Fruzia - odsłona dwudziesta pierwsza

wtorek, listopada 22, 2016

W dniu, w którym Fruzia przekroczyła kolejną okrągłą, bo już dwudziestą pierwszą miesięcznicę swej kosmicznej egzystencji, Ojciec Dyrektor postanowił zagłębić się w szczegóły rozwoju jej lingwistycznej inteligencji.
- Powinna już wyraźnie wymawiać 14 słów - oznajmił z powagą.
Dalibóg, precyzja godna wikipedii.
- Czternaście się uzbiera - pokiwałam głową ze zrozumieniem. - A jeśli potraktować Gagę oraz A!  jako słowa wieloznaczne, to możemy uznać, że zna nawet pięćdziesiąt. Jeśli natomiast chodzi o rozumienie słowa mówionego, to tu Fruzia przebija normy. Niestety, bo rozumie więcej niż byśmy chcieli.
Dziadek Dyrektor zakreślił odpowiednie dane w rubrykach rozwojowych własnego pomysłu, po czym z ulgą zamknął kajecik.
- W porządku. Moja krew - podsumował badanie.

(A ja dopiero wtedy nerwowo zaczęłam liczyć.)

Fruzia olewa językowy rozwój. Czternaście słów na krzyż wystarczy jej do uspokojenia rodziców, że wszystko gra, język ciała i energia z kosmosu pozwalają jej bowiem na skomunikowanie się z bliższym i dalszym otoczeniem z tym samym skutkiem co przy użyciu narzędzi werbalnych. Niektóre słowa wymawia tak cicho, tak niepewnie, z tak nabożną czcią (tata), jakby zastanawiała się, czy nie zmieni tymi dźwiękami losów świata. Nie ma za to najmniejszych obaw przed spontanicznym wykonaniem przewrotu w przód, wejściem na stół i przybraniem pozy olipijskiego mistrza, ani nawet przed rzuceniem się na kanapę na cycki i pępek (lub na szczupaka, jak kto woli), nie mając pewności, czy dobrze wyliczyła równanie złożone z długości i szerokości łóżka + jej wzrostu. Na spacerach jest nie do zdarcia. Przestaliśmy w zasadzie używać wózka, jeśli poruszamy się lokalnie i nigdzie nam się nie spieszy. Fruzia wszędzie dojdzie na własnych nogach. Pod warunkiem, że idzie jednocześnie na własnych zasadach (mamo, nie łap mnie za rękę) i we własnym tempie (raz to ona pogania Rudolfa, raz on ją).

Chwilowo tej energii wystarcza jej nawet do ogarniania domostwa. Fruzia pierze, odkurza i poleruje srebra. A czyni to z tak właściwą sobie werwą, że fragmenty paneli zaczynają odpryskiwać z podłogi, telewizor niebawem dorobi się permanentnego śladu jej dłoni na ekranie, a nam pozostanie dokupić tarczę na fruwające po pokoju noże i widelce. Ale cieszymy się, cieszymy, wszak nieodgadnione są wyroki boskiej karmy i nie wiadomo, czy taki etap w życiu kiedyś nam się jeszcze powtórzy. Nawet Śnięty podchwycił temat i po rozmowie z nim podejrzewam, że wkrótce trzeba będzie zrobić w Piątej miejsce na różowe AGD.

Wystawia cierpliwość Rudolfa na wiele ciężkich prób. Ona twierdzi, że to miłość a nie udręka, jednakże w takim wydaniu można spokojnie postawić znak równości pomiędzy tymi stanami. Wszystkie zwisające, odstające, merdające bądź oklapnięte części Rudolfowego ciała bawią ją do łez. Szczególnie wtedy, kiedy udaje jej się za nie pociągnąć. Jednocześnie po każdym takim występie Fruzia natychmiast szuka naszego wzroku, sama grozi sobie palcem, twierdzi, że nie-nie, a następnie całuje czule sierściucha w czarny mokry guzik udający nos. Finalnie i tak kończy się to ewakuacją sierściucha do naszej sypialni, zamknięciem drzwi na cztery spusty, jego ulgą i jej dramatycznymi okrzykami rozpaczy wydobywającymi się z małego gardła. Gaga! Gaga! Niekończący się dramat.

