Moich pierwszych 20 rozmów kwalifikacyjnych

środa, listopada 16, 2016

Bo siedem to dla mnie za mało wrażeń.

Pierwszą potraktowałam jako dobrą zabawę. Lokalna telewizja organizowała casting dla przyszłych prezenterów, zgłosiłam swoją kandydaturę i wyznaczonego dnia pojawiłam się w siedzibie stacji. Po przekroczeniu progu poczekalni, w której kandydaci czekali na swoje pięć minut, parsknęłam śmiechem. Zobaczyłam tłum ludzi odzianych w idealnie skrojone garnitury i garsonki, podczas gdy ja, ubrana półoficjalnie, a w zasadzie ćwierćoficjalnie, a do tego z rozmazanym makijażem i mokrymi włosami, bo przecież padało, a ja zapomniałam wziąć parasolki, prezentowałam się przy nich wszystkich doprawdy mało kompetentnie. Pamiętam jak później siedziałam przed kamerą na dość wygodnej kanapie, konwersując z rekrutującymi i starając się nadać swemu głosowi choćby lekko poważne brzmienie. Najwyraźniej wtedy się udało, bo zaproszono mnie do drugiego etapu zmagań. Wiedząc, czego mogę się spodziewać, odstawiłam się jak na wesele, ale na korytarzu telewizyjnym wciąż czułam się tak, jakbym była tam jedynym niedostosowanym do okoliczności osobnikiem. Towarzystwo przechadzało się nerwowo w tę i z powrotem z kartkami w dłoniach, ćwicząc półgłosem relacjonowanie najważniejszych wydarzeń dnia oraz przekonujące miny, a ja po prostu czekałam. Nie umiałam zmusić się do udawania, że takie akcje to dla mnie żadna nowość, ale cieszyłam się, że mogę tam być i doświadczyć nowego. Później za to... później odpadłam, to jasne. Nie mogło być inaczej. W informacji zwrotnej usłyszałam, że płynnie i w dobrym tempie to może i ja czytać z promptera potrafię, ale zapanować nad swoim zadowolonym wyrazem twarzy to już niekoniecznie, a to jednak ma znaczenie, kiedy czyta się o ofiarach nadużycia pawulonu.

Tak oto pawulon otworzył mi drogę do kariery. Kariery w dziedzinie kolekcjonowania rozmów kwalifikacyjnych.

Tak naprawdę było ich więcej niż dwadzieścia; gubię się gdzieś pomiędzy 21 a 23. W Erze Tam parałam się jedynie nauczaniem, z doskoku tłumaczeniem, ale rozmów kwalifikacyjnych i miejsc pracy pojawiło się w moim życiu tyle, że do dziś czuję się głupio, wysyłając CV do potencjalnego pracodawcy. O pracy rozmawiałam przy kawiarnianych stolikach w centrum miasta, w klasach, w gabinetach szefów, ciasnych i zagraconych kanciapach, w starych kamienicach, nowoczesnych budynkach, siedząc na wygodnych sofach i masakrujących kręgosłup krzesłach. Pracowałam w szkołach średnich, podstawówce, na uczelni, w mniejszych lub większych szkołach językowych. Nie to, żebym taka niestała w uczuciach była, o nie; to przeprowadzki, kruchość nauczycielskich etatów i wieczna potrzeba dorobienia do pensji sprawiły, że byłam wszędzie.  Do dziś nie wiem, jak udało mi się to wszystko ogarnąć logistycznie i jak nie zwariować od tych wszystkich rozmów. Uwielbiałam swoją pracę w ostatniej szkole językowej. Lubiłam tę w publicznej. Tyle tylko, że w pewnym momencie zrobiło się tego dużo za dużo. W takich chwilach przeciążenia podręcznikami, testami i kserówkami marzyłam o pracy przy taśmie. Słowo daję. Taśma nie tylko miała dać mi wolność od 'to be', ona jawiła mi się jako idealne zajęcie dla aspirującej pisarki. Oczyma wyobraźni widziałam siebie w ogromnej (i pustej) hali produkcyjnej, stojącą przy bardzo powoli przesuwającym się pasie, którym spokojnie będą płynęły muffinki, i kleksującą je w czubek głowy kremem czekoladowym. Wokół cisza i spokój, które umożliwią mi napisanie w głowie kilku bestsellerowych Powieści o Prawdziwym Życiu. Może nawet między jednym muffinem a drugim zdołałabym zanotować na papierze jakąś porywającą myśl. Prawda, że plan był dobry? Usiłowałam nawet wprowadzić go w to Prawdziwe Życie, ale rodzina zaprotestowała, stając mi na drodze do szczęścia.

