O cienkiej granicy otwarcia na świat

Dopiero kiedy adoptujesz dziecko, kiedy jego obecność na stałe zagości w twoim życiu i głowie, i kiedy zaczniesz poruszać się z nim po różnych kręgach społecznych, dopiero wówczas dotrze do ciebie, jak wiele rozmów kręci się wokół genetyki, korzeni, tego, co kto ma po kim i dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Twoja szeroko pojęta sytuacja życiowa też wyjdzie na wierzch nawet w małym small talku, a niewinne (naprawdę niewinne) pytanie może spowodować, że poczujesz się jak wywołany do tablicy. Doprawdy cienka, a czasem ledwie widoczna jest granica, pomiędzy tym, co chcesz powiedzieć - bo jest pewniakiem, bo daje gwarancję ponadkulturowego, ponadspołecznego, ponadmiejscowego i ponadczasowego zrozumienia (przepis na ciasto z truskawkami?) - a tym, co może i chciałbyś powiedzieć, ale nie wiesz, czy to właściwie miejsce, właściwy czas, właściwi ludzie i ... właściwie to nie wiesz, do czego komuś ta wiedza mogłaby być potrzebna. Nadmierna analiza przypadku nie jest wskazana, wiem coś o tym. Spotykałam się kiedyś z chłopakiem, który analizował wszystko. Na początku mnie to bawiło i ciekawiło. Potem się rozstaliśmy. ;-) Więc na co dzień nie rozkładam na czynniki pierwsze, nie dzielę włosa na czworo, nie rozmyślam przed snem. Idę z prądem, wiatrem, za rękę i za pan brat z tym, co ludzie i życie podsuwają. Tylko czasem, kiedy Fruzia podaje mi plastikową pizzę na zajęciach dla toddlerów, a bardzo sympatyczna mama trójki pyta mnie, po kim dziecię ma takie piękne loki, mam chwile zawahania. Czy to ten moment, w którym z tą nieznajomą chcesz brnąć w twój ulubiony - jak Babcię Moją kochałam! - temat rozmowy? U Baptystów, przy tym stoliku z plasteliną, która klei się do twoich butów?
- Szczerze mówiąc, nie wiem - wybucham w końcu śmiechem. - Ja i mąż mamy włosy proste jak druty.

Nie skłamałam. Ja naprawdę nie wiem, po kim te fale.

Nie mam problemu z myśleniem, mówieniem i pisaniem o adopcji, to już chyba wiecie. Tym bardziej, że w większości przypadków ludzie czują temat. Mają kuzynkę, która adoptowała, oglądali strasznie wzruszający film o adoptusiach... Mam problem ze zrozumieniem, że dla kogoś może to być problem, choć i tych staram się ogarnąć szarymi komórkami, bo to co dla mnie jest oczywiste, nie musi być takie dla kogoś innego, a przyczyny takiego spojrzenia na świat mogą być bardzo różne. Zawsze i wszędzie możemy się od siebie uczyć zrozumienia. Dla nas adopcja to tak naturalny sposób sprowadzania potomstwa do naszego świata, że już nie jestem w stanie wyobrazić sobie innego. Gdybym tylko uznała to za dobre dla niej, chętnie podzieliłabym się tą wiadomością na wszystkich istniejących portalach społecznościowych albo krzyknęła przez megafon w centrum Warszawy, że taka oto Fruzia, Kosmiczne Białe Kudło, jest nasza dzięki adopcji, bo nie ma przecież większej radości we wszechświecie niż odnalezienie swojego dziecka, którego tak długo się szukało. Ale ani nie byłoby to dobre dla niej, ani świat nie w każdym jego zakątku i chwili gotów byłby zrozumieć, po co to robię.

Jedna ze stałych klientek naszej nieczynnej już piekarni ma synka o kilka miesięcy młodszego od Fruzi. Zaprosiła nas kiedyś na playdate do siebie do domu. Pojechałyśmy z dziecięciem radośnie, nastawione na dobrą zabawę i w zasadzie nie rozczarowałyśmy się. Towarzyszyła nam jeszcze jedna mama z dzieckiem, atmosfera zaprawiona była stylem klasy średniej z zacięciem do awansu społecznego, co z jednej strony mnie bawiło, a z drugiej wprawiało w lekkie zadziwienie (jakim cudem się tu znalazłam?), ale było miło. W pewnym momencie rozmowa zeszła nam na przedszkola, a w moim kierunku padło pytanie o to, kiedy planujemy posłać Fruzię do przedszkola.
- W kwietniu przyszłego roku - powiedziałam bez zastanowienia. - Myślę, że obie będziemy już gotowe, a poza tym dostaniemy 15 darmowych godzin, więc domowy budżet też tak na tym nie ucierpi.
Obie mamy spojrzały na mnie z ogromnym zainteresowaniem.
- To już wiesz, że je dostaniesz? - zapytała któraś z nich.
Ach tak, rzeczywiście. 15 godzin przedszkola dla dwulatki to przypadek, który się kwalifikuje. Na przykład dzięki niskim dochodom w rodzinie. Wychowywaniu przez samotnego rodzica. Albo adopcji.
Nie dywagując w duchu zbyt długo oznajmiłam, że tak, mała jest adoptowana, więc to kwestia formalności.
Na ułamek sekundy zapadła cisza.
- Och, jak wspaniale - usłyszałam wreszcie niepewny głos gospodyni. - Musicie być bardzo szczęśliwi.
Po czym trochę koślawo rozmowa potoczyła się dalej na zupełnie inny temat, a ja poczułam się tak, jakbym dokładnie tam i wtedy zburzyła jakiś mur skrywający w tamtym domu tematy, o których nie mówi się ot tak, z nieznajomą na pierwszym playdate.

Pół godziny później koleżanka gospodyni wróciła do tematu i już całkiem normalnym tonem podpytała o kilka ogólnych kwestii związanych z adopcją.

Cienka jest ta granica otwarcia się na świat. Idiotycznie się człowiek czuje, kiedy ktoś inny patrzy na niego zawstydzony, jakby chciał rzucić rozmówcy w twarz, że 'po co ty mi to mówisz, ja teraz nie wiem, co z tą informacją uczynić, naruszasz moją strefę komfortu!' Zupełnie jakbym nie znała królewskiej etykiety.

I to nie o moje granice tak naprawdę tutaj chodzi, a jej. Kiedyś.

