O nocnym pasterstwie

poniedziałek, października 31, 2016

Nazywamy ją Lady Di, a ona to uwielbia. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek była w złym humorze. Zawsze wita nas promiennym uśmiechem, otoczona z jednej strony łóżka pluszowymi psami, których imion wciąż nie potrafię zapamiętać, z drugiej - maleńkim, różowym bobasem z nienaturalnie długimi rzęsami. Gumowe dziecko wciąż gubi jej się w pościeli, więc każdej nocy Lady Di doświadcza kilku wirtualnych zawałów serca. Trochę jak my przy Fruzi w pierwszych miesiącach jej życia. Lady zdarza się mówić od rzeczy; czasem naprawdę trudno wyczuć, czy Seniorka dowcipkuje, szykując się do puenty, czy też zakleszczyła się właśnie w sidłach demencji i puenta, o ile będzie, może nas lekko zbić z tropu.

Wczoraj przed północą Lady Di oznajmiła, że koniecznie musi wstać.
- Jest środek nocy - przypominam spokojnie. - Cóż takiego niecierpiącego zwłoki masz do załatwienia o tej porze?
- Kozy - odpowiada Seniorka, podpierając się łokciami o poduszki.
(Co?)
- Muszę wpuścić kozy! - Lady Di niespokojnie wierci się w pościeli, usiłując się spionizować.
(Czyli jednak.)
- Kozy? - powtarzam trochę bez sensu.
- No tak, kozy, wypuściłam je i zapomniałam o nich - słyszę poddenerwowanie w jej głosie.
Już wiem, że Di nie zaśnie, dopóki nie uspokoi się w sprawie swoich zwierząt, proponuję więc, że to ja wpuszczę kozy z powrotem, a ona w tym czasie się prześpi.
Seniorka opada z ulgą na poduszki.
- Zrobiłabyś to dla mnie? - dopytuje jeszcze. - Naprawdę?
- Naprawdę, śpij spokojnie, obiecuję, że kozy wrócą bezpiecznie - przyrzekam.

O szóstej rano pukam do sypialni Lady. Zdążyłam zapomnieć o złożonej obietnicy, ale Seniorka jest czujna.
- Wpuściłaś moje kozy? - zerka na mnie z nadzieją.
- Oczywiście, co do jednej - kłamię jak z nut.
Seniorka wygląda na wielce ukontentowaną. Chwilę później jednak wzdycha:
- Musiały być głodne.
- To prawda, były bardzo głodne - zaczynam wczuwać się w rolę. - Ale nie martw się, nakarmiłam je.
Jestem z siebie bardzo dumna. W końcu nie codziennie mam okazję uratować czyjeś dobre samopoczucie nakarmieniem wyimaginowanych zwierząt.
- Taaaak? - Di jest wniebowzięta. - A co im dałaś?

Zonk. Na chwilę zastygam w bezruchu, usiłując pobudzić szare komórki do pracy.

Yyyy... Do cholery, czym się żywią kozy?

A tak w ogóle, to po co wyłaziłaś przed orkiestrę, mała? Prosił cię ktoś?

(Z korytarza dobiega mnie słabo tłumione parsknięcie koleżanki.)

- Eeee... wiesz.... dałam im to, co dla nich zostawiłaś - plączę się w zeznaniach.
Lady Di z wyrazem wdzięczności na twarzy natychmiast zapada w błogą drzemkę.

Ekhm. Dobrze, że nie zapytała mnie, jaką techniką je wydoiłam.

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Hehe to moze zamiast drugiego psa sprawie sobie kozę? Masz już jako taka wprawę :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zasadzie Rudolf podpada pod kozę, bo jak się na coś uprze...:-)

      Usuń