Chciałam jednak spróbować w życiu czegoś innego.

Szukałam więc dalej, nie za bardzo wiedząc, czego dokładnie szukam. Olałam panią dyrektor (na jej szczęście) jednej ze szkół, która na rozmowie kwalifikacyjnej w dość bezpośredni sposób usiłowała wypytać mnie o plany prokreacyjne - "my oczywiście prorodzinni jesteśmy, ale sama pani rozumie, nie chciałabym zatrudniać kogoś, kto zaraz pójdzie na urlop macierzyński". Ależ rozumiem, oczywiście. Olałam szkołę, w której uczono metodą Callana. W ramach procesu rekrutacji zostałam poproszona o obserwację jednej z lekcji, do końca której ciężko mi było wytrwać; z nudów niemal zaryłam brodą o ławkę, powtarzając w duchu za lektorem po raz siedemnasty "what would you do if you won a lottery?" Mniej więcej wtedy postanowiłam zostać PA. Personal assistant prezesa jednej z dużych firm w naszym regionie. O asystowaniu komukolwiek w czymkolwiek niezwiązanym z nauczaniem miałam oczywiście zerowe pojęcie, ale cyfrowy świat tak bardzo przekonywał mnie, że jestem stworzona do Wielkiej Kariery, że w końcu mu uwierzyłam. Udało mi się nawet sprawić, że przez chwilę uwierzyła temu również pani rekruterka. Po śpiewnie zaliczonym angielskim, porozmawiałyśmy sobie o przenajrozmaitszych obowiązkach PA. "Co zrobiłabyś w sytuacji, gdyby prezes zaplamił swoją bielutką jak śnieg koszulę tuż przed super ważnym spotkaniem z super ważnymi ludźmi biznesu?" Jeśli mnie pamięć, rozbuchana własnym ego, nie myli - wtedy też parsknęłam śmiechem. Śmiałam się również w drugim etapie rekrutacji, w którym to posadzono mnie w oszklonej sali przed laptopem, zapowiedziano, że mam 90 minut na skończenie zadania, zaś zadanie znajdę na pulpicie komputera w pliku o tajemniczym tytule To-Twoje-90-Minut-Chwały.

Och, Excelu, dlaczegóż nasz romans nigdy nie przerodził się w nic poważniejszego?

Może ostatecznie to dlatego uznałam, że Wielka Kariera mi nie grozi? Może w telewizji mieli rację, że śmieję się nie w tych momentach, w których powinnam? Ale do tychże refleksyjnych wniosków doszłam dopiero po rozmowie z Japończykami. Kuriozalna to była rekrutacja. Ja nie wiedziałam, o jakie stanowisko się staram, oni nie do końca wiedzieli, kogo potrzebują. Nie zadzierzgnęliśmy międzykulturowej nici porozumienia, a ja nigdy wcześniej ani nigdy potem nie zrobiłam z siebie tak totalnej idiotki jak wtedy. Inżynier do dziś przysięga, że jego koleżanka, jedyna Polka w rekrutującej grupie, nawet słowem nie odniosła się do tego mojego występu, co tylko potwierdza moje przypuszczenia, że musiało być tragicznie. Milczenie jest dużo bardziej wymowne niż najwymyślniejsza krytyka.

W tych moich podróżach w poszukiwaniu zawodowego szczęścia nieoczekiwanie z pomocą przyszła mi emigracja. Zanim się obejrzałam, zanim zdążyłam uwierzyć, że tamtego październikowego dnia on dostał pracę w Krainie Deszczu, już byliśmy tutaj.