Nie każdej spotkanej w autobusie sympatycznej osobie będę mówić w trzecim zdaniu, że nasza córka jest adoptowana. Może pierwszej, ósmej i szestastej powiem, skoro o cesarkach i karmieniu piersią też mówi się publicznie i wówczas nawet na ułamek sekundy nie zapada dziwna cisza. Dlaczego miałaby zapadać przy rozmowie o adopcji? A nawet jeśli zdarzy mi się burzyć czyjeś mury, to finalnie chyba dobrze. Oswajamy choroby, rozmowy o śmierci, oswójmy adopcję. Ale nie każdej powiem, bo...

... co na to ona za pięć, dziesięć i piętnaście lat?

Oto moja troska i sedno zawahania przed burzeniem murów zawsze i wszędzie.

Wiem, doskonale wiem, że to nasze podejście, nasze wychowanie i nasza nieustanna gotowość do rozmowy na wszelkie trudne tematy w zdecydowanej mierze ukształtują jej podejście do kwestii własnej tożsamości. To ogromna odpowiedzialność, ale i ogromna ulga, bo skoro w nas tylko radość z faktu kosmicznego zaplątania naszych ścieżek, to i na nią - nie ma wyjścia - choć część tej radości musi spłynąć. Jeśli każdą naszą komórką i każdym naszym gestem będziemy potwierdzać, że ważne jest to, co jej się zdarzyło, a dobre to, że dane nam jest być rodziną, to i w jej komórkach wyryje się nowe, wirtualne DNA, tak spójne z naszym.

Ale świat nieletniego w zderzeniu ze światem zewnętrznym, póki co, rządzi się swoimi prawami.

Skąd będę wiedziała, czy ona chce, żebym akurat tu i teraz, kiedy ona ma kiepski nastrój, zapytana publicznie o pochodzenie jej pięknych loków, mówiła prawdę, półprawdę, czy też może obróciła wszystko w klasyczny unik i żart?

(- Mamo, a dlaczego nie powiedziałaś tej pani, że jestem adoptowana?
- Mamo, a dlaczego mówisz wszystkim, że jestem adoptowana?! To moja sprawa, kto ma wiedzieć!
- Mamo, a dlaczego sobie z tego żartujesz?
- Mamo, weź wyluzuj! Po co się tak spinasz?
- Mamo, a mogę powiedzieć tej pani, że jest głupia i nie powinna wtykać nosa w nie swoje sprawy?)

Jak wyczuć, gdzie w danym momencie przebiega jej granica szeroko pojętego komfortu psychicznego?

Te jej loki to standardowy początek każdej naszej nowej znajomości. Tylko raz, na odczepnego, bo nie czułam się na siłach ciągnąć jakiegokolwiek wątku rodzicielskiego, odparłam, że to ja miałam w dzieciństwie takie włosy, a teraz proszę, siano i druty.
Potem uznałam, że to nie ma sensu. Ani się człowiek obejrzy, a zupełnie niepotrzebnie zabrnie w rozmowy o nieistniejących światach, a przecież kłamstwo, nawet to maleńkie i niewinne, zupełnie mi nie wychodzi. Przynajmniej w mojej własnej głowie.

Mówię więc do niej o adopcji tak, jak bym sama chciała, żeby do mnie mówiono, gdyby. Tak jak Mama wiele razy zapewniała mnie, że ja i Wielki to najcenniejsza część jej życia, choć porody to by chętnie wycięła z życiorysu. Wspominamy adopcję z nią i przy niej, za każdym razem choć na chwilę starając się spojrzeć w jej roześmiane oczy i tym spojrzeniem przekazać jeszcze więcej, jeszcze mocniej to wszystko, czego słowa nie są w stanie wyrazić.

Może dzięki temu kiedyś nie będzie zawracała sobie głowy żadnymi granicami.

O tym, jak kupić Mamuśkę

- Dostałam pocztą taką świetną torbę na zakupy, tylko nie wiem, z jakiej okazji  - przypomniała sobie raptem Mamuśka. - Nic nie zamawiałam, a wiesz, że jeszcze nic w życiu nie udało mi się wygrać, więc naprawdę nie mam pojęcia.
- Może z Bon Prix? - podpowiedziałam. - Ty jesteś tak regularną klientką, że raz na jakiś czas powinni cię czymś obdarować.
- Nie, to na pewno nie to, adres nadawcy się nie zgadza. Ale torba jest super - Mamuśce aż się zaświeciły oczy z rozbawienia. - Poczekaj, przeczytam ci, co jest na niej napisane.
Mama podniosła się z kanapy i ruszyła do drugiego pokoju. A mnie w tym czasie coś zaświtało w głowie.
- Aaaaa! Mamuśko, już wiem! - wrzasnęłam do monitora.
Mama znów pojawiła się na moim ekranie.
- No? - zainteresowała się.
- To Inżynier musiał coś pomylić przy zamówieniu, to miało dojść na wasz adres, ale moje nazwisko, tak żebyś nie otworzyła przesyłki bez konsultacji! - zaczęłam się śmiać. - To miał być taki dodatek do gwiazdkowego prezentu!
Mamuśka Moja wybuchnęła gromkim śmiechem.
- Kurczę, no szkoda, że mnie nie uprzedziliście, ale torba jest super! - Mamuśka podniosła ją do kamery.
Teraz to ja śmiałam się już na całego.
- Od początku do końca to był jego pomysł - zaczęłam tłumaczyć. - Wędrował po sieci, szukając pomysłów na prezenty i nagle zawołał uradowany, że znalazł coś, co idealnie do ciebie pasuje.
- Naprawdę? - Rodzicielka cieszyła się od ucha do ucha. - Mój kochany zięć, jak on dobrze zna swoją teściową!

No. Wręcz rewelacyjnie. Dokładnie wie, jak ją (prze)kupić.

Napis na nowej torbie Mamy głosi:

"Boże, spraw, żebym kupiła tylko to, po co przyszłam."

O przedziwnej konstelacji gwiazd

- To ten pieprzony listopad! - westchnęła ciężko Mamuśka.

Według mojej niezabobonnej i przyjaźnie nastawionej do życia Rodzicielki, to listopad co roku wszystko psuje. A także (łamane przez lub) okolice Świąt Wielkanocnych oraz (łamane przez lub) sierpień. Wtedy zawsze coś, mówię Wam. Operacje, choroby, pogrzeby, wypadki, skradzione wypłaty lub - dacie wiarę? - dwa kilogramy szynki wyrzucone przez pomyłkę do śmietnika.

- W zeszłym roku ja, teraz Dyrektor - wzdychała dalej Mama.