W chwilach wolnych od przemocy fizycznej awanturuje się z Rudolfem o każdy milimetr JEJ poduszki, JEJ kołderki, JEJ bobasa i JEJ  Rudolfa Juniora, na którym ten pierwszy posadził rudą dupę. Wystarczy, że Rudolf tylko zbliży nos do jej świętych sprzętów, a młodzież już podnosi larum. On sam nie jest bez winy. Zeżarł jej już kilka misiów, parę klocków i niezliczoną ilość piłek, więc młoda szybko nauczyła się bronić swego dobytku wrzaskiem, którego natężenie rośnie lub maleje w zależności od wartości przedmiotu licytacji. Wszystko, tylko nie wyposażenie łóżeczka! Tu krzyczy najgłośniej. Chodzenie spać to dla Fruzi nie tylko logiczny koniec dnia; to przede wszystkim celebrowanie nienaruszalnych obrzędów, w których ważną rolę odgrywa kolejność wydarzeń. Najpierw trzeba zlokalizować smoczek. Jeśli nie mieliśmy wystarczająco dużo szczęścia, żeby znaleźć go we Fruzinej buzi (nigdy nie mamy), wspólnie rozpoczynamy polowanie. Dziecię szuka, biega, ekscytuje się, zagląda pod kanapę, łóżko, szafkę z telewizorem. Ja ciskam się po mieszkaniu jak półżywa ćma i mielę w buzi przekleństwa. (On niby też szuka, ale tylko połową swego ciała. Drugą połową ogląda bowiem mecz.) Wreszcie jest! Fruzia cmoka z zadowoleniem, ja z powrotem zamieniam się w oazę spokoju, on całym sobą może już oddać się sportowym emocjom. (Dobryboże, mnie wystarczą te smoczkowe.) Pora na akcesoria łóżeczkowe. Fruzia łapie pluszowego Rudolfa, ciągnie go za obrożę w stronę sypialni, drugą ręką przyciska do klatki piersiowej bobasa. Nie chce, żeby jej pomóc, tylko rozgląda się za poduszką i kołdrą, które gdzieś tu przecież muszą leżeć. W łóżeczku nie, tam ich nie znajdziesz. Łóżeczko zawsze stoi puste, gdyż sypialniany kwartet od rana do wieczora włóczy się za Fruzią. Zwykle znajduję więc poszczególne części nocnego ekwipunku na podłodze w kuchni, pod łóżkiem, pod bujanym fotelem, którego wszyscy od dawna używamy jako wielofunkcyjnego wieszaka... Jeszcze trzeba zdjąć spinki, ucałować wszystkich na dobranoc i dopiero teraz ukontentowana Fruzia może ułożyć białe loki na poduszce wciśniętej między różową bobaskę a wielkie (jak na rozmiary łóżeczka) cielsko pluszowego Rudolfa.

Między czwartą a piątą rano (a czasem tuż po północy) cała piątka - ekhm! - ląduje w naszym łóżku.

Skopie nas wówczas to Białe Kudło, sponiewiera, poobija, wypnie na nas tyłek, wbije łokieć między żebra, stopą zrobi lifting twarzy, wyciągnie się w poprzek łóżka i z anielskim wyrazem błogości na śpiącym licu będzie udawała, że tworzymy społeczność, w której prawa wszystkich jej obywateli są respektowane. Co ciekawe, obywatele - skopani, sponiewierani, poobijani itepe, itede - rozcierając podpuchnięte powieki będą głośno potwierdzać tę wersję jako jedynie słuszną i prawdziwą. To się chyba mianem władzy totalitarnej określa we współczesnym świecie.