Początek Tej Ery zasugerował, żeby o fantazjach podyskutować później i znaleźć źródło utrzymania, tak po prostu. Jakimś cudem dotarło też do mnie, że to, co chcę w życiu dalej robić, to... uczyć. Co za niespodzianka. No i muffiny z Sainsburysa przejadły mi się w ciągu dwóch pierwszych miesięcy. Nic to jednak, gdyż dziesięć dni od zalogowania się w Krainie Deszczu byłam już na swojej pierwszej rozmowie o pracę.
- Jakie masz kwalifikacje? - zapytała Brazylijka.
Powiedz, jakich poszukujesz, a zdobędę je dla ciebie, miałam ochotę odpowiedzieć.
- Możesz zacząć w poniedziałek? - padło drugie pytanie.
Byłam siódmym niebie. Będę uczyć!
Niestety, jaka rekrutacja, taka praca.
W lipcu miała się odbyć moja pierwsza rozprawa. Pozwałam nieuczciwego pracodawcę do sądu pracy i wypłakiwałam sobie oczy na myśl o tym, że pewnie przegram, bo kto uwierzy imigrantce, która ledwie przekroczyła granicę, a już się procesuje? Miesiąc przed rozprawą mój eks-pracodawca wymiękł. Rozprawy nie było.

Następne rozmowy i kolejne miejsca pracy pozwoliły mi odzyskać wiarę w siebie i ludzi. Zanim zostałam recepcjonistką, a potem przedszkolanką, zostałam zaproszona na rozmowę do domu opieki społecznej. Do ZOL-u, jak fachowo mówi o takich przybytkach Wielki Brat. Manager, z którym się spotkałam, już na wstępie zmierzył mnie powątpiewającym spojrzeniem.
- Zdajesz sobie sprawę, co to za praca? - zapytał lekko rozbawiony. - Czy ty udźwigniesz choćby dziesięć kilogramów człowieka?
Niemal jak po pierwszym spotkaniu Mamuśki z jej przyszłymi teściami. - Czy to chucherko jest w stanie unieść wiadro wody? - zapytał mój zatroskany jeszcze-nie-dziadek.
Tydzień później z ulgą podziękowałam za ofertę pracy. Byłam już recepcjonistką, choć nie wiedziałam wtedy, że tylko na trzy miesiące.

Kiedy ponownie i znów dość gwałtownie zostałam bez pracy ("nie stać nas na utrzymywanie twojego stanowiska, biznes kiepsko idzie"), akurat rozpoczęło się Euro 2012. Rano byłam zatrudniona, po południu opijaliśmy z przyjaciółmi z Polski mistrzostwa oraz moje bezrobocie. Tydzień później usiłowałam robić wrażenie na wieczorze rekrutacyjnym do Różowej Chmurki, zastanawiając się, dokąd jeszcze zaprowadzi mnie ta emigracyjna przygoda.

Gdzieś pomiędzy kursem Celty, adopcją Fruzi i pierwszymi nocnymi zmianami w Błękitnej duch walki we mnie podupadł. Dla angielskich pracodawców parających się oświatą w szerokim tego słowa znaczeniu byłam niewidzialna. Aplikowałam, wypełniałam setki formularzy, wysyłałam, mailowalam. Null. Co najwyżej "unfortunately your application was unsuccessful on this occassion". Latem tego roku po raz pierwszy powiedziałam to na głos. Chyba nic z tego mojego uczenia tutaj nie wyjdzie, może po prostu powinnam się z tym pogodzić i skupić jedynie na zarabianiu pieniędzy, a nie chceniu. On jak zwykle zaprzeczał, ale widziałam, że też się łamie. Jesienią zmieniłam zdanie.

Będę uczyć.

Uparłam się jak osioł.

Trzy dni przed naszym wylotem do Malagi na stronie naszego college'u pojawiło się TO ogłoszenie. A ja, zamiast prać i pakować walizki, dopieszczałam swój list motywacyjny. Jeśli teraz nie zadziała, to już nie wiem, co dalej ze mną będzie, myślałam. Starałam się o stanowisko lektorki w tej szkole już dwa razy.

W dniu naszego powrotu odkryłam w skrzynce mailowej zaproszenie na rozmowę. To było jak nagły wystrzał w kosmos. Tego dnia stałam się nieprzezroczysta.