Nie miałam serca prostować, że ten nadgarstek to złamała w grudniu, a te dwa listopadowe nieudane in vitro to w innym życiu były, i że w zasadzie dobrze, że nie wyszły, bo sami wiecie, co by było gdyby. Nikt sobie tego życia bez Fruzi nie umie już wyobrazić. Ale rzeczywiście, z nadgarstka to nic dobrego nie wyszło, choć Inżynier twierdzi, że gdyby tak chcieć na upartego przekuć to w dobro, to Mamuśka dzięki temu przestała jeździć holenderską hondą, o jakieś dziesięć kilo dla niej za ciężką, metr za wysoką i o siedem przerzutek zbyt wygimnastykowaną.

- I jeszcze ty - dowestchnęła Mamuśka, po czym zamilkła wymownie i oddała się przemyśleniom na temat niegodziwości córki swej jedynej.

Zdaje się, że wraz z Ojcem Dyrektorem pojechaliśmy po listopadowej bandzie, choć zmowy żadnej nie było. Najpierw wziął się Ojczulo i bez konsultacji z astrologiem rodzinnym (a może jednak?) zaniemógł. Tak zaniemógł, że pomimo zapierania się wszystkimi kończynami, musiał oddać się w ręce chirurgów, którzy dokonawszy odpowiednich cięć i szyć wyjęli z Ojca woreczek żółciowy wraz z kamieniem, który to bez woreczka wyjść nie chciał. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim wymsknęło mi się (- Bardzo nietaktyczne zagranie, bardzo! - zganił mnie Mąż Mój), że te zajęcia, co to mam je od stycznia prowadzić, to strasznie porozrzucane są po różnych porach dnia, i że podjęłam samodzielną i jakże dorosłą decyzję o powrocie za kółko.

Milczenie Mamuśki trwało długo za długo jak na jej możliwości. W jego efekcie nawet schorowany Ojczulo postanowił zabrać obolały głos w tej sprawie. Koronnym argumentem, który zamknął rodzinną sprzeczkę, był ten wyciągany z rękawa przez Mamuśkę za każdym razem, kiedy wszystkie inne argumenty już padły i żaden nie wydaje się zbyt dobry, żeby postawić kropkę nad ''bo wy zawsze" lub "bo ty nigdy".
- To wszystko dlatego, że tak bardzo cię kochamy i martwimy się o ciebie niezależnie od tego, ile masz lat. Zobaczysz, jak Fruzia dorośnie, to zrozumiesz.

W sumie nawet go lubię. Ten argument. Bo on rozbraja, każe się poddać bez utraty twarzy, kończy wszystkie spory, których żadna ze stron nie lubi i nie praktykuje zbyt często, i kiedy padnie, można wreszcie wrócić do swoich zajęć bez głęboko chowanych skarg i zażaleń.

Ja na przykład, w przeciwieństwie do Mamuśkowych strachów, że Wielkanoc niedaleko, oddaję się rozmyślaniom o lutym. Luty jest cool i zamiast pogrzebów i wyrzuconych szynek, niesie dobro. Urodziny wszystkich wodników. Pierwszą randkę z Inżynierem. Najazd na Krainę Deszczu. Telefon, który oznajmił, że będziemy rodzicami.

Wybrałam luty na pierwsze samodzielne kursy do pracy i z powrotem. Moim małym, zgrabnym autkiem w eleganckiej czerni.

Na Boga i Karmę, Mąż kupuje mi samochód!

To będzie ten moment, w którym uznam, że chyba (chyba) jestem dorosła.

Fruzia - odsłona dwudziesta pierwsza

W dniu, w którym Fruzia przekroczyła kolejną okrągłą, bo już dwudziestą pierwszą miesięcznicę swej kosmicznej egzystencji, Ojciec Dyrektor postanowił zagłębić się w szczegóły rozwoju jej lingwistycznej inteligencji.
- Powinna już wyraźnie wymawiać 14 słów - oznajmił z powagą.
Dalibóg, precyzja godna wikipedii.
- Czternaście się uzbiera - pokiwałam głową ze zrozumieniem. - A jeśli potraktować Gagę oraz A!  jako słowa wieloznaczne, to możemy uznać, że zna nawet pięćdziesiąt. Jeśli natomiast chodzi o rozumienie słowa mówionego, to tu Fruzia przebija normy. Niestety, bo rozumie więcej niż byśmy chcieli.
Dziadek Dyrektor zakreślił odpowiednie dane w rubrykach rozwojowych własnego pomysłu, po czym z ulgą zamknął kajecik.
- W porządku. Moja krew - podsumował badanie.

(A ja dopiero wtedy nerwowo zaczęłam liczyć.)

Fruzia olewa językowy rozwój. Czternaście słów na krzyż wystarczy jej do uspokojenia rodziców, że wszystko gra, język ciała i energia z kosmosu pozwalają jej bowiem na skomunikowanie się z bliższym i dalszym otoczeniem z tym samym skutkiem co przy użyciu narzędzi werbalnych. Niektóre słowa wymawia tak cicho, tak niepewnie, z tak nabożną czcią (tata), jakby zastanawiała się, czy nie zmieni tymi dźwiękami losów świata. Nie ma za to najmniejszych obaw przed spontanicznym wykonaniem przewrotu w przód, wejściem na stół i przybraniem pozy olipijskiego mistrza, ani nawet przed rzuceniem się na kanapę na cycki i pępek (lub na szczupaka, jak kto woli), nie mając pewności, czy dobrze wyliczyła równanie złożone z długości i szerokości łóżka + jej wzrostu. Na spacerach jest nie do zdarcia. Przestaliśmy w zasadzie używać wózka, jeśli poruszamy się lokalnie i nigdzie nam się nie spieszy. Fruzia wszędzie dojdzie na własnych nogach. Pod warunkiem, że idzie jednocześnie na własnych zasadach (mamo, nie łap mnie za rękę) i we własnym tempie (raz to ona pogania Rudolfa, raz on ją).

Chwilowo tej energii wystarcza jej nawet do ogarniania domostwa. Fruzia pierze, odkurza i poleruje srebra. A czyni to z tak właściwą sobie werwą, że fragmenty paneli zaczynają odpryskiwać z podłogi, telewizor niebawem dorobi się permanentnego śladu jej dłoni na ekranie, a nam pozostanie dokupić tarczę na fruwające po pokoju noże i widelce. Ale cieszymy się, cieszymy, wszak nieodgadnione są wyroki boskiej karmy i nie wiadomo, czy taki etap w życiu kiedyś nam się jeszcze powtórzy. Nawet Śnięty podchwycił temat i po rozmowie z nim podejrzewam, że wkrótce trzeba będzie zrobić w Piątej miejsce na różowe AGD.

