O nowym członku rodziny (bajka z morałem)

piątek, października 28, 2016

Kupiliśmy Fruzi psa.

W porządku, wiem, że niby jednego już ma, ale wszystkim wiadomo, a Fruzi najbardziej, że Rudolf jest w zasadzie bratem, a nie jej własnym zwierzątkiem, jest częścią jej odwiecznego świata, wklejony w tło jej małego życia jak mama i tata, jest oczywistą oczywistością, niczym nadzwyczajnym, żadnym tam prezentem od losu, bo przecież był od zawsze, więc to nie to samo, sami rozumiecie. Coś też trzeba było zrobić z tą rozbestwioną potrzebą powiększania rodziny, co to się rozpanoszyła w naszych głowach i za nic nie można się było jej pozbyć, a skoro na Drugiego trzeba poczekać, w naszym (nie)naturalnym porządku zdarzeń zrobiło się miejsce na drugiego Rudolfa. Może to to osławione zapełnianie psem dziury w sercu przeznaczonej dla kolejnego dziecka. Albo po prostu nasza karma - labrador, dziecko, labrador, dziecko...

Wiedziałam, że jest gotowa, kiedy któregoś dnia wyszłyśmy na spacer i Fruzia kategorycznie zażądała smyczy w swojej małej dłoni. Że niby teraz ona poprowadzi brata na spacer. Dobrze, że smycz długa, stworzona dłonią Drugiego Taty z dwóch pojedynczych, z łączeniem tak mocnym, że od stycznia żadnemu z nas nie przyszło do głowy próbować je rozłączyć, a przy tym mocna i idealna na spacery z nadaktywnym toddlerem i hiperaktywnym sierściuchem. Stanęłam więc pośrodku i złapałam za węzeł. Na czerwonym końcu dwumetrowego sznurka Rudolf tańczył kankana, musiałam więc odpierać wszystkie jego gwałtowne szarpnięcia, kumulując je w okolicy supła, bo kawałek dalej, na niebieskim końcu, miałam Fruzię, lekko i radośnie wymachującą luźnym kawałkiem smyczy. Cała trójka na sznurku. Aż mi się mokro pod powiekami zrobiło ze wzruszenia.

(W drodze powrotnej wzruszenie ustąpiło miejsca innym emocjom, albowiem toddler przypomniał sobie, że dyduś został w domu i wszczął natychmiastowy alarm na całą okolicę, w związku z czym należało szybko ewakuować go na własnym ramieniu do Piątej Chatki, zaś Rudolf zorganizował sobie konar długości smyczy, który upierał się zabrać do domu. Byłam bez szans.)

Wiedziałam, że jest gotowa, podrzuciłam więc temat Inżynierowi, podpierając go niedającymi się zbić argumentami (pierwsze obowiązki, odpowiedzialność, dbanie o własnego pupila), jednocześnie sądząc, że on te argumenty jednym krótkim słowem potraktuje, i że trzeba będzie umysłu najlepszych strategów, żeby wygrać tę bitwę. A tymczasem on też uznał, że to dobry moment. Kupmy psa, powiedział. Pardon, adoptujmy. Niech poczują wspólnotę doświadczeń.

Cóż to była za radość, powiadam Wam! Nie mogła się nim nacieszyć, uczucie wybuchło jak mocno przeterminowa kawa z mlekiem z naszego termosu. Buziaczki, przytulaski, cmok, cmok, cium cium, ach, śpijmy razem, mamo, w jednym łóżku. WSZYSCY. Idąc śladem Drugiego Taty skonstruowałam dla Rudolfa Juniora krótką smycz z resztek porwanej przez Seniora starej, mocno zmęczonej życiem. I chociaż Junior swym szczenięcym, labradorskim umysłem wciąż nie może pojąć, o co chodzi z tym sznurkiem, to jego radość jest tak wielka, że nie przejmuje się zupełnie faktem, iż odtąd wszystko, co posiądzie na własność, będzie dziedziczone po Seniorze. Taka dola młodszego. Długo zastanawialiśmy się nad imieniem, ale to w końcu Fruzi pies, więc to ona miała decydujący głos.
- Gaga! - oświadczyła z mocą.
End of discussion. Nowy będzie miał na imię tak samo jak Senior.
Wzruszyliśmy się ogromnie tym ewidentnym przejawem miłości do brata.