Kiedyś nie wystarczyło nam cierpliwości do wieczornego szukania smoczka.
- Ja się poddaję, mam dość tych wędrówek po mieszkaniu - skapitulowałam.
- To może spróbujmy bez niego? - nieśmiało zaproponował Inżynier.
Jakoś żadne z nas nie podjęło się tego zadania, ale postanowiliśmy sięgnąć po półśrodki.
- Dam jej smoczka od butelki - wymyśliłam chytrze. - Może jej się nie sposoba i uśnie bez dydka?
Brawo dla tej pani.
Fruzia wybuchnęła śmiechem na widok niby nowego, choć jakże jej dobrze znanego z zamierzchłych czasów gumowego przyjaciela, obejrzała go z każdej strony, puściła do mnie oko (przysięgam!), po czym wetknęła go sobie do buzi, z  gracją ułożyła białe loki na poduszce i zasnęła. Nie wypuściła butelkowego smoczka nawet na sekundę.
Rano znalazła wszystkie swoje dydusie poutykane w różnych zakamarkach Piątej i triumfalnie rzuciła nam je na łóżko.

Mimo tych wszystkich zbójeckich praktyk, jest przewidywalnie dziewczyńska w kwestii mody oraz szeroko pojętej gadżetomanii. Fascynują ją dziury w jeansach Inżyniera, spinki, które ma we włosach, rękawiczki z jednym palcem i ubranka dla lalek. Przyznaję, te ostatnie, przywleczone w wielkim worku przez sąsiada, którego córka już wyrosła z etapu miniaturowych torebusi, butów i pomponów dla barbiepodobnych cheerleaderek, też mnie fascynują, choć niekoniecznie w ten sam sposób co Fruzię. Szczególnie jedna, w stroju wieczorowym. If you know what I mean, powiedziałby Joey. (We always know what you mean, odparłaby Monica.) Kusa haleczka w panterkę, przezroczysta tunika, nocne pantofle z pomponami na obcasie, makijaż, którego nie umiałabym podrobić nawet wtedy, gdybym się bardzo postarała. Brakuje tylko maleńkiego egzemplarza Cosmopolitan w plastikowej dłoni. I teraz nie wiem, czy te uczucia, które mną targają na widok tej plastikowej zdziry to zazdrość, że taka do łóżka to ja chadzam w snach jedynie, czy może przenajświętsze oburzenie, że zbijająca grube miliony fabryka plastikowych siks usiłuje wmówić Fruzi, że to jedynie słuszna droga do podbicia serca kena. A może jedno i drugie.

Dinozaury nie okazały się wystarczająco dziewczęce jak na jej gust. Skrupulatnie odkleiła wszystkie tysiąc trzynaście z nocnika, który otrzymała w spadku do Alexa, a następnie porzuciła przedmiot zainteresowania w kącie salonu na długie tygodnie. Przypomniała sobie pod koniec października, nosiła, zakładała na głowę jak kapelusz, wrzucała do środka klocki. Idąc więc za ciosem, pewnego dnia tak po prostu posadziliśmy Fruzię na nocniku, a jej się spodobało. Zażądała posadzenia gołego tyłka na tronie raz, drugi i trzeci, a za czwartym razem tak się postarała, że chwilę później na nasze komórki zaczęły napływać smsy z gratulacjami. Zaprawdę powiadam Wam, historyczny listopad. (Oraz jeden z tych wpisów, który oznaczam w notesie wykrzyknikiem i adnotacją 'do usunięcia za kilka lat'.)