Wystawia cierpliwość Rudolfa na wiele ciężkich prób. Ona twierdzi, że to miłość a nie udręka, jednakże w takim wydaniu można spokojnie postawić znak równości pomiędzy tymi stanami. Wszystkie zwisające, odstające, merdające bądź oklapnięte części Rudolfowego ciała bawią ją do łez. Szczególnie wtedy, kiedy udaje jej się za nie pociągnąć. Jednocześnie po każdym takim występie Fruzia natychmiast szuka naszego wzroku, sama grozi sobie palcem, twierdzi, że nie-nie, a następnie całuje czule sierściucha w czarny mokry guzik udający nos. Finalnie i tak kończy się to ewakuacją sierściucha do naszej sypialni, zamknięciem drzwi na cztery spusty, jego ulgą i jej dramatycznymi okrzykami rozpaczy wydobywającymi się z małego gardła. Gaga! Gaga! Niekończący się dramat.

W chwilach wolnych od przemocy fizycznej awanturuje się z Rudolfem o każdy milimetr JEJ poduszki, JEJ kołderki, JEJ bobasa i JEJ  Rudolfa Juniora, na którym ten pierwszy posadził rudą dupę. Wystarczy, że Rudolf tylko zbliży nos do jej świętych sprzętów, a młodzież już podnosi larum. On sam nie jest bez winy. Zeżarł jej już kilka misiów, parę klocków i niezliczoną ilość piłek, więc młoda szybko nauczyła się bronić swego dobytku wrzaskiem, którego natężenie rośnie lub maleje w zależności od wartości przedmiotu licytacji. Wszystko, tylko nie wyposażenie łóżeczka! Tu krzyczy najgłośniej. Chodzenie spać to dla Fruzi nie tylko logiczny koniec dnia; to przede wszystkim celebrowanie nienaruszalnych obrzędów, w których ważną rolę odgrywa kolejność wydarzeń. Najpierw trzeba zlokalizować smoczek. Jeśli nie mieliśmy wystarczająco dużo szczęścia, żeby znaleźć go we Fruzinej buzi (nigdy nie mamy), wspólnie rozpoczynamy polowanie. Dziecię szuka, biega, ekscytuje się, zagląda pod kanapę, łóżko, szafkę z telewizorem. Ja ciskam się po mieszkaniu jak półżywa ćma i mielę w buzi przekleństwa. (On niby też szuka, ale tylko połową swego ciała. Drugą połową ogląda bowiem mecz.) Wreszcie jest! Fruzia cmoka z zadowoleniem, ja z powrotem zamieniam się w oazę spokoju, on całym sobą może już oddać się sportowym emocjom. (Dobryboże, mnie wystarczą te smoczkowe.) Pora na akcesoria łóżeczkowe. Fruzia łapie pluszowego Rudolfa, ciągnie go za obrożę w stronę sypialni, drugą ręką przyciska do klatki piersiowej bobasa. Nie chce, żeby jej pomóc, tylko rozgląda się za poduszką i kołdrą, które gdzieś tu przecież muszą leżeć. W łóżeczku nie, tam ich nie znajdziesz. Łóżeczko zawsze stoi puste, gdyż sypialniany kwartet od rana do wieczora włóczy się za Fruzią. Zwykle znajduję więc poszczególne części nocnego ekwipunku na podłodze w kuchni, pod łóżkiem, pod bujanym fotelem, którego wszyscy od dawna używamy jako wielofunkcyjnego wieszaka... Jeszcze trzeba zdjąć spinki, ucałować wszystkich na dobranoc i dopiero teraz ukontentowana Fruzia może ułożyć białe loki na poduszce wciśniętej między różową bobaskę a wielkie (jak na rozmiary łóżeczka) cielsko pluszowego Rudolfa.

Między czwartą a piątą rano (a czasem tuż po północy) cała piątka - ekhm! - ląduje w naszym łóżku.

Skopie nas wówczas to Białe Kudło, sponiewiera, poobija, wypnie na nas tyłek, wbije łokieć między żebra, stopą zrobi lifting twarzy, wyciągnie się w poprzek łóżka i z anielskim wyrazem błogości na śpiącym licu będzie udawała, że tworzymy społeczność, w której prawa wszystkich jej obywateli są respektowane. Co ciekawe, obywatele - skopani, sponiewierani, poobijani itepe, itede - rozcierając podpuchnięte powieki będą głośno potwierdzać tę wersję jako jedynie słuszną i prawdziwą. To się chyba mianem władzy totalitarnej określa we współczesnym świecie.

Kiedyś nie wystarczyło nam cierpliwości do wieczornego szukania smoczka.
- Ja się poddaję, mam dość tych wędrówek po mieszkaniu - skapitulowałam.
- To może spróbujmy bez niego? - nieśmiało zaproponował Inżynier.
Jakoś żadne z nas nie podjęło się tego zadania, ale postanowiliśmy sięgnąć po półśrodki.
- Dam jej smoczka od butelki - wymyśliłam chytrze. - Może jej się nie sposoba i uśnie bez dydka?
Brawo dla tej pani.
Fruzia wybuchnęła śmiechem na widok niby nowego, choć jakże jej dobrze znanego z zamierzchłych czasów gumowego przyjaciela, obejrzała go z każdej strony, puściła do mnie oko (przysięgam!), po czym wetknęła go sobie do buzi, z  gracją ułożyła białe loki na poduszce i zasnęła. Nie wypuściła butelkowego smoczka nawet na sekundę.
Rano znalazła wszystkie swoje dydusie poutykane w różnych zakamarkach Piątej i triumfalnie rzuciła nam je na łóżko.

Mimo tych wszystkich zbójeckich praktyk, jest przewidywalnie dziewczyńska w kwestii mody oraz szeroko pojętej gadżetomanii. Fascynują ją dziury w jeansach Inżyniera, spinki, które ma we włosach, rękawiczki z jednym palcem i ubranka dla lalek. Przyznaję, te ostatnie, przywleczone w wielkim worku przez sąsiada, którego córka już wyrosła z etapu miniaturowych torebusi, butów i pomponów dla barbiepodobnych cheerleaderek, też mnie fascynują, choć niekoniecznie w ten sam sposób co Fruzię. Szczególnie jedna, w stroju wieczorowym. If you know what I mean, powiedziałby Joey. (We always know what you mean, odparłaby Monica.) Kusa haleczka w panterkę, przezroczysta tunika, nocne pantofle z pomponami na obcasie, makijaż, którego nie umiałabym podrobić nawet wtedy, gdybym się bardzo postarała. Brakuje tylko maleńkiego egzemplarza Cosmopolitan w plastikowej dłoni. I teraz nie wiem, czy te uczucia, które mną targają na widok tej plastikowej zdziry to zazdrość, że taka do łóżka to ja chadzam w snach jedynie, czy może przenajświętsze oburzenie, że zbijająca grube miliony fabryka plastikowych siks usiłuje wmówić Fruzi, że to jedynie słuszna droga do podbicia serca kena. A może jedno i drugie.