Ale to by było na tyle, jeśli chodzi o stan uniesienia. Brutalna rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię. Fruzia, owszem, poczuwa się do swych małych obowiązków, które jednak ograniczają się do wkazywania mi palcem, co teraz powinnam zrobić z JEJ sierściuchem.
- Gaga! - nakazuje, dając do zrozumienia, że czas na spacer.
Wręcza mi koniec krótkiej smyczy i tym swoim wzbudzającym wyrzuty sumienia spojrzeniem (zobacz-jak-on-chce-wyjść-no-chyba-mu-tego-nie-odmówisz) dopina swego. Maszerujemy po domu, ćwicząc z Juniorem chodzenie przy nodze.
-Gaga! - rzuca, kiedy wchodzimy do kuchni.
Podaje mi małą, zielona miseczkę, którą dla odmiany Junior odziedziczył po niej, tym samym przypominając mi, że czas nakarmić JEJ sierściucha.
- Fruziu, to miał być twój pies - przypominam. - I twoje obowiązki.
- Mama! Gaga! - wypala na to Fruzia, a ja milknę, porażona słusznością jej argumentacji.
Rzeczywiście, jak mogłam pomyśleć, że ona temu wszystkiemu podoła sama?
I do tego ten jej brak wyczucia! Rudolf Senior jest dużo od niej większy, potrafi sobie z nią poradzić, kiedy go wkurza. Ale Junior? Patrzę na nią, kiedy tak ciągnie go niemiłosiernie za tę jego krótką smycz, targa po podłodze, podnosi niemal w powietrze na tym sznurku, a mnie aż się wszystko w środku wywraca na drugą stronę, kiedy młody próbuje wrócić przednimi łapami na ziemię.
- Fruziu, miej litość! - prawie krzyczę. - Zaraz go udusisz!
I biegę ratować to nowe, młode, szczenięce życie.

Serio. Wiem, że to pluszak, a jednak już kilka razy naprawdę poderwałam się z kanapy na ten widok.

Nie kupujcie dziecku zwierzątka na Święta, na litość boską!


You Might Also Like

14 komentarze

  1. W pierwszym momencie pomyślałam, że to pluszak ale później zwatpiłam, ale mnie zrobiłaś :) Do samego końca wierzyłam, że macie drugiego psa, zwlaszcza, ze kiedyś wspominałaś o drugim sierściu, co prawda nie sądziłam, że mialoby to tak szybko nastąpić ale... Mnie nabrałaś :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha, no miałam nadzieję, że ktoś się nabierze!:-)

      Usuń
  2. Ale mnie nabrałas z tym psem! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W życiu kompletnie nie wychodzi mi nabieranie kogokolwiek na cokolwiek, to ćwiczę sobie w wirtualnej rzeczywistości ;-)

      Usuń
  3. Nie dziwię się, że podrywa Cię z kanapy! Pluszak, jak żywy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Aż się dziwię, że Rudolf nie jest zazdrosny :-)

      Usuń
  4. No nie wiem... Na tym zdjęciu Gaga-Senior wydaje się niepocieszony, że zszedł na drugi plan. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż za pomówienia! Senior po prostu obraził się za to, że zmusiłam go do pozowania... ;-)

      Usuń
  5. Ja tez dalam sie nabrac:))
    A w ogole to jak mi sie linkownia zbiesila tak dopiero dzis do mnie dotarlo, ze nie mam Ciebie. No sie musialam troche naglowkowac zeby wykombinowac jak sie tez ten blog nazywa.
    I upominam sie o tamto co to mialo byc w czerwcu ale ciagle nie ma... Ty inteligentna bestia to nie probuj kiwac, ze nie wiesz o co chodzi:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gotowe, Star! Oczywiście, że wiedziałam od razu, właściwie to nawet czekałam na tego kopa :-) :-*

      Usuń
  6. Och, wspominam ten czas kiedy musiałam ratować psa przed dzieckiem. Pies był mój, i dziecko było moje.... Na szczęście pies urósł, i zajął się razem ze mną wychowaniem nieletniego. Uffff....Pluszak bezpieczniejszy:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cholera, a nasz Rudy nawet nie próbuje pomóc w wychowywaniu... :-)

      W maju nasi znajomi zostawiają z nami swojego psa. Prawdziwego, nie pluszowego. Na prawie trzy tygodnie. Będziemy mieli okazję przekonać się, jak by to było (albo: jak to kiedyś będzie). Już się nie mogę doczekać!

      Usuń
  7. Ales mnie nabrała!!!!a pluszak zupełnie jak Gaga senior!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dlatego Fruzia z nim śpi - jest mniejszy, więc mieści się w łóżeczku, ale wciąż wygląda jak ten prawdziwy :-)

      Usuń