Jest wulkanem energii, choć zdarza jej się całkowicie oddać pracy, którą wykonuje - segregowaniu kasztanów, przekładaniu torebek herbaty z jednej miski w drugą, ścieraniu kurzy. Tylko wówczas mogę w jej obecności napisać maila, pozmywać, albo spokojnie odgrzać zupę. Nie zdarza się to zbyt często, wciąż mam wrażenie, że już za sekundę Fruzia znów pociągnie mnie za nogawkę, klepnie w kolano  albo z mocą oświadczy mama!, dając tym samym znak, że natychmiast muszę ruszyć za nią w poszukiwaniu przygód. Czasem więc zwyczajnie oddycham z ulgą, kiedy wieczorem zasypia.

Ale kiedy w spokoju wypijemy już z Inżynierem herbatę, obgadamy dzień i złapiemy oddech, zwykle zakradamy się na palcach do jej pokoju i podglądamy jak śpi, rozczulając się na widok białych kudłów rozrzuconych po poduszce i na miarowy dźwięk jej spokojnego oddechu.

Wciąż uwielbiamy się na nią gapić.

You Might Also Like

8 komentarze

  1. Fruzinka:-):-):-):-):-) zdolna z Niej Bestia.Gwiazda nie cierpi spinek, mknie szybko i piechur z Niej też niezły .A już nie daj Bóg jak nie na do spania pieluchy tetrowej dramat w 5 aktach i w ogóle pielucha to istotna sprawa nawet w ciągu dnia można robić akuku;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fruzia miała etap, że nie dała nikomu dotknąć włosów, nie wspominając o wpinaniu w nie czegokolwiek, a teraz sama dopomina się o spinki. Nie trafisz za nimi ;-)

      Usuń
  2. Wspólne łózko? Och jak ja to znam i jak bardzo łączę się bólu :) Zastanawia mnie jak to możliwe, że w dużym łóżku małe w sumie dziecko nabiera takich rozmiarów, że dla pozostałej dwójki brakuje miejsca?
    Akcesoria do spania są niezbedne, u nas to mała krówka (taka maskotka-breloczek), duża krówka, brokuł i truskawka z Biedronki (osławione świeżaki), pingwin, prosiak z Kubusia Puchatka i na końcu płaska poduszka. Na szczęście tylko raz w nocy Kasia robiła "przegląd wojsk", no i właśnie tej nocy wcięlo gdzieś małą krówkę, która radośnie zaplątała się w kocu (po minutach które wlokły się jak godziny znalazłam pie... znaczy małą krówkę i Kasia usnęła).
    Ja też porzucilam wózek, ale Mlodej czasem jednak się przypomni, więc na wszelki wypadek zawsze jest pod ręką, ale mam nadzieję, że w przyszłym roku przesiądzie się na rowerek biegowy, w tym jeszcze jej było ciężko sięgnąć, a wtedy wózek oddamy siostrzenicy.
    Cierpliwości, jak zacznie gadać to czasem będziecie mieli tego serdecznie dość. Czego Wam serdecznie życzę, bo co macie mieć lepiej ode mnie ;)
    Uściski dla małej-wielkiej Królewny :) :*
    PS. Fruzi nie znudził się już nocnik? Bo ten etap to tak różnie przebiega, na początku jest hit a potem blask przygasa lekko ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nocnik to na razie taki gadżet, z którego Fruzia korzysta jak jej się przypomni. Nie poganiam tego etapu, przyjdzie pora na porządny trening, na razie nie sądzę, żeby młoda była gotowa na coś poważniejszego.

      Sporo towarzystwa Kasia zabiera do spania... Aż dziw, że jeszcze jest dla niej miejsce w łóżku! ;)

      Buziaki dla Was!

      Usuń
  3. Cudny Fruzinek, taki maly wampirek na baterie :)))
    Najbardziej mnie rozczulilo ostatnie zdanie, ze ciagle lubicie sie na nia gapic... to jest doskonala puenta dla calej notki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wampirek na bardzo dobrych bateriach :-)

      Usuń
  4. Fruzia jest JEDYNA w swoim rodzaju!!!
    Uwielbiam tego małego Psotnika :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A najfajniejsze jest to, że niedługo będziesz miała swojego takiego psotnika! :-)

      Usuń