Dinozaury nie okazały się wystarczająco dziewczęce jak na jej gust. Skrupulatnie odkleiła wszystkie tysiąc trzynaście z nocnika, który otrzymała w spadku do Alexa, a następnie porzuciła przedmiot zainteresowania w kącie salonu na długie tygodnie. Przypomniała sobie pod koniec października, nosiła, zakładała na głowę jak kapelusz, wrzucała do środka klocki. Idąc więc za ciosem, pewnego dnia tak po prostu posadziliśmy Fruzię na nocniku, a jej się spodobało. Zażądała posadzenia gołego tyłka na tronie raz, drugi i trzeci, a za czwartym razem tak się postarała, że chwilę później na nasze komórki zaczęły napływać smsy z gratulacjami. Zaprawdę powiadam Wam, historyczny listopad. (Oraz jeden z tych wpisów, który oznaczam w notesie wykrzyknikiem i adnotacją 'do usunięcia za kilka lat'.)

Jest wulkanem energii, choć zdarza jej się całkowicie oddać pracy, którą wykonuje - segregowaniu kasztanów, przekładaniu torebek herbaty z jednej miski w drugą, ścieraniu kurzy. Tylko wówczas mogę w jej obecności napisać maila, pozmywać, albo spokojnie odgrzać zupę. Nie zdarza się to zbyt często, wciąż mam wrażenie, że już za sekundę Fruzia znów pociągnie mnie za nogawkę, klepnie w kolano  albo z mocą oświadczy mama!, dając tym samym znak, że natychmiast muszę ruszyć za nią w poszukiwaniu przygód. Czasem więc zwyczajnie oddycham z ulgą, kiedy wieczorem zasypia.

Ale kiedy w spokoju wypijemy już z Inżynierem herbatę, obgadamy dzień i złapiemy oddech, zwykle zakradamy się na palcach do jej pokoju i podglądamy jak śpi, rozczulając się na widok białych kudłów rozrzuconych po poduszce i na miarowy dźwięk jej spokojnego oddechu.

Wciąż uwielbiamy się na nią gapić.

Jest Robótka! A nawet dwie!

Nudno trochę, co? Za oknem ciężko, szaro i ponuro, psy nie chcą wyłazić z domu, dzieci ze stajniw pracy osiągnęliście już wszystko i wreszcie można się wyluzować... Co tu robić? Co robić, panie? (I panowie.)

Ano. Pisać. Kleić. Wycinać. Pakować. Obdarowywać tych, którzy czekają na jedno choćby słowo od Was. (Ale byłoby miło, gdyby słów było jednak trochę więcej.) Co tu dużo gadać, jest Robótka!


A jak komuś mało, a wiem, że Wy zachłanni jesteście, mam dla Was kolejne zadanie.



Blogerzy dzieciom z domów dziecka to akcja, o której powinnam powiedzieć Wam dużo wcześniej, żebyście zdążyli zaangażować się w pisanie bajek i opowiadań, ale w tym roku trochę u mnie na bakier z dotrzymywaniem terminów zgłoszeń... Dobra wiadomość jest taka, że wciąż możecie uradować dzieciaki z domów dziecka swoją kartkową twórczością oraz (jeśli macie taką ochotę) jakąś drobnostką! Wszystkie informacje - łącznie z adresami domów dziecka, które mają ukazać się naszym oczom na początku grudnia - znajdziecie na fejsbukowej stronie akcji: dołącz do grupy. Te maluchy naprawdę czekają.

Kochani, obie akcje są wspaniałe i zupełnie się nie wykluczają. Możecie wziąć udział w obu albo w jednej wybranej. Możecie stworzyć własne kartki lub wysyłać gotowe. Możecie pisać wierszem lub prozą prosto z serca. Najważniejsze, żeby w te Święta pomyśleć również o innych - tych dużych i i tych małych - czekających na Wasze drobne, choć jakże ważne gesty świadczące o tym, że ktoś o nich pamięta.



Podarujcie innym cząstkę siebie.

Moich pierwszych 20 rozmów kwalifikacyjnych

Bo siedem to dla mnie za mało wrażeń.

Pierwszą potraktowałam jako dobrą zabawę. Lokalna telewizja organizowała casting dla przyszłych prezenterów, zgłosiłam swoją kandydaturę i wyznaczonego dnia pojawiłam się w siedzibie stacji. Po przekroczeniu progu poczekalni, w której kandydaci czekali na swoje pięć minut, parsknęłam śmiechem. Zobaczyłam tłum ludzi odzianych w idealnie skrojone garnitury i garsonki, podczas gdy ja, ubrana półoficjalnie, a w zasadzie ćwierćoficjalnie, a do tego z rozmazanym makijażem i mokrymi włosami, bo przecież padało, a ja zapomniałam wziąć parasolki, prezentowałam się przy nich wszystkich doprawdy mało kompetentnie. Pamiętam jak później siedziałam przed kamerą na dość wygodnej kanapie, konwersując z rekrutującymi i starając się nadać swemu głosowi choćby lekko poważne brzmienie. Najwyraźniej wtedy się udało, bo zaproszono mnie do drugiego etapu zmagań. Wiedząc, czego mogę się spodziewać, odstawiłam się jak na wesele, ale na korytarzu telewizyjnym wciąż czułam się tak, jakbym była tam jedynym niedostosowanym do okoliczności osobnikiem. Towarzystwo przechadzało się nerwowo w tę i z powrotem z kartkami w dłoniach, ćwicząc półgłosem relacjonowanie najważniejszych wydarzeń dnia oraz przekonujące miny, a ja po prostu czekałam. Nie umiałam zmusić się do udawania, że takie akcje to dla mnie żadna nowość, ale cieszyłam się, że mogę tam być i doświadczyć nowego. Później za to... później odpadłam, to jasne. Nie mogło być inaczej. W informacji zwrotnej usłyszałam, że płynnie i w dobrym tempie to może i ja czytać z promptera potrafię, ale zapanować nad swoim zadowolonym wyrazem twarzy to już niekoniecznie, a to jednak ma znaczenie, kiedy czyta się o ofiarach nadużycia pawulonu.

Tak oto pawulon otworzył mi drogę do kariery. Kariery w dziedzinie kolekcjonowania rozmów kwalifikacyjnych.