Przez następne trzy tygodnie szlifowałam swoją prezentację i odpowiedzi na dziesiątki wymyślonych i ściągniętych z sieci pytań. Gadałam sama do siebie - przed lustrem, zmywając naczynia, biorąc prysznic. Gadałam do Fruzi, bawiąc się z nią klockami i rysując serduszka. Fruzia potakiwała rozbawiona (wtedy wiedziałam, że jest dobrze) lub uparcie powtarzała nie (brałam jej opinię całkiem na poważnie i natychmiast zmieniałam wersję odpowiedzi). W przerwach między tymi mini-przemowami oglądałam motywacyjne klipy na youtube. Zatrudniłam każdą szarą komórkę do pozytywnego myślenia.

- Kiedy zobaczyłem, jak z tobą rozmawia i jak się żegna, wiedziałem, że poszło dobrze - powiedział Inżynier o moim przyszłym przełożonym, kiedy wędrowaliśmy z Fruzią korytarzami college'u ku wyjściu.
Nie mogłam opanować myśli, że się udało, chociaż wtedy jeszcze nikt niczego mi nie obiecywał.

Dziesięć dni później moja skrzynka mailowa została zasypana formularzami, które muszę wypełnić i dostarczyć, zanim ostatecznie dowiem się, kiedy zaczynam.

Warszawianka może wreszcie zapamięta.
- W koledżu? - wypaliła kiedyś na moje pytanie, czy wie, gdzie aktualnie pracuję.
Od czasu do czasu robimy jej z Kocurem takie testy ze znajomości faktów z naszego życia. Najczęściej je oblewa. Choć biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką zmieniałam placówki oświatowe, do pewnego stopnia i do pewnego momentu było to zrozumiałe.
- W koledżu? - teraz to ja zapytałam, zdumiona.
- No coś było z koledżem, co? - Warszawianka popatrzyła na mnie radośnie.
- No.... studiowałam w koledżu, stu-dio-wa-łam, ale nigdy nie pracowałam - roześmiałam się.

Może teraz wreszcie zapamięta.

You Might Also Like

19 komentarze

  1. To ja lecę po drugiego szampana, a co jak świętować to na całego :) Gratuluję milionowy raz :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż się spociłam z wrażenia! Jaki tam szampan kobiety?! MAAALIBUUUUUUUU!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MOJITOOOO!!!! Zresztą cokolwiek, byle tylko przyjemne dla podniebienia!

      Usuń
  3. Super super:-)))) gratulacje serdeczne jesteś WIELKA!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach! Za takie słowa, to chyba muszę wielkimi literami PODZIĘKOWAĆ! :-)

      Usuń
  4. to ja na to konto poleję Amarulą

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratulacje.Dziś bezalkoholowe ale towarzysze wirtualnie w Tym sukcesów.Jupi☺Marlena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Dzisiaj już weekend, to wieczorem może z procentami? :-)

      Usuń
  6. Gratulacje na pewno super się sprawdzisz ! :)
    Pisałaś (chyba na fb ,ze miałaś obawy bo Twój akcent ) myślę że tutaj zupełnie nie zwracają na to uwagi -mój mąż jest z Ameryki Południowej i jego językiem ojczystym jest hiszpański ,tutaj studiował zrobił doktorat i w ramach pracy między innymi prowadzi wykłady ze studentami na uniwersytecie - nikomu nie przeszkadza ze nie ma brytyjskiego akcentu
    Na pewno świetnie się sprawdzisz ♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękują za wiarę we mnie! Im bliżej nowej pracy, tym częściej o niej myślę. I to nie w kontekście tego, co będę w niej robić, a bardziej tego, jak do niej będę dojeżdżać! ;-) Ha, niebawem wskakuję do samochodu na pierwsze próbne jazdy... :-)

      Usuń
  7. PS. Mówisz po hiszpańsku? Jeśli tak, to zazdroszczę. Mnie nie starczyło energii to kontynuowania nauki. To oczywiście wina Inżyniera, bo gdyby on mówił po hiszpańsku, byłoby mi łatwiej! ;-)

    OdpowiedzUsuń