w wiadomości prywatnej dla znajomej ? :)
      No tak kontakt z rodzeństwem czy dziadkami brzmi sensownie
      Może i maja racje w tej kwestii :)
      pozdrawiam ciepło :*

      Usuń
    3. Ależ skąd, cytuj, linkuj i opowiadaj. Mam nadzieję, że to pomoże rozwiać choć trochę wątpliwości.

      Buziaki! :-*

      Usuń
  8. Jako nastoletnia mama adopcyjna mogę napisać, że w pewnym momencie temat adopcji przygasa i coraz rzadziej się o nim mówi i myśli. Nauczyłam się tak rozmawiać, żeby nie kłamać ale też nie mówić wszystkiego. Bo po co? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, że to nie ja urodziłam swoje dziecko? Tylko w przypadku chorób genetycznych. Nie zastanawiam się zupełnie po kim mój syn jest taki wysoki i szczupły, ma piękne zęby czy długie rzęsy. Może dlatego, że mój drugi - biologiczny syn też podobny do nikogo. Pozdrawiam serdecznie, Franczeska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Franczesko, Twoje słowa tylko potwierdzają to, czego do tej pory mogliśmy się jedynie domyślać - że im starsze dziecko, tym naturalniej odchodzi się po pierwsze od rozmów o ciążach, porodach, a tym samym od tych wszystkich "genetycznych" tematów, a po drugie, kwestie adopcyjne gdzieś tam robią się trochę bardziej odległe. Dziękuję za ten komentarz.

      Ja dopiero uczę się mówić tak, aby nie zmuszać siebie samej do zagmatwanych kłamstw, a jednocześnie nie ujawniać wszystkiego.

      Tylko widzisz, to nie my zastanawiamy się nad lokami Fruzi, a otoczenie! ;-) (Zresztą,jak już wspomniałam, sama bym się tymi lokami interesowała w przypadku innych dzieci.)

      Pozdrawiam!

      Usuń