Tak naprawdę było ich więcej niż dwadzieścia; gubię się gdzieś pomiędzy 21 a 23. W Erze Tam parałam się jedynie nauczaniem, z doskoku tłumaczeniem, ale rozmów kwalifikacyjnych i miejsc pracy pojawiło się w moim życiu tyle, że do dziś czuję się głupio, wysyłając CV do potencjalnego pracodawcy. O pracy rozmawiałam przy kawiarnianych stolikach w centrum miasta, w klasach, w gabinetach szefów, ciasnych i zagraconych kanciapach, w starych kamienicach, nowoczesnych budynkach, siedząc na wygodnych sofach i masakrujących kręgosłup krzesłach. Pracowałam w szkołach średnich, podstawówce, na uczelni, w mniejszych lub większych szkołach językowych. Nie to, żebym taka niestała w uczuciach była, o nie; to przeprowadzki, kruchość nauczycielskich etatów i wieczna potrzeba dorobienia do pensji sprawiły, że byłam wszędzie.  Do dziś nie wiem, jak udało mi się to wszystko ogarnąć logistycznie i jak nie zwariować od tych wszystkich rozmów. Uwielbiałam swoją pracę w ostatniej szkole językowej. Lubiłam tę w publicznej. Tyle tylko, że w pewnym momencie zrobiło się tego dużo za dużo. W takich chwilach przeciążenia podręcznikami, testami i kserówkami marzyłam o pracy przy taśmie. Słowo daję. Taśma nie tylko miała dać mi wolność od 'to be', ona jawiła mi się jako idealne zajęcie dla aspirującej pisarki. Oczyma wyobraźni widziałam siebie w ogromnej (i pustej) hali produkcyjnej, stojącą przy bardzo powoli przesuwającym się pasie, którym spokojnie będą płynęły muffinki, i kleksującą je w czubek głowy kremem czekoladowym. Wokół cisza i spokój, które umożliwią mi napisanie w głowie kilku bestsellerowych Powieści o Prawdziwym Życiu. Może nawet między jednym muffinem a drugim zdołałabym zanotować na papierze jakąś porywającą myśl. Prawda, że plan był dobry? Usiłowałam nawet wprowadzić go w to Prawdziwe Życie, ale rodzina zaprotestowała, stając mi na drodze do szczęścia.

Chciałam jednak spróbować w życiu czegoś innego.

Szukałam więc dalej, nie za bardzo wiedząc, czego dokładnie szukam. Olałam panią dyrektor (na jej szczęście) jednej ze szkół, która na rozmowie kwalifikacyjnej w dość bezpośredni sposób usiłowała wypytać mnie o plany prokreacyjne - "my oczywiście prorodzinni jesteśmy, ale sama pani rozumie, nie chciałabym zatrudniać kogoś, kto zaraz pójdzie na urlop macierzyński". Ależ rozumiem, oczywiście. Olałam szkołę, w której uczono metodą Callana. W ramach procesu rekrutacji zostałam poproszona o obserwację jednej z lekcji, do końca której ciężko mi było wytrwać; z nudów niemal zaryłam brodą o ławkę, powtarzając w duchu za lektorem po raz siedemnasty "what would you do if you won a lottery?" Mniej więcej wtedy postanowiłam zostać PA. Personal assistant prezesa jednej z dużych firm w naszym regionie. O asystowaniu komukolwiek w czymkolwiek niezwiązanym z nauczaniem miałam oczywiście zerowe pojęcie, ale cyfrowy świat tak bardzo przekonywał mnie, że jestem stworzona do Wielkiej Kariery, że w końcu mu uwierzyłam. Udało mi się nawet sprawić, że przez chwilę uwierzyła temu również pani rekruterka. Po śpiewnie zaliczonym angielskim, porozmawiałyśmy sobie o przenajrozmaitszych obowiązkach PA. "Co zrobiłabyś w sytuacji, gdyby prezes zaplamił swoją bielutką jak śnieg koszulę tuż przed super ważnym spotkaniem z super ważnymi ludźmi biznesu?" Jeśli mnie pamięć, rozbuchana własnym ego, nie myli - wtedy też parsknęłam śmiechem. Śmiałam się również w drugim etapie rekrutacji, w którym to posadzono mnie w oszklonej sali przed laptopem, zapowiedziano, że mam 90 minut na skończenie zadania, zaś zadanie znajdę na pulpicie komputera w pliku o tajemniczym tytule To-Twoje-90-Minut-Chwały.

Och, Excelu, dlaczegóż nasz romans nigdy nie przerodził się w nic poważniejszego?

Może ostatecznie to dlatego uznałam, że Wielka Kariera mi nie grozi? Może w telewizji mieli rację, że śmieję się nie w tych momentach, w których powinnam? Ale do tychże refleksyjnych wniosków doszłam dopiero po rozmowie z Japończykami. Kuriozalna to była rekrutacja. Ja nie wiedziałam, o jakie stanowisko się staram, oni nie do końca wiedzieli, kogo potrzebują. Nie zadzierzgnęliśmy międzykulturowej nici porozumienia, a ja nigdy wcześniej ani nigdy potem nie zrobiłam z siebie tak totalnej idiotki jak wtedy. Inżynier do dziś przysięga, że jego koleżanka, jedyna Polka w rekrutującej grupie, nawet słowem nie odniosła się do tego mojego występu, co tylko potwierdza moje przypuszczenia, że musiało być tragicznie. Milczenie jest dużo bardziej wymowne niż najwymyślniejsza krytyka.

W tych moich podróżach w poszukiwaniu zawodowego szczęścia nieoczekiwanie z pomocą przyszła mi emigracja. Zanim się obejrzałam, zanim zdążyłam uwierzyć, że tamtego październikowego dnia on dostał pracę w Krainie Deszczu, już byliśmy tutaj.

Początek Tej Ery zasugerował, żeby o fantazjach podyskutować później i znaleźć źródło utrzymania, tak po prostu. Jakimś cudem dotarło też do mnie, że to, co chcę w życiu dalej robić, to... uczyć. Co za niespodzianka. No i muffiny z Sainsburysa przejadły mi się w ciągu dwóch pierwszych miesięcy. Nic to jednak, gdyż dziesięć dni od zalogowania się w Krainie Deszczu byłam już na swojej pierwszej rozmowie o pracę.
- Jakie masz kwalifikacje? - zapytała Brazylijka.
Powiedz, jakich poszukujesz, a zdobędę je dla ciebie, miałam ochotę odpowiedzieć.
- Możesz zacząć w poniedziałek? - padło drugie pytanie.
Byłam siódmym niebie. Będę uczyć!
Niestety, jaka rekrutacja, taka praca.
W lipcu miała się odbyć moja pierwsza rozprawa. Pozwałam nieuczciwego pracodawcę do sądu pracy i wypłakiwałam sobie oczy na myśl o tym, że pewnie przegram, bo kto uwierzy imigrantce, która ledwie przekroczyła granicę, a już się procesuje? Miesiąc przed rozprawą mój eks-pracodawca wymiękł. Rozprawy nie było.

Następne rozmowy i kolejne miejsca pracy pozwoliły mi odzyskać wiarę w siebie i ludzi. Zanim zostałam recepcjonistką, a potem przedszkolanką, zostałam zaproszona na rozmowę do domu opieki społecznej. Do ZOL-u, jak fachowo mówi o takich przybytkach Wielki Brat. Manager, z którym się spotkałam, już na wstępie zmierzył mnie powątpiewającym spojrzeniem.
- Zdajesz sobie sprawę, co to za praca? - zapytał lekko rozbawiony. - Czy ty udźwigniesz choćby dziesięć kilogramów człowieka?
Niemal jak po pierwszym spotkaniu Mamuśki z jej przyszłymi teściami. - Czy to chucherko jest w stanie unieść wiadro wody? - zapytał mój zatroskany jeszcze-nie-dziadek.
Tydzień później z ulgą podziękowałam za ofertę pracy. Byłam już recepcjonistką, choć nie wiedziałam wtedy, że tylko na trzy miesiące.

Kiedy ponownie i znów dość gwałtownie zostałam bez pracy ("nie stać nas na utrzymywanie twojego stanowiska, biznes kiepsko idzie"), akurat rozpoczęło się Euro 2012. Rano byłam zatrudniona, po południu opijaliśmy z przyjaciółmi z Polski mistrzostwa oraz moje bezrobocie. Tydzień później usiłowałam robić wrażenie na wieczorze rekrutacyjnym do Różowej Chmurki, zastanawiając się, dokąd jeszcze zaprowadzi mnie ta emigracyjna przygoda.

Gdzieś pomiędzy kursem Celty, adopcją Fruzi i pierwszymi nocnymi zmianami w Błękitnej duch walki we mnie podupadł. Dla angielskich pracodawców parających się oświatą w szerokim tego słowa znaczeniu byłam niewidzialna. Aplikowałam, wypełniałam setki formularzy, wysyłałam, mailowalam. Null. Co najwyżej "unfortunately your application was unsuccessful on this occassion". Latem tego roku po raz pierwszy powiedziałam to na głos. Chyba nic z tego mojego uczenia tutaj nie wyjdzie, może po prostu powinnam się z tym pogodzić i skupić jedynie na zarabianiu pieniędzy, a nie chceniu. On jak zwykle zaprzeczał, ale widziałam, że też się łamie. Jesienią zmieniłam zdanie.

Będę uczyć.

Uparłam się jak osioł.

Trzy dni przed naszym wylotem do Malagi na stronie naszego college'u pojawiło się TO ogłoszenie. A ja, zamiast prać i pakować walizki, dopieszczałam swój list motywacyjny. Jeśli teraz nie zadziała, to już nie wiem, co dalej ze mną będzie, myślałam. Starałam się o stanowisko lektorki w tej szkole już dwa razy.

W dniu naszego powrotu odkryłam w skrzynce mailowej zaproszenie na rozmowę. To było jak nagły wystrzał w kosmos. Tego dnia stałam się nieprzezroczysta.

Przez następne trzy tygodnie szlifowałam swoją prezentację i odpowiedzi na dziesiątki wymyślonych i ściągniętych z sieci pytań. Gadałam sama do siebie - przed lustrem, zmywając naczynia, biorąc prysznic. Gadałam do Fruzi, bawiąc się z nią klockami i rysując serduszka. Fruzia potakiwała rozbawiona (wtedy wiedziałam, że jest dobrze) lub uparcie powtarzała nie (brałam jej opinię całkiem na poważnie i natychmiast zmieniałam wersję odpowiedzi). W przerwach między tymi mini-przemowami oglądałam motywacyjne klipy na youtube. Zatrudniłam każdą szarą komórkę do pozytywnego myślenia.

- Kiedy zobaczyłem, jak z tobą rozmawia i jak się żegna, wiedziałem, że poszło dobrze - powiedział Inżynier o moim przyszłym przełożonym, kiedy wędrowaliśmy z Fruzią korytarzami college'u ku wyjściu.
Nie mogłam opanować myśli, że się udało, chociaż wtedy jeszcze nikt niczego mi nie obiecywał.

Dziesięć dni później moja skrzynka mailowa została zasypana formularzami, które muszę wypełnić i dostarczyć, zanim ostatecznie dowiem się, kiedy zaczynam.

Warszawianka może wreszcie zapamięta.
- W koledżu? - wypaliła kiedyś na moje pytanie, czy wie, gdzie aktualnie pracuję.
Od czasu do czasu robimy jej z Kocurem takie testy ze znajomości faktów z naszego życia. Najczęściej je oblewa. Choć biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką zmieniałam placówki oświatowe, do pewnego stopnia i do pewnego momentu było to zrozumiałe.
- W koledżu? - teraz to ja zapytałam, zdumiona.
- No coś było z koledżem, co? - Warszawianka popatrzyła na mnie radośnie.
- No.... studiowałam w koledżu, stu-dio-wa-łam, ale nigdy nie pracowałam - roześmiałam się.

Może teraz wreszcie zapamięta.

O angielskich termach u baptystów

Na zajęciach dla toddlerów prowadzonych przez Silną Grupę pod Wezwaniem Baptystów jesteśmy z Fruzią przezroczyste.

Rozumiem nawet, dlaczego ja. Nie zaznaczyłam zbyt wyraźnie swej obecności w grupie toczącej dyskusje o zasiłkach i żartującej z ojców, którzy po raz pierwszy w życiu zostali w domu sami ze starszym potomstwem i usiłują przeżyć, choć przecież nic przeciwko zasiłkom, ani tym bardziej ojcom zostającym w domu, nie mam. Ba, chętnie bym taki benefit pobrała, tylko dać nie chcą. Ale żeby Fruzia? Po trzydziestu sekundach zaaranżowanej na potrzeby zdobycia głasków nieśmiałości i trzymania się mojej nogawki, Fruzia dokonuje magicznej przemiany, stając się najgłośniej krzyczącym (nie zawsze w słusznej sprawie) i najenergiczniej skaczącym po poduszkach dzieckiem bez skarpet. Pozostanie więc dla mnie tajemnicą, czemu Bob Baptysta naszą obecność na zajęciach, tak regularną w swej nieregularności, kwituje zdziwionym spojrzeniem i zachęcającą uwagą, że ooo, chyba was tu wcześniej nie widziałem, nieprawdaż? 

Nieprawdaż.

Zresztą, widywaliby nas tam zdecydowanie częściej, gdyby nie fakt, że zdarza nam się z Fruzią trafiać na zajęcia wtedy, kiedy zajęć nie ma. Bo albo u Baptystów zaraza albo half term. Cała Kraina Deszczu działa by appointment pod dyktando szkoły, to half term dyktuje zniżki na baseny i lodowiska, a jednocześnie rozregulowuje godziny ich pracy. Okazuje się, że pracę kościelnych grup pod wezwaniem również. I wszystko byłoby jasne, gdybym tylko wiedziała, na co te zniżki u Baptystów (na zbawienie?) i kiedy ten cały half term znów wypada.
- Nie wiedziałam (nie zarejestrowałam?), bo mam tylko Fruzię, więc ze szkołą nie mamy jeszcze do czynienia - wyjaśniłam Bobowi.
Tylko po to, żeby ten mógł zapytać mnie pięć minut później, co zaplanowałyśmy z Fruzią na przerwę śródsemestralną.

Ale że następną?

Czas wpisać half termy w Bebe Kalendarze, bo a nuż zapytają o to kiedyś podczas egzaminu ze znajomości brytyjskiego lajfstajlu. Komuś, komu przez kilka lat wciąż wypominano dwumiesięczny urlop - oraz długie weekendy i przerwy świąteczne (choć nigdy oszałamiającej pensji) - głupio byłoby potknąć się o takie daty na drodze do wiecznej szczęśliwości w Krainie Deszczu.

Czyżby baptyści niczym buddyści nie bez powodu przecięli swoje ścieżki z naszymi?

Fruzia nie przejmuje się niczym. Nawet tym, że Bob nie pamięta jej imienia, choć już dwa razy pochwalił się, że jego córka jest jej imienniczką. Fruzia się nie przejmuje, ona przyjmuje. Ciasteczko i soczek, czemu nie. Zaproszenie do tworzenia dzieł plastycznych - ależ owszem. Wędruje potem uliczkami osiedla dumnie dzierżąc w dłoni artystyczną kompozycję udzierganą z łańcuchów choinkowych, kleju i słowa drukowanego, informującego, że "I am the LIGHT of the WORLD".

No. Jak tak obserwuję sobie ten coraz mocniejszy rys Fruzinego charakteru, to dochodzę do wniosku, że już nie długo córka nasza będzie przezroczysta dla kogokolwiek, w myśl jej autorskiego dzieła, że ona nie przewodzi światła, ona JEST światłem.

Ostrzegłam koleżanki w Różowej Chmurce.

O pamięci

Na odległość trudniej jest utrzymać porządek rzeczy.

Bo o ile pierwsze na emigracji mają w sobie coś z pełnej uniesień romantycznej nostalgii lub wręcz przeciwnie, ekscytacji, że choć raz jest inaczej, o tyle kolejne, następujące po sobie z przerażającą systematycznością, rozmywają się gdzieś pomiędzy porami roku i pracującymi dniami, które tylko tego pierwszego razu wydają się dziwnie niezgodne z twoim zegarem biologicznym. Przecież akurat tego dnia powinieneś robić coś zupełnie innego, a nawet gdybyś utknął na podwójnie płatnym dyżurze tam, to z uzasadnionym prawem do narzekania, że w tym roku na ciebie wypadło i że jakie to w gruncie rzeczy niesprawiedliwe. W trzecim i czwartym roku myślisz sobie z niejaką ulgą, że już cię to tak nie uwiera, tłumacząc to sobie pewnym dopasowaniem, o którym sądziłeś, że nigdy nie nastąpi, kiedy tak trwałeś w kulturowym szoku, nawet nie zdając sobie sprawy, że tkwisz w nim po uszy. W piątym mógłbyś nawet zapomnieć, gdyby nie Mama, jak co roku wyliczająca ci liczbę zniczy, które w ostatniej niemal chwili musiała dokupić, bo przecież jeszcze ten i tamten, i wzdychająca, że coraz więcej nas tam, coraz więcej.


Na odległość jest trudniej, bo nic ci wokół nie przypomina, że to już za chwilę, a kiedy nadejdzie, a ty nawet mocno się postarasz, nic nie będzie dokładnie takie, jak być powinno. W marcu kwiaciarnie nie utoną w tulipanach i nikt nie wda się w jałowe dyskusje o tym, czy się powinno czy nie, kto lubi a kto bojkotuje. W maju trudno ci będzie kupić dla mamy kartkę. W październiku w nawet najmniejszym supermarkecie w szczerym polu znajdziesz przeceniony od miesiąca kostium czarownicy, za to nigdzie nie kupisz znicza. Pocieszysz się workiem słodyczy dla halloweenowych potworów, a znicz zastąpisz świeczkami do podgrzewaczy. Na wypadek problemu ze znalezieniem otwartego cmentarza, na którym mógłbyś zlokalizować bezimienny pomnik dla tego symbolicznego światła, zapalisz je potem w oskalpowanej dyni na balkonie. Kolejnego roku postarasz się jeszcze bardziej i za punkt honoru postawisz sobie obecność na cmentarzu. Będzie wiało, lało i wyło, dookoła ciemność, wiatr będzie zdmuchiwał wątły płomień świecy, a tobie aż palce zdrętwieją od psrtykania w zacinającą się zapalniczkę, ale będziesz. Roześmiejesz się w duchu na myśl o twoim własnym, trochę pobłażliwym i trochę przemądrzałym, wzdychaniu sprzed lat, że matko-boska-ta-rewia-mody-a-miała-być-zaduma, bo trudno ci nie tylko o zadumę, ale i o ten krok jak na wybiegu, kiedy po kostki brniesz w błocie. Masz w sumie nadzieję, że to tylko błoto, bo nic nie widzisz, tak jest ciemno. Wieczorny spacer rozświetlonymi blaskiem świec alejami miejsca wiecznego odpoczynku to tylko w Erze. Tamtej Erze.

Więc chwytasz się kurczowo tych okruchów atmosfery, które dotrą do ciebie wysiłkiem twoim i twoich bliskich, rzeźbiąc złotymi literami w małej pod- i twojej dorosłej świadomości, że to właśnie jest ważne, nawet jeśli przyjdzie jej kiedyś zapalać znicz na własnym stole w salonie przed monitorem z włączoną kamerką. Patrz, mamo, pamiętam wystarczy ci kiedyś  za wszystkie inne dowody na to, że to jedno ci się w życiu udało.

A kiedy emigracyjny bilans w tych dniach niebezpiecznie zacznie ci się przechylać na stronę minusów, ze zdumieniesz stwierdzisz, że ten jeden argument za błyskawicznie przesądza wszystko.

Bo tylko będąc tutaj masz okazję przekonać się, po co naprawdę to